Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 września 2021

"Ukryte w ciszy" Karolina Klimkiewicz

 „Ukryte w ciszy” to historia Nikodema i Felicji. Nastolatków u progu dorosłości. I


choć zdawałoby się, że w tym wieku życie jest naprawdę w większości skoncentrowane na typowych dla wieku problemach, to w przypadku tej dwójki jest wręcz odwrotnie. Jedno i drugie to osoby z ranami na duszy i obolałym sercem. Osoby, które próbują utrzymać się na powierzchni, choć ciężar jaki dźwigają ciągnie ich na dno. 

Gdy zaczynałam czytać książkę pani Klimkiewicz, nie miałam większych oczekiwań, tym bardziej, że czas gdy byłam nastolatką jest bardzo odległy. Tym większe było moje – pozytywne oczywiście – zaskoczenie, gdy okazało się, że to wyjątkowo mądra powieść poruszająca niezmiernie ważne i trudne tematy. Choć powieść napisana jest lekkim i bardzo przystępnym stylem, to skrywa w sobie pokłady emocji, nie tylko tych pozytywnych, ale i tych smutnych, poruszających nas do głębi. Ale co ważne, nie doświadczycie tu przeładowania negatywnymi bodźcami, wszystko jest tu w idealnych proporcjach, świetnie dopasowane, aby pokazać tą historię w sposób poruszający, ale nie miażdżący. 

Podobał mi się sposób w jaki autorka kreśli swoich bohaterów, jak odmalowuje ich zmagania z tym co w nich i tym co dookoła nich. Bardzo pięknie i wzruszająco ukazała również to, jak często ludzie chorzy, a zachowujący pozory, są postrzegani przez społeczeństwo. Nie trzeba posiadać widocznych ran, żeby być skrzywdzonym i chorym. 
Ta opowieść jest smutna, i to jest fakt. Ale jednocześnie daje nadzieję, pokazuje, że każdy ma szansę na dobre życie, pod warunkiem, że zechce o siebie zawalczyć, że się nie podda i będzie umiał poprosić o pomoc.
Ta książka jest naprawdę ważna i uważam, że powinien ją przeczytać każdy, nie tylko młodzież. 


„Ukryte w ciszy” nie jest zwykłą powieścią dla nastolatków, mimo, że w tym wieku są bohaterowie. Jeśli więc spodziewacie się romansu z dramatem w tle, to nie tędy droga. Ta książka to o wiele więcej, to trudna historia poruszająca kwestię chorób psychicznych, a sposób jej przedstawienia sprawia, że bardzo łatwo zapomnieć, że to fikcja.

Skoro od czasów nastoletnich dzieli mnie czasowa przepaść, to czemu sięgnęłam po tą książkę? Trochę z powodów osobistych. 

Przez wiele lat przyjaźniłam się z osobą chorującą na schizofrenie paranoidalną. I była to najwspanialsza i najmądrzejsza osoba jaką poznałam w całym swoim życiu. Widziałam przez wiele lat jej zmagania z chorobą i jej walkę o każdy dzień „normalności”. Spędziłyśmy wiele godzin na rozmowach o jej chorobie i tym jak sobie z nią radzi. I powiem wam, że mimo ostrożnego podejścia do powieści pani Klimkiewicz, jestem pod wrażeniem wrażliwości autorki i tego, jak potrafiła odmalować życie osoby chorej na schorzenie psychiczne. 

Jeśli wahacie się przed sięgnięciem po tą książkę, to gorąco zachęcam do jej przeczytania.  To mądra i piękna, choć smutna opowieść i można  z niej wynieść naprawdę wiele.
Będziecie się smucić, ale i uśmiechniecie. Będziecie kibicować bohaterom i wierzyć, że im się uda. W końcu – będziecie pod wrażeniem tej opowieści i wierzę, że na długo zostanie ona z wami.

Polecam.


wtorek, 7 września 2021

"Paryska krawcowa" Fiona Valpy z księgarni TaniaKsiazka.pl

 „Paryska krawcowa” to rozgrywająca się w dwóch liniach czasowych historia


życia w okupowanym Paryżu trzech przyjaciółek, Mireille, Claire i Vivienne pracujących jako krawcowe w domu mody oraz współcześnie, w roku 2017,  opowieść o Harriet, która jest wnuczką Claire i przybywając do Paryża na staż, odkrywa historię swojej babci. Krok po kroku kobieta dowie się co się wydarzyło w tamtych strasznych latach wojny, a jednocześnie zmierzy się ze swoimi traumami. 

Zacznę od tego, że bardzo lubię takie zabiegi fabularne, jak dwie linie czasowe, a do tego od zawsze lubiłam czytać o czasie II Wojny Światowej. Uważam, że to jeden za tych tematów, którego nie można spychać gdzieś w czeluści niepamięci i trzeba o nim mówić, pisać, opowiadać. Ale, co ważne, trzeba to robić w zgodzie z faktami, bez upiększania czy wykrzywiania rzeczywistości.
Na taką właśnie lekturę liczyłam, biorąc się za powieść Fiony Vaply. 

Akcja powieści rozpoczyna się dość spokojnie, autorka w sposób dokładny ukazuje nam główne bohaterki i ich życie, i to w 1940 roku i współcześnie. Odmalowuje obraz okupowanego Paryża dość skrupulatnie, wnika głęboko w umysł swoich bohaterek, pokazuje jak widzą świat i otaczająca ich rzeczywistość. Przy tym pokazuje jak bardzo różnią się od siebie i co je popchnęło na drogę walki z okupantem. Jest to obraz ukazany solidnie i ciekawie, a losy trzech przyjaciółek potrafią wciągnąć od samego początku, tym bardziej, że autorka potrafiła zaskoczyć i to co ja brałam za pewnik, nigdy się w książce nie pojawiło. 

Jeśli chodzi o akcję rozgrywającą się w  2017 roku, to przyznaję od razu – nie podobała mi się. Miałam wrażenie, że Harriet jest w tej powieści tylko po to, aby mogła odkryć wojenne losy swojej babci, nie wnosząc absolutnie niczego do tej książki. Była dla mnie postacią bezbarwną i papierową, totalnie zbędną. Uważam, że bez niej ta książka wiele by zyskała, bo nie ma co ukrywać, męczyły mnie rozdziały poświęcone jej osobie. Nie wniosła w moim odczuciu niczego ważnego do tej powieści, była dla mnie tylko przerywnikiem w opowiadaniu historii Mireille, Claire i Vivienne. Jest to dla mnie zmarnowany potencjał, bo zapowiadało się, że przeszłość będzie miała wpływ na teraźniejszość w tej książce.


Styl autorki jest dobry, mimo, że powieść napisana jest napisana lekko, nie pozbawiona jest głębi i traktuje tematu jakim była wojna i okupacja Paryża po macoszemu. Mimo, że autorka nie epatuje rozbudowaną brutalnością, nie sposób nie zobaczyć w tym jak odmalowuje realia tamtych czasów, potworności, które stały się „zasługą” nazistów.  Zastanawiam się, czemu wątek współczesny wypadł w mojej ocenie tak słabo i wydaje mi się, że to kwestia tego, że autorka skupiła się na tematyce dziedziczenia traumy, która jest od kilku lat tematem publicznej debaty, spychając trochę na boczny tor nadaniu wiarygodności Harriet i jej przeżyciom. 

Czy w takim razie odradzam powieść?
Otóż nie.
mimo, że czytałam ją długo i chwilami się z nią trochę męczyłam, to książka mimo wszystko mnie wciągnęła i byłam naprawdę ciekawa jak potoczyły się losy jej bohaterek.
Zatem jeśli lubicie taką tematykę i nie zniechęcają was pewne minusy, to czytajcie „Paryską krawcową” i oceńcie sami.

Książkę można kupić w Księgarni Tania Książka w dziale Literatura dla kobiet


poniedziałek, 15 marca 2021

"Na zawsze,ale z przerwą" Taylor Jenkins Reid

 Co byś zrobił, gdybyś stracił coś, co dopiero dostałeś, a co było dla ciebie


wszystkim?
Po dwóch tygodniach małżeństwa, w wypadku ginie mąż Elsie. 
Niespełna trzydziestoletnia kobieta zostaje z całą swą ogromną miłością, która nie miała szansy zmierzyć się z „szarą rzeczywistością”, ani przejść próby czasu. 
Jej wspólne życie z Benem skończyło się jeszcze zanim się na dobre rozpoczęło i czas nie miał szansy zweryfikować siły ich uczucia.
A to oznacza, że prócz naturalnej żałoby, uczucie, które ich połączyło, już na zawsze pozostanie idealne. 

Gdy kupowałam „Na zawsze, ale z przerwą” nie miałam pojęcia, że to debiut i że wydano już inne książki autorki, które zostały dobrze przyjęte.
Ot zainteresowała mnie fabuła opisana na obwolucie.
Książka zaczyna się od śmierci Bena i to jest punktem wyjścia do wszystkiego, co potem się w tej powieści będzie działo. A wbrew pozorom sporo się tu dzieje. 

Autorka skupiła się na pokazaniu tego, jak radzimy (lub nie radzimy) sobie z żałobą, z utratą bliskich, których kochamy. Jak rozpacz może totalnie osaczyć, odciąć od przyjaciół, rodziny. Radzenie sobie ze śmiercią najbliższych jest tym czego nie da się „zrozumieć”, jeśli samemu się tego nie doświadczyło, zwyczajnie nie jest się w stanie postawić na miejscu takiej osoby i pojąć co ona czuje.
A leczenie takich ran to proces długi i ogromnie trudny. Uważam, że pani Reid całkiem dobrze sobie poradziła z ukazaniem poczucia rozpaczy, straty i prób stanięcia na nogi po takiej tragedii. 


Napis z tyłu okładki doradza zaopatrzenie się w pudełko chusteczek, bo książka wyciska łzy w ilościach hurtowych. Otóż ja nie płakałam. Naprawdę. Ale czułam niesamowicie dojmujący żal i było mi tak ogromnie smutno, czytając o tym z czym mierzyła się Elsie.  W dodatku Taylor Jenkins Reid bardzo obrazowo odmalowała jak śmierć Bena wyidealizowała uczucie jakie go łączyło z Elsie w jej oczach, uczucie, które już i tak było dla niej idealne. Dla mnie ta książka nie jest wyciskaczem łez, nie stosuje tanich sztuczek, żeby wywołać emocje i łzy. Pokazuje za to jak ogromną rozpaczą potrafi napełnić człowieka śmierć osoby, którą się kocha i jak totalnie złamać. I robi to w prosty sposób, a jednocześnie ogromnie poruszający. Elsie nie jest idealna, jej związek z Benem też nie był. 
A jednak przez to, że śmierć Bena odebrała im wspólną przyszłość, ich krótki związek już na zawsze zostawi w niej idealny obraz ich miłości. 

Czy polecam „Na zawsze, ale z przerwą”?
Dla osób szukających „emocjonalnego walca jadącego po człowieku” nie. Ta powieść mimo, że wywołuje wiele emocji, nie działa w taki sposób. To dojrzały obraz przechodzenia żałoby, pogodzenia się z tym co się stało i przyjęcia do świadomości, że inni bliscy mogą cierpieć tak samo jak my. Że nie tylko my mamy prawo do rozpaczy. 
Jeśli jednak szukacie książki mądrej, opisującej żałobę w sposób subtelny, a bohaterów ukazujący nie przez różowe okulary, ale z pełnym wachlarzem ich wad – to jak najbardziej, to jest książka dla Was.

Mi się bardzo podobała, odnalazłam w niej pewne emocje, które towarzyszą mi od kilku lat, gdy bardzo bliska mi osoba nagle odeszła. Są takie rany, których nawet czas nie jest w stanie zagoić, pozostawiając na zawsze blizny.
I chyba o tym przede wszystkim była dla mnie ta powieść.


sobota, 2 stycznia 2021

"Dla jej dobra" Ellen Marie Wiseman

 "Dla jej dobra" to książka, którą czytałam już jakiś czas temu. Książka dość


często polecana na różnych grupach czytelniczych. 

To historia, która rozgrywa się w dwóch liniach czasowych, a dotyczy rodziny Blackwood. W latach 30 XX wieku poznajemy dramatyczną historię Lilly Blackwood, a współcześnie Julii Blackwood.
Rodzinne tajemnice, dramatyczne wydarzenia, niepojęta bezduszność i okrucieństwo. 
W tym wszystkie jednak pojawi się również wiara, miłość i nadzieja. I choć książka wg mnie jest mocno ciężka, to mimo wszystka czytałam ją z ogromnym zainteresowaniem.

Sama opowieść jest napisana bardzo sprawnie, dobrym i dopracowanym językiem, a autorka potrafiła oddać w sposób bardzo obrazowy realia lat 30 ubiegłego wieku. Odmalowała obraz trupy cyrkowej, ludzkiej natury i braku szacunku i tolerancji dla inności. Co niesamowicie mocno we mnie uderzyło, to obraz traktowanie zwierząt w cyrku. 
Jeśli ktoś z Was jest na krzywdę zwierząt wrażliwy (tak jak ja), może mieć problem z niektórymi wydarzeniami w tej książce. Ja na przykład nie potrafiłam długo dojść do siebie po niektórych wydarzeniach.

Sam sposób nakreślenia bohaterów i ich losów jest naprawdę dobry. Nie jest to oczywiście poziom ot choćby Przeminęło z wiatrem, ale uwierzcie, ta książka jest naprawdę na dobrym poziomie.
Wszystko co spotyka główną bohaterkę Lilly, wydaje się być mocno prawdopodobne. Losy tego dziecka, a potem kobiety, które opisuje Ellen Marie Wiseman sprawiają wrażenie opowieści o kimś, kto faktycznie kiedyś żył.

Żeby nie było, że tylko opowieść o Lilly jest wciągająca. Bynajmniej. Historia Julii, która rozgrywa się współcześnie jest tak samo pasjonująca i ciekawa. I choć nie przepełnia jej taki dramatyzm jak losów Lilly, to jednak to właśnie opowieść o Julii dała nadzieję na to, że każdą krzywdę da się naprawić, choć czasem bywa to niezmiernie bolesne.

Czy polecam "Dla jej dobra"?
Tak! Choć tak jak pisałam, książka pełna jest dramatyzmu i niekiedy wstrząsających wydarzeń. Były momenty, gdy nie potrafiłam opanować łez, albo rodziła się we mnie ogromna złość. 
Mimo to, jest to niesamowicie ciekawa opowieść i ciężko się od niej oderwać.

środa, 16 grudnia 2020

„Wszystko, co brzydkie i cudowne” Bryn Greenwood

„Wszystko, co brzydkie i cudowne” autorstwa Bryn Greenwood, to 
książka o

której od początku wiedziałam, że porusza temat tabu.  Jest to historia uczucia pomiędzy Wavy i Kellenem.  Ona jest córką ćpunki, alkoholiczki i producenta narkotyków, a przy okazji rozpustnego hulaki.  On jest jednym ze zbirów jej ojca.

Wavy nie ma normalnego dzieciństwa, ma za to lęk przed mówieniem, zaburzenia odżywiania, ciągły strach i konieczność opiekowania się młodszym bratem. Jej początkowa przyjaźń z Kellenem, to wytchnienie od tego co ją otacza. Dwudziestoparoletni mężczyzna pomaga jej, chroni ją, dba żeby jadła, chodziła do szkoły i była bezpieczna. 
Zapytacie, gdzie tu tabu? 
Otóż dlatego, że w momencie gdy Wavy i Kellen się poznają, on ma dwadzieścia parę lat, a ona osiem. 

Zacznę od tego, że książka napisana jest bardzo przystępnym językiem i wg mnie dobrze dobranym do tej historii. Autorka, sama będąc córką prawie całkiem zreformowanego dilera narkotyków (co można przeczytać na skrzydełku książki) potrafiła naprawdę przekonująco przedstawić obraz środowiska, w jakim żyła Wavy.  Powieść rozpoczyna się w latach siedemdziesiątych XX wieku, więc mamy tu środowisko hipisów, rozkwit narko-biznesu i wszelkich możliwych eksperymentów ze środkami odurzającymi.  W tym zdegenerowanym otoczeniu dziewczynka, przez wszystkich uważana za dziwaczkę, jest niezwykle samotna, aż do czasu gdy poznaje Kellena i zaprzyjaźnia się z nim. 
Bo trzeba to podkreślić, początkowe lata znajomości tych dwoje, było naprawdę relacją przyjacielską, a w trosce Kellena o Wavy nie było żadnych podtekstów. 
Wszystko się zmienia gdy dziewczynka ma trzynaście lat i wtedy następuje ta część powieści, która naprawdę może wzbudzić mieszane odczucia, przekonanie, że miłość pomiędzy tą dwójką to jednak coś, co nie powinno się wydarzyć.


Pierwsze skojarzenie to oczywiście Lolita Vladimira Nabokova, ale prócz motywu młodego wieku bohaterki i starszego od niej mężczyzny, są to całkiem inne książki.  Przede wszystkim „Wszystko, co brzydkie i cudowne” to historia wielkiej samotności i uczucia pomimo wszystko. Kellen nie jest również pedofilem, Wavy nie interesuje go tylko, gdy jest dzieckiem, wręcz przeciwnie. A jednak czytając o uczuciu i pożądaniu blisko trzydziestoletniego mężczyzny do prawie czternastolatki, można poczuć wewnętrzny sprzeciw.  I choć wiedziałam, że książka porusza tabu, to jednak ta historia nie jest opowieścią o pedofilu i jego ofierze z syndromem Sztokholmskim. To naprawdę jest opowieść o uczuciu prawdziwym, o miłości szczerej i mimo wszystko dobrej.  To historia samotności, pragnienia bezpieczeństwa i miłości. Wreszcie to historia walki o siebie i to co dla człowieka najważniejsze.

Nie jest łatwo przyjąć do wiadomości i w pełni zrozumieć fakt, że dwudziestoparoletni mężczyzna może szczerze i prawdziwie pokochać trzynastolatkę. Że przyjaźń tak szybko przerodzi się w uczucie, jakie łączy dorosłych ludzi. Że pojawi się również pożądanie i potrzeba fizycznego kontaktu. 
To wszystko sprawia, że coś się w człowieku sprzeciwia, ale jednocześnie sposób w jaki to wszystko opisuje autorka, z jakim szacunkiem dla Wavy, z jakim zrozumieniem dla uczucia pomiędzy bohaterami, sprawia, że naprawdę nie sposób nie kibicować tej parze, nie życzyć im aby życie przestało im dokopywać na każdym kroku. Chce się, aby wszystko poukładało się dobrze, tak jak powinno w normalnych warunkach i przy zdrowych relacjach. 
Co ważne, autorka nie ukrywa, że taki związek nie jest do końca normalną relacją, nie gloryfikuje go, nie ukazuje w sposób sugerujący, że to rzecz normalna. A jednak nie znajdziecie w tej książce jaskrawego potępienia ani Wavy ani Kellena. 
Może właśnie dlatego to powieść budzi sporo kontrowersji.  

Powiem szczerze, że przez całą powieść zastanawiałam się ile w tej historii jest własnych doświadczeń autorki, czy opisywana przez nią opowieść nawiązuje może do tego, co przytrafiło się jej samej. Zaczęłam szukać w internecie czegoś więcej o jej prywatnym życiu i znalazłam dyskusję czytelników z Bryn Greenwood na GD, która rozjaśniła moje domysły. 
Czy polecam „Wszystko, co brzydkie i cudowne”? 
Tak. 
Szczerze mogę tą powieść polecić, bo to naprawdę dobra i poruszająca historia, to opowieść, która burzy spokój, wywołuje masę sprzecznych emocji, by koniec końców pokazać, że nie zawsze wszystko jest tym, na co na pierwszy rzut oka wygląda.

To już kolejna książka od Papierowego Księżyca, która porusza temat tabu, temat kontrowersyjny i taki, który nie da się zaszufladkować, gdy już skończy się czytać.


środa, 2 grudnia 2020

"Zjadaczka grzechów" Megan Campisi

 Czy może być kara gorsza od śmierci?


Może.

Można zostać skazanym na pełnienie posługi Zjadaczki grzechów. Kobiety wyklętej, na którą nikt nie może patrzeć, nikt z nią nie może rozmawiać. Jest skazana na samotność, a ludzie mimo, że jej potrzebują, gardzą nią i się jej boją. Taki los spotkał 14 letnią May, dziewczynkę, która ukradła bochenek chleba. Skazana na zostanie zjadaczką grzechów, kobietę, która przyjmuje na siebie grzechy umierających, naznaczona piętnem, wplątana w spisek. 

„Zjadaczka grzechów” Megan Campisi, to książka, którą zapragnęłam przeczytać, gdy tylko zobaczyłam ją w zapowiedziach. Powieść niewątpliwie historyczna z ciekawym wątkiem zjadaczek grzechów, które podobno istniały naprawdę. Zabrałam się za czytanie niedługo po tym jak dotarła paczka i…utknęłam. Książka trafiła u mnie chyba na niesprzyjający czas. Miałam czytelniczą niemoc, wszystko co brałam do czytania, po kilku rozdziałach odkładałam. Nie potrafiłam się wciągną w żadną historię. I wtedy zaczęłam czytać opowieść o May. Jeśli sądzicie, że ta książka przełamała moją niemoc, to muszę Was rozczarować – wcale tak nie było. Męczyłam się z tą 332 stronicową powieścią ponad tydzień. I nie dlatego, że to zła książka, tylko dlatego, że to był kiepski czas. 

Czy w takim razie mogę ocenić powieść? Uważam, że tak. I postaram się być jak najbardziej obiektywna w mojej ocenie. Po pierwsze język. Autorka posługuje się naprawdę pięknym językiem, ma dopracowany styl, potrafi obrazowo opisywać otaczającą bohaterkę rzeczywistość. A ta jest wyjątkowo brudna, pełna przemocy, żeby nie powiedzieć parszywa i upadlająca. Megan Campisi potrafiła wspaniale odmalować realia życia w XVI wiecznej Anglii. 

Fabuła jest interesująca i potrafi wciągnąć. Zwłaszcza druga część powieści sprawiała, że chciałam się dowiedzieć co będzie dalej, jak to wszystko się zakończy. Mimo, że miałam trudności w skupieniu się na akcji, to nie umknął mi nawet najdrobniejszy szczegół, żaden wątek nie został pominięty. Wszystko w tej powieści układa się w logiczny ciąg przyczynowo – skutkowy, doprowadzając czytelnika do naprawdę dobrego finału. Tło polityczno-religijno-społeczne jest świetnie przedstawione. Również nakreśleniu bohaterów, oddaniu ich charakterów nie mogę nic zarzucić. Udało mi się dobrze poznać May i zrozumieć jej postępowanie i decyzje. To wszystko składa się na naprawdę intrygującą powieść i w dodatku dobrze napisaną.


I choć ciężko mi się czytało (ale to jak każdą powieść w tamtym czasie), to nie chciałam książki odkładać, parłam do przodu, ciekawa co będzie dalej. W końcu gdy skończyłam Zjadaczkę grzechów poczułam ulgę. I znów, nie dlatego, że uporałam się ze złą książką, tylko dlatego, że cieszyłam się, że nie odpuściłam. Bo to naprawdę dobra powieść, choć uważam, że częste określanie jej jako mrocznej nie jest zbyt trafione. Książka wg mnie nie jest mroczna, choć jej klimat jest ciężki i często brutalny, bywa również brudny, a opisywane w książce wydarzenia nierzadko urągały godności człowieka. Ale niewątpliwie to były takie czasy i autorka postarała się, aby dobrze oddać ich klimat. 

Czy polecam Zjadaczkę grzechów? 

Tak. Mimo trudności, jaką sprawiło mi jej czytanie, książkę oceniam pozytywnie. To naprawdę ciekawa lektura i niesztampowa fabuła okraszona świetnie odmalowanym tłem polityczno-religijno-społecznym. Nic w tej powieści nie jest oczywiste i jednoznaczne, a świat widziany oczami May potrafił wciągnąć i nie puszczać do ostatniej strony.


niedziela, 6 września 2020

"30 dni" K.C. Hiddenstorm

Linda Hill dowiaduje się, że jest nieuleczalnie chora, że zostały jej jeszcze tylko miesiące życia.
Medycyna jest bezsilna, ale kobieta nie chce się poddawać. Szuka wszelkimi sposobami terapii eksperymentalnych, możliwości, których nie dał jej lekarz.
I tak trafia do fundacji Ostatniej Szansy, do jej pracownicy Nayhiji Mara, która twierdzi, że Lindę da się wyleczyć… o ile jej mąż będzie jej wierny przez trzydzieści dni.
Banalnie proste, myśli Linda, przecież mąż ją kocha.
Ale to co wydawało się „bułką z masłem” zmienia się w niebezpieczną rozgrywkę, gdy Adam Hill będzie musiał zmierzyć się z nieziemską wręcz pokusą…

Najnowsza powieść K.C. Hiddenstorm pt. „30 dni” to książka, które wymyka się schematom. Mieszanka gatunkowa (fantastyka, obyczaj, dramat, odrobina sensacji) skupia w sobie niesamowita historię o miłości, zdradzie, tęsknocie, ale przede wszystkim o złamanym sercu i potrzebie odkupienia.
W tej powieści losy trójki głównych bohaterów, czyli Lindy, Adama i Nayhiji splatają się ze sobą, a oni sami zaczynają wspólny taniec na granicy utraty zmysłów i życia.

Jeśli chodzi o kreację bohaterów, to mamy tu pełnokrwiste i wyraziste postacie, które potrafią wzbudzić w czytelniku wiele emocji i to nie tylko tych pozytywnych, ale również tych bardziej skomplikowanych, ponurych. Ich decyzje, postępowanie, działania, to wszystko składa się na ciekawy obraz ludzkich charakterów, ich dobrych stron, ale i tych mrocznych, skrzętnie ukrywanych na co dzień, które dają o sobie znać w sytuacjach najbardziej kryzysowych.
Uważam, że autorce udało się w naprawdę dobry sposób pokazać skomplikowaną naturę ludzką, jej nieprzewidywalność i fakt, że nigdy nie możemy być pewni drugiego człowieka tak w 100%.

Akcja powieści jest dynamiczna, klimat jest mroczny i ciężki. Rozgrywka pomiędzy Adamem i Lindą, a Nayhija robi się coraz bardziej osaczająca, wszystko zmierza do finału, którego nie sposób przewidzieć.
Podoba mi się sposób prowadzenia fabuły, podobają mi się wątki poboczne i kilkoro postaci drugoplanowych. Wszystko w tej powieści jest dopracowane i doszlifowane, a sama autorka rozwinęła swój warsztat, sprawiając, że jej styl stał się jeszcze bardziej dopracowany, a język płynny i obrazowy.
Czytanie 30 dni to była prawdziwa przyjemność.

Historia opowiadana przez K.C. Hiddenstorm jest niepokojąca, ale nie sposób się od niej oderwać. W trakcie czytania zaczynamy zauważać, że nasze sympatie bądź antypatie się zmieniają, a gdy coraz lepiej poznawałam przeszłość niektórych bohaterów, zdałam sobie sprawę, że nic w tej powieści nie jest czarne albo białe. Ta książka to pełen wachlarz szarości, nieoczywistości,  a odkrywanie tajemnic jej bohaterów było naprawdę intrygujące.

Jaka jest powieść „30 dni”?
Naprawdę dobra.
To wciągająca lektura napisana w dobrym stylu i dopracowanym językiem.
Znajdziecie tu tajemnice, nieziemskie pokusy, emocje i zanim się obejrzycie, zostaniecie wciągnięci w świat bohaterów, którego nie będzie się chciało opuścić, aż do ostatniej strony.
Polecam.

piątek, 29 maja 2020

"Gdzie śpiewają raki" Delia Owens

Barkley Cove, senne miasteczko u wybrzeży Karoliny Północnej. Na jego obrzeżach rozciągają się
mokradła, na których mieszkają nieliczni ludzi, uważani za tzw. margines społeczny i biedotę.
Mieszka tam również mała Kya z rodziną. Pewnego dnia jej matka odchodzi, po niej znika również całe starsze rodzeństwo, a ona zostaje sama z ojcem-alkoholikiem i brutalem.
Mija trochę czasu, dziewczynka uczy się współistnienia z ojcem, aż nadchodzi dzień gdy i on znika bez echa.
Kya zostaje sama i sama będzie musiała się nauczyć sobie radzić. Dziewczyna, jeszcze w sumie dziecko, żyje odtąd w całkowitej samotności, zgodnie z naturą, przetrwania ucząc się od natury. Ale nawet ona tęskni za obecnością drugiego człowieka, za uczuciami, miłością.
Te pragnienia doprowadzą ją do wydarzeń, które na zawsze zmienią jej życie…

Gdy sięgałam po debiutancką powieść Delii Owens „Gdzie śpiewają raki” byłam pewna, że to kolejna obyczajówka, z ciekawym tłem, gdzie w końcu, pomimo przeciwności losu, wszystko skończy się co najmniej pozytywnie.
Więc gdy ją zaczęłam, nie spodziewałam się fajerwerków.
I gdy pochłonęłam pierwszych kilka rozdziałów, uzmysłowiłam sobie w jakim byłam błędzie.

Zacznę od stylu i języka, bo to zasługuje na wszelkie peany i zachwyty. Pani Owens pisze tak cudownie, tak plastycznie, że to aż wzrusza. Opisuje otaczającą Kay przyrodę w tak bogaty sposób, że to aż niesamowite.
Maluje obraz mokradeł, bagien, całej znajdującej się tam fauny i flory we wręcz magiczny sposób. Przyrodzie poświęca wiele czasu na kartach tej powieści, a mimo to wciąż chce się więcej i więcej. To niesamowite jak cudownie opisuje miejsce, które jest domem Kay, jej ostoją i bezpiecznym azylem.
Język jakim się posługuje jest bogaty, ma się wrażenie, że roztapia się w duszy człowieka, jak najwspanialsza czekolada na języku. To jest coś niesamowitego.
Nie pamiętam kiedy czytałam książkę napisaną tak pięknie.

Bohaterowie.
Nietuzinkowi, pełnokrwiści, wyjątkowi. Nawet gdy są „tylko” szarym i zwykłym człowiekiem w pocie czoła pracującym na chleb, to są w jakiś sposób wyjątkowi.
Główna bohaterka jest nakreślona wspaniale. Wiem, że się powtarzam, ale to niesamowite jak autorka potrafiła pokazać postać Kay, jak dobrze mogliśmy ją poznać, jak bardzo wczuć się w jej położenie, życie, jej samotność i pragnienia. Jednocześnie zostawiła w tej dziewczynie kilka tajemnic, niewiadomych, jej dziką i nieokiełznaną naturę i potrzebę wolności.
Mimo, że książka w całości skupia się na Kay, to jest w niej sporo postaci drugoplanowych, które mimo, że pani Owens nie poświęca im aż tyle czasu co głównej bohaterce, to są świetnie ukazane. Ich charaktery, dążenia, wybory i to co ukryte przed oczami sąsiadów.
Bohaterowie w tej powieści są niesamowicie ważnym i mocnym elementem powieści.

Fabuła.
Nieszablonowa i oszałamiająca.
To historia o samotności, o zranionym sercu i dojrzewaniu. Wreszcie to historia tęsknoty za miłością i drugim człowiekiem, oraz wspaniała pochwała świata przyrody. Jest tu nawet wątek kryminalny, który jest poprowadzony po mistrzowsku, bo z jednej strony ciekawi co się naprawdę wydarzyło i skupia uwagę czytelnika na sobie, a z drugiej zbrodnia nie spycha na drugi plan tego, co w książce od pierwszej strony jest najważniejsze – historii Kay.
Fabuła jest dopracowana w każdym szczególe, dopieszczona, płynie się przez nią jak łódką kołysaną spokojnymi falami. Jest uzależniająca i choć chce się wiedzieć, co dalej, jednocześnie czytanie tej opowieści jak tak wspaniałym doznaniem, że nie chce się kończyć.
Pochłaniałam tą powieść i nie chciałam jej odkładać, każda zwłoka w czytaniu była dla mnie przykrością. Nie chciałam opuszczać świata ukazanego mi przez Delię Owens.
A zakończenie! Co to było za zakończenie! Od razu ostrzegam, nie sprawdzajcie jak ta książka się kończy, w tym przypadku zniszczy to całą radość z czytania.
A powiem Wam, że to jedno z lepszych finałów jakie było mi dane przeczytać. Po przeczytaniu ostatniego zdania długo tkwiłam w stuporze i nie mogłam przestać myśleć o tym, co tam się właśnie wydarzyło…

Podsumowując.
Dawno – ale to naprawdę dawno – nie dane mi było przeczytać książki tak wspaniałej i tak cudownie napisanej, z tak oszałamiającą fabułą.
To jest najlepsza powieść jaką przeczytałam w tym roku, jednocześnie jedna z najlepszych w całym moim życiu. Każdą kolejną powieść autorki kupuję w ciemno. Trzeba mieć wyjątkowy dar i talent, aby napisać tak genialną książkę, więc każda kolejna zwyczajnie musi być podobna.
Polecam gorąco. Warto!

czwartek, 19 marca 2020

"Światło ukryte w mroku" Sharon Cameron

Przemyśl, 1943 rok. Stefania Podgórska pracuje u rodziny Diamantów. Ona jest katoliczką, polką, oni
żydami.
Gdy naziści organizują w mieście getto, cała rodzina zostaje tam zesłana, a jakiś czas później rozdzielona. Część zostaje zabrana pociągiem do obozu, część zesłana na roboty. Matka Stefanii wraz z bratem trafia do Niemiec na przymusowe prace, zostawiając w kraju młodszą siostrę Stefanii, Helenę.
Dziewczynie udaje się zabrać małą do siebie, do Przemyśla i jakoś radzi sobie w tych ekstremalnie trudnych czasach.
Aż pewnego dnia do jej drzwi puka Maks, syn państwa Diamantów, który wyskoczył z pociągu jadącego do obozu śmierci.
Ma zostać tylko na jedną noc… Ale siostry postanawiają go ukryć, niedługo dołączają do niego inni żydzi.
Od tej pory od Stefanii będzie zależało życie tych ludzi, a każde pukanie w drzwi może zwiastować śmierć.

Gdy wypatrzyłam tą książkę w zapowiedziach, wiedziałam, że ją przeczytam. Opowieść w niej przedstawiona to prawdziwa historia sióstr Podgórskich i ich heroicznej walki o życie ukrywanych żydów.
Trochę się obawiałam, że w książce będzie więcej fikcji niż faktów, a głównym motywem będzie popularna teraz „miłość w obozie/getcie”, ale uwierzcie, tak nie jest.
Autorka na samym początku pisze, że są momenty, które dodała od siebie, ale na końcu książki je wymienia i jest ich bodajże trzy. Natomiast jej badania są bardzo skrupulatne. Przeprowadziła wywiady z rodziną Stefanii Podgórskiej, uzyskała również dostęp do jej pamiętników.
Uważam, że to naprawdę solidnie pokazane fakty i wydarzenia, bez koloryzowania i niedomówień.

Język jakim napisana jest powieść jest bardzo przyjemny, ale autorka nie stroni od opisów brutalności nazistów. Opisy niektórych wydarzeń bywają wstrząsające i poruszające. Życie w tamtym czasie jest pokazane jako walka o przetrwanie, a tym przecież w istocie było.
Zagrożenie ze strony nazistów było ogromne, z czego główna bohaterka zdawała sobie sprawę, czego się bała, czego się spodziewała.
Narracja jest pierwszoosobowa, co akurat w przypadku tej książki zupełnie mi nie przeszkadzało. Było wręcz zaletą, bo miałam szansę poznać myśli i uczucia Stefanii, to co przezywała i jak się to na niej odbijało. Sama zresztą doświadczyła ze strony okupanta wiele zła. Co jest wg mnie ogromną zaletą tej powieści – autorka pokazała, że bohaterka nie szeregowała ludzi wg narodowości, ale wg tego jakim byli człowiekiem i jakich się czynów dopuścili. Spotkała na swej drodze ludzi dobrych i złych, po każdej stronie i polskiej i żydowskiej.
Jest to temat trudny, ale w tej książce pokazany z wyczuciem, bez piętnowania i wrzucania do jednego worka wszystkich razem z jednostkami, z których wojna wydobyła wszystko co najgorsze.

„Światło ukryte w mroku” to naprawdę dobra lektura. Napisana z wyczuciem, ale bez koloryzowanie. Syn Stefanii Podgórskiej tak o niej napisał:

„Książka jest wierna prawdziwej historii dzięki gruntownym badaniom, jakie dokonała autorka, przygotowując się do jej napisania. Sharon stworzyła porywającą opowieść, która łączy w sobie poczucie wszechogarniającego strachu z pewną niefrasobliwością oraz ukazuje niezwykłą wewnętrzną siłę młodej kobiety, mojej Mamy. Światło ukryte w mroku przekroczyła moje najśmielsze oczekiwania”

Patrząc na jego słowa, mogę się tylko pod nimi podpisać, bo ta książka jest naprawdę tak dobra. Piękna, choć niepozbawiona drugiej strony, tej okrutnej i przerażającej.
Byłam ogromnie poruszona czytając tą historię, drżałam z lęku o bohaterów, nie wiedziałam przecież jak się ta historia skończy.
Jest to bardzo dobra lektura i z czystym sumieniem mogę ją polecić.
Na końcu jest też posłowie od autorki, w którym opowiada o powojennych losach sióstr Podgórskich, o tym z jakich materiałów korzystała, jak udało jej się porozmawiać z rodziną Stefanii.
Polecam.


sobota, 29 lutego 2020

„Kotka i Generał” Nino Haratischwili

„Kotka i Generał” Nino Haratischwili to moje pierwsze spotkanie z twórczością autorki pochodzącej
z Gruzji.
Jest to niełatwa historia podzielona na dwa przedziały czasowe, których łącznikiem jest jeden bohater – Aleksander Orłow, zwany później Generałem.
O czym jest ta powieść?
Przede wszystkim o próbie rozliczenia się z przeszłością i zadośćuczynienia za wyrządzone krzywdy.
Fabuła skupia się na wojnie w Afganistanie w latach dziewięćdziesiątych i na współczesnej próbie odpokutowania za popełnione wtedy winy.

Głównych bohaterów w powieści jest dwoje, tytułowa Kotka – aktorka, gruzinka, oraz Generał, oligarcha, który brał udział w wojnie w Afganistanie. Ale niech was to nie zmyli. Mimo, że autorka wyraźne pokazała, kto jest głównym bohaterem, to jest sporo postaci drugoplanowych, które wcale nie są mniej ważne niż tytułowa dwójka.
Sama kreacja bohaterów jest wspaniała. Każda z tych postaci ma w sobie pewną dozę tragizmu, rozpaczy, tęsknoty i poczucia winy. Są ludźmi, którzy całe życie szukają, czy to rozgrzeszenia, czy zadośćuczynienia, swojego miejsca na ziemi, miłości, spełniania pragnień.
Szukają w różny sposób, z rożnym efektem. Targają nimi ogromne emocje, niektórzy się gubią i nigdy już nie odnajdują. Niektórzy pragną naprawić to co niegdyś zostało zepsute, ale czy w ogóle da się to zrobić?

Książka nie jest łatwa. Ba, powiedziałabym, że jest wyjątkowo trudną lekturą. Bywa brutalna, potrafi złamać serce i sponiewierać duszę.
To nie jest ugrzeczniona historia ludzi na tle wojny. To jest historia wojny, która w swoje tryby wciąga ludzi, zmienia ich, popycha do strasznych czynów, niszczy, łamie.
Na tle działań zbrojnych śledzimy losy postaci, które w innych okolicznościach, innym miejscu i innym czasie, nigdy nie dopuściłyby się czynów, które zmieniają człowieka na zawsze.

Język powieści jest bogaty, plastyczny, ale nie jest lekki. Dłuższą chwilę musiałam się przyzwyczaić do stylu pisania autorki.
Ale gdy już wsiąkłam w jej sposób opisywania rzeczywistości, to nie potrafiłam tej powieści odłożyć.
Mimo, że książka totalnie mnie pochłonęła, to uważam, że były momenty, gdy była ciut przegadana, aż nazbyt rozwleczona przez co akcja mocno zwalniała. Wybijało mnie to z rytmu i nie ukrywam, musiałam na powrót wciągać się w fabułę.
Ale mimo takich przerywników, książka zapadła mi głęboko w serce. Długo nie potrafiłam o niej zapomnieć, pogodzić się z losem jej bohaterów, wybaczyć niektórych czynów, przestać myśleć o tym co się tam wydarzyło.
Ta książka potrafiła mną wstrząsną, doprowadzić do łez, do bezsilnej złości i gniewu.
Tak – gniewu.
Na tych co siedzą przy stołach i z bezpiecznej odległości decydują o życiu i śmierci zwykłych ludzi. Na tych, którzy bez mrugnięcia okiem skazują ludzi na wojenny horror w imię czego?


Nino Haratischwili napisała powieść trudną, opisała historię, która miała miejsce. Historię okrutną, bolesną, łamiącą serce.
Pokazała czytelnikowi, że w niektórych przypadkach winy się nie przedawniają, a odpokutowanie za nie jest zwyczajnie niemożliwe.
Polecam tą powieść.
Polecam, choć złamała mi serce i zostawiła w duszy ślad, który już nie zniknie.
Na pewno sięgnę po inne powieści autorki. Wierzę, że ktoś kto potrafi pisać w tak przejmujący sposób, nie może napisać słabej książki.


środa, 15 stycznia 2020

"Twoje fotografie" Tammy Robinson

W dniu swoich dwudziestych ósmych urodzin Ava dowiaduje się, że rak, którego pokonała kilka lat
wcześniej wrócił i nie daje jej żadnych szans.
Kobieta nie zamierza jednak leżeć i czekać na śmierć, chce sama zdecydować o tym jak przeżyje pozostały jej czas, a jednym z jej marzeń od zawsze było aby stanąć na ślubnym kobiercu, w całej tej ślubnej otoczce.
Problem jest tylko jeden: brak pana młodego.
Gdy najbliżsi mobilizują siły aby pomóc jej spełnić to marzenie, niespodziewanie w sprawę zaczynają się angażować najpierw socialmedia, potem prasa. Wieść rozchodzi się lotem błyskawicy, ale są rzeczy, na które nie ma się wpływu – takie jak na przykład miłość…

Czytałam poprzednią wydaną u nas książkę autorki i byłam naprawdę pod jej wrażeniem. Po „Twoje fotografie” sięgnęłam więc z przekonaniem, że to musi być dobra lektura.
I wiecie co?
Nie pomyliłam się.
Ta powieść jest nie dość, że napisana pięknym językiem, nie dość, że dopracowana, to jeszcze tak szalenie trudny temat jak odchodzenie jest, mimo nierzadkich scen  humorystycznych, potraktowany z niezwykłą subtelnością i wyczuciem.
Nie ma tu epatowania cierpieniem ponad miarę, ale nie ma też udawania, że ono nie istnieje. Wszystko jest dobrane w idealnych proporcjach, śmiech, łzy, radość, smutek.
Ta powieść przypomina mi swoim klimatem inną książkę o odchodzeniu, o której pisałam dawno temu na blogu – Ostatnie dni Królika.
Obie powieści łączy ogromny ładunek emocjonalny i piękna historia.

„Twoje fotografie” czyta się z ogromną przyjemnością, autorka ma wspaniały styl i wyjątkowo dobre pióro. Potrafi pisać niezwykle obrazowo, malować przed czytelnikiem nie tylko obraz otaczającego bohaterów świata, ale także ich uczuć. To ogromny plus tej książki.
Drugim są bohaterowie.
Są bardzo wiarygodni i prawdziwi  w swoim postępowaniu, decyzjach i rozterkach. Dodatkowo naprawdę nie sposób ich nie polubić. Nie ma tu postaci, która nie byłaby ważna, czy to pierwszo czy drugoplanowa. Każdy ma tu znaczenie, o każdym chce się czytać.
I główna bohaterka – Ava.
To autentyczna, wyrazista i zwyczajnie piękna postać. Piękna zewnętrznie i wewnętrznie. Ciężko było mi się pogodzić z tym, że od początku wiem, jaki spotyka ją los. Polubiłam ta dzielną i cudowna kobietę i płakałam ogromnie nad tym co ją spotkało.
Tammy Robinson potrafi tworzyć wspaniałych bohaterów i nic co bym napisała nie odda w pełni tego co czułam czytając tą powieść.

„Twoje fotografie” to przepiękna książka, które porusza niesamowicie trudny temat. Robi to pięknie, subtelnie, z wyczuciem. Pokazuje ogrom emocji, ale bez niepotrzebnego epatowania cierpieniem, choć autorka nie unika pisania o nim.
Ta powieść złamała mi serce, zmusiła do zatrzymania się na chwilę i docenienia tego co mam  najcenniejszego – życia.
Wylałam wiele łez, wiele razy szczerze się śmiałam. Ava swoim życiem i umieraniem wprawiła mnie w stan zadumania, melancholii, ale i tchnęła nadzieję w moje umęczone jej odejściem serce.
To przepiękna, choć ogromnie smutna historia.
Historia, o której się nie zapomina nigdy.


Polecam całym sercem.





wtorek, 31 grudnia 2019

„Boginie z Žítkovej” Kateřina Tučková

Ostatnia opinia na blogu w tym roku będzie o książce wyjątkowej.

„Boginie z Žítkovej” Kateřina Tučková

Wysoko w Białych Karpatach, na pograniczu Moraw i Słowacji, w odciętej od świata wsi Žítková żyły wyjątkowe kobiety. Potrafiły leczyć ziołami, przepowiadać przyszłość, poskramiać żywioły. Nazywano je boginiami, a ich tajemniczą sztukę bogowaniem.

Dora Idesová należy do ostatnich z rodu bogiń, nie chce jednak praktykować magii. Opuszcza rodzinne strony, kończy etnografię i postanawia zgłębiać fenomen bogiń od strony naukowej. Pewnego dnia odkrywa, że wśród materiałów tajnych służb StB znajduje się teczka jej ciotki, bogini Surmeny*.
*opis wydawcy

Fakt, że Dora odkryje materiały służb specjalnych na temat jej ciotki, popchnie ją na drogę poszukiwań prawdy i grzebania w przeszłości, sięgającej II WŚ, ale i dalej, za losami kolejnych bogiń.
Gdy zaczynałam czytać tą powieść, nie wiedziałam czego się po niej spodziewać. Oczywiście skojarzyłam sobie boginie z naszymi szeptuchami i jest to skojarzenie słuszne, o czym autorka wspomina w powieści.
Jednak nie jest to tylko opowieść o Karpackich boginiach jako takich, bo autorka opisuje losy prawdziwych postaci, choć nie o wszystkich pisze wprost, zmienia dane, z kilku osób tworzy jedną postać dodaje również postacie fikcyjne.
Prócz opowieści jaką snuje współcześnie Dora podczas swoich poszukiwań, autorka cofa się w przeszłość i ukazuje krok po kroku losy innych bogiń, nie tylko Surmeny. Mamy również możliwość poznać niektóre informacje o boginiach w formie dokumentów ze śledztw jakie prowadzili agenci służb StB.
Początkowo nie mogłam się do tego przekonać, ale czym bardziej zagłębiałam się w tą opowieść, tym mniej mi to przeszkadzało, aż złapałam się na tym, że zaczyna mi się podobać taka forma prowadzenia narracji.

Dwie linie czasowe, tzn. współczesna dotycząca Dory i ta z przeszłości jej rodziny i innych bogiń idealnie się uzupełniają.
Obraz bogiń, ich pracy i życia jest niezwykle przejmujący i poruszający. Autorka nie bawi się w sentymenty, pokazuje wszystko czego dowiaduje się Dora z brutalną szczerością i bez owijania w bawełnę.
Z jej opowieści wyłania się obraz ciężkiego życia w prawie odciętej od świata wiosce kobiet, które posiadają przekazywaną z matki na córkę wiedzę dzięki, której mogą pomagać innym. Ale ten świat nie jest wolny od zawiści, zazdrości i lęku, który potrafi popchnąć do haniebnych czynów.
Również obraz życia Dory, niepotrafiącej wyzwolić się ze strachu przed tym jaka jest, niepotrafiącej odnaleźć swojego miejsca na ziemi jest ogromnie smutny i przejmujący.

Opowieść Kateřiny Tučkovej jest gorzka, pełna bólu, smutku, tęsknoty i niespełnienia. To obraz walki kobiet o siebie i swoje życie, o swoich najbliższych, ale i o przetrwanie w bezwzględnym świecie.
Ta opowieść robi ogromne wrażenie, ale to nie jest lekka lektura. To ciężki temat i trudna historia, której finał potrafi człowiek mocno wstrząsnąć.
Nie znajdziecie tu lekkich i zabawnych historyjek o pracy bogiń, anegdot czy wizji kobiet posiadających szacunek tych, którym pomagały.
Ale bezsprzecznie książka warta jest każdej minuty, jaką się poświęca na jej czytanie. To ciężka i poruszająca historia, ale niesamowita i pochłaniająca człowieka na wiele godzin.

„Boginie z Žítkovej” to książka niebanalna, dobrze napisana, poruszająca, wymykająca się wszelkim schematom.
Chwilami miałam wrażenie, że czytam pięknie opowiedzianą baśń (wątki z przeszłości bogiń), chwilami, że powieść historyczną, chwilami, że reportaż. Wszystko to łączy ze sobą sprytnie autorka, co daje zaskakująco dobry efekt i zachwyca.
Ta z pozoru prosta opowieść o zwykłych ludziach jest w rzeczywistości bardzo niezwykła.
To chyba moja pierwsza styczność z literaturą czeską i jestem pewna, że to dopiero początek mojej z nią przygody.
„Boginie z Žítkovej” to naprawdę jedna z lepszych książek jakie dane mi było przeczytać.
Szczerze polecam i zachęcam Was do sięgnięcie po tą niebanalną powieść.







środa, 27 listopada 2019

"Dwanaście żywotów Samuela Hawleya" Hannah Tinti

Samuel Hawley jest samotnym ojcem Loo, dorastającej nastolatki.
Wraz z córka wiodą koczownicze życie, od motelu do motelu, zmieniając miejscowości, mieszkanie, ciągle w drodze.
Pewnego dnia hawley postanawia wraz z Loo zamieszkać w mieście Olympus, w stanie Massachusetts, rodzinnej miejscowości nieżyjącej matki dziewczyny.
To tam nastolatka zacznie grzebać w przeszłości i spróbuje dowiedzieć się, jak doszło do tragicznej śmierci matki i co skrywa przeszłość jej ojca.
Przeszłość, która właśnie ponownie postanowiła pojawić się w życiu ojca i córki.

„Dwanaście żywotów Samuela Hawleya” autorstwa Hannah Tinti to zdecydowanie książka nieszablonowa, nieprzewidywalna i intrygująca.
Szczerze mówiąc spodziewałam się czegoś na styl połączenia kryminału i jakie było moje zdziwienie, gdy dostałam coś innego.

Powieść pani Tinti ciężko jednoznacznie zaklasyfikować do jednego gatunku. Bo tu przeplata się ze sobą i kryminał i powieść obyczajowa i dramat. To opisany z subtelnością obraz miłości, krzywdy i bólu, ale i nadziei i lojalności i poświęcenia. To historia o dorastaniu i odnajdywaniu swojej drogi.
Tinti bywa do bólu szczera, nie stroni od brutalności, która jednak w idealnej proporcji dopasowana jest do fabuły.
Autorka niczego nie lukruje, nie zakłamuje rzeczywistości i jest daleka od szablonowego obrazu „twardziela o gołębim sercu”. Główny bohater jest postacią niejednoznaczną, ciekawą, skomplikowaną, do tego wewnętrznie skłócony sam ze sobą. Jego portret jest wyrazisty, poznajemy go powoli, ale dokładnie. Mamy również możliwość dzięki retrospekcjom poznać jego życie i miłość do matki Loo.
Czy Samuel Hawley to bohater, którego da się polubić?
Wydaje mi się, że tak, choć ja do końca nie potrafiłam się zdecydować, czy go lubię czy wręcz przeciwnie.
Bo są w nim obszary za które go ceniłam, ale było też coś, co sprawiało, że miałam chęć trzasnąć go w twarz. Mocno.
Wywołał we mnie wiele sprzecznych emocji, bo z jednej strony go rozumiałam, a z drugiej  w wielu momentach, śledząc jego decyzje i działania, chciałam zapytać „dlaczego to robisz?”.

Bez trudu za to zapałałam sympatią do Loo, córki Samuela. Ta wychowywana w dość nietypowy sposób dziewczynka sprawiała, że nie raz byłam nią oczarowana.
Ta pełna buzujących emocji, niepewności i buntu osoba była dla mnie świetnym obrazem dorastającej nastolatki, które poszukuje swojego miejsca na ziemi i nie potrafi się odnaleźć w społeczności małego miasteczka.
Wszystkie jej działania aby odkryć przeszłość ojca, poznać losy matki i zrozumieć wreszcie kim jest i kim chce być, są nakreślone bardzo dobrze.
Autorka przyłożyła się do wykreowania jej postaci i uważam, że wyszło jej to znakomicie.

Czy można uwolnić się od przeszłości i bez konsekwencji wkroczyć w przyszłość?
Czy zła przeszłość pozwala się od niej odciąć i zacząć normalne życie?
Dwanaście śladów po kulach, które naznaczyły ciało Hawleya pokazują, że czasem zajdzie się zbyt daleko w swoich działaniach i przeszłości prędzej czy później się o człowieka upomni.
Czym więcej wydarzeń z jego przeszłości odkrywałam, tym bardziej byłam zaniepokojona losem Loo i tym, jaką drogę wybierze dziewczyna.
Ostatnie sceny w książce dały mi odpowiedź na to pytanie i choć jeszcze wszystko może się zmienić (tak, czasem myślę o przyszłości bohaterów książkowych, o tym co się z nimi stało dalej), to jednak zakończenie, które dała mi autorka, bardzo mi się spodobało i czułam się usatysfakcjonowana.

„Dwanaście żywotów Samuela Hawleya” to powieść nieszablonowa, wciągająca i ogromnie ciekawa. Napisana dobrym stylem, bardzo obrazowo i plastycznie. Trzymała mnie w napięciu, wzruszała, chwilami nawet potrafiła rozbawić, poruszyła we mnie wiele emocji.
To była wyjątkowo udana lektura i chętnie sięgnę po kolejne książki autorki.
Polecam.

piątek, 18 października 2019

"PS Kocham Cię na zawsze" Cecelia Ahern

Siedem lat po śmierci Gerry’ego jego żona Holly Kennedy poukładała swoje życie na nowo. Ma stałą
pracę i udany związek z Gabrielem. Życie zdaje się iść w dobrym kierunku.
Wszystko się zmienia gdy za namową siostry nagrywa podcast i opowiada w nim o listach, jakie dostawała od męża po jego śmierci.
Wtedy zgłasza się do niej osoba, która założyła klub PS Kocham Cię, do którego należą osoby nieuleczalnie chore, które chcą aby Holly pomogła im napisać ich własne listy do bliskich.
Czy Holly się zgodzi?

Gdy usłyszałam, że ma się ukazać kontynuacja PS Kocham Cię byłam ogromnie uradowana. Ta książka wywołała we mnie lawinę emocji i zmusiła do wielu refleksji na temat życia, śmierci i pożegnania z bliskimi.
Byłam zatem ciekawa jak potoczyły się dalej losy Holly, gdy została bez Gerry’ego.
Autorka już na samym początku książki pokazuje jak śmierć męża i zmierzenie się z tym zmieniło Holly, jak lata bez niego na nią wpłynęły i jak kobieta kieruje swoim życiem.
Mamy wnikliwy obraz młodej kobiety, która musiała nauczyć się żyć od nowa, a pomagały jej w tym listy od zmarłego męża.

Akcja powieści jest wartka, znów spotykamy dobrze znanych z pierwszej części bohaterów, śledzimy co się u nich zmieniło, jak potoczyło się ich życie, jakie mają troski i radości.
Jednocześnie w książce pojawiają się nowi bohaterowie, którzy bardzo mocno wpłyną na Holly i jej decyzje, działania.
To był piękny, choć czasami smutny obraz.
Życie nie zawsze układa się tak jakbyśmy tego chcieli (a zazwyczaj układa się wręcz odwrotnie) i autorce udało się tą zmienność ukazać.
Pokazała codzienne blaski i cienie w zmaganiu się z życiem, ale i większe troski, smutki i wydarzenia, które potrafią nieraz przygnieść do ziemi i wpędzić w rozpacz.

Subtelnie i z wyczuciem opisała tak trudny temat jak pożegnanie z najbliższymi, gdy się wie, że czas na tym świecie się kończy. Ukazała jak to wpływa na osoby śmiertelnie chore, ale i na ich najbliższych. Poruszyła ogromnie trudny temat, ale zrobiła to w cudowny sposób, bez emocjonalnego szantażu i żerowaniu na wrażliwości czytelnika.
To w bardzo emocjonalny sposób ukazany ten aspekt życia, przed którym nie uchroni się nikt z nas.
Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie i doprowadziło do łez wiele razy.
Cecelia Ahern ma niewątpliwy talent do pisania o rzeczach trudnych w sposób, który porusza, zasmuca, wywołuje łzy, ale jednocześnie pozwala z odrobiną optymizmu spojrzeć w przyszłość.

Autorka w swojej powieści nawiązuje do wcześniejszych wydarzeń z poprzedniej części, dlatego uważam, że konieczne jest, aby najpierw przeczytać (jeśli ktoś jeszcze tego nie zrobił) pierwszą cześć.
W „PS Kocham Cię na zawsze” mamy wiele nawiązań do przeszłości Holly, jej związku z Gerrym i czasu po jego śmierci. Są to pełne emocji wspomnienia i byłam ogromnie poruszona, gdy czytałam te fragmenty, gdy Gerry znów pojawiał się na karatach powieści.

„Celuj w księżyc, a nawet jeśli chybisz, wylądujesz wśród gwiazd”

W powieści sporo jest refleksji na temat odchodzenia i tego jak zmienia się po śmierci bliskich życie tych co zostają. To obraz pożegnania i żałoby, ale nie zabrakło w nim optymizmu i wiary w przyszłość. Pojawia się również szczypta humoru, który przełamuje smutek.
Książka jest wzruszająca i pięknie napisana. Czyta się ją naprawdę świetnie, a lekki i dopracowany styl tylko sprzyja czerpaniu przyjemności z lektury.
Mimo tak trudnego tematu, byłam oczarowana powieścią i z radością dałam się wciągnąć do świata Holly.

Jeśli chodzi o wizualizację, w głowie od czasu filmu mam niezmiennie Gerarda Butlera i Hilary Swank i to się chyba już nigdy nie zmieni.
Mimo, że od premiery filmu minęło sporo lat, mam nadzieję, że i „PS Kocham Cię na zawsze” doczeka się ekranizacji w niezmienionym składzie.

Powieść wywołała we mnie ogrom różnych uczuć. Chwilami bawiła, doprowadzała do łez, ogromnie wzruszała.
Szczerze polecam każdemu, kto czytał poprzednią cześć, a kto nie miał jeszcze styczności z losami Holly, gorąco zachęcam do nadrobienia zaległości.

środa, 21 sierpnia 2019

"Nim stałyśmy się wasze" Lisa Wingate

Lata trzydzieste XX wieku,  Stowarzyszenie Dom dla Dzieci Tennessee pod rządami Georgii Tann
ratuje sieroty i szuka im dobrych, często zamożnych domów.
Dzieci rozpoczynają nowe życie w kochających rodzinach…
Czy aby na pewno?
Georgia Tann i jej działalność okazują się nie początkiem nowego wspaniałego życia sierot, ale koszmarem, który właśnie je spotkał. Porywane w drodze do szkoły, ze szpitali po uprzednim wmówienie rodzicom, że dziecko zmarło, podczas zabaw na podwórkach…
Umieszczane w placówkach, w których nierzadko są głodzone, maltretowane, molestowane, bite, karane fizycznie i psychicznie, zastraszane.
Brzmi strasznie?
Oczywiście, zwłaszcza, że to nie fikcja niestety.

„Nim stałyśmy się wasze” to powieść, która opisuje prawdziwe wydarzenia dotyczące Stowarzyszenia Dom dla Dzieci Tennessee. I choć główni bohaterowie, czyli rodzeństwo Foss, to postacie fikcyjne, to jednak autorka ich historię stworzyła w oparciu o historie prawdziwych uczestników tych strasznych wydarzeń.

Akcja powieści biegnie się dwutorowo, w latach  30 XX wieku, gdy Georgia Tann porywa rodzeństwo Foss oraz  współcześnie. Młoda córka senatora , podczas jednego z wydarzeń, w którym bierze udział jej ojciec, spotyka tajemniczą May, a spotkanie to zburzy spokój i poukładane życie Avery i da początek poszukiwaniom, które wstrząsną całym życiem kobiety.
Narracja trzecioosobowa daje czytelnikowi wgląd we wszystkie wydarzenia, które opisuje autorka. Lekki, ale bardzo dobry styl sprawia, że książkę czyta się dobrze i z przyjemnością.
Mimo, że wiadomo co jest tajemnicą i można się domyślić jak cały współczesny wątek się zakończy, to droga do jego rozwiązania jest niesamowicie ciekawa i wciągająca.
Wątek z przeszłości jest ogromnie poruszający i zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Nie sposób było przewidzieć w jakim kierunku się potoczy. Historia rodzeństwa Foss jest wstrząsająca, a wiedząc, że to nie tylko fantazja autorki, ale takie sytuacje miały miejsce, to serce boli i ciężko się pogodzić z tym, że ktoś taki jak Georgia Tann mogła działać bez żadnej kontroli i wyrządzać tyle zła.

Postacie są nakreślony bardzo dobrze i bez trudu mogłam uwierzyć, że ktoś taki istniał w rzeczywistości. Autorka bardzo plastycznie opisuje wszystkie wydarzenia, jednocześnie dużo czasu poświęca na ukazanie, co czuła główna bohaterka – Rill Foss - z jakimi emocjami się zmagała, ile w niej było strachu i przerażenia o los swojego rodzeństwa, ile rozpaczy i determinacji.
Obraz tego co działo się w placówkach Stowarzyszenia Dom dla Dzieci Tennessee jest wstrząsający i przerażający.
Trudno było mi pojąć, że coś takiego mogło mieć miejsce, w dodatku z przyzwoleniem społeczeństwa i władz.
Czytałam i nie byłam w stanie oderwać się od powieści, nawet pomimo tego, że wydarzenia opisywane przez Lisę Wingate potrafiły wywołać smutek w duszy i bezsilną złość na to, co spotykało tysiące dzieci.
Również bohaterowie współcześni są ciekawi, pełni sprzeczności, mają swoje rozterki, dylematy, marzenia. Zwłaszcza Avery, która próbuje ustalić swoje miejsce w świecie i sprostać oczekiwaniom rodziny, jednocześnie nie zatracając w tym siebie.

„Nim stałyśmy się wasze” Lisy Wingate to książka wstrząsająca i głęboko poruszająca. Oddaje klimat tamtych lat, opisuje przerażające wydarzenia  rozgrywające się w Stowarzyszeniu Dom dla Dzieci Tennessee bardzo realistycznie, przez co historia ogromnie zapada w serce i ciężko przestać o niej myśleć, nawet po zakończeniu lektury.
Setki tysięcy dzieci odebranych rodzicom, z pozmienianymi danymi, tak aby biologiczni krewni nie mogli ich odszukać i sprzedane do adopcji. Setki dzieci, po których zaginął ślad.
Tak właśnie wyglądała ta „sielanka” pod wodzą Georgii Tann.
Intratny biznes, który przyniósł kobiecie majątek (wysokie koszty opłacane przez nowych rodziców za „adopcję”), a za który kobieta nigdy nie poniosła kary.
Ta powieść, to jedna z tych książek, o których nigdy się nie zapomina, które pozostawiają w duszy czytelnika swój ślad już na zawsze.
Jestem pod jej ogromnym wrażeniem.
Polecam.

środa, 7 sierpnia 2019

"Diabeł wcielony" Donald Ray Pollock

„Diabeł wcielony”.
Książka, po którą sięgnęłam, bo… właśnie. W sumie sama nie wiem dlaczego i co mnie skusiło, żeby
ją przeczytać.
Opis oczywiście brzmiał zachęcająco, sugerował krwawy thriller osadzony w małym miasteczku w latach powojennych.
W sumie nie spodziewałam się niczego odkrywczego, ot brutalna historia, która raz czy dwa zaskoczy i zapewni trochę rozrywki.
Jak nie trudno się domyśleć – nic bardziej mylnego.
Ta powieść dosłownie wbiła mnie w fotel i chwyciła w swoje brutalne szpony, nie wypuszczając aż do ostatniego słowa.

Akcja powieści rozgrywa się na prowincji Ohio i Zachodniej Wirginii. Mamy kilkoro głównych bohaterów, Willard Russell i jego syn Arvin, małżeństwo Sandy i Carl Henderson, szeryf i kaznodzieja i jego pomocnik.
Narracja w powieści jest trzecioosobowa, czyli taka jaką lubię najbardziej, a autor  naprzemiennie w kolejnych rozdziałach opowiada historie poszczególnych bohaterów. Mimo częstych przeskoków, nie miałam problemu z nadążeniem za fabułą, wątki mi się nie mieszały, a bohaterowie nie zlewali w jedno.
Tego ostatniego zresztą nie ma szans doświadczyć, bo to plejada wyrazistych i pełnokrwistych postaci.

Książka przesiąknięta jest mrokiem, który wylewa się z bohaterów, który zalega im w duszach i sercach.
Ich czyny są makabryczne, haniebne, brutalne i chwilami niewyobrażalne.
Ich postrzeganie świata i rzeczywistości jest spaczone.
Zbrodnie są w tej powieści popełniane ot tak, bo można, bo nikt sprawców nie złapał, bo są przekonani, że unikną kary.
Moralność w świecie ukazanym przez autora jest wypaczona, niektórzy jego bohaterzy nie mają jej wcale, inni uważają, że ich działania są w gruncie rzeczy w porządku, jeszcze inny bohater zdaje sobie sprawę z tego, że to co robi jest złe, a mimo to uważa, że tak trzeba, aby zatrzymać inne zło.
Czy to dobra droga, czy może zło rodzi tylko zło? Czy dobry człowiek robiący złe rzeczy w dobrej intencji to nadal dobry człowiek?
Nie da się na te pytania odpowiedzieć jednoznacznie w tej powieści i przyznaję, że nie potrafiłam zdecydowanie ocenić niektórych bohaterów.
Bo tak naprawdę nikt, nawet ci, którzy wydawali się pozytywni, mieli nadwerężone sumienie.

Autor bardzo obrazowo pokazuje drogę większości bohaterów do miejsca, w którym się właśnie znaleźli. To przygnębiający, ciężki i „brudny” obraz życia i wydarzeń, które ich ukształtowały.
Zresztą cała powieść jest w bardzo ciężkim klimacie, i uważam, że nie jest to powieść dla każdego, kto lubi kryminały czy nawet thrillery. Bo tu nie o same zbrodnie chodzi, a raczej o ludzi je popełniający, o ich motywacje i o to co ich do tych strasznych czynów popycha.
Jednak gdzieś przez ten brutalny i krwawy obraz zbrodni i deprawacji, przebija się odrobina nostalgii i tęsknoty za innym życiem, innym światem poza małomiasteczkowym marazmem i powolnym staczaniem się.
Jest to impuls, przebłysk, a jednak się pojawia i wywołuje w człowieku odrobinę współczucia dla niektórych bohaterów.

Autor bardzo sprawnie łączy ze sobą wszystkie wątki i splata losy bohaterów. Zostawia czytelnikowi pewne znaki, które naprowadzają go na możliwe zakończenie i mimo,  że zostałam pewnymi rozwiązaniami zaskoczona, a niektóre przewidziałam, to czuję się nim niezwykle usatysfakcjonowana.
Potwierdziło ono również moje przemyślenia, że zło napędza jeszcze większe zło, i że czasem jeden dobry gest może zmienić losy wielu ludzi.
Bardzo polecam tą książkę. To nie jest łatwa lektura, ale mimo ciężkiego klimatu, uważam, że zdecydowanie warto ją przeczytać.
Jestem pod wrażeniem „Diabła wcielonego” i po kolejne powieści autora sięgam już w ciemno.



niedziela, 4 sierpnia 2019

"33 razy, mój kochany" Nicolas Barreau

Julien to pisarz mieszkający w Paryżu. Niedawno z powodu nowotworu stracił żonę, którą kochał
nad życie. Helene miała trzydzieści trzy lata i przed śmiercią wymogła na mężu obietnicę, że gdy umrze, ten napisze do niej 33 listy, każdy za rok jej życia.
Julien pogrążony w żałobie i starający się zapewnić opiekę swojemu synowi Arturowi, początkowo nie chce pisać listów.
Ale przyjdzie taki dzień, że mężczyzna zacznie je pisać i umieszczać w skrytce w nagrobku.
Aż pewnego dnia, gdy będzie chciał schować kolejny list, odkryje, że wszystkie zniknęły, a w ich miejscu pojawiło się kamienne serce…

Czytając opis powieści, od razu byłam pewna, że to książka dla mnie. Miałam swoje oczekiwania i byłam przekonana, że wiem jak wszystko będzie na kartach powieści rozwiązane.
I gdy zaczęłam już książkę czytać, okazało się, że ogromnie się myliłam.
Książka nijak się miała do moich oczekiwań, za to okazała się…zdecydowanie lepsza!
Pierwszy plus, to historia gdzie głównym bohaterem jest mężczyzna i z jego punktu widzenia prowadzona jest narracja.
Julien dzieli się czytelnikami swoimi myślami, swoją żałobą i tym jak ją przeżywa. To piękny, choć przepełniony głębokim smutkiem obraz człowieka, który stracił miłość swojego życia.
Śledzimy jego poczynania, wizyty na cmentarzu Montmartre, jego codzienność wypełnioną żałobą i tęsknotą. 

Kolejnym plusem jest piękny język jakim powieść jest napisana. Jest taki aksamitny, płynny, melancholijny. Czytanie tej powieści to była czysta przyjemność i już za sam język należą się autorowi ukłony.
Oczywiście to nie jedyne plusy tej powieści. Opisy Paryża, jego ulic, kafejek, miejsc – autor zrobił to niezwykle plastycznie, potrafił oddać klimat miasta, ale nie ten folderowy dla turystów. Pokazał czytelnikowi Paryż oczami jego mieszkańca, który to miasto kocha. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie, byłam zachwycona i oczarowana.

Sama historia, pomimo, że przepełniona smutkiem, ma w sobie oczywiście odrobinę optymizmu i wiary w przyszłość.
Znikające listy, a w ich miejsce pojawiające się różne przedmioty, to początek intrygującej drogi Juliena do uleczenia duszy i pogodzenia się ze śmiercią ukochanej żony.
Ale mimo, że brzmi to prosto, wcale takie nie jest. To powolny i bolesny proces, któremu mimo wszystko, dzięki listom nasz bohaterem się poddaje.
Autor w piękny i poruszający sposób ukazał radzenie sobie z żałobą i utratą najbliższych. Nie epatuje ciągłym dramatyzmem, serce bohatera nie rozpada się co trzecie zdanie na milion kawałków,  a jednak potrafił mnie niesamowicie wzruszyć i doprowadzić do łez.
Nie ma w tej książce ani odrobiny sztampowości i działania na wyświechtanych schematach. Jest tu za to morze emocji, piękny język i poruszająca opowieść.
Opowieść o człowieku, jego stracie, jego mieście i odzyskiwaniu nadziei.

Jestem zachwycona tą książką. Właśnie takiej powieści mi od dawna brakowało i czekałam aż się pojawi.
I oto jest. „33 razy, mój kochany” autorstwa Nicolasa Barreau.
I choć od początku czuć, że książka zapewne skończy się dobrze, to jednak nie jest to taki typowy happy end, gdzie nagle znikają troski, a przeszłość odchodzi w zapomnienie.
Zakończenie jest prawdziwe, życiowe i wzruszające. Słowem – cudowne.

Jeśli lubicie pięknie napisane powieści obyczajowe, w których rozpacz miesza się z nadzieją, gdzie autor pisze pięknym i plastycznym językiem i potrafi wzruszyć bez zbytecznej ckliwości – to polecam „33 razy, mój kochany”.
Ja jestem oczarowana tą powieścią i chętnie sięgnę po kolejne książki autora.

niedziela, 21 lipca 2019

„Milion nowych chwil” Katherine Center

Margaret ma wszystko o czym mogła marzyć, wspaniałego narzeczonego, urodę, perspektywę
świetnie płatnej pracy.
Są walentynki, a ona spodziewa się, że właśnie w tym dniu otrzyma od Chipa pierścionek zaręczynowy.
I faktycznie tak się dzieje, młoda kobieta zostaje przez narzeczonego zabrana na lot samolotem, podczas którego ten jej się oświadcza. A niedługo potem dochodzi do wypadku, z którego on wychodzi bez szwanku, a Margaret odnosi bardzo poważne obrażenia.
Całe jej dotychczasowe życie zmienia się o 180 stopni. I to w sposób, którego nie życzy się nawet najgorszemu wrogowi.

„Milion nowych chwil” Katherine Center, to pierwsza powieść autorki wydana na naszym rynku.
Na okładce możemy przeczytać, że to piękna i pełna mocy powieść o przetrwaniu. I wiecie co? Ja się z tym całkowicie zgadzam.
Autorka wprowadza czytelnika w świat głównej bohaterki, pokazuje świetlaną wizję jej przyszłości i cudowną teraźniejszość. Tym większy pojawia się smutek, gdy to wszystko zostaje przekreślone przez wypadek samolotowy.
Bez problemu mogłam się wczuć w sytuację Margaret, zrozumieć ją, poznać jej odczucia, myśli, być z nią w tych najgorszych dla niej chwilach. Autorka zastosowała narrację pierwszoosobową i choć ja za taką nie przepadam, to w tym przypadku idealnie się ona sprawdziła.

Katherine Center pisze bardzo obrazowo i plastycznie. Ma lekki styl, dobre pióro i sprawnie posługuje się humorem, którego nie zabrakło w tej powieści.
Mimo, że tematyka książki jest z gatunku tych ciężkich, to jednak autorka nie przygniata czytelnika dramatami ponad ludzką wytrzymałość, ale w sposób bardzo przekonywujący opisuje zmagania głównej bohaterki z wydarzeniami, które zmieniły jej życie.
Pokazuje jak Margaret walczy o swoją sprawność, o rozpoczęcie życia od nowa i popchnięcie go na pozytywne tory.
Oczywiście nie zabrakło w tej powieści wątku romantycznego.
Jest i staje się dość ważnym elementem fabuły. Ale bez obawy, to nie jest typowy romans, gdzie nawet najgorsze dramaty muszą skończyć się spektakularnym happy endem.
Historia, która opowiada Katherine Center jest bardzo wiarygodna, bez trudu można uwierzyć, że wydarzyła się naprawdę. Dodatkowo, prócz zmagań Margaret z niepełnosprawnością i wątkiem romantycznym, autorka porusza temat skomplikowanych relacji rodzinnych, drogi do wyjawienia prawdy i przebaczenia.
Wszystko to składa się na powieść, która z jednej strony traktuje o trudnych sprawach, z drugiej poprzez niewymuszony humor przełamuje te dramatyczne wydarzenia i sprawia, że czytelnik wraz z główną bohaterką nie tracą całkowicie nadziei na to, że jednak życie Margaret znów wskoczy na pozytywne tory. Mimo smutku, cierpienia i chwil zwątpienia, kobieta się nie poddaje i stara się odnaleźć swoją drogę.


 „Milion nowych chwil” to książka, co do której nie trudno mi było przewidzieć niektóre wydarzenia, choć kilka razy dałam się zaskoczyć.
Ale nawet ta pewna przewidywalność nie odebrała mi przyjemności z lektury i śledzenia poczynań Margaret.
To bardzo dobra powieść, które potrafi ogrzać serce każdego sceptyka ciepłem wiary we własne możliwości i przekonaniem, że każdą trudność da się pokonać. Pokazuje, że należy cieszyć się każdą szczęśliwą chwilą w życiu i doceniać to co od niego dostajemy.
I mimo, że nie jest to nic odkrywczego, to jednak podane przez Katherine Center jakoś tak do mnie przemówiło, wzruszyło i sprawiło, że z większym optymizmem spojrzałam na otaczający mnie świat.

„Milion nowych chwil” to książka udana, wciągająca, pełna różnych emocji ze szczyptą miłości, która potrafi rozświetlić życie milionem barw.
Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona lekturą i chętnie sięgnę po kolejne książki autorki.
Polecam.


środa, 15 maja 2019

"Zapisane w bliznach" Adriana Locke

„Zapisane w bliznach” autorstwa Adrianny Locke, to kolejna już książka w jej dorobku. Ale dla mnie
to pierwsza styczność z pisarką, więc byłam bardzo ciekawa czym zostanę zaskoczona.
Powieść opowiada historię Elin i Tylera, małżeństwa, które w pewnym momencie wspólnego życia trafiło na drogę, z której ciężko zawrócić by naprawić to co zepsute.
Oboje są poranieni na sercu i duszy, obojgu pozostaną na zawsze blizny.
Ale Tyler jest zdeterminowany, aby odzyskać Elin i choć życie nie zawsze jest łatwe, a miłość nie zawsze daje tylko szczęście, oboje dostanę jeszcze jedną szansę.
Czy ją wykorzystają?

Powieść pani Locke zaczyna się, że tak powiem z przytupem, bo czytelnik od pierwszej strony wpada w sam środek wydarzeń i nie mija dużo czasu, a już wiemy co i jak się wydarzyło w życiu głównych bohaterów i z czym przyjdzie im się mierzyć.
Dobrze poznajemy również głównych bohaterów, bo narracja jest pierwszoosobowa, a każdy z rozdziałów jest pisany naprzemiennie z perspektywy Elin lub Tylora.
Takie sposób prowadzenia narracji pozwolił mi dobrze poznać bohaterów i wczuć się w ich sytuację, problemy, nadzieje i lęki.

Dzięki całkiem dobremu stylowi i lekkości pióra, powieść czytało mi się bardzo przyjemnie, choć jak na mój gust, autorka przesadziła odrobinę z ckliwością i były momenty, które były aż za bardzo nią okraszone. Nie wpływa to jednak negatywnie na całościowy odbiór powieści, bo Adriana Locke porusza w swojej powieści wiele ważnych tematów, niektóre trudne i potrafiące przygnieść do samej ziemi.
Gdy czytałam o niektórych problemach głównych bohaterów, to przewracałam oczami z irytacją i  zastanawiałam się „serio? To są te wasze wielkie problemy przez które rozpadł się wasz związek?” I pewnie by na tym stanęło, gdyby nie dobre nakreślenie tła dla problemów Tylora i Elin i pokazanie mi, że to co początkowo wydawało mi się błahe i mało ważne, w kontekście jeszcze innych wydarzeń potrafiło urosnąć do rangi prawdziwego dramatu i faktycznie zniszczyć życie.
Jestem pozytywnie zaskoczona takim poprowadzeniem fabuły i należą się tu ukłony dla pani Locke, że potrafiła zagłębić się w myśli, odczucia i psychikę bohaterów i pokazać, że to co dla jednych jest przejściowym problemem, dla innych może być wręcz matnią, z której nie potrafią się wyrwać.

Akcja powieści jest bardzo wartka i wiele się w tej książce dzieje, Prócz pary głównych bohaterów jest też sporo fajnych i ciekawych postaci drugoplanowych, z których każda jest na swój sposób wyjątkowa, zwłaszcza Cord, który skradł moje serce.
Mimo, że nietrudno się domyśleć ogólnego zamysłu autorki co do rozwoju fabuły, to pojawiają się wydarzenia, które nawet mnie zaskakują i uważam, że to kolejny plus tej powieści.
Jak to w romansach bywa, mamy tutaj miłość, która jest motorem wszystkiego, mamy odpowiednią porcję erotyzmu, ale wszystko to doprawione jest wydarzeniami, które mogą spotkać każdego z nas, przez co nie trudno zrozumieć bohaterów i wczuć się w ich sytuację.

„Zapisane w bliznach” pomimo, że nie opowiada o czymś, czego w innych powieściach jeszcze nie było, to czyta się całkiem dobrze i bardzo miło spędziłam z nią czas. Było wesoło, było smutno, był moment gdy zwyczajnie się popłakałam.
Autorka pokazała, że czasem sama miłość nie wystarczy, że potrzebne jest jeszcze coś więcej.
Ukazała, że nawet najbardziej zakochane w sobie pary mogą nie udźwignąć ciężaru problemów, gdy nie będą się starali razem stawić im czoła.

Adriana Locke napisała powieść, która zasmuca, ale i daje nadzieję. Powieść, którą czytało mi się bardzo dobrze i mimo pewnych słabszych stron uważam, że to była dobra lektura w swoim gatunku.
Chętnie sięgnę po kolejne jej powieści.
Polecam.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwo Szósty Zmysł




piątek, 28 grudnia 2018

"Lalkarz z Krakowa" R. M. Romero

Karolina jest lalką, która mieszka w Królestwie lalek. Kraina ta zostaje napadnięta przez krwiożercze
i okrutne szczury, które wprowadzają swoje rządy.
Gdy piękna i radosna kraina zmienia się nie do poznania, w magiczny sposób Karolinie udaje się z niej wydostać i przedostać do świata ludzi – do Krakowa.
Tam trafia do sklepu Cyryla – lalkarza, z którym się zaprzyjaźnia.
Niestety Karolina nie ma szczęścia, bo w świecie ludzi jest właśnie 1939 rok i widmo wojny zbliża się wielkimi krokami.
Niemiecka okupacja odciska coraz większe piętno na Krakowie i jego mieszkańcach, a Żydzi są zamykani w getcie. Nadejdzie taki moment, gdy Lalkarz i Karolina postanowią za pomocą magii uratować swoich żydowskich przyjaciół.

Sięgając po powieść R.M. Romero nie wiedziałam czego się spodziewać i miałam pewne obawy. Połączenie magii z okrucieństwem II Wojny Światowej i Holocaustem? Czy to mogło się udać?
Otóż tak, jak najbardziej.
Akcja powieści rozgrywa się w całości w Krakowie, ale przed każdym rozdziałem pojawia się wspomnienie Karoliny związane z atakiem szczurów na Krainę Lalek. Oczywiście nie trudno zobaczyć podobieństwo pomiędzy magiczną krainą, a zaatakowanymi przez nazistów państwami.
Akcja „Lalkarza z Krakowa” jest wartka i wciągająca. Napisana prostym językiem, bez epatowania okrucieństwem, pokazuje okrucieństwo wojny i koszmar jaki stał się udziałem milionów ludzi wysyłanych do obozów koncentracyjnych.
Książkę mogą śmiało czytać młodzi czytelnicy, bo nie ma tu drastycznych opisów, a jednak sposób opowiadania o tamtych wydarzeniach jest niezwykle przejmujący i poruszający.

Autorka w bardzo dobry sposób nakreśliła swoich bohaterów. I nie tylko tych pierwszoplanowych, ale i tych drugoplanowych. Na ich przykładzie pokazała różne postawy ludzi podczas niemieckiej okupacji, i te godne pochwały i najwyższego uznania, jak i te, które zasługują tylko na potępienie.
Jeśli ktoś obawia się, że w powieści to magia jest głównym wątkiem, to całkiem niepotrzebnie. Jest ona sposobem na pokazanie jak różnie można wykorzystać swoje zdolności, do czynienia dobra lub zła – bo wybór ma się zawsze, od nas tylko zależy, którą drogą będziemy podążać.

W trakcie czytania odnosiłam coraz silniejsze wrażenie, że podobny klimat już gdzieś spotkałam. Męczyło mnie to dłuższą chwilę, aż wreszcie coś zaskoczyło i już wiedziałam.
Otóż „Lalkarz z Krakowa”  klimatem i subtelnym pokazaniem okrucieństwa wojny i Holocaustu bardzo przypomina mi film „Życie jest piękne” (link Życie jest piękne). Oczywiście w filmie nie ma magii i ożywionych lalek, ale jest ten lekki, ale do głębi poruszający sposób pokazania rzeczy strasznych, który tak ogromnie schwycił mnie za serce.
Tak samo jest w powiesić pani Romero. Jest magia, które daje lekką otoczkę, jednocześnie pokazując ile odwagi i siły wymagało zdobycie się na pomoc Żydom w tamtych czasach i nie zatracenie w tym tyglu szaleństwa swojego człowieczeństwa.

„Lalkarz z Krakowa” to powieść niezwykła i nie tylko dlatego, że dla pokazania pewnych rzeczy autorka używa magii. To opowieść, która ogromnie porusza, która potrafi w lekki sposób oddać okrucieństwa jakich dopuszczali się naziści.
R.M. Romero udowodniła, że aby wstrząsnąć czytelnikiem, nie potrzeba przepojonych okrucieństwem i brutalnością obrazów.
Na mnie ta powieść zrobiła ogromne wrażenie, tak samo jak wspomniany powyżej film. Nie potrafiłam opanować łez i długo nie mogłam ubrać w słowa swoich odczuć względem tej historii.
Uważam, że „Lalkarz z Krakowa” to powieść dla każdego, dla czytelnika w każdym wieku.
Piękna, subtelna, poruszająca.
Na koniec chcę tylko dodać, że autorka w  2016 roku przyjechała (po raz drugi, pierwszy raz była w 2005 roku w Brzezince) do Polski, aby jako wolontariuszka pomóc w odrestaurowaniu Żydowskiego cmentarza w Oświęcimiu.  Pani Romero pisze o tym w posłowiu, do przeczytania którego bardzo zachęcam.
A wydawnictwu Galeria Książki należą się ukłony za tak piękną okładkę, która idealnie oddaje klimat powieści.