sobota, 12 czerwca 2021

"Marzyciel" / "Muza Koszmarów" Laini Taylor

 Są książki, które nam się podobają, które robią na nas duże wrażenie i takie, które


szturmem zdobywają nasze czytelnicze serca i już wiemy, że to było to. Są tez takie, które niepostrzeżenie zdobywają nas całych. Są jak gotowanie na wolnym ogniu, niby nic się nie dzieje, niby nic się nie zmienia, aż nagle okazuje się, że jesteśmy emocjami rozpaleni do czerwoności, że płonie w nas ogień czytelniczej miłości i nic już nie jest takie samo.
Takimi książkami stały się dla mnie właśnie Marzycie i Muza Koszmarów Laini Taylor. 

Dawno temu czytałam wcześniejsze książki autorki, więc wiedziałam, że ma świetny warsztat i ogromną wyobraźnię. Dlatego gdy pojawił się Marzyciel I kontynuacja, od razu kupiłam obie zaraz po premierze. A potem odstawiłam na półkę i pozwoliłam aby stały w zapomnieniu.
Za to będę się smażyć w czytelniczym piekle, jestem tego pewna i przekonana, że na to zasłużyłam. 

Oba tomy to historia Lazlo Strange’a, sieroty, który od dziecka marzył aby poznać tajemnicę zaginionego miasta Szloch. Gdy dorósł, został bibliotekarzem, który wciąż miał głowę pełną marzeń, ale który bał się podjąć trud ich realizacji. Aż okazało się, że wszystko jest możliwe, ale jego marzenie zrealizuje ktoś inny. Ale te książki to nie tylko opowieść o wyprawie Lazlo do Szlochu, ale przede wszystkim o tym co tam zobaczył, kogo poznał i co stało się jego (i nie tylko) udziałem. Bo uwierzcie mi, niewiele mogło zaskoczyć kogoś o tak bujnej wyobraźni jaką miał Lazlo, jak to co ujrzał w zaginionym mieście. 

Marzyciel, czyli tom pierwszy, rozpoczyna się niespiesznym rytmem, ale jest niesamowicie wciągający od pierwszego zdania. Krok po kroku poznajemy głównego bohatera, ale nie tylko. Uczymy się jednocześnie sposobu w jaki swoją opowieść snuje Laini Taylor, jak roztacza nam przed oczami wykreowanym przez siebie świat. Od pierwszych stron dajemy się wciągnąć w wykreowany przez autorkę świat, pozwalamy aby otuliła nas jej opowieść, aby pochłonęła nas w całości, pozbawiła łączności z rzeczywistością i tak do ostatniego zdania, ostatniej kropki, nie tylko Marzyciela, ale i Muzy Koszmarów.  

Sposób pisania przez panią Taylor jest wspaniały, pisze niezwykle obrazowo i plastycznie. Z niczym się nie spieszy, a ja mimo to czułam, że kolejne strony uciekają mi coraz szybciej. Jej styl jest mocno melancholijny i refleksyjny. Pełno w nim buzujących emocji, a o wszystkich autorka pisze tak pięknie, że wiele razy miałam łzy w oczach, tak wielki wrażenie robiło na mnie to, w jaki sposób opisywała dane wydarzenie.
To co robiło na mnie największe wrażenie, to subtelność i wyczucie z jakim opisywała emocje, od tych pięknych i pozytywnych, po te brzydkie, złe i negatywne. Każde uczucie, każdą emocją, potrafiła ubrać w tak piękne słowa, nadać im takiej głębi, że jeszcze długo po skończeniu obu tomów, nie potrafiłam o nich zapomnieć. Naprawdę, niewiele jest autorów, o których mogłabym napisać te słowa i którzy potrafili wywołać we mnie tak wielki zachwyt i miłość do książki.


Sama historia jest niesamowita i wciągająca. Nie znajdziecie tu schematyczności czy powielania oklepanych tematów czy wątków. Nie raz dacie się również zaskoczyć i okaże się, że nie wszystko jest tym, czym się na pierwszy rzut oka wydawało. Ta opowieść mimo swojej pozornej lekkości ma również swoją mroczną stronę, tak samo jak ma ją większość ludzi. Nic tu nie jest tylko białe, albo tylko czarne. Tak jak w duszy człowieka, ściera się tu wiele odcieni szarości, dając nam niejednoznaczny obraz wydarzeń i bohaterów, którzy w nich uczestniczą.
A tych jest dość sporo, bo prócz pary głównych postaci, mamy tu również sporo bohaterów drugoplanowych, którzy są tak samo wyraziści, jak ci pierwszoplanowi, którzy mają swoją własną historię do opowiedzenia, którzy nie są jedynie tłem dla opowieści Lazla. 

„Marzycie” i „Muza Koszmarów” to najpiękniejsze książki jakie w tym roku dane mi było przeczytać i stawiam je na półce najlepszych w całym moim życiu. Laini Taylor udowodniła, że jest jedyna w swoim rodzaju, a jaj opowieść jest czymś, co na zawsze zapadło mi w serce. Wiem już, że będę do tych książek wracać tak samo jak do Wiedźmina, Griszy czy trylogii Magistrów. 
I jestem pewna, że za każdym razem odkryję w nich coś nowego, tak jak ma to miejsce przy kolejnym czytaniu np. Mistrza i Małgorzaty.
Mam nadzieję, że już niedługo dostaniemy kolejna powieść od Laini Taylor i będę mogła przeżyć po raz kolejny te szalone emocje podczas czytania.

Polecam z całego czytelniczego serca.


sobota, 5 czerwca 2021

"On jest dla mnie" Corinne Michaels

 „On jest dla mnie” Corinne Michaels, to trzecia odsłona serii o braciach


Arrowood. W tym tomie poznajemy losy Seana, gwiazdy sportu na stałe żyjącego w Kalifornii. Gdy nadchodzi jego kolej na spędzenie sześciu miesięcy w rodzinnym domu, będzie musiał zmierzyć się nie tylko z demonami przeszłości, ale i miłością do swojej przyjaciółki Devney, która sama zmaga się z przeszłością i próbami opanowania uczucia do Seana. 

Jeśli czytaliście poprzednie tomy tej serii, to już macie przedsmak tego, jak będzie wyglądać kolejna odsłona historii braci Arrowood. Jeśli chodzi o fabułę, to nie ma co pisać, bo można zdradzić za wiele z poprzednich dwóch tomów, ale jedno mogę powiedzieć – jest ciekawie, jest emocjonująco i bywa tez zaskakująco. Pojawia się kilka ciekawych zwrotów akcji, których się nie spodziewałam i byłam na prawdę pozytywnie zaskoczona. Autorka pisze w sposób ogromnie naładowany emocjami, trochę ckliwie, ale w znośnych granicach, gdy ta ckliwość nie jest wadą.
Podoba mi styl i lekkie pióro pani Michaels, jej książki mimo, że przewidywalne (jak to romanse ogólnie) mają w sobie pewną delikatność i uzmysławiają czytelnikowi, że nie tylko seks i pożądanie się liczą w związku, ale intymność, przyjaźń, zaufanie. 

Historia Seana i Devney jest dość zagmatwana, ich relacje komplikują się pod wpływem wydarzeń z przeszłości, ale nie ma tu na szczęście zbytniego epatowania wszystkimi dramatami tego świata, nie czułam się przytłoczona ilością tragedii. Owszem, są trudne i wywołujące ból wydarzenia, ale wszystko jest idealnie dobrane i dawkowane, aby nie przygniatać, tylko zmusić do refleksji. 

Dwójka głównych bohaterów naprawdę mi się spodobała, a ich historię czytało mi się jak do tej pory najlepiej z całej serii. Byłam zaciekawiona, zaintrygowana, kibicowałam ich związkowi i autentycznie trzymałam kciuki za ich miłość. Podobało mi się również, że w tym tomie dość często pojawiali się pozostali bracia Seana, że nie znikli z tej opowieści wraz z zakończeniem tomu o ich historii. Dzięki temu miałam uczucie, że to coś więcej niż sztampowy romans. Bo w tych historiach więzi rodzinne są niemniej ważne niż miłość i namiętność. 


„On jest dla mnie” oceniam najwyżej z trzech wydanych już tomów i niecierpliwie czekam na czwarty, który będzie opowiadał historię ostatniego z braci Arrowood.  Te książki są naprawdę ciekawie i dobrze napisane, bohaterowie są pełnowymiarowi a ich historie wciągające. Nie brakuje tu ciekawych zwrotów akcji, pełnych emocji wydarzeń i gorącej miłości.

Jeśli jeszcze nie znacie tej serii Corinne Michaels, to zachęcam do sięgnięcia po nią. To idealna lektura na odstresowanie i przyjemne spędzenie czasu.
Polecam.


sobota, 29 maja 2021

"Struna***Wyspa Nazino" Stefan Türschmid

 Struna i  Wyspa Nazino to dwa opowiadania autorstwa Stefana Türschmida, które


niedawno ukazały się drukiem. Oba dotyczą wydarzeń z epoki stalinizmu i oba wzbudziły we mnie ogromne emocje. 

Zacznę od tego, że opowiadania ukazały się już po śmierci pisarza, co było dla mnie ogromnym i strasznie smutnym zaskoczeniem. Miałam tą przyjemność poznać pana Türschmida osobiście na Targach Książki w Krakowie w 2019 roku. Było to spotkanie pełne emocji, porozmawiałam z autorem o jego książkach, tych napisanych i tych dopiero planowanych, o fascynacją historią, w szczególności okresem stalinizmu i Rosją. Pan Türschmid o historii i swoich książkach opowiadał z ogromną pasją, rozmowa z nim to była czysta przyjemność. Może dlatego jego odejście wstrząsnęło mną tak samo jak śmierć C.R. Zafona. Nie mogłam uwierzyć, że już nie będzie więcej nowych książek, że pozostanie już tylko powrót do tych napisanych. 

Jeśli chodzi o tytułowe opowiadania, to Struna przedstawia historię generała Armii Czerwonej Andrieja Własowa, który po długiej i  bohaterskiej walce z hitlerowskimi Niemcami dostaje się do niewoli. Jest rok 1942, a  Własow decyduje się na kolaborację, aby urzeczywistnić swoje marzenie pokonania komunizmu i odtworzenie narodowej Rosji. Jego historia nie jest czarno – biała, jego motywy potrafią przekonać, jego argumenty wydają się być sensowne. Autor pisze bardzo bezstronnie, nie przemyca swoich ewentualnych sympatii czy antypatii do Własowa, pozwala czytelnikowi wyrobić sobie swoje zdanie. Podobała mi się ta opowieść i ogromnie żałuję, że to „tylko” opowiadanie, a nie cała powieść, bo jest tu o czym opowiadać. Autor bardzo ściśle trzyma się faktów historycznych, a tam gdzie coś nie jest pewne, dodaje przypis i wybiera tą wersję, która wydaje się być bardziej prawdopodobna. 

Wyspa Nazino to opowiadanie o wydarzeniach, o których nie usłyszycie w szkole na lekcjach historii. To wstrząsająca i brutalna opowieść o haniebnych decyzjach Stalina, jego czystkach w latach trzydziestych i niewyobrażalnym okrucieństwie, na które skazywał niewinnych ludzi. To opowieść o zesłanych na tytułową wyspę ludziach (pasożytach społecznych wg ówczesnej władzy), gdzie panował taki głów, że cała wyspa stała się wylęgarnią kanibalizmu i wydarzeń rodem z najgorszego koszmaru. Ciężko było czytać o tym wydarzeniach, zresztą Stalin utajnił wszystkie raporty na ten temat i zepchnął te wydarzania w mroki historii. Uważam, że to niezwykle ważne, że pan Türschmid o nich napisał. O takich rzeczach nie powinno się zapominać. 


Oba opowiadania są napisane w bardzo dobrym stylu, czyta się je (pomimo drastycznych scen) z ogromną przyjemnością. To wciągające historie, które kończą się zbyt szybko, człowiek czuje niedosyt, chciałby poznać więcej faktów przedstawionych w tak dobrym stylu, w jakim robił to pisarz.  I tylko pozostaje ogromny żal, że Stefan Türschmid odszedł, że już nic więcej nie napisze. Jeśli nie znacie twórczości autora, to gorąco polecam poprzednie powieści pisarza. Na blogu są opinie o jego książkach „Mrok i mgła” oraz „Czwarty czerwony”. Obie te powieści wywarły na mnie ogromne wrażenie i sprawiły, że pan Türschmid na zawsze pozostanie jednym z najbardziej szanowanych i lubianych przeze mnie autorów. Na koniec dodam jeszcze, że w tej książce, na końcu znajduje się posłowie, które gorąco polecam przeczytać. 


niedziela, 16 maja 2021

"Ten, którego pragnę" Kennedy Fox

 Emily jest lekarzem w dużym mieście. Wszystko się układa i zawodowo i


prywatnie, aż kobieta odkrywa, że jej chłopka, również lekarz, zdradza ją z pacjentką. Chcąc uciec do złamanego serca, przenosi się do innego szpitalu, w małym miasteczku. Za namową przyjaciółki, idzie z nią na wesele jej przyjaciół, a tam, pod wpływem chwili i alkoholu, postanawia spędzić jedną jedyną noc z nieznajomym. Noc namiętną i szaloną.
Jakie jest jej zdziwienie, gdy w poniedziałek rano, pierwszego dnia pracy odkrywa, że nieznajomy okazuje się być lekarzem z tego samego szpitala, dodatkowo wyznaczonym na jej tymczasowego opiekuna.

Co będzie dalej?
Tak, dokładnie to co właśnie pomyśleliście.


„Ten, którego pragnę” to romans, którego akcja miała się rozgrywać w środowisku szpitalnym. I faktycznie para głównych bohaterów jest lekarzami, ale mimo to większość akcji toczy się poza szpitalnymi murami. Najpierw poznajemy parę głównych bohaterów, potem tych drugoplanowych, którzy wydają się całkiem ciekawi, a następnie cała fabuła skupia się na romansie. I to nie tylko Evana i Emily, ale i innych postaci przewijających się w książce.  Miłość i romans są tu niezaprzeczalnie na pierwszym miejscu i to wokół nich kręci się cała fabuła.

W książce nie brakuje odważnych scen seksu i nieprzewidzianych, a równocześnie bardzo dramatycznych zwrotów akcji. Wszystko to powinno zaserwować mi całkiem przyjemną lekturę, gdyby nie totalna przewidywalność. W tej książce nie ma niczego, czym autorka mogłaby zaskoczyć czytelnika. Wszystko co się wydarzyło na kartach tej powieści, było do przewidzenia po jakiś dwóch rozdziałach.  I choć schematyczność w romansach nie jest jakąś wielką wadą, bo i ciężko o świeżość w tak wyeksploatowanym gatunku, to jednak szybkość z jaką rozwijał się związek głównych bohaterów i w jakim tempie od „wrogów” doszli do „kochanków”, była dla mnie za szybka, jakby autorka chciała już tylko motyli w brzuchu i wzruszających ogromem uczuć wydarzeń. Nie czułam się zaskoczona, nie czułam tej niepewności podczas czytania, nie było dreszczyku emocji, bo dla mnie było oczywiste jak ta historia się rozwinie i zakończy. 


Miałam wobec tej książki ciut inne oczekiwania, więc może dlatego nie do końca przypadła mi ona do gustu. Jako lekki romans na jedno popołudnie, ta książka nada się idealnie, bo styl autorki jest dobry i potrafi zgrabnie operować słowem. Kennedy Fox ma lekkie pióro i zgrabnie prowadzić fabułę.  Może to nie był dobry czas na tą książkę, a może ja szukam nawet w romansach czegoś więcej. Niemniej jednak dla fanów gatunku ta powieść powinna się spodobać i ja na pewno jej nie odradzam. Na letnie oderwanie od rzeczywistość, ta niewymagająca historia się nada.



czwartek, 22 kwietnia 2021

"To, czego pragniesz" Katherine Center

 „To, czego pragniesz” to najnowsza powieś Katherine Center. Dwie poprzednie


powieści autorki bardzo mi się podobały, więc liczyłam na dobrą lekturę. Tym razem poznajemy historię Sam, która pracuje w szkolnej bibliotece. Po śmierci ukochanego przez wszystkich dyrektora szkoły, na jego miejsce zostaje powołany nowy, dawny znajomy Sam – Duncan. Kiedyś pełen energii, siły i optymizmu, teraz nie przypomina już siebie, bardzie strażnika więziennego z obsesją na punkcie bezpieczeństwa.
Sam niegdyś kochała Duncana i ciężko jej uwierzyć, że to ten sam mężczyzna.
Co się stało, że ten pełen optymizmu mężczyzna, stał się takim służbistą? Czy Sam uda się przebić przez ten mur jaki wokół siebie zbudował i dotrzeć do prawdziwego Duncana?

Jeśli zastanawiacie się czy „To, czego pragniesz” to romans, to od razu zaznaczę, że to powieść obyczajowa z mocnym wątkiem romantycznym. I oczywiście jest to dla mnie zaleta tej powieści. Bo prócz lekkiego i chwilami zabawnego wątku miłosnego, mamy tu poruszone inne, dużo trudniejsze tematy, jak choćby radzenie sobie z traumami, mierzeniu się ze strachem i lękami, poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi i odnajdywaniu szczęścia i radości dookoła siebie. Wszystko to opisane jest bez epatowania brutalnością i nie przygniata czytelnika psychicznie, ale i tam zmusza do zadumy i refleksji. 

Autorka ma lekki, przyjemny styl. Jej powieść jest dopracowana i napisane w sposób, który sprawia, że czyta się ją z przyjemnością. Nie ocieka erotyzmem, za to koncentruje się na uczuciach i emocjach. Tutaj są ważniejsze rzeczy niż szybkie wylądowaniu przez bohaterów w łóżku.
Prócz pary głównych bohaterów, którzy są naprawdę bardzo dobrze wykreowani, pojawia się sporo postaci drugoplanowych, które również są ciekawe, a za ich pomocą autorka porusza wiele różnych problemów, które spotykają nas każdego dnia. Na przykładzie tego co spotyka bohaterów powieści, autorka pokazuje, że życie nie jest idealne, a po złych chwilach zawsze nadchodzą dobre. I że warto walczyć o szczęście, o radość i optymizm. 


Sama historia początkowo wydawała mi tendencyjna, i może niektóre jej elementy były do przewidzenia, jednak całość jest naprawdę ciekawa i nie ma się wrażenia wtórności. Autorka pokazuje różne obrazy walki ze strachem, z wykluczeniem, ze traumami. Pokazuje to w sposób jednocześnie dający nadzieję, że ze wszystkim można sobie poradzić, ale nie można się odcinać od bliskich, nie można się pogrążać w rozpaczy, trzeba się przemóc i poprosić o pomoc, zawalczyć o siebie. 

„To, czego pragniesz”  to naprawdę dobra historia, która niepozbawiona jest elementów humorystycznych, ale przede wszystkim tchnąca optymizmem pomimo tego, że życie nie raz daje nam w kość. Jestem jak najbardziej zadowolona z lektury i cieszę się, że ta powieść trafiła na nasz rynek, bo takie książki są nam bardzo potrzebne. 

Polecam.


środa, 14 kwietnia 2021

"Pozłacane wilki" / "Srebrzyste węże" Roshani Chokshi

 Paryż, rok 1889.


Na świecie dokonują się zmiany, czas  przemysłu i elektryczności. Ale prócz postępu i rozwoju w Paryżu i na świecie jest coś jeszcze – magia, zwana formowaniem. Potężna organizacja, zwana Zakonem Babel zwraca się do zamożnego hotelarza i poszukiwacza skarbów  Séverina Montagnet-Alarie z ofertą odnalezienia skarbu, który ten uznał za dawno stracony, a który był jego dziedzictwem.  Séverina wraz ze swoimi towarzyszami, z którymi poluje od długiego czasu na różne skarby, angażuje się w poszukiwanie artefaktu, a wynik ich działań zaskoczy wszystkich. 

Dość długo obie te książki stały na mojej półce, kurząc się niemiłosiernie. Mimo, że bardzo zaciekawił mnie opis pierwszego tomu, a następnie jego kontynuacji, nie sięgałam po te książki.
Dziś, będąc po lekturze obu części – widzę jaki to był błąd. 

Zacznę od tego, że początek pierwszego tomu jest dość trudny, bo autorka serwuje nam ogrom informacji, a i narracja jest z punktu widzenia wszystkich głównych postaci. Tych jest pięcioro: Severin, Tristan, Enrique, Laila oraz Zofia – więc naprawdę jest rozstrzał. Ale takie trudności są tylko na początku, bowiem akcja jest tak wciągająca, a sposób pisania przez panią Chokshi tak obrazowy, że człowiek szybko się wciąga i wie już co i jak, z napięciem śledząc kolejne wydarzenia.
A uwierzcie, tych jest naprawdę dużo. 

Jeśli chodzi o akcję, to ona nie tylko jest wartka, ona pędzi na złamanie karku. I choć zdawałoby się, że głównym wątkiem będzie tu tylko poszukiwanie zaginionego artefaktu, a na nic innego nie starczy już miejsca, to nic bardziej mylnego. Autorka pokazuje nam przeszłość bohaterów, pokazuje ich zmagania z własnymi demonami, pokazuje również ich motywacje i indywidualne dążenia.  Są również ciekawie wplecione w akcję wątki obyczajowo – romansowe, choć romansu jest tu najmniej. 

Oba tomy zaskakują fabułą i sprawnym połączeniem wątków kryminalnych z nadprzyrodzonymi. Bo te ostatnie mają wielką wagę w tej historii i bynajmniej nie są tylko tłem do tych pierwszych. Pierwszy tom w całości rozgrywa się w Paryżu, natomiast druga część zabiera czytelnika do Rosji, nad sam Bajkał, co dla mnie było niesamowitą zaletą, bo jest to miejsce, o odwiedzeniu którego marzę od lat. 



Akcja obu części jest spójna i naprawdę świetnie ukazana. Wszystkie wątki się ze sobą łączą, żeby w finale drugiej części zostawić czytelnika z niesamowitym niedosytem i potrzebą sięgnięcia po trzecią część. Mam nadzieję, że wydawnictwo szybko ją wyda. 

Jak oceniam obie części?

Czy któraś jest lepsza?

Otóż uważam, że obie są na takim samym poziomie, a ten oceniam bardzo wysoko. Nie ma tu sztampy, nie ma kalek i powielania schematów. Jest naprawdę zagmatwana, ale dająca się ogarnąć historia i pełnokrwiści bohaterowie, ludzcy aż do bólu, a jednocześnie wyjątkowi. Są tajemnice, tajne stowarzyszenia, jest magia, są osobiste dramaty, ale i jest humor, jest nadzieja i poczucie wspólnoty. Jestem oczarowana tym światem, tą opowieścią i jej bohaterami. Co jeszcze jest dodatkowym plusem, to barwne postacie drugoplanowe. Pojawia się ich w obu częściach trochę i każda z nich sporo wnosi do tej historii. 

Bardzo polecam serię Roshani Chokshi – to szalenie wciągająca historia z paletą świetnych bohaterów i zaskakującymi zwrotami akcji.


wtorek, 6 kwietnia 2021

"Zawalcz o mnie" drugi tom serii o braciach Arrowood Corinne Michaels

 „Zawalcz o mnie” to drugi tom serii o braciach Arrowood Corinne Michaels. Tym


razem poznajemy historię Declana i Sydney. Najstarszy z braci musi wrócić do rodzinnego domu, żeby dopełnić wymogów testamentu. A tam prócz demonów przeszłości czeka też na niego jego jedyna miłość – Sydney.
Declan porzucił ją 10 lat wcześniej, aby ją chronić przed tajemnicą, która zmieniła życie braci na zawsze.
Czy uda im się odnaleźć szczęście i stworzyć wspólną przyszłość? 

Pierwsza część tej serii spodobała mi się, a losy najmłodszego brata były ciekawe. Ale to Declan od początku mnie intrygował, najstarszy, najwięcej przeszedł, najwięcej doświadczył. Skryty, nieustępliwy, dla rodziny zrobi wszystko. Dlatego z przyjemnością sięgnęłam po ten tom. I nie zawiodłam się.

Od początku podobało mi się jak autorka przedstawia oboje głównych bohaterów. I Declan i Syd to postacie, których nie sposób nie polubić, którym nie da się nie kibicować. Mimo życiowych zawirowań, oni wciąż pozostali sobą i nawet dekada nie potrafiła zniszczyć ich uczucia. Oczywiście były momenty, gdy decyzje Syd wydawały mi się ciut nieracjonalne, ale autorka starała się pokazać czytelnikowi skąd wynikały i robiła to dość przekonująco. 


Sama opowieść o ich miłości jest dobra, z jednej strony przepełniona emocjami, z drugiej wydaje się być taka prawdziwa. Co u mnie zasługuje na duży plus, to fakt, że w tym tomie jest zdecydowanie mniej ckliwości niż w pierwszej części. Może to kwestia tego, że bohaterowie są starsi od tych z poprzedniego tomu? A może taki zwyczajnie miała zamysł autorka. Niemniej jednak, dla mnie to ogromna zaleta i książkę czytało mi się zdecydowanie lepiej niż pierwszy tom. 

Poza parą głównych bohaterów, w powieści pojawiają się częściej lub rzadziej pozostali bracia Arrowood, w tym ten, o którym będzie następny tom. Podobało mi się to, że autorka nie skupiła się tylko na dwóch postaciach, pomijając resztę. Dzięki temu powieść wydawała mi się pełna, kompletna. Każdy miał tu swoją rolę do odegrania, choćby tylko pojawiał się na chwilę. 

Walka z przeszłością, nadzieja na przyszłość, trudne wybory i gorące uczucie. Do tego odrobina pikanterii – jest w tej książce wszystko to, co powinno być w dobrym romansie. Corinne Michaels potrafi pisać ciekawe historie i nie inaczej było w tym przypadku. I choć nie jest to literatura wybitna, to wcale taka być nie musi, aby dostarczyć czytelnikowi przyjemności z lektury.

„Zawalcz o mnie” to dobrze napisany romans, ładnym stylem,  z ciekawymi i dobrze nakreślonymi postaciami i wciągającą historią. Do tego autorka pokazuje, jak trudno poradzić sobie z traumami z dzieciństwa, ze skutkami przemocy domowej i jak ważne jest wsparcie i miłość rodziny i bliskich.
„Zawalcz o mnie” to udana lektura i na pewno sięgnę po kolejny tom, żeby sprawdzić jak poradzi sobie kolejny z braci Arrowood.




czwartek, 25 marca 2021

"Droga wiedzie przez sen" Karina Bonowicz

 „Droga wiedzie przez sen” to trzeci tom cyklu Kariny Bonowicz Gdzie diabeł


mówi dobranoc.  Akcja rozpoczyna się bezpośrednio po zakończeniu drugiej części i wrzuca czytelnika w sam środek kolejnych wydarzeń. Oczywiście jak nie trudno zgadnąć, klątwy nie udaje się zdjąć i ma na to wpływ kilka czynników. Gra się nie kończy, wydarzenie goni wydarzenie, pojawiają się nowe wątki, na jaw wychodzą nowe tajemnice nie tylko z przeszłości.
Co zrobi Alicja? Komu zaufa? Jak rozwiną się jej relacje z Nikodemem i Borysem? I co ukrywa jej ciotka?
Oczywiście prócz klątwy, pojawi się kolejne niebezpieczeństwo, któremu trzeba będzie zaradzić. 

Bardzo niecierpliwie czekałam na finałowy (tak myślałam) tom cyklu pani Bonowicz. Byłam niesamowicie ciekawa jak autorka zakończy tą szaloną przygodę. Więc mojej zaskoczenie na końcu było ogromne, bo nie tyle, że została furtka do czwartego tomu, ale jest ona otwarta na oścież, a większość spraw i wątków rozpoczętych w poprzednich tomach nie doczekuje się ostatecznego rozwikłania. Nie powiem, żebym była zasmucona faktem powstania czwartej części, historia o dotkniętych klątwa mieszkańcach Czarcisława naprawdę ogromnie mnie wciągnęła. Smuci jedynie fakt, że na kolejny tom trzeba czekać. Książka jest super napisana, lekko, ale z dbałością o styl. Mamy też szansę poznać motywacje większości bohaterów, tym samym lepiej ich rozumieć. Powieść jest tak wciągająca i napakowana akcją, że czyta się ją na jednym wydechu. Naprawdę ciężko się od niej oderwać, a z rozdziału na rozdział robi się coraz bardziej intrygująco.

W tej książce dzieje się chyba jeszcze więcej niż w poprzednich tomach, a już tam działo się naprawdę dużo. Gdy się czyta, ma się wrażenie, że w tej historii minęło wiele dni, tygodni, a okazuje się, że wręcz przeciwnie, odkąd Alicja pojawia się w Czarcisławie mija tylko miesiąc. I nie jest to wada, po prostu to pokazuje, jak dynamiczna jest akcja i jak bardzo wciągająca.  


Z racji osobistej gorącej niechęci do trójkątów miłośnych, trochę obawiałam się, że i tu się taki rozwinie. Wiele na to wskazywało w drugim tomie. 
Czy tak się stało?
I tak, i nie.
Niby coś tam jest, ale nie taki typowy trójkąt a’la Bella ze Zmierzchu. Ucieszyłam się, bo ja naprawdę nie cierpię z ogromną mocą trójkątów miłosnych czy to w książkach czy serialach/filmach. 

Jeśli chodzi o bohaterów, to tutaj bez zmian. Uważam, że są naprawdę dobrze nakreśleni,  a autorka jest konsekwentna w ich ukazywaniu. Nawet Alicja, która gdzieś tam na początku pierwszego tomu potrafiła mnie raz czy dwa zirytować, teraz – za sprawą wydarzeń, w których bierze udział – dorośleje i chyba dojrzewa. Polubiłam się z nią w tym tomie bardziej niż w poprzednich i chętnie dowiem się, co też ją spotka po tym zaskakującym finale.
A muszę przyznać, że pani Bonowicz udało się mnie zaskoczyć. 

Jak oceniam „Droga wiedzie przez sen”?
Naprawdę dobrze. To chyba moja ulubiona część do tej pory i ogromnie się cieszę, że zakończenie zostawiło szeroko otwartą bramę do kolejnego tomu.
Przygody dotkniętych klątwą w Czarcisławie, to przednia rozrywka i naprawdę kawał fajnej fantastyki, lekkiej, wciągającej i zaskakującej. Jeśli jeszcze nie znacie tej serii, to gorąco ją polecam.

Gwarantuję, że będzie się dobrze bawić.


niedziela, 21 marca 2021

"Ukochany wróg" Kristen Callihan

 Ona, Delilah Baker jest szefową kuchni firmy cateringowej, wyczarowującej


wspaniałe dania.
On, Macon Saint jest bogatym, uwielbianym aktorem.
Znają się od dzieciństwa.
I od zawsze szczerze nienawidzą.
Kiedyś, w czasach licealnych Macon chodził z młodszą siostrą Delilah - Sam. Potem ich drogi się rozeszły. 
Aż 10 lat później Sam okrada Macona i znika, a Delilah postanawia „odpracować” dług siostry jako asystentka Macona.
Co z tego wyniknie można się domyślić, ale lepiej będzie po prostu sięgnąć po książkę, bo to naprawdę super rozrywka. 

Kristen Callihan poznałam za sprawą jej serii #VIP i przepadłam dla jej książek. Świetnie napisane romanse, z naprawdę super postaciami.
Dlatego od razu skusiłam się na jej kolejną powieść, tym razem niezwiązaną z tą serią.
Od wrogów do kochanków?
Nie przepadam za takim motywem, ale ufałam, że autorka mnie nie zawiedzie i nie podąży drogą sztampy i wtórności.
I nie pomyliłam się.
Choć sam motyw nienawiść==> miłość jest totalnie wyeksploatowany w literaturze, to pani Callihan udało się go pokazać  w sposób poważniejszy, z ważnym przesłaniem, drugim dnem.
Bo prócz klasycznego wątku rozwijającej się pomiędzy bohaterami miłości, jest też poruszony temat samotności, zagubienia poczucia własnej wartości oraz odnajdywania swojego miejsca na świecie i tego jaki wpływ na nas mają urazy z przeszłości.
Autorka porusza wątki więzi rodzinnych, troski o najbliższych oraz przemocy. Wszystko to wplata bez epatowania dramatyzmem w główny temat powieści, czyli romans. 

Wszystko w tej książce jest w odpowiednich proporcjach, jest miłość, jest ciut pikanterii, jest poczucie humoru, jest też poważnie, a wszystko to okraszone sporą dawką emocji. Powieść czyta się lekko i bardzo dobrze, a to za sprawą naprawdę dobrego stylu i lekkiego pióra autorki.
Lekka i zabawna powieść o miłości?
Nie do końca, bo tak jak pisałam, pod tą przykrywką romansu skrywa się poważniejsze dno tej historii, które sprawia, że powieść nabiera pewnej głębi. 


Jeśli chodzi o bohaterów, to polubiłam ich od pierwszej chwili. Delilah nie była ani wkurzająca, ani nie irytowała swoim zachowanie. To jest akurat wyjątek, bo serio, zazwyczaj w takim motywie bohaterka jest zazwyczaj niestrawną pyskatą i arogancką postacią. A tu zaskoczenia, główna bohaterka jest świetna i choć w całej powieści aż skrzy się od słownych utarczek pomiędzy nią i Maconem, to są one zabawne i urocze, a nie denerwujące.
Swoich bohaterów pani Callihan nie wybiela, nie idealizuje. Pokazuje ich w pełnej palecie wad i zalet. Są sobą, popełniają błędy, mylą się. Są w tym naprawdę autentyczni. Nie sposób im nie kibicować, nie lubić ich.
Do tego nie brakuje w powieści zabawnych momentów, przy których śmiałam się w głos. 

„Ukochany wróg” Kristen Callihan to naprawdę świetna książka, w której jest wszystko co trzeba, aby czytelnik dostał świetny romans, okraszony poczuciem humoru i odrobiną pikanterii. Autorka porusza pod płaszczykiem lekkiej opowieści o miłości kilka poważniejszych tematów i robi to w świetny sposób.
Ta powieść to jeden z lepszych romansów jakie czytałam od długiego czasu.

Ogromnie polecam!



czwartek, 18 marca 2021

„Idealny detektyw” Kristen Ashley

 „Idealny detektyw” Kristen Ashley, to piąty już tom serii Rock Chick, która


skradła mi serce. Szalone przygody zwariowanych kobiet i twardzieli z ich detektywistyczno/policyjnego otoczenia. W tym tomie autorka na tapetę wzięła boskiego przystojniaka, twardziela i ogólnie cudownego członka grupy Lee – Luke’a. Kobietą, która skradnie mu serce jest Ava, jego przyjaciółka z dzieciństwa. Po latach niewidzenia, ich ścieżki znów się przetną, oczywiście Ava wplącze się w tarapaty, z których Luke i reszta „twardzieli” będzie musiała ją wyplątać.

Brzmi znajomo?
Oczywiście, że tak. Poprzednie tomy miały trochę podobny schemat. 
Ale wiecie co? To absolutnie nie przeszkadza w cieszeniu się świetną lekturą i czytaniu o Luke’u i Avie i ich miłości z wypiekami na twarzy. W tej książce jest bowiem wszystko to, co mnie zachwyciło w poprzednich tomach. Jest miłość, jest pikantnie, jest chwilami wzruszająco i z poczuciem humoru. Pojawiają się też wszyscy bohaterowie z poprzednich tomów i to jest naprawdę świetna sprawa, bo nie trzeba się z nimi rozstawać, gdy kończy się czytać poświęcony im tom. 

Jeśli chodzi o parę głównych bohaterów z tej części, to akurat trochę się obawiałam, bo Luke’a jakoś specjalnie nie polubiłam w poprzednich tomach. A tu niespodzianka, bo w Idealnym detektywie, gdy poznałam go lepiej, totalnie mnie oczarował. Natomiast Ava długo nie mogła mnie do siebie przekonać. Trochę irytowało mniej jej początkowe robinie głupich rzeczy dla zasady, żeby tylko się sprzeciwić.  Potem z rozdziału na rozdział Ava trochę się zmienia i choć do końca pozostaje pyskatym uparciuchem, to jednak nabiera trochę więcej rozumu. Finalnie duet Luke i Ava przypadł mi bardzo do gustu i z ogromną przyjemnością czytałam o ich przeżyciach. 


Przy „Idealnym detektywie” bawiłam się wspaniale. Czasem mam chęć poczytać o pięknych kobietach i boskich twardzielach, którzy je kochają. I lubię czasem jak finalnie wszystko się układa, jest miłość i szczypta pikanterii, a całość okraszona jest dobrze dobraną porcją poczucia humoru. To wszystko daje mi seria Rock Chick i to dał mi też ten jej tom. Naprawdę, polecam te książki każdej z Was, która lubi fajnie napisane romanse. W sumie każdy z tych tomów można czytać niezależenie, ale wg mnie lepiej jest zacząć od początku, żeby sobie samemu nie sprzedawać oczywistych spoilerów. 

Jeśli więc lubicie gorące romanse, to „Idealny detektyw” i cała seria Rock Chick jest dla Was. Ja polecam ją ogromnie. I nie mogę się doczekać kolejnego tomu, zwłaszcza, że wiadomo, kogo będzie dotyczył, a ten bohater od początku mi się podobał.



poniedziałek, 15 marca 2021

"Na zawsze,ale z przerwą" Taylor Jenkins Reid

 Co byś zrobił, gdybyś stracił coś, co dopiero dostałeś, a co było dla ciebie


wszystkim?
Po dwóch tygodniach małżeństwa, w wypadku ginie mąż Elsie. 
Niespełna trzydziestoletnia kobieta zostaje z całą swą ogromną miłością, która nie miała szansy zmierzyć się z „szarą rzeczywistością”, ani przejść próby czasu. 
Jej wspólne życie z Benem skończyło się jeszcze zanim się na dobre rozpoczęło i czas nie miał szansy zweryfikować siły ich uczucia.
A to oznacza, że prócz naturalnej żałoby, uczucie, które ich połączyło, już na zawsze pozostanie idealne. 

Gdy kupowałam „Na zawsze, ale z przerwą” nie miałam pojęcia, że to debiut i że wydano już inne książki autorki, które zostały dobrze przyjęte.
Ot zainteresowała mnie fabuła opisana na obwolucie.
Książka zaczyna się od śmierci Bena i to jest punktem wyjścia do wszystkiego, co potem się w tej powieści będzie działo. A wbrew pozorom sporo się tu dzieje. 

Autorka skupiła się na pokazaniu tego, jak radzimy (lub nie radzimy) sobie z żałobą, z utratą bliskich, których kochamy. Jak rozpacz może totalnie osaczyć, odciąć od przyjaciół, rodziny. Radzenie sobie ze śmiercią najbliższych jest tym czego nie da się „zrozumieć”, jeśli samemu się tego nie doświadczyło, zwyczajnie nie jest się w stanie postawić na miejscu takiej osoby i pojąć co ona czuje.
A leczenie takich ran to proces długi i ogromnie trudny. Uważam, że pani Reid całkiem dobrze sobie poradziła z ukazaniem poczucia rozpaczy, straty i prób stanięcia na nogi po takiej tragedii. 


Napis z tyłu okładki doradza zaopatrzenie się w pudełko chusteczek, bo książka wyciska łzy w ilościach hurtowych. Otóż ja nie płakałam. Naprawdę. Ale czułam niesamowicie dojmujący żal i było mi tak ogromnie smutno, czytając o tym z czym mierzyła się Elsie.  W dodatku Taylor Jenkins Reid bardzo obrazowo odmalowała jak śmierć Bena wyidealizowała uczucie jakie go łączyło z Elsie w jej oczach, uczucie, które już i tak było dla niej idealne. Dla mnie ta książka nie jest wyciskaczem łez, nie stosuje tanich sztuczek, żeby wywołać emocje i łzy. Pokazuje za to jak ogromną rozpaczą potrafi napełnić człowieka śmierć osoby, którą się kocha i jak totalnie złamać. I robi to w prosty sposób, a jednocześnie ogromnie poruszający. Elsie nie jest idealna, jej związek z Benem też nie był. 
A jednak przez to, że śmierć Bena odebrała im wspólną przyszłość, ich krótki związek już na zawsze zostawi w niej idealny obraz ich miłości. 

Czy polecam „Na zawsze, ale z przerwą”?
Dla osób szukających „emocjonalnego walca jadącego po człowieku” nie. Ta powieść mimo, że wywołuje wiele emocji, nie działa w taki sposób. To dojrzały obraz przechodzenia żałoby, pogodzenia się z tym co się stało i przyjęcia do świadomości, że inni bliscy mogą cierpieć tak samo jak my. Że nie tylko my mamy prawo do rozpaczy. 
Jeśli jednak szukacie książki mądrej, opisującej żałobę w sposób subtelny, a bohaterów ukazujący nie przez różowe okulary, ale z pełnym wachlarzem ich wad – to jak najbardziej, to jest książka dla Was.

Mi się bardzo podobała, odnalazłam w niej pewne emocje, które towarzyszą mi od kilku lat, gdy bardzo bliska mi osoba nagle odeszła. Są takie rany, których nawet czas nie jest w stanie zagoić, pozostawiając na zawsze blizny.
I chyba o tym przede wszystkim była dla mnie ta powieść.


piątek, 12 marca 2021

"Echo przeszłości" Ewelina Nawara, Justyna Leśniewicz

 „Echo przeszłości” to drugi tom serii Kings Of Sin Eweliny Nawary i Justyny


Leśniewicz. Po przygodach Liama i Jo w części pierwszej, nadszedł czas na historię Jamesa i Celii, bohaterów z trudną przeszłością, próbujących jakoś poradzić sobie ze swoimi demonami. Byłam ogromnie ciekawa jak potoczą się losy Jamesa i kto skradnie jego serce.
Akcja Echa przeszłości rozpoczyna się ciut wcześniej niż zakończył się tom pierwszy i od razu wpadamy w wir wydarzeń, które porywają naszych bohaterów. Każdy, kto przeczytał Melodię serc, wie co tam się wydarzyło, więc napiszę tylko, że będzie się działo. 

W tym tomie główne skrzypce grają James i Celia, ale pojawiają się również wszyscy bohaterowie, których poznaliśmy w poprzednim tomie, a i ktoś nowy zawita na karty powieści. Ucieszyło mnie, że spotkałam się w tej książce z dobrze mi już znanymi postaciami, bo większość z nich naprawdę polubiłam. Prócz wątku miłosnego, tak samo jak w poprzedniej części, ogromnie ważną rolę odgrywa tu muzyka. Lubię książki, których akcja ma w sobie muzyczne wątki, dlatego tym chętniej sięgnęłam po obie części serii Eweliny i Justyny. 

Akcja jest naprawdę dynamiczna i wiele się tu dzieje. Autorki włożyły sporo wysiłku, aby odmalować emocje, które szaleją w bohaterach, pokazać ich wnętrze, przeszłość, teraźniejszość, nadzieje i lęki. Uważam, że dobrze nakreśliły głównych bohaterów, nie zapominając jednocześnie o reszcie postaci, które odgrywają ważną rolę w tej opowieści. 

Mimo, że „Echo przeszłości” to klasyczny romans, to nie zabrakło tu poważniejszych tematów, które są płynnie wplecione w wątek rozwijającej się miłości pomiędzy Jamesem i Celią. Justyna i Ewelina ukazały jak ciężko jest pozbierać się po złych doświadczeniach, jak trudno jest zawalczyć o siebie i swoje marzenia, ale i jak piękna potrafi być miłość, jak ważne jest wsparcie przyjaciół i rodziny. 

 


W książce sporo jest poważnych momentów, ale bywa i zabawnie i z poczuciem humoru. Polubiłam Celię i Jamesa, zwłaszcza on mocno zapadł mi w serce. Nie wiem czy nie bardziej nawet niż Liam, ale gdybym miała zdecydowanie wybrać, pewnie bym nie potrafiła. Powieść czyta się dobrze, autorki szlifują swój styl i czuć, że się w tym temacie rozwinęły. Książkę czyta się lekko i z przyjemnością. Co dla mnie ogromnie ważne, powieść nie jest wulgarna i to jest niesamowity plus, uczucia w tej historii, mimo, że skomplikowane, są piękne i bywały momenty, gdy autentycznie się wzruszyłam. 

Podsumowując.
Jaka jest książka „Echo przeszłości”? 
Naprawdę dobra.
To wciągająca historia, monetami zabawna, momentami wzruszająca. 
To piękna opowieść o dwóch samotnych sercach, które wreszcie się odnajdują i dostają szansę od losu.
Gorąco ją polecam i niecierpliwie czekam na kolejny tom serii Kings Of Sin.