środa, 28 października 2020

Moje pierwsze guilty pleasure, czyli seria o Mercedes Thompson tom 2 - 3. Patricia Briggs

 Jakiś czas temu postanowiłam zapoznać się z bardzo popularną serią urban fantasy autorstwa Patricii


Briggs, czyli Mercedes Thompson. Mimo dobrego nastawienia, pierwszy tom trochę mnie rozczarował, z jednej strony całkiem dobrze napisany, z drugiej ma wg mnie sporo wad. Ale, że wiedziona swoimi szaleństwami zakupiłam całą serię i mam ją na półce – postanowiłam za jakiś czas sięgnąć po drugi tom i zobaczyć, czy dalej będzie lepiej. I tak zawzięłam się i sięgnęłam po drugą część serii „Więzy krwi”. Książka napisana jest tym samym językiem co pierwsza część i przyznaję, lekki i swobodny styl sprawia, że czyta się ją w ekspresowo. Nietrudno też zostać zaciekawionym intrygą i zagadką, którą musi rozwikłać Mercy. Kobieta oczywiście pcha się tam, gdzie największe kłopoty, a dookoła niej krąży dwóch samców alfa, i każdy jest dla niej ważny. Liczyłam, że już w tym tomie zniknie trójkąt miłosny, ale się rozczarowałam. Pozostał i miał się dobrze aż do trzeciej części (o której będzie poniżej). I to był dla mnie największy minus tego tomu, bo ja serio nie cierpię trójkątów miłosnych z mocą tysiąca słońc. Poza tym to ciągłe powtarzanie informacji już raz podanych  w pierwszej części było dla mnie irytujące, jakby autorka nie wierzyła, że jej czytelniczki mogą być inteligentne i załapać o co chodzi już za pierwszym razem.  Mimo to sama fabuła mnie zainteresowała i naprawdę się w nią wciągnęłam, zwłaszcza że w tej części to wampiry dostały plamę pierwszeństwa, a wilkołaki zeszły na dalszy plan. Oczywiście mamy tu sercowe rozterki, ale na szczęście (w związku z tym nieszczęsnym trójkątem) nie było ich aż tak wiele. Książkę pochłonęłam w dwa dni i mimo, że fabuła mi się spodobała, byłam zaciekawiona i podoba mi się lekki styl i plastyczny język autorki, to jednak „Więzy krwi” nie zmieniła mojego zdania o tej serii. I pewnie nie sięgnęłabym po tom trzeci… gdyby nie niemoc czytelnicza i chęć przeczytania jakiegoś „odmóżdżacza”.


I tak zaczęłam czytać trzeci tom serii, czyli „Pocałunek żelaza”. 

Niby byłam już przekonana, że wiem czego się mogę spodziewać i przyznaję, że przez większość książki tak było, ale gdzieś po 2/3 coś się zaczęło zmieniać. Żeby nie było, ogólnie moja ocena pozostaje taka sama, lekkie, chwilami niedopracowane urban fantasy, z denerwującymi elementami, które autorka nadal stosowała w tym tomie. Wciąż powtarzające się opowiadanie o dominacji samców alfa, o uległości i tym jak należy się wobec nich zachowywać. Do tego ten nieszczęsny trójkąt miłosny, który w tym tomie zyskał na znaczeniu, co mnie osobiście strasznie denerwowało. Mercy wciąż rozmyślała nad swoimi dylematami związanymi z sercowymi wyborami i ich konsekwencjami. Wszystko to podane w lekkim sosie niewymagającej opowieści, choć przyznaję, że tym razem sprawa, w którą zaangażowała się Mercy wyjątkowo mnie zaciekawiła. I czytałam sobie tą książkę, aż gdzieś pod koniec zaczęło się robić poważniej, aż zrobiło się mega poważnie, a to za sprawą wydarzeń, które opisała Briggs i które stały się udziałem Mercy. Przyznaję, nie tego się spodziewałam i zrobiło to na mnie pewne wrażenie. Sposób ukazanie pewnych wydarzeń i ich konsekwencje sprawiły, że bardziej przychylnie spojrzałam na ten tom. I choć finał trzeciego tomu już naprawdę mi się spodobał, to moja ocena nadal pozostaje niezmienna, choć teraz już mam chęć na kolejne tomy i kolejne przygody Mercy. W taki oto sposób znalazłam swoje pierwsze guilty pleasure wśród książek. Bo niby ma wady, które ja widzę, niby są elementy, które mnie wkurzają, a jednak mam chęć na kolejne tomy i na pewno po nie sięgnę.





niedziela, 18 października 2020

"Magia łączy" dziewiąty tom serii o Kate Daniels. Ilona Andrews

 „Magia łączy” to dziewiąty i tym samym przedostatni tom przygód Kate Daniels, autorstwa  duetu


pisarzy, którzy piszą pod pseudonimem Ilona Andrews. Od pierwszego tomu jestem zachwycona tą serią, sposobem prowadzenia fabuły, tym jak rozwija się z tomu na tom akcja i wszystkimi wątkami pobocznymi, których w serii jest mnóstwo. Akcja powieści jest ściśle powiązana z głównym wątkiem, czyli ojcem Kate i niechybnie zbliżającym się starciem. Oczywiście jak to w całej serii, pojawiają się nowe wątki poboczne, rozwijane są również te pojawiające się w poprzednich tomach, a całość łączy się w świetnie skonstruowane urban fantasy, o wyśmienicie wykreowanym świecie i z wyrazistymi postaciami. Z racji tego, że to już dziewiąty tom, o fabule nie da się nic napisać. Mogę za to powiedzieć, ze akcja jest naprawdę dynamiczna i chwilami bardzo zaskakująca, że widać jak dobrze mieli przemyślaną całość autorzy, jak konsekwentnie zmierzali do punktu, w którym w tym tomie znaleźli się bohaterowie. Nie wszystko jest tu oczywiste i w sumie nie mam pojęcia jak to się może skończyć. Jak rozstrzygnie się konflikt Kate i Ronalda, jak potoczą się losy gromady i co przytrafi się najbliższym Kate.

Z jednej strony, to urban więc zakładam, że będzie większy kub mniejszy, ale jednak happy end, z drugie, autorzy już nie raz pokazali, że wszystkiego można się w tej serii spodziewać i nie ma nic pewnego. To co zachwyca mnie od pierwszego tomu, to wplatanie do każdej książki nawiązań do różnych mitologii i wierzeń, wplatanie w fabułę postaci z różnych kultur. To od samego początku mnie fascynowało, było dla mnie wartością dodaną do świetnych postaci i wciągającej akcji.

Jeśli chodzi o styl i narrację, nic się tu nie zmienia, dla mnie ten tomy utrzymuje wysoki poziom swoich poprzedniczek, choć wkradło się tu odrobinę melancholii, która sprawiła, że zaczęłam się obawiać o losy głównych bohaterów w ostatnim tomie. Przeczytałam gdzieś opinię, że ten tom jest nudny…Nie mogę się z tym zgodzić! Ba! zdecydowanie temu zaprzeczam, w tej części dzieje się tyle, pojawiają się kolejne problemy do rozwiązania, kolejny wyzwania przed Kate i Curranem, że tu nie ma czasu na nudę. W dodatku poznajemy inne oblicza Kate, nie tylko twardej najemniczki, ale i kobiety, która kocha i zrobi wszystko dla tych, którzy są jej bliscy, poświęcić siebie w imię tej miłości. 


„Magia łączy” jest jednym z moich ulubionych tomów serii i mówię to z czystym sumieniem. Podoba mi się taka Kate, ta sama, ale odrobinę inna. Kate, która będzie walczyć do ostatniego tchnienia, która nie odpuści, która nigdy się nie podda. Ale to też Kate, która kocha, która odkrywa w sobie łagodność i potrzebę dawania miłości, czerpania z niej pełnymi garściami.

W książce nie brakuje również wątków humorystycznych, głownie tych związanych ze zbliżającym się ślubem Kate i Currana. Naprawdę były momenty, że śmiałam się w głos przy niektórych momentach. Choć ten tom ma trochę poważniejszy wydźwięk niż wszystkie poprzednie, ale to za sprawą tego co się dzieje i do czego zmierza fabuła (wielki finał w ostatnim tomie). 

Cieszę się, że sięgnęłam po tą serię, mimo że z jakiegoś niezrozumiałego powodu byłam do niej uprzedzona. Cieszę się, że poznałam Kate i Currana i tyle świetnych postaci drugoplanowych (liczę na dodatkowe powieści poświęcone niektórym z nich, np. Derekowi). To magiczna przygoda z ciekawą fabułą, świetnymi postaciami i dodatkowymi smaczkami, które sprawiają, że ciężko się od tych książek oderwać. I choć nie mogę się doczekać finałowego tomu, to już od jakiegoś siódmego zaczęłam rozpaczać, że przecież koniec serii jest już blisko. A tu został tylko dziesiąty i co potem?

Po raz kolejny ogromnie polecam całą serię i zachęcam do jej czytania.


niedziela, 11 października 2020

"Tarnowskie Góry 2. Fantastycznie" zbiór opowiadań.

 „Tarnowskie Góry 2. Fantastycznie” to zbiór 14 opowiadań, których akcja ściśle powiązana jest z tym


Śląskim miastem.  Czy ich akcja rozgrywa się obecnie, w przyszłości, czy zabiera nas w podroż daleko wstecz, zawsze koncentruje się na tym mieście. Przyznaję, że nie słyszałam wcześniej o tej antologii, ale gdy już usłyszałam, to skusiłam się na nią z dwóch powodów, otóż autorką jednego opowiadania jest Marta Kładź – Kocot, w której książkach jestem od dawna zakochana, a drugi to fakt, że ja uwielbiam polską fantastykę. Więc gdy tylko książka do mnie dotarła, z przyjemnością i ciekawością zabrałam się zaczytanie. 

Nie będę się rozpisywać o każdym z opowiadań po kolei. Nie jestem też w stanie wskazać, które wg mnie jest najlepsze, bo każde jest tak wyjątkowe, ma swój własny styl i klimat, że nie ma możliwości porównania, ocenienia w kontekście pozostałych. Tematyka jest różnorodna, czy to futurystyczna wizja przyszłości, czy klasyczni magowie parający się wyjątkową magią. Są opowiadania takie, które mnie intrygowały, takie które potrafiły wywołać dreszcz lęku na plecach, takie które wciągały w wyjątkowo barwny i magiczny świat, takie które wywołały łzy smutku. To co mogę stwierdzić z całą stanowczością, każde z opowiadań mi się podobało, nie było takiego, które mogłabym subiektywnie uznać za „słabsze”. 

Czytając kolejne opowiadania zagłębiałam się w świat sztolni, kopalń, niezwykłych miejsc, przy okazji poznając wyjątkowych bohaterów i to co stało się ich udziałem. Powiem Wam, że byłam zaskoczona tym, że może powstać aż tak dużo skrajnie różnych od siebie historii, które mają jednocześnie tyle wspólnego. „Tarnowskie Góry 2. Fantastycznie” to naprawdę bardzo ciekawa pozycja i wciągająca lektura. Każde kolejne opowiadanie to jedna wielka niewiadoma, nie wiadomo czy w kolejnym trafimy na historię androidów czy może obudzonego utopca. Podobało mi się również wykorzystanie legendy o chłopie Rybce. Przy jednym z opowiadań nuciłam sobie pod nosem  kawałek utworu  M. Bajora „ta karczma, miła Rzym się nazywa i będzie co ma być…” bo jakoś tak mi się mocno kojarzyła ta piękna piosenka z tym co czytałam. 


Gdybym miałam jednym zdaniem podsumować swoje odczucia i wrażenia, to musiałabym stanowczo podkreślić tylko jedno: czytajcie, bo naprawdę warto! To świetny zbiór opowiadań i jestem pewna, że każdy wielbiciel gatunku znajdzie to coś dla siebie. Gorąco polecam.

Na koniec jeszcze informacja, którą pozwoliłam sobie skopiować od użytkownika CzytaDeLiczne  z portalu Lubimy Czytać o tym gdzie można nabyć antologię:

✔https://tarnowskiegoryantologia.pl/

✔punkt na Allegro (AlmazTG)

oraz w dwóch księgarniach internetowych:

✔ u Wojtka: https://esef.com.pl/

✔oraz u Marcina: https://madbooks.pl 


Stacjonarnie książki będą dostępne w następujących punktach:

✔Bookszpan Tarnowskie Góry ul. Krakowska,

✔Wiosna Klocki, Tarnowskie Góry, Rynek,

✔Księgarnia Wiosna, Tarnowskie Góry, Karola Miarki.


czwartek, 1 października 2020

"Od pierwszego wejrzenia" Kristen Ashley

 Roxie próbuje pozbyć się ze swojego życia, ex chłopaka – drobnego przestępcy, który nie chce przyjąć 


do wiadomości, że ich związek zakończył się już dawno. Wpada więc na pomysł, że uda się do Denver, do swojego wujka Texa i przy okazji zniknie z oczu bylemu facetowi. Nie wzięła tylko pod uwagę, że Tex pracuje u Indy w kawiarnio-księgarni. Gdy tylko stawia pierwsze kroki w kawiarni, spotyka Hanka Nightingaleia i… przepadają oboje od pierwszego wejrzenia. 

Seria Rock Chick zachwyciła mnie już od pierwszego tomu, więc niecierpliwie czekałam na trzecią część przygód mega przystojnych i seksownych gliniarzy i prywatnych detektywów z Denver oraz kobiet, która burzą ich spokój i zdobywają serca. W tym tomie poznajemy przygodny i namiętny romans Hanka i Roxie i powiem, że bardzo się ucieszyłam, że to właśnie o tych bohaterach będę czytać. Akcja powieści od samego początku jest dynamiczna, wybuchowa i nieprzewidywalna. Pełno tu szalonych wydarzeń, niekiedy wręcz uroczo absurdalnych, namiętności, uczuć i poczucia humoru. Bywały momenty, że zaśmiewałam się strasznie czytając o wyczynach Roxie i jej nowopoznanych przyjaciółek. 

Bo co ważne, w powieści pojawiają się wszyscy bohaterowie z poprzednich części, nawet ci drugoplanowi i odgrywają swoją rolę w perypetiach Roxie i Hanka. Taki zabieg ogromnie mi się podoba, bo nie muszę się rozstawać z postaciami, które polubiłam, tylko dlatego, że ich historia została już opowiedziana. Jeśli chodzi o samą Roxie, to naprawdę ją polubiłam. Nie wkurzała mnie, nie irytowała swoim zachowaniem i celowym pakowaniem się w niebezpieczne sytuacje, gdy tłumaczono jej i proszono, żeby tego nie robiła. Roxie miała świadomość niebezpieczeństwa i choć i jej nie ominęły ryzykowne sytuacje, to jednak sama nie pchała się w nie na wariata. Hank oczywiście ujął mnie za serce. Jak każdy męski bohater tej serii jest mądry, twardy, mega przystojny i seksowny. Do tego ma dobre serce i kocha psy. No czy można chcieć więcej? I choć można się przyczepić, że każdy facet w tej serii jest NAJ we wszystkim, to dla mnie to jest w sumie zaleta.  


Dlaczego? 

Bo w książce tego gatunku (romans z elementami sensacyjnymi) taki bohater jest po prostu wręcz potrzebny i idealny, aby wzdychać do niego podczas czytania i zachwycać się jego wspaniałością. To są właśnie takie książki, które wymagają aby kobiety były piękne, a mężczyźni wspaniali i właśnie to od autorki dostałam. 

„Od pierwszego wejrzenia” sprawiła mi wiele czytelniczej frajdy, dała odetchnąć od szarej codzienności i wywoływała sporo ataków śmiechu. Do tego jest naprawdę dobrze napisana, autorka ma dobry styl i lekki, plastyczny język. Wbrew pozorom, nie jest to standard w typowej literaturze kobiecej. Mamy tu więc świetną historię, fajnych bohaterów, szalone wydarzenia i ogromną porcję humoru. Do tego miłość ze szczyptą pikanterii, która koi serce każdej romantyczki. Jest też poczucie wspólnoty i przyjaźń, która nie zważa na długość trwania znajomości.

Ogromnie polecam całą serię. 

To świetna rozrywka i naprawdę dobrze napisane książki. Niecierpliwie wyczekuję informacji o kolejnym tomie z tej serii, przepadłam dla niej od pierwszego zdania.


niedziela, 27 września 2020

"Pięć lat z życia Dannie Kohan" Rebecca Serle

 Dannie Kohan żyje według ścisłego planu. Zaplanowane ma wszystko, karierę, narzeczeństwo, ślub i


każdy ważniejszy aspekt swojego życia. Nieplanowana jest tylko jej wyjątkowa przyjaźń z  Bellą, która od lat jest najważniejszą osobą w jej życiu. Którego dnia Dannie zasypia i budzi się… pięć lat później. Na placu ma inny pierścionek zaręczynowy, obok siebie innego mężczyznę. Po godzinie gdy otwiera oczy jest znów rok 2020 i świat jaki Dannie zna. Ale czy na pewno? 

Gdy wypatrzyłam tą powieść w zapowiedziach, od razu pomyślałam, że to będzie gorący romans rozgrywający się w dwóch liniach czasowych. Spodziewałam się trochę humoru, pikanterii i od groma miłości. Czy moje oczekiwania się sprawdziły? 

Z jednej strony tak, z drugiej totalnie nie.

Bowiem „Pięć lat z życia Dannie Kohan” to faktycznie powieść o miłości, ale nie tylko tej romantycznej. To przede wszystkim opowieść o wyjątkowej przyjaźni i więzach silniejszych niż wszystko inne. Akcja książki rozpoczyna się dość niewinnie. Poznajemy Dannie, jej narzeczonego, śledzimy jej niespodziewane pojawienie się w przyszłości i to, jak to na nią wpłynęło. Wszystko rozkręca się dość powoli, ale to nie znaczy, że jest nudno. Dla  mnie nie było. Krok po kroku zaczynałam rozumieć główną bohaterkę, którą zresztą autorka nakreśliła naprawdę dobrze. Miałam wrażenie, że oglądam jej życie jej oczami, a jednak z boku, że ją obserwuję i widzę już to, czego ona sama jeszcze nie chciała dostrzec. Wrażenie było naprawdę ciekawe, bywały chwile, że miałam chęć nią potrząsnąć i krzyknąć „nie widzisz tego! Przecież to takie oczywiste!”. 


Książka napisana jest dość prostym językiem, styl autorki jest dość oszczędny w barwne opisy czy rozwlekanie się na każdy temat. Chwilami miałam wrażenie nawet, że jest dość oschły. A jednak czym dłużej czytałam, czym bardziej zagłębiałam się w wydarzenia przedstawione w powieści, tym bardziej przemawiał do mnie taki sposób opowiadania tej historii, bo okazało się, że idealnie oddaje to, o czym autorka pisze. Czym więcej się działo w tej powieści, tym więcej pojawiało się w powieści emocji, tym więcej wzruszeń, tym więcej uczuć przebijało się przez każde zdanie. Finalnie płakałam jak bóbr, bo to co się tam wydarzyło, powaliło mnie swoim wydźwiękiem emocjonalnym.  

Książka, którą napisała Rebecca Serle zapowiadała się na typowy romans/obyczajówkę, która dostarczy mi trochę rozrywki na dwa wieczory. Okazał się jednak wyjątkowo wartościową i poruszającą historią o życiu, jego nieprzewidywalności, o przyjaźni i miłości. Więc z jednej strony faktycznie moje przypuszczenia się sprawdziły, z drugiej nie.  Dostałam za to dużo, dużo więcej niż się spodziewałam, podane w formie, która naprawdę do mnie przemówiła. Jestem pod ogromnym wrażeniem tej powieści, z chęcią sięgnę po kolejne powieści autorki, a „Pięć lat z życia Dannie Kohan” polecam tym wszystkim, którzy lubią nieszablonowe opowieści i poruszające historie.



wtorek, 22 września 2020

"Bezświt" Jay Kristoff

 Mia Corvere myślała, że wygrała i dokonała zemsty. A jednak finał jej działań jest zgoła inny. Grunt


zaczyna się jej palić pod nogami, tajemnica jej życia domaga się wyjaśnienia, ale żeby tego dokonać, musi udać się w niebezpieczną podróż przez Republikę.  Arcymrok nadchodzi, przyjaciele i sprzymierzeńcy są tak samo zagrożeni jak Mia. A jednak byłe Ostrze nie cofnie się o krok, aby zrealizować swoje cele. Zaczyna się walka z czasem i otaczającymi ją wrogami.

Ach, ten Bezświt.

Czekałam na tą książkę naprawdę niecierpliwie, choć tom drugi mocno mnie rozczarował. Chciałam, nie  - musiałam! wiedzieć jak się to wszystko poukłada, co zaserwuje mi autor i czy znienawidzona przeze mnie Ashlinn wreszcie padnie trupem. Oczywiście co do tego ostatniego, to nic zdradzić nie mogę z przyczyn oczywistych. Jeśli chodzi o styl, sposób prowadzenia fabuły i opisy świata, nie tylko tego, który już poznaliśmy, ale i tego mistycznego, w którym przebywały bóstwa, wszystko było na wysokim poziomie. Podobały mi się przypisy, podobał sarkazm, nawet wulgaryzmy mi nie przeszkadzały. Wszystko to było idealnie wplecione w fabułę i wynikało z charakteru bohaterów tej książki. Zresztą sam sposób kreowania postaci to naprawdę mocna strona całej trylogii Kristoffa, potrafi  on stworzyć wiarygodnych i pełnowymiarowych bohaterów, i to nie tylko tych głównych, ale i drugoplanowych. I choćbym nienawidziła Ash z mocą tysiąca słońc, to nie można Kristoffowi odmówić, że odmalował ją świetnie. 

Akcja jest dynamiczna i pędzi do przodu na łeb na szyję. Autor się nie patyczkuje, krew się leje, flaki i kończyny fruwają dookoła, a Mia nie cofa się ani o krok. Ileż się w tym tomie dzieje, ile jest walk, ile bitew muszą stoczyć bohaterowie, aby spróbować wygrać w tej nierównej walce. Wszystko co dotąd skrywały tajemnice się wyjaśnia, wszystkie wątki wreszcie się ze sobą łączą i czytelnik dostaje spektakularny finał. Bezświt to naprawdę kawał solidnie napisanej powieści i czytało mi się ją błyskawicznie. Ale… 

No właśnie – ALE.


Otóż te rozwiązania fabularne, które wkurzały mnie w drugiej części, w trzeciej wkurzały mnie jeszcze bardziej. Do tego trochę niezrozumiałych dla mnie decyzji autora i to jak pokierował poczynaniami Mii i finalnie skończyłam książkę czytać solidnie rozczarowana. Ale choć nie postawię Bezświtu na półce z ulubionymi książkami, to jednak dość słabo wypada gniewanie się na autora za to, w jaki sposób pokierował fabułą. No miał do tego prawo, a ja muszę to przyjąć. Dlatego Bezświt muszę (choć bardzo nie chcę) ocenić dość wysoko, bo to naprawdę dobra historia, ciekawe postacie i lekkie pióro autora. Czy w związku z tym rozczarowaniem rozchodzą się moje ścieżki z Kristoffem? Absolutnie nie! On potrafi pisać tak barwnie i wciągająco, tworzyć zawiłe i ciekawe historie i świetnych bohaterów, że chętnie sięgnę po kolejne jego powieści. Z całej trylogii Kronik Nibynocy pierwsza część niezmiennie pozostaje moją ulubioną. I choć Bezświt stawiam wyżej niż Bożogrobie, to jednak mam żal do autora, że zakończył ją tak, a nie inaczej. 

Czy polecam? 

Dla tej ciekawej historii, pełnokrwistych bohaterów i ciekawych wątków pobocznych, jak najbardziej tak. Jay Kristoff ma talent i zaprzeczyć się temu nie da.  

Polecam.


 


niedziela, 20 września 2020

"Wybrzeże Snów" finalny tom trylogii Krucze serce Marii Zdybskiej

 „Wybrzeże snów” to finalny tom trylogii Krucze serce Marii Zdybskiej. Czekałam na tą powieść


okropecznie, zwłaszcza po tak spektakularnym zakończeniu drugiego tomu. Z jednej strony chciałam ją czytać już teraz, z drugiej bałam się w jakim kierunku pójdzie fabuła, bo nawet nie miałam swoich domysłów. Zaczęłam więc czytać trochę z duszą na ramieniu i cóż…

Przepadłam.

Akcja powieści rozpoczyna się w miejscu, gdzie zakończył się tom drugi. I to by było na tyle jeśli chodzi o fabułę, bo z racji tego, że to trzeci tom, to nie chcę niczego nawet przypadkowo zdradzić.

Powiem tylko, że wszystkie wydarzenia rozgrywające się w tej części prowadzą Lirr do tego co jej przeznaczone, wszystkie wątki się ze sobą łączą, każda tajemnica doczekuje się rozwiązania, a zakończenie… No cóż, idealnie oddaje to, o czym przez całą trylogię pisała autorka.

Mimo trudnych początków z Wyspą mgieł (pierwszym tomem trylogii wobec którego byłam niezwykle surowa), od początku twierdziłam, że Maria Zdybska ma talent, wyobraźnię i pisze pięknym językiem. Że potrafi ubrać w oczarowujące czytelnika słowa wszystkie emocje i uczucia, którymi ta trylogia jest przesiąknięta.

W finalnym tomie jest to najbardziej widoczne, bo ten tom jest ciut nostalgiczny, odrobinę melancholijny, przepełniony uczuciami, które już nie dają się poskromić. Całość ma dla mnie słodko – gorzki wydźwięk i jest tak do bólu prawdziwa, realna wręcz.

Maria pisze w sposób, który potrafi tak zaczarować rzeczywistość, że z miejsca przeniosłam się do świata, który wykreowała, żyłam tym co rozgrywało się na kartach powieści, przeżywałam naprawdę silne emocje podczas czytania i bałam się, co zastanę na końcu.


Jeśli chodzi o bohaterów, to tutaj w pełnej krasie widać zmianę jaka zaszła w Lirr od czasu pierwszego tomu, jednocześnie została ona w jakiś sposób sobą, jest autentyczna i choć były momenty, gdy zastanawiałam się, czy aby na pewno przemyślała niektóre swoje działania, to irytacja, którą czułam momentami w pierwszym tomie, tutaj odeszła w niepamięć. Lirr to naprawdę świetna bohaterka.

Jestem też wdzięczna autorce, że pozwoliła Mildzie pojawić się w tej części nie tylko okazjonalnie. Uwielbiam tą zadziorną rusałkę, to moja ulubiona postać drugoplanowa w tej trylogii i strasznie mi jej brakowało w drugiej części.

Jeśli chodzi o Raidena, to charakter Hana Solo połączony z wyglądem Toma Hiddlestona oczarował mnie już od pierwszej chwili i nic się w tej materii nie zmieniło. To świetnie napisana postać, niejednoznaczna, ciut krnąbrna, sarkastyczna, mocno skrywająca w sobie uczucia i prawdziwe myśli, a jednocześnie to bohater o jakim chce się czytać jak najwięcej i jest się w stanie wybaczyć mu wszystko.

Wybrzeże snów, to książka tak dobra, że aż boje się o tym otwarcie pisać żeby nie zostać oskarżoną o wpis sponsorowany, ale inaczej nie jestem w stanie określić najnowszej powieści Marii Zdybskiej. Ta książka ma w sobie delikatną nutę smutku, która wkomponowuje się w dynamiczną akcję, niesamowite wydarzenia i miłość, dla której można zrobić wszystko. Jeśli jeszcze nie znacie trylogii Krucze serce, to zachęcam do sięgnięcia po całość, naprawdę warto.

Polecam.


czwartek, 17 września 2020

"Dracul" Dacre Stoker, J.D. Barker

 Jako chorowite dziecko Bram Stoker  spędza swoje pierwsze lata życia przykuty do łóżka w domu
swoich rodziców w Dublinie. Opiekuje się nim młoda kobieta, Ellen Crone. Kobieta tajemnicza, która w pewnym momencie ratuje mu życie…

Rok 1868, dwudziestoletni Bram Stoker czeka w opuszczonej wieży, by stawić czoła nieopisanemu złu. To będzie najdłuższa noc w jego życiu... Bram spisuje wydarzenia, które go doprowadziły do tego miejsca, mając niewielką nadzieję, że przeżyje tą noc.

Gdy usłyszałam, że potomek Brama Stokera wraz z J.D. Barkerem napisali prequel powieści o najsłynniejszym wampirze, miałam mieszane uczucia. Ale gdy zobaczyłam o czym ma być ta książka, wiedziałam, że się jej nie oprę.

Na wstępie zaznaczę, że jestem od lat nieustająco zakochana w filmie F.F. Coppoli i oszałamiającej kreacji Garego Oldmana. Książka Brama Stockera plasuje się u mnie zaraz obok filmu. Byłam więc ciekawa jak autorzy ugryzą ten niewdzięczny w sumie temat, bo i książka i film to dla mnie dzieła skończone. Początek Dracula szedł mi dość powoli, ale naprawdę nie minęło wiele czasu, a ja wsiąkłam totalnie i nie potrafiłam się od tej powieści oderwać.

Po pierwsze w tej książce jest cudowna narracja. Dzienniki, notatki, wspomnienia, listy i to nie tylko głównego bohatera, ale też kilku innych postaci, w tym rodzeństwa Brama. Tutaj powieść epistolarna połączona jest z narracją pierwszoosobową, co dało świetny efekt.

Wszystko pięknie się ze sobą łączy i splata, człowiek nie czuje się zagubiony śledząc fabułę z punktu widzenie kilku osób. Wręcz przeciwnie, mamy dzięki temu świetny obraz całości, bo gdzie nie ma jednej osoby, jest inna i jej wiedza.

Język jest dopasowany do czasów, w których rozgrywa się akcja, choć ciut unowocześniony w dodatku jest tak soczysty, a opisy tak obrazowe i przesiąknięte niesamowitym klimatem (jak cała powieść zresztą), że miałam wrażenie, że tkwię wraz z bohaterami w centrum wszystkich tych niesamowitych wydarzeń. Sama fabuła jest niesamowita. I mówię to naprawdę szczerze. Niby każdy fan najsłynniejszego krwiopijcy wie jak wyglądała jego historia, ale w tej książce jest coś innego, przebieg wydarzeń, które doprowadziły Brama Stokera do napisania Draculi i absolutnie nie jest to kalka fabuły powieści słynnego przodka pana Stokera.Wydarzenia te są mroczne, oszałamiające, tchnące grozą i lękiem. Wywołują strach, ale ani na sekundę nie chce się odłożyć książki, nawet gdy czuje się ziemny dreszcz strachu na plechach.


Czytając tą powieść od razu miałam przed oczami to, jak te wydarzenia zostały potem pokazane przez Brama, a potem w filmie Coppoli i byłam pod niesamowitym wrażeniem, jak autorzy pokazali to wszystko. Jak prawdziwe wydarzenia ubrali w mroczne i klimatyczne szaty fikcji (czy aby na pewno? – zapyta każdy wierny wielbiciel Draculi) literackiej.

Wyszła z tego historia niesamowicie klimatyczna, pełna wylewającego się z niej mroku, uczuć i pasji. Utrzymana w gotyckim klimacie powieść tego duetu potrafiła mnie przestraszyć, wzruszyć, oszołomić. Jeśli chodzi o akcję, to gwarantuję, że nikt nie będzie się nudził, jest wartka i dynamiczna.

Jestem pod ogromnym wrażeniem tej powieści, podoba mi się w niej wszystko, sposób ukazania „ludzkich” bohaterów, ale i tych nieumarłych również, bez słodzenia, za to w niejednoznaczny sposób w jaki Coppola pokazał Draculę w swoim filmie. Zachłysnęłam się tym obrazem, dałam mu zauroczyć i pochłonąć. Nie spodziewałam się, że ta książka tam mnie zachwyci, że poczuję to samo co czułam przy czytaniu Draculi Brama Stokera czy oglądaniu filmu F.F. Coppoli.

A tak się właśnie stało.

Polecam.






wtorek, 15 września 2020

"Mroczniejszy odcień magii" V. E. Schwab

Biały Londyn, Szary Londyn i Czerwony Londyn… Był jeszcze Czarny, ale już nie ma.
Pomiędzy tymi światami (Londynami) dzięki swojej magii może się przemieszczać Kell, podróżnik z Czerwonego Londynu, w którym mieszka jako przybrany syn rodziny królewskiej.
Nieoficjalnie jest przemytnikiem i pech chce, że zostanie wplątany w niebezpieczną rozgrywkę, która połączy jego siły z wyszczekaną złodziejką Lili Bard.

„Mroczniejszy odcień magii” V . E. Schwab, to książka z którą miałam sporo ambarasu. Ileż to razy ja ją zaczynałam czytać. Ile razy odkładałam zniechęcona, bo nie było między nami „tego czegoś”. I jak mnie to wkurzało, bo np. Okrutna pieśń i Mroczny Duet tej autorki mnie totalnie zachwyciły.
No więc odłożyłam Odcienie na półkę i wraz z pozostałymi dwoma tomami zaległy zapomniane na regale. Aż mnie w końcu po kilku latach coś natchnęło i postanowiłam dać jej jeszcze jedną – ostatnią szansę.

Początek po raz kolejny okazał się trudny. No nijak nie mogłam się wciągnąć w tą historię. Napisana świetnym językiem, lekkim i dopracowanym stylem, z obrazowymi i soczystymi opisami świata wykreowanego przez autorkę, to książka powinna mnie pochłonąć od razu. A ja potrzebowałam długiego rozbiegu, żeby zaskoczyć.
Bo widzicie, uparłam się i czytałam nadal, strona 50, strona 70, strona 120… Czytałam i nawet nie wiem kiedy stało się coś magicznego – przepadłam.
Nagle w powieści pojawiły się postacie drugoplanowe, ale tak wyraziste i nieoczywiste, że czytanie o nich to była przyjemność i czekałam aż się znów pojawią.
Oczywiście mowa tu o Hollandzie, który wywołał we mnie masę emocji, póki co w większości negatywnych, choć to tak niejednoznaczna postać, że nie potrafię go wrzucić do jakiejś szufladki i przyczepić etykietę. Ogromnie spodobało mi się również królewskie rodzeństwo. O, ile oni dostarczyli mi mocnych odczuć, ileż ja im życzyłam różnorakich cierpień i katuszy…
Trzeba przyznać autorce, że potrafi pięknie kreować swoich bohaterów, tak samo dobrze tych pozytywnych jak i negatywnych, a tych gdzieś po środku to już w ogóle.


Jeśli chodzi o magię, to jest wspaniale opisana. Tak samo świat, który stworzyła pani Schwab. Wszystko jest w tej powieści takie soczyste, pełne smaku. Akcja rozwija się w sam raz, a fabuła jest prowadzona po mistrzowsku. I gdy kolejne rozdziały umykały, zastanawiałam się, czemu tak ciężko szło mi wsiąknięcie do tego świata, czemu tak opornie szło mi wciągnięcie się w tą ciekawą opowieść.
I nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć. Fakt pozostaje jeden, sporo razy próbowałam zacząć czytać Odcienie i się poddawałam. Teraz dałam sobie więcej czasu i przepadłam.
Czytanie „Mroczniejszego odcienia magii” okazało się finalnie czystą przyjemnością, polubiłam większość pozytywnych bohaterów, ci niejednoznaczni zapadli mi w pamięć, a te złe jednostki wywołały we mnie burzę uczuć.
Historia opowiadana przez panią Schwab okazał się być pasjonującą przygodą i nie dziwią mnie już teraz tak pozytywne opinie na temat tej książki.
Mam nadzieję, że kolejne dwa tomy okażą się tak samo dobre, jeśli nie lepsze. Opis drugiego tomu sugeruje wyjątkowo fascynujące wydarzenia, więc tym razem nie każę mu czekać na półce latami.

Jeśli jeszcze się wahacie czy przeczytać „Mroczniejszy odcień magii” to doradzam – nie ma co się zastanawiać, tylko czytać! Nawet jeśli początek może być trudny, to warto dać sobie czas i zanurzyć się we wszystkich trzech odcieniach Londynu.
Polecam.

czwartek, 10 września 2020

"Upadek wron" III tom Znaku Kruka. Ed McDonald

Na Łańcuch spada nowy kataklizm – czarny deszcz. Królowie Głębi zdają się wygrywać walkę z
Bezimiennymi, którzy tracą swoje moce.
Kapitan Czarnoskrzydłych Ryhalt Galharrow, od miesięcy żyje w Nieszczęściu, stopniowo nasiąkając jego mocą. Ale za każdą moc trzeba zapłacić, nawet jak się jest wybrańcem Wroniej Stopy.
Towarzyszą mu duchy z jego przeszłości, dołączą do niego, gdy przyjdzie mu po raz ostatni, wraz z innymi kapitanami udać się do Nieszczęście, by stoczyć walkę w samym sercu ciemności.

Na finalny tom trylogii Znak Kruka czekałam niecierpliwie. Zawładnęła mną ta opowieść, dałam się wciągnąć do tego brudnego i mrocznego świata, gdzie walki boskich istot doprowadziły do jego degradacji i upadku. Gdzie ludzie walczą o każdy dzień i nie grają czysto, a polityczne układy są ważniejsze niż ludzkie życie, honor i przyzwoitość. Gdzie magia jest wszechobecna, tak samo jak proch, a bohaterowie są tak wyraziści i pełnokrwiści, że można się tylko zachwycać.

Akcja powieści jest dynamiczna od samego początku. Jednocześnie Ryhaltowi towarzyszy głęboka melancholia i i poczucie bliskości końca.
Końca życia, końca świata jaki bohaterowie znają.
Wszystko tchnie beznadzieją, ale nawet w tak mrocznych czasach, gdzieś tam pod skórą, w najdalszym zakątku umysłu, kołacze się nadzieja podsycana przez determinację.
Autor bardzo sugestywnie i obrazowo przedstawia czytelnikowi wykreowany przez siebie świat już od pierwszego tomu, ale to w finalnym miałam wrażenie, jakbym brodziła przez kałuże czarnego deszczu i pustki nieszczęścia razem z Ryhaltem. Jakbym zmagała się z wyzwaniami nie do ogarnięcia wraz z pozostałymi bohaterami.
Jakbym to ja sama tęskniła za tymi co odeszli, a tęsknota ta była podszyta wyrzutami sumienia.
Upadek wron to książka napisana bardzo sugestywnie, świat w niej ukazany jest niesamowicie plastycznie, a główny bohater zachwyca swoją kreacją.

Ryhalt Galharrow  to dla mnie taka mieszanka bohatera romantycznego z tragicznym, okraszona ogromną dawką cynizmu. Uwielbiam tą postać, jest w nim coś, co sprawia, że mimo jego błędów, mimo potknięć i nie zawsze trafnych decyzji, nie sposób było go nie polubić od pierwszej strony. Jest w nim bowiem element dobra, takiej zwykłej, ludzkiej przyzwoitości, która pokazuje się w najmniej oczekiwanym momencie, przekreślając wszystkie błędy i kiepskie decyzje. Najemnik, kapitan, przywódca, przyjaciel, mężczyzna. Jest w nim mieszanka wszystkiego, a składa się to na obraz człowieka, którego nie daje się wtłoczyć w ramy i schematy.
Prócz Ryhalta mamy oczywiście plejadę postaci drugoplanowych, które wcale nie są wydmuszkami, tylko wyrazistymi bohaterami odgrywającymi ważną rolę w tej historii.
Ogólnie uważam, że kreacja bohaterów, prócz klimatu, to bardzo mocna strona tej powieści.

Styl autora niezmiennie oczarowuje. I choć nie brakuje tu lejącej się posoki, fruwających flaków, a bohaterowie potrafią kląć jak szewc, to jednak nie ma tu przesady i idealnie się wpasowuje w opowiadaną historię.
Jeśli chodzi o rozwój fabuły, to jestem bardzo usatysfakcjonowana. I choć nie na takie zakończenie liczyłam, to muszę przyznać, że to które zaoferował mi Ed McDonald bardzo pasuje do całej koncepcji trylogii.
Na koniec muszę (bo się uduszę) wspomnieć o okładce. O jaka ona jest wspaniała, jak zwykle DarkCrayon się popisał i stworzył ilustrację idealnie oddającą to, co się działo w tym tomie.

Mam nadzieję, że autor nie porzuci tego świata, że do niego wróci, choćby i z innymi bohaterami. To mimo brudu, mroku i przygnębienia, niesamowicie ciekawy i wciągający świat i żal mi będzie się z nim rozstawać.
Polecam.

wtorek, 8 września 2020

"Ogród kobiet" Carla Montero

Barcelona, XXI wiek. Gianna odnosi sukcesy jako architektka, ma romans z przystojnym aktorem i
wkrótce stanie przed wyborem, który zaważy na całym jej życiu. A że nie wszystko ułoży się tak, jak miała nadzieję, splot różnych wydarzeń sprawi,  postanowi wyruszyć do Włoch w poszukiwaniu własnych korzeni.
Castelupo, początek XX wieku. Młyn na obrzeżach włoskiego miasteczka, w którym mieszka Anice. Młoda kobieta, zakochana i wierząca, że szczęście jest w zasięgu ręki. Los jednak jest okrutny, wybucha wojna, która zmienia wszystko.
Losy tych dwóch kobiet splotą się ze sobą, a przeszłość odkryje przed Gianną swoje tajemnice.

Naprawdę bardzo sobie cenię powieści Carli Montero, ta hiszpańska autorka kupiła mnie swoją Szmaragdową tablicą i od tamtej pory z niecierpliwością wyglądam kolejnych jej powieści.
„Ogród kobiet” to magiczna opowieść o sile kobiet, ich determinacji i wyjątkowości. To niejako połączone ze sobą dwie historie burzliwej miłości, skrywanych pragnień, cichych nadziei.
To opowieść o kobietach.
Ich wyborach, dążeniach i decyzjach. O wspaniałych więzach przyjaźni, o tęsknocie ale i nadziei. To też historia walki o siebie i swoją wolność.
To opowieść pachnąca włoskim słońcem, bazylią, dojrzewającymi w słońcu pomidorami i aromatyczną kawą.
To również historia radzenia sobie z demonami przeszłości, z przeciwnościami, które nagle pojawiają się przed bohaterami, z winą i odkupieniem.

Napisana pięknym i plastycznym językiem, najnowsza powieść Carli Montero oczarowuje, zachwyca i wzbudza wiele różnych emocji.
Sprawiła, że zastanawiałam się, co ja bym zrobiła w danej sytuacji, jak ja bym się zachowała, czy miałabym tyle siły co główne bohaterki, aby zawalczyć o swoją przyszłość.
Akcja powieści jest prowadzona dwutorowo, historię z przeszłości poznajemy za sprawą pamiętnika Anice i odkrytych przez Giannę różnych dokumentach, pamiątkach. Byłam zafascynowana historią Anice, jej losem i tym jak potoczyło się jej życie. Śledziłam z zapartym tchem wydarzenia, które stały się jej udziałem, kibicowałam jej, cieszyłam się, gdy ona była szczęśliwa, smuciłam, gdy spotykało ją coś złego.
Podobnie było w przypadku opowieści rozgrywającej się współcześnie.
Gianna potrafiła mnie do siebie przekonać, sprawiła, że byłam ciekawa jakie decyzje podejmie, potrafiłam zrozumieć jej motywacje, kibicowałam uczuciu, jakie pojawiło się na jej drodze.
Carla Montero bardzo sprawnie połączyła ze sobą historie obu kobiet.  Dodatkowo w powieści pojawiają się bohaterowie drugoplanowi, którzy są wyjątkowo wyraziści, którzy potrafili zaskoczyć i stać się kimś więcej, niż tylko „wypełniaczem” fabuły.
Bardzo dobrze jest też nakreślone tło społeczno- obyczajowe dla obu historii. Mamy możliwość zobaczyć z czym musiała zmagać się Anice oraz co wpływa na Giannę.

„Ogród kobiet” to opowieść piękna, magiczna, potrafiąca zauroczyć i oczarować. Lekki klimat upojnych Włoch zmieszany jest tutaj z ciężkimi doświadczeniami Anice z początku XX wieku, co daje naprawdę świetne efekty, a lektura powieści pani Montero to czysta przyjemność.
Mam nadzieję, że na kolejną powieść autorki nie trzeba będzie długo czekać.
Polecam.

niedziela, 6 września 2020

"30 dni" K.C. Hiddenstorm

Linda Hill dowiaduje się, że jest nieuleczalnie chora, że zostały jej jeszcze tylko miesiące życia.
Medycyna jest bezsilna, ale kobieta nie chce się poddawać. Szuka wszelkimi sposobami terapii eksperymentalnych, możliwości, których nie dał jej lekarz.
I tak trafia do fundacji Ostatniej Szansy, do jej pracownicy Nayhiji Mara, która twierdzi, że Lindę da się wyleczyć… o ile jej mąż będzie jej wierny przez trzydzieści dni.
Banalnie proste, myśli Linda, przecież mąż ją kocha.
Ale to co wydawało się „bułką z masłem” zmienia się w niebezpieczną rozgrywkę, gdy Adam Hill będzie musiał zmierzyć się z nieziemską wręcz pokusą…

Najnowsza powieść K.C. Hiddenstorm pt. „30 dni” to książka, które wymyka się schematom. Mieszanka gatunkowa (fantastyka, obyczaj, dramat, odrobina sensacji) skupia w sobie niesamowita historię o miłości, zdradzie, tęsknocie, ale przede wszystkim o złamanym sercu i potrzebie odkupienia.
W tej powieści losy trójki głównych bohaterów, czyli Lindy, Adama i Nayhiji splatają się ze sobą, a oni sami zaczynają wspólny taniec na granicy utraty zmysłów i życia.

Jeśli chodzi o kreację bohaterów, to mamy tu pełnokrwiste i wyraziste postacie, które potrafią wzbudzić w czytelniku wiele emocji i to nie tylko tych pozytywnych, ale również tych bardziej skomplikowanych, ponurych. Ich decyzje, postępowanie, działania, to wszystko składa się na ciekawy obraz ludzkich charakterów, ich dobrych stron, ale i tych mrocznych, skrzętnie ukrywanych na co dzień, które dają o sobie znać w sytuacjach najbardziej kryzysowych.
Uważam, że autorce udało się w naprawdę dobry sposób pokazać skomplikowaną naturę ludzką, jej nieprzewidywalność i fakt, że nigdy nie możemy być pewni drugiego człowieka tak w 100%.

Akcja powieści jest dynamiczna, klimat jest mroczny i ciężki. Rozgrywka pomiędzy Adamem i Lindą, a Nayhija robi się coraz bardziej osaczająca, wszystko zmierza do finału, którego nie sposób przewidzieć.
Podoba mi się sposób prowadzenia fabuły, podobają mi się wątki poboczne i kilkoro postaci drugoplanowych. Wszystko w tej powieści jest dopracowane i doszlifowane, a sama autorka rozwinęła swój warsztat, sprawiając, że jej styl stał się jeszcze bardziej dopracowany, a język płynny i obrazowy.
Czytanie 30 dni to była prawdziwa przyjemność.

Historia opowiadana przez K.C. Hiddenstorm jest niepokojąca, ale nie sposób się od niej oderwać. W trakcie czytania zaczynamy zauważać, że nasze sympatie bądź antypatie się zmieniają, a gdy coraz lepiej poznawałam przeszłość niektórych bohaterów, zdałam sobie sprawę, że nic w tej powieści nie jest czarne albo białe. Ta książka to pełen wachlarz szarości, nieoczywistości,  a odkrywanie tajemnic jej bohaterów było naprawdę intrygujące.

Jaka jest powieść „30 dni”?
Naprawdę dobra.
To wciągająca lektura napisana w dobrym stylu i dopracowanym językiem.
Znajdziecie tu tajemnice, nieziemskie pokusy, emocje i zanim się obejrzycie, zostaniecie wciągnięci w świat bohaterów, którego nie będzie się chciało opuścić, aż do ostatniej strony.
Polecam.