poniedziałek, 22 kwietnia 2019

"Moc srebra" Naomi Novik

Mirjem to szesnastoletnia córka żydowskiego lichwiarza. Jej ojciec nie ma serca do tego zajęcia, wg
niej jest zbyt pobłażliwy dla dłużników, przez co ich rodzina cierpi biedę. A przedłużająca się zima tylko potęguje głód. Dziewczyna postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i zastąpić ojca, co wychodzi jej bardzo dobrze. Na tyle dobrze, że zyskuje sławę osoby, która potrafi zamienić srebro w złoto.
Niestety dla Mirjem ten rozgłos okazuje się fatalny w skutkach, bo zaczyna się nią interesować król Starzyków – obdarzonych nadnaturalnymi mocami, tajemniczych lodowatych istot.
Czy Mirjem poradzi sobie z wyzwaniem, które król Starzyków przed nią postawi? Jak potoczą się losy tej inteligentnej dziewczyny w świcie, gdzie kobieta znaczyła mniej niż stado kóz?

„Moc srebra” to powieść, na którą bardzo czekałam. Poprzednia książka autorki „Wybrana” była dla mnie odkryciem roku i jedną z najlepszych w swoim gatunku, jakie dane mi było przeczytać.
Miałam więc wobec nowej powieści pisarki bardzo wysokie wymagania.
Akcja powieści rozpoczyna się bardzo spokojnie, poznajemy Mirjem, jej rodzinę i życie jakie wiodą. Wszystko utrzymane w bardzo baśniowym klimacie.
Prócz Mirjem krok po kroku wyłaniają się również dwie kolejne bohaterki, które odegrają najważniejsze role w powieści, córka księcia Irina oraz córka chłopa Wanda.
Te trzy dziewczyny staną się najważniejszymi bohaterkami i osią, wokół której będą się kręciły wszystkie wydarzenia w powieści.

Autorka umiejętnie opisuje codzienność wszystkich bohaterek, ale i kilku postaci drugoplanowych, które nawet z drugiego planu będą miały wpływ na rozwój wydarzeń. A te okazują się wyjątkowo intrygujące.
Akcja z każdym kolejnym rozdziałem nabiera rozpędu, pojawia się sporo nawiązań do różnych baśni i legend, ale co ważne – autorka nie wzoruje się na tylko jednej, czerpie pełnymi garściami z wielu znanych nam baśni i legend.
Wplata ich elementy do swojej opowieści i robi to w sposób wyważony i subtelny. Powieść ma niezwykły baśniowy klimat, który okraszony nutą melancholii daje wspaniałe efekty.
Czytając „Moc srebra” zanurzyłam się w świecie opanowanym przez zimę, w którym głód i bieda potrafiły popchnąć ludzi do haniebnych zachowań, a niektórych zmusić do podjęcia niewyobrażalnie trudnych decyzji w imię większego dobra.

Próżno w tej powieści szukać typowych silnych bohaterów męskich, którzy wiodą prym w fabule, choć kilku intrygujących panów oczywiście się pojawiło. Tutaj to kobiety są tymi silnymi i to one walczą o siebie, swoich bliskich i dobro ogółu, ratując sytuację. Są inteligentne, mądre, zdeterminowane i gotowe na wiele, aby dobro zatryumfowało.
Tak jak pisałam wcześniej, powieść okraszona jest pewną nutą melancholii, co nieodzownie kojarzy mi się ze sposobem pisania autorów zza wschodniej granicy.
Nie wiem czy był to celowy zabieg, czy raczej tak wymyśliła to sobie autorka (która notabene ma polskie korzenie), ale efekt jest ciekawy i mi bardzo przypadł do gustu.

Fabuła jest spójna i widać, że dobrze przemyślana. Narracja pierwszoosobowa z punktu widzenia głównych bohaterów sprawia, że dobrze poznajemy ich pobudki i motywacje, uczucia i obawy. Początkowo nie mogłam się trochę połapać, z punktu widzenia którego bohatera właśnie śledzę akcję, ale gdy już się przyzwyczaiłam do takiej narracji, szybko zaczęłam rozpoznawać, który bohater właśnie snuje opowieść. Styl i język autorki to dla mnie balsam na moją duszę. Piękny, lekki, dopracowany. Dzięki niemu powieść mimo długiego rozkręcania się, czytało mi się szybko i z ogromną przyjemnością.
Zresztą ten długi wstęp ma swoje uzasadnienie, przedstawia nam doskonale charaktery bohaterów i wspaniale kreśli stosunki międzyludzkie, łącznie z podejściem lokalnych społeczności do Żydów.

W powieści widać zapowiadane na okładce nawiązania do twórczości Braci Grimm, ale są one bardzo subtelne. Powieść skrzy się od magii podanej w bardzo nienachalny sposób, hołubi takim wartościom jak poczucie honoru, prawdomówność, dotrzymywanie obietnic, przyjaźń i troska o najbliższych. Pokazuje kobiety silne, ale niepozbawione słabości i wad. Sposób nakreślenia bohaterów, to jedna z najmocniejszych stron powieści, choć dla mnie jest ona praktycznie pozbawiona wad. Fakt, długo się rozkręca, ale gdy człowiek już się wciąga w wykreowany przez autorkę świat, zaczyna doceniać tak obszerne wprowadzenie.

„Moc srebra” to przepiękna baśniowa opowieść i jestem pod jej wrażeniem.  Liczę na to, że na kolejną powieść autorki nie będę musiała tak długo czekać.
Polecam.

czwartek, 11 kwietnia 2019

"Tylko żywi mogą umrzeć" D.B. Foryś

Tessa Brown jest kelnerką, młodą, niezależną kobietą i… łowczynią demonów.
To ostatnie zajęcie daje jej dużo satysfakcji, a i wyniki ma niezłe, bo jak się okazuje – sama w połowie jest demonem.
Zwykłe zdawałoby się zlecenie doprowadzi ją do odkrycia zagrażającej całemu światu tajemnicy i skrzyżuje jej drogi z wyjątkowo intrygującym mężczyzną.

Powieść pani Foryś od pierwszych stron wciąga czytelnika do swojego świata. Akcja jest bardzo dynamiczna i nie sposób się nudzić podczas czytania.
Dzieje się naprawdę wiele, są ciekawe zwroty akcji i niespodziewane wydarzenia. Autorka zaskoczyła mnie również kilka razy, co zapisuję jej na plus.
Fabuła jest spójna i widać, że przemyślana. Nie ma dziur czy nielogiczności. I choć niektóre kwestie aż prosiły się o poświecenie im większej ilości czasu i bardziej dokładnie ukazanie ich czytelnikowi, to jednak nie jest to jakaś większa wada i nie wpływa negatywnie na odbiór całości.

Język, którym posługuje się autorka jest obrazowy, dzięki czemu można bez problemu zobaczyć oczami wyobraźni wszystko o czym pisze. Podobały mi się opisy walk, które nie były ani zbyt suche, ani zbyt rozbudowane. Idealnie komponują się z resztą wydarzeń i pozostałymi wątkami powieści. Bo co ważne, nie tylko walka z nadciągającą apokalipsą jest tutaj ważna, jest też wątek romantyczny, który bardzo przypadł mi do gustu.
Mocną strona powieści jest humor i świetnie napisane dialogi , a sarkazm, którym bez ograniczeń posługują się bohaterowie wywołuje niekontrolowane wybuchy śmiechu.
Jest zadziornie, jest z humorem, ale gdy trzeba robi się również poważnie i bardzo emocjonalnie.

Swoich bohaterów pani Foryś wykreowała całkiem dobrze. Co najważniejsze, Tessa to bohaterka, którą szczerze da się lubić, o Kilianie nie wspominając, bo ten intryguje od pierwszego pojawienia się na kartach powieści.
Ta dwójka bardzo szybko skradła moje czytelnicze serce, i choć Tessa nie uchroniła się od kilku zachowań na które przewracałam oczami, to jednak jest to bardzo fajna postać, niejednoznaczna i ciekawa.
Kilian jako tajemniczy nieznajomy (który oczywiście stanie się „znajomym”) od początku intryguje, przyciąga jak magnez i wzbudza wiele pozytywnych emocji. Potrafi również zaskoczyć, rozbawić, ale i sprawić, że oczy tak jakby robią się wilgotne.
Ta dwójka potrafi wywołać w czytelniku całą masę emocji, sprawić, że serce aż drży z lęku o ich przyszłość, a kciuki same się zaciskają w ramach kibicowania ich poczynaniom.
Autorka ma lekkie pióro i dobry styl. Jej powieść czyta się z ogromną przyjemności i widać już od pierwszych stron dbałość o język, którym się posługuje.

„Tylko żywi mogą umrzeć” to debiut D.B. Foryś i jednocześnie pierwszy tom cyklu Tessa Brown. Jest to oczywiste zważywszy na zakończenie (które mnie totalnie oszołomiło) i chętnie sięgnę po kolejne tomy.
Biorąc pod uwagę, że powieść jest debiutem, oceniam ją naprawdę dobrze. Jestem mile zaskoczona tą lekturą i przekonana, że każda kolejna książka autorki będzie tylko lepsza.

Książkę miałam przyjemność przeczytać w ramach BookTour z „Tylko Żywi Mogą Umrzeć”

środa, 3 kwietnia 2019

"Tam gdzie jesteś" Tomasz Betcher

Typowa powieść obyczajowa napisana przez mężczyznę? I to w dodatku w Polsce? Wydaje się
nieprawdopodobne, a jednak na rynku pojawiła się książka autorstwa Tomasza Betchera „Tam gdzie jesteś” i na tyle mnie zaintrygowała, że postanowiłam ją przeczytać.

Akcja powieści rozgrywa się nad naszym morzem i kręci się dookoła Anny, kobiety, która próbuje odejść od męża – wpływowego lecz znęcającego się nad nią psychicznie  mężczyzny oraz Adama, bezdomnego, który znalazł się na samym dnie.
Adam postanawia spędzić zimę w miejscowości Jantar, gdzie poza sezonem nie ma prawie nikogo. Włamuje się do domu Anny, a zbieg okoliczności splącze ich drogi.
Czy nić porozumienia, która się pomiędzy nimi nawiąże okaże się czymś więcej?

Zacznę od tego, że jak ognia unikam powieści obyczajowych pisanych przez naszych rodzimych autorów i osadzonych w polskich realiach. W przeszłości dość mocno się sparzyłam i darowałam sobie dalsze próby.
Ale mam takie postanowienie czytelnicze na rok 2019, że przeczytam trzy powieści obyczajowe naszych autorek/autorów i gdy fabuła tejże książki mnie zaciekawiła, powiedziałam sobie „to jest ta książka! Próbuję”

Akcja powieści jest bardzo wartka od samego początku. Autor przedstawia nam parę głównych bohaterów i to na nich w całości się koncentruje.
Narracja jest trzecioosobowa, więc znamy pełen przekrój wydarzeń, nic nam nie umyka.
Autor bardzo zgrabnie kreśli swoich bohaterów, ich charaktery, tajemnice, przeszłość i teraźniejszość.
Prócz wątku obyczajowego porusza bardzo ważny problem, jakim jest bezdomność. Pokazuje, że nie wszystko jest takie jakim się na pierwszy rzut oka wydaje, że nie każdy bezdomny to alkoholik i życiowy nierób. Ukazuje jak bardzo życie potrafi być okrutne i jak tragedia może zepchnąć człowieka na samo dno.
Pokazuje również obojętność społeczeństwa wobec bezdomnych i jak często lubimy wrzucać wszystkich „do jednego worka”.

Autor pisze całkiem zgrabnie, ma lekki i przyjemny styl, a co za tym idzie, powieść czytało mi się dobrze i wyjątkowo szybko.
Byłam ciekawa jaką tajemnicę skrywa Adam, jak potoczą się sprawy Anny z jej mężem. Czy kobiecie uda się stanąć na nogi, a Adamowi odzyskać swoje życie.
Wszystko to ciekawiło mnie do tego stopnia, że książkę ciężko było mi odłożyć.
Wciągnęłam się w historię Adama i Anny i dałam jej porwać.

Książkę oceniam jako całkiem dobrą, a historie opowiedziana przez autora jako naprawdę wciągającą. Temat bezdomności i tego jak ciężko jest takim ludziom wrócić do społeczeństwa i odnaleźć się w „normalnej” rzeczywistości został wg mnie potraktowany przez autora z należytym zaangażowaniem i uwagą.
Do tego ten w sumie ciężki temat został osłodzony nutą romansu, który w nienachalny sposób pokazuje, że życie jest pełne niespodzianek i nigdy nie należy tracić nadziei.
„Tam gdzie jesteś” to książka o winie i odkupieniu, o wybaczeniu sobie i daniu sobie szansy. To wreszcie historia miłości, dojrzałej, prawdziwej i takiej na zawsze.
Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona tą powieścią i chętnie sięgnę po kolejne książki autora.



sobota, 30 marca 2019

"Inkub" Artur Urbanowicz. PRZEDPREMIEROWO

Rok 2016, mała wioska na Suwalszczyźnie. Zostają tam znalezione zwłoki starszego małżeństwa,
które dosłownie rozpadły się na popiół.  Do śledztwa dołącza dwóch policjantów, Vytautas – pół Litwin oraz jego przyjaciel, również policjant - Mateusz.
Wioska w której doszło do tego zdarzenia jest owiana złą sławą. W latach siedemdziesiątych doszło tam do serii nieszczęść, samobójstwo, morderstw, dziwnych chorób.
Mieszkała tam wtedy starsza kobieta, którą podejrzewano o paranie się czarną magią.  Tajemnicą wioski interesuje się młody dzielnicowy, który niespodziewanie popełnia samobójstwo, co determinuje Vitka i Mateusza do odkrycia tajemnicy Jodozior.

Akcja powieści od samego początku biegnie dwutorowo, w latach 1971-1972 oraz w 2016. Autor przedstawia niejako dwie historie, których wspólnym mianownikiem jest czarownica zamieszkująca Jodoziory.
Bardzo dobrze kreśli obraz polskiej wsi z kilkunastoma domami początków lat siedemdziesiątych, mentalności jej mieszkańców, wciąż żywej wiary w zabobony, magię i złe moce.
Klimatu tej historii dodaje fakt, że w tamtych latach we wiosce nie było jeszcze elektryczności.

Historia rozgrywająca się w  2016 roku, podczas śledztwa w Jodoziorach i wybuchu niewytłumaczalnych wydarzeń, również przepełniona jest niesamowitym klimatem. Gdy cały świat pędzi do przodu, pełen techniki i wszystkich osiągnięć  nauki, mała, zagubiona pośród lasów wioska nadal wydaje się być jakby żywcem przeniesiona z poprzedniej epoki.
Do tego natężenie niepokojących wydarzeń szczodrze okraszonych mistycyzmem i doprawionych grozą sprawia, że podczas czytania bywały takie momenty, że miałam ciarki na plechach i byłam przekonana, że coś mnie obserwuje.

Autor pisze w bardzo dobrym stylu, plastycznie, obrazowo, w sposób niesamowicie przemawiający do wyobraźni czytelnika.
Oczami wyobraźni widziałam dokładnie wszystko to, co działo się na kartach powieści, nie miałam problemu aby wczuć się w jej klimat i dać jej totalnie pochłonąć.
Akcja początkowo nie pędzie na złamanie karku, ale i siłą rzeczy nie mogło tak być, bo w tej powieści są przedstawione dwie historie połączone kilkoma postaciami i tajemniczymi wydarzeniami. Dopiero z czasem, gdy czytelnik dowiaduje się coraz więcej, akcja nabiera rozpędu, aby finalnie gnać do przodu w niesamowitym tempie.
Lekkie pióro pisarza sprawia, że czytanie Inkuba to była czysta przyjemność, a klimat grozy, który wylewa się praktycznie z każdej strony sprawił, że powieść zrobiła na mnie niesamowite wrażenie.

„Inkub” to nie jest typowy horror, gdzie każda strona nasycona jest brutalnością i makabrą. Tutaj mamy do czynienie z mistycyzmem, narastającą grozą, potęgującym się lękiem i strachem, jaki ogarnia człowieka, gdy wydaje mu się, że właśnie ma styczność z czymś, czego nie jest w stanie racjonalnie wytłumaczyć.
Do tego autor wiele razy „puszcza oczko” do czytelnika, zostawiając mu do odkrycia szczegóły, które sprytnie przemycił w fabule, a które mogą go naprowadzić na rozwiązanie zagadki czarownicy z Jodozior.

Na uznanie zasługuje kreacja bohaterów. Autor pokazuje ich brutalnie obnażonych, z ich słabościami, wadami, ukrytymi pragnieniami. Są to postacie z krwi i kości, pełnokrwiste, prawdziwe.
Nie wiem w jakim stopniu jest to zasługa talentu autora, a w jakim fakt, że „Inkub” inspirowany jest wydarzeniami, które kiedyś podobno (sam autor na końcu pisze o plotkach, a nie faktach) miały miejsce w pewnej małej wiosce pod Suwałkami.
Ale największe ukłony dla pana Artura Urbanowicza należą się ode mnie za niesamowity klimat grozy, którym przepełniona jest ta powieść i zakończenie, które jest niejako otwarte, dzięki czemu miałam wolną rękę w jego interpretacji.
Choć pewne fakty są niezaprzeczalne, to jednak moja wyobraźnia (dzięki pozostawionym przez autorka różnym wskazówkom i rzuconym „od niechcenia” stwierdzeniom) dostała szerokie pole do popisu, z czego skwapliwie skorzystała.
„Inkub” to wg mnie książka bardzo dobra. Wciągająca, dopracowana, niejednoznaczna, przepełniona grozą, budząca w czytelniku lęk.
Napisana bardzo dobrym stylem z niezwykle obrazowymi opisami i przepełniona niesamowitym klimatem.
Połączenie kryminału i horroru udało się autorowi bardzo dobrze i nawet ja, osoba, które nie przepada za akcją rozgrywającą się w Polsce, jestem oczarowana (czyżby dosłownie?) tą powieścią i bardzo zachęcona do sięgnięcia po inne książki autora.
„Inkub” nie pozwala o sobie szybko zapomnieć, skłania do refleksji, zmusza do krytycznego spojrzenia na samego siebie i odpowiedzenia sobie na pytanie „a czy ja oparłabym się pokusie?”.


Za możliwość przedpremierowego przeczytania powieści dziękuję Wydawnictwu Vesper.

środa, 20 marca 2019

"Czarcie słowa" Grzegorz Wielgus

Sześć lat po wydarzeniach opisanych w „Pękniętej koronie” Grzegorz Wielgus zaprasza czytelnika
do ponownego spotkania z bratem Gotfrydem, Jaksą oraz Lambertem.
Tym razem przebojowe trio pojawi się na turnieju rycerskim u naszych sąsiadów, a tam zamiast zaznawać rozrywki będą musieli rozwikłać nie tylko tajemnicę  Titivillusa – demon słów, ale również dowiedzieć się kto zorganizował spisek i dokonuje morderstw na zamku Rappottenstein.

Akcja powieści jest bardzo dynamiczna i od samego początku bardzo wiele się dzieje, a tropy i strzępy informacji, które podsuwa czytelnikowi autor nie naprowadzają go zbyt szybko na rozwiązanie obu tajemnic.
Poprzednia powieść autora była objętościowo bardzo skromna i to dawało się odczuć. Brakowało mi wtedy rozwinięcia niektórych wątków, lepszego nakreślenia bohaterów.
„Czarcie słowa” są o około 100 stron „grubsze” i przyznaję, że od razu czuć różnicę w porównaniu do poprzedniej powieści. Różnicę na plus.

Autor dobrze ukazuje nam trójkę głównych bohaterów, zwłaszcza brata Gotfryda mamy szansę poznać trochę lepiej. Mimo to, nadal pozostaje on dość tajemniczą postacią, skrzętnie ukrywającą swoją przeszłość. Jest powściągliwy, skryty, nie trwoni słów na próżno, ale nawet on ma poczucie humoru i przepełnia go troska o dwójkę przyjaciół.
Do tego jest bystry, inteligentny i spostrzegawczy.
Więcej dowiadujemy się również o Jaksie i Lambercie, o ich przeszłości, pragnieniach i troskach.
Uważam, że większa objętość książki dała autorowi możliwość poświęcenia swoim bohaterom więcej czasu, co wyszło im bardzo na plus.

Autor pisze lekko, przyjemnym stylem. Dobrze oddaje realia średniowiecznej Europy i panujących w niej zależności geopolitycznych. Nie przesadza jednak ze szczegółami, dlatego książka absolutnie nie nuży.
Opisy otaczającej bohaterów rzeczywistości są plastyczne i obrazowe, sprawiają, że oczami wyobraźni dokładnie widzi się, to co autor odmalowuje na kartach powieści.
Fabuła jest bardzo ciekawa i wciągająca. Ciężko się zorientować kto jest spiskowcem, a kto  budzącym grozę Titivillusem.
Autor sprytnie manipuluje czytelnikiem, więc tak naprawdę do końca nie wiedziałam, kto tu jest tym złym.
Fajnie ukazane są również relacje pomiędzy głównymi bohaterami, ich wzajemna, męska przyjaźń i troska jaką się otaczali.

Wątek Titivillusa podobał mi się bardzo, zapewne dlatego, że autor sprawnie połączył w nim dawne wierzenia ludowe z nową wiarą. Mimo wielu lat chrześcijaństwa na tych ziemiach, w ludziach nadal żywa była wiara w pogańskie demony czy bóstwa.
Byłam ciekawa jak autor rozwikła tą tajemnicę i gdy już się przekonałam, nie byłam rozczarowana.
Wątek spisku na zamku również przypadł mi do gustu został bardzo dobrze skonstruowany i poprowadzony.
Widać, że autor nabrał doświadczenia i potrafił z niego skorzystać.

„Czarcie słowa” to naprawdę kawał dobrej powieści historyczno-kryminalnej, szczodrze okraszonej poczuciem humoru i doprawionej odrobiną grozy.
Spędziłam z tą książką kilka udanych wieczorów i jestem ogromnie ciekawa kolejnej powieści z bratem Gotfrydem, Jaksą i Lambertem.
Polecam.


poniedziałek, 18 marca 2019

Książkowe zakupy - wszystkie zdobycze w 2019 roku

Rok 2019 zaczął się dla mnie wybitnie źle.
Całe moje życie uległo zmianie, do której nie potrafiłam się dostroić, a którą musiałam zaakceptować.
Dlatego też zamówione wcześniej książki zeszły na odległy plan i nie miałam serca do pisania co kupiłam/dostałam. W sumie nawet czytać za bardzo nie mogłam, więc na blogu zaległa cisza, przerywana recenzjami, które napisałam wcześniej, a które czekały na publikację.
Ale staram się wrócić "do żywych", ogarnąć życiowo i poświęcić więcej uwagi blogowi, którego bardzo lubię i na powrót zacząć czytać.
Dlatego pozbierałam wszystkie książki, które przybyły na moich półkach w  2019 roku i pokazać, co upolowałam przez te 3 miesiące.

Dużo fantastyki, sporo obyczajówek, kilka powieści polskich autorów i moich ulubionych rosyjskojęzycznych pisarzy.
Do tego wyczekiwane premiery czy finalny tom cudownej sagi rodzinnej Poldark.

Każda książka cieszy, każdą bardzo chciałam przeczytać. I mimo, że chwilowo jestem wciąż na życiowym rozdrożu, już się cieszę na przyszłe lektury.

Bardzo ciekawa jestem wielu książek ze zdjęć, niektóre są autorstwa pisarzy, których znam już inne książki, niektóre to moje "pierwsze razy" danego autora.
Każda z tych powieści daje przedsmak czegoś wspaniałego.

Swoje miesjce znalazł również tomik poezji Wisławy Szymborskiej. Przyznaję - nie znam się na poezji, ale wiersze tej poetki jakoś szczególnie do mnie przemawiają.


Nowa powieść Brandona Sandersona była przeze mnie mocno wyczekiwana, tak samo jak powieść pana Żadana "Internat".
Liczę, że obie spełnią moje wysokie oczekiwania. Oczywiście jak tylko je przeczytam, podzielę się wrażeniami na blogu.

Ufff to by było na tyle, sama jestem zaskoczona, że tyle się ich uzbierało.

środa, 13 marca 2019

"Zbrodnia i Karaś" Aleksandra Rumin

Dziesięć osób, każda z motywem i trup w uniwersyteckiej łazience…
Kto zabił, skoro powód miał każdy? Jak dojść prawdy? I jakim człowiekiem tak naprawdę był zamordowany profesor Karaś?

Powieść (debiutancka zresztą) Aleksandry Rumin rozpoczyna się z przytupem od zbrodni i grona podejrzanych, czyli kryminał jak się patrzy. Ale to nie tylko zagadka zbrodni i poszukiwania winnego, to również niesamowita mieszanka humoru, wnikliwej obserwacji otaczającej nas rzeczywistości, szpila wbita nie tylko w środowisko uniwersyteckie, ale również w celebrytów, polityków i nasze narodowe przywary.

Akcja powieści jest podzielona na dwa przedziały czasowe – czas zbrodni oraz 12 lat później. Od pierwszej do ostatniej strony jest bardzo dynamiczna, wiele się dzieje, nie sposób się domyślić kto zabił, ani w którym kierunku rozwinie się fabuła.
Do tego nie sposób nie śmiać się w głos, bo humor wręcz wylewa się z każdej strony.
Autorka ma lekkie pióro i bardzo przyjemny styl pisania. Jej powieść czytało mi się bardzo przyjemnie i szybko, co akurat nie dziwi, bo byłam ogromnie ciekawa, jak ta cała kałabała się rozwikła i kto ukatrupił Karasia.

Na pochwałę zasługuje również kreacja bohaterów. Dziesięć osób, każda z nich całkiem dobrze nakreślona, ukazana z pełnym wachlarzem zalet, wad i przywar. Każda z nich ma coś za uszami, każda z nich ma w swojej przeszłości coś, czego się wstydzi, obawia. A jednak nie sposób nie polubić każdego z tych bohaterów, a jeśli nie polubić, to mimo wszystko nie życzyć źle.
Uważam, że bohaterowie i humor, to największe atuty tej powieści, choć nie jedyne.
Autorka kpi sobie z otaczającej nas rzeczywistości, jak pisałam wyżej, wbija szpile w wiele różnych środowisk, ale robi to w tak zabawny i uroczy sposób, że nie można się na nią za to gniewać.
Serwuje czytelnikowi wiele zabawnych sytuacji, wiele wydarzeń niekiedy totalnie absurdalnych, a jednak bardzo pasujących do fabuły.
Jej powieść to super rozrywka, w dodatku sprawnie napisana i z ciekawą fabułą, więc ani przez chwilę nie można się nudzić podczas czytania.

Jeśli chodzi o „winnego”, to w sumie do samego końca nie wiedziałam, kto zamordował Karasia i uważam, że dzięki temu bawiłam się jeszcze lepiej. Byłam ciekawa, zaintrygowana, totalnie dałam się wciągnąć w tą zabawną historię.
„Zbrodnia i Karaś” to świetne połączenie kryminału, komedii, obyczajówki z delikatną nutą romansu (w sumie to nawet niejednego).
Wszystko to jest tak sprawnie ze sobą wymiksowane i okraszone humorem, że czyta się tą książkę wyśmienicie i w sumie żałuje, gdy nadchodzą ostatnie strony, bo chciałoby się zdecydowanie więcej.

Jestem pod wrażeniem tego debiutu i talentu pani Rumin i zdecydowanie sięgnę po kolejne jej powieści. A że „Zbrodnia i Karaś” to debiut, to jestem pewna, że każda kolejna książka autorki, może być tylko lepsza.
Zdecydowanie polecam.

sobota, 9 marca 2019

„Dziewczyna z wieży” Katherine Arden - PRZEDPREMIEROWO

„Dziewczyna z wieży” Katherine Arden, to kontynuacja fenomenalnego „Niedźwiedzia i Słowika” –
książki, która zapadła mi w serce i poruszyła na wskroś.
Długo przyszło mi czekać na drugi tom, ale gdy już go dostałam w swoje ręce byłam pełna obaw, czy aby sprosta tak wysokim oczekiwaniom, jakie wobec niego miałam.
Czy tak się stało?
O tym poniżej.

Akcja powieści rozpoczyna się w niedługim czasie po wydarzeniach z poprzedniej części. Wasia wraz ze swoim ukochanym Słowikiem rusza w świat. Pożegnawszy się z Panem Zimy i Śmierci postanawia zobaczyć coś więcej niż klasztorne mury i rodzinną wioskę.
Los spłata jej jednak „psikusa” i nowe niebezpieczeństwo stanie na jej drodze, sprowadzając ją do Moskwy i doprowadzając do spotkania z bratem, siostrą, Wielkim Księciem Moskiewskim, a także pewnym tajemniczym bojarem.
Równocześnie nad Wasią i Moskwą zaczną się zbierać czarne chmury, a zło, które nigdy nie śpi niebezpiecznie podpełznie pod mury miasta.

Cóż ja mogę napisać, aby oddać emocje, jakie wciąż mną targają po zakończeniu czytania?
Zacznę może od klimatu, bo to jest jeden z największych atutów powieści.
Jest niesamowity, baśniowy, tajemniczy, pełen mitologii słowiańskiej skonfrontowanej z pojawieniem się na terenie Rusi nowej wiary, która krok po kroku wypierała pogańskie wierzenia.
Autorka stworzyła pełną mroku baśniową opowieść o Wasi, dziewczynie, która chciała więcej niż w tamtych czasach życie oferowało kobietom.
Nie chciała zostać wtłoczona do teremu, nie chciała uschnąć za klasztornymi murami, chciała oddychać pełną piersią, zwiedzać świat i sama decydować o sobie.
Autorka wspaniale ukazał jej pragnienie wolności i potrzebę decydowania o sobie. Jednocześnie ukazał rozwój Wasi, to jak z dziewczynki stawała się kobietą, jak doświadczała pierwszego zauroczenia, ale przede wszystkim jak z ciut nieporadnego dziecka, stała się twardą i odważną kobietą, nie bojącą się poświęcić dla tych, których kocha.

Postać kobieca, czyli Wasilisa, jest skonstruowana wręcz idealnie. Nie ma w niej niczego przerysowanego, dziewczyna nie denerwuje, nie irytuje, nie drażni niezdecydowaniem.
Jest odważna, wytrzymała, ale i podatna na zranienia, popełnia jak każdy błędy.
Dla mnie to jedna z nielicznych, tak świetnie nakreślonych postaci kobiecych w literaturze, którą pokochałam od pierwszej chwili.
Również bohaterowie drugoplanowi są bardzo wyraziści i intrygujący, brat Wasi – Sasza, siostra Olga, Morozko czy nowa postać – Kasjan Lutowicz.
Każdy bohater został stworzony z dbałością i wielką uwagą, za co należą się autorce głębokie ukłony.

Głównym wątkiem nadal jest starcie nowej wiary ze starymi wierzeniami i udział w tym wszystkim Wasi, ale autorka poświeciła sporo czasu, aby pokazać czytelnikowi realia tamtych czasów i trochę historii Rusi. Starałam się nakreślić panujące wtedy obyczaje, kulturę i rolę kobiet, którą przypisywali im mężczyźni, zależności i układy geopolityczne. Wszystko to jest bardzo subtelnie wplecione w fabułę, która w całości koncentruje się na Wasi i tym, co ją spotyka.

Pragnienie wolności, stare wierzenia, czarty i diabły, które słabną coraz bardziej wraz ze wzrostem siły nowej wiary, pierwsza miłość, konieczność podjęcia trudnych decyzji, wyrzuty sumienia i ta niepohamowana niczym ciekawość świata.
To wszystko ubrane w baśniowy klimat robi piorunujące wrażenie i wywołuje ogromne emocje.
Ja byłam tak pochłonięta tą opowieścią, że świat realny przestawał dla mnie istnieć podczas czytania.
Do tego autorka potrafiła uchwycić  w swojej opowieści tą specyficzną dla rosyjskojęzycznych pisarzy melancholię i tęsknotę w duszy bohaterów.
Niesamowite jest, jak bardzo jej się to udało. Czuć, że Katherine Arden jest zafascynowana tym krajem i jego historią oraz dawnymi wierzeniami . Potrafiła o nich pisać w cudowny sposób, lekko, obrazowo i plastycznie.
Moje początkowe obawy, czy tom drugi dorówna pierwszemu okazały się płonne – „Dziewczyna z wieży” to wspaniała lektura, cudowna historia i bohaterowie, których szczerze pokochałam. Wszystko to okraszone cudownym klimatem, który aż wylewa się z każdej strony.

Jeśli ktoś jeszcze nie czytał tych książek, to szczerze do tego zachęcam. Jeśli tylko lubicie słowiańskie klimaty i cudownych bohaterów, intrygującą historię i nieprzewidziane zwroty akcji – koniecznie musicie sięgnąć po książki Katherine Arden.

Premiera „Dziewczyny z wieży” już 20 marca 2019.
Za możliwość przedpremierowego przeczytania powieści dziękuję Wydawnictwu Muza.

poniedziałek, 25 lutego 2019

"Pogięta szpada" Winston Graham

„Pogięta szpad” to jedenasty (i przedostatni równocześnie) tom wspaniałej sagi rodzinnej Poldark
Winstona Grahama.
Akcja powieści rozpoczyna się tam, gdzie skończył się tom dziesiąty i wbrew temu co sądziłam, nie koncentruje się głównie na młodym pokoleniu bohaterów, ale w takim samym stopniu skupia się na dzieciach Podarków i Warlegganów, jak i na nich samych.
Akcja powieści jest dynamiczna i nieprzewidywalna, opisane jednocześnie w typowy dla autora niespieszny sposób.
Wiele się w tej książce dzieje, jest sporo wydarzeń, których bym się za nic nie spodziewała.
Autor zaskoczył mnie wiele razy, a gdy już sądziłam, że wyczerpał przydział niespodzianek na ten tom, okazywało się, że bardzo się myliłam.

Powieść, tak samo jak jej poprzedniczki, ma mocne tło historyczne i społeczne. Powrót Napoleona do władzy, wojna, która wybuchła z nową siłą, dramatyczne losy członków rodzin Podarków i Warlegganów, którzy wzięli udział w walkach – to wszystko zostało przedstawione czytelnikowi w sposób niezmiernie plastyczny i obrazowy.
Do tego Winstonowi Grahamowi udało się wywołać we mnie tak silne emocje, że nie potrafiłam powstrzymać łez – raz smutku, innym razem wzruszenia.

O stylu autorka pisałam już wiele razy, przy okazji wpisów na blogu o poprzednich tomach sagi.
Niezmiennie mnie zachwyca i jestem pełna podziwu dla umiejętności i talentu pana Grahama.
Potrafi on w opisach prostych rzeczy, czynnościach dnia codziennego zawrzeć tyle piękna i emocji, opisać to wszystko tak plastycznie, że obraz wszystkich wydarzeń i otaczającej bohaterów rzeczywistości, widziałam oczyma wyobraźni tak wyraźnie, jakbym sama uczestniczyła w ich życiu.
Do tego bohaterowie, nie tylko ci pierwszoplanowi  i pozytywni, ale również ci negatywni i tacy, którzy pojawiają się w powieści jedynie na chwilę, są wspaniale wykreowani i tak rzeczywiści, jakby autor opisywał losy ludzi, którzy faktycznie kiedyś żyli, a on sam znał ich osobiście.

Jeśli chodzi o fabułę, to tak jak już pisałam, byłam wiele razy zaskakiwana. Z niektórymi decyzjami i rozwiązaniami autora kompletnie się nie zgadzam, niektóre złamały mi serce, były też takie, które przyjęłam z lekką ulgą. Nie zmienia to faktu, że autor wspaniale pokazał koleje życia bohaterów i wplótł je w globalne wydarzenia.
Byłam pełna obawy czy w tym tomie nie o trzymam ciosu w serce i Winston Graham nie postanowi uśmiercić na przykład Rossa czy Demelzy. I choć tak się nie stało, to jednak pojawiają się inne wydarzenia, które sprawiły, że płakałam czytając kolejne zdania i nie mogłam uwierzyć, że to się właśnie dzieje.
Autor w cudowny sposób opisał relacje łączące rodzinę Poldarków, ich więzi, troskę o siebie nawzajem i szacunek oraz miłość jakimi się darzyli.
Pokazał obraz rodziny nieidealnej, ale wyjątkowej jak na tamte czasy. Może to właśnie dlatego tak mocno się do nich przywiązałam i tak bardzo przeżywam kolejne wydarzenia w ich życiu.

„Pogięta szpada” jest chyba jednym z najbardziej nieprzewidywalnych tomów tej sagi. Ciężko było mi przewidzieć w jakim kierunku rozwinie się fabuła, co stanie się z bohaterami i jak potoczą się ich losy. Czytałam powieść z zapartym tchem, pochłaniając wręcz kolejne strony. Z jednej strony byłam ciekawa co się jeszcze wydarzy, a z drugiej wcale nie chciałam książki kończyć, bo to oznaczało, że zostanie mi już tylko ostatni tom do przeczytania, a potem zapewne zostanę w ogromną pustką w  moim czytelniczym sercu.
Czy tak się stanie, przekonam się już niedługo, bo finalny – dwunasty tom pt. „Bella Poldark” czeka już na półce. Odwlekam czytanie, ale pewnie już długo nie powstrzymam chęci spotkania się z ukochanymi bohaterami i sprawdzenia, co też się u nich nowego wydarzyło.
Z całego serca polecam tą wyjątkową i wspaniałą sagę rodzinną. Winston Graham napisał fenomenalne książki i powołał do życia cudownych bohaterów.
Ja od pierwszego tomu jestem oczarowana i wiem, że nie raz wrócę do całej serii.

środa, 20 lutego 2019

"Nan Sparrow i potwór z sadzy" Jonathan Auxier

„Nan Sparrow i potwór z sadzy”.
Bardzo chwytliwy tytuł, który od razu mnie zaintrygował i skłonił do kupienia książki. Wcześniej nie
miałam kontaktu z powieściami autora, więc do lektury podchodziłam całkowicie neutralnie.
Jonathan Auxier akcję swojej powieści osadził w Wiktoriańskim Londynie, u schyłku XIX wieku, a bohaterami zrobił kominiarczyków – dzieci wykorzystywane do czyszczenia przewodów kominowych oraz jednego, łagodnego golema.
Główną bohaterką jest Nan Sparrow, dziewczynka – kominiarczyk, która po zniknięciu swojego opiekuna, którego nazywała Kominiarzem, trafia do okrutnego mistrza kominiarskiego Wielkiego Crudda. Nie tylko ona zresztą, jest tam ich więcej, wykorzystywanych do niebezpiecznej pracy dzieci.
Gdy Nan utknie w kominie, jest pewna, że to koniec jej życia. Wtedy dzieje się coś niesamowitego, coś co zamiast niechybnej śmierci podaruje dziewczynce życie i coś jeszcze…

Akcja powieści rozpoczyna się od wspomnień Nan odnośnie Kominiarza, człowieka, który ją przygarnął gdy była niemowlęciem i nauczył czyścić kominy wraz z nim. Dał jej jednak o wiele więcej, miłość, troskę i umiejętność wierzenia w niemożliwe.
Autor bardzo szybko wciąga czytelnika do wykreowanego przez siebie świata, zapoznaje z bohaterami, a pomimo tego, że tymi uczynił dzieci, nie stroni od ukazania brutalności otaczającego ich świata i strasznego losu, który był ich udziałem.
Mimo, że używa prostego języka, to przekaz opowiadanej historii jest mocny i często bardzo poruszający.

Jonathan Auxier bardzo płynnie połączył ze sobą baśniowość i rzeczywistość.
Pisze w piękny sposób, lekko, obrazowo i plastycznie, ale przede wszystkim w sposób bardzo poruszający, nie szczędząc czytelnikowi masy emocji i wzruszeń.
Pod otoczką baśniowości umieszcza poważne tematy, wyzysk dzieci, które pracują ponad swoje siły za skąpe racje żywnościowe, nienawiść do odmienności, szykanowanie ze względu na pochodzenie, biedę czy narodowość.
To wszystko, podane w lekkiej formie, bardzo mocno jednak przemawia do czytelnika i zmusza do refleksji i zastanowienia się nad tym, co autor próbuje nam przekazać.

Pomimo, że to z założenia książka dla dzieci, Jonathan Auxier nie obawia się poruszać trudnych tematów, opisywać brutalnej rzeczywistości i jej ciemnej strony. Robi to jednak w bardzo wyważony sposób, więc książka faktycznie nadaje się dla młodszego czytelnika. Mimo, że lata młodzieńcze są już dawno (okropne jest to, że aż tak dawno) za mną, to mnie „Nan Sparrow i potwór z sadzy” absolutnie oczarowała i wywołała tak wiele emocji, że bywały momenty, gdy nie potrafiłam opanować łez.

Wszyscy bohaterowie stworzeni przez pisarza są bardzo realistyczni. Nie tylko Nan, ale i cała rzesza bohaterów drugoplanowych.
Jonathan Auxier bardzo dobrze tworzy również tło społeczne, ale jego obraz nie jest zbyt optymistyczny. Ogólne przyzwolenie na wykorzystywanie do pracy dzieci, nauka tylko dla uprzywilejowanych i zamożnych, skrajna bieda i ubóstwo, to tylko niektóre problemy, które w mniejszym lub większym stopniu zaakcentował w powieści autor.
Jednak pomimo wydźwięku książki, historia napisana przez autora nie będzie zbyt trudna w odbiorze dla młodszego czytelnika. W książce jest bowiem  przyjaźń, troska, wiara we własne możliwości i nadzieja, że nawet z najgorszej sytuacji jest wyjście.
Historia Nan, Charliego i ich przyjaciół pokazuje, że zawsze trzeba wierzyć i dążyć do realizacji swoich marzeń. Że nie można się poddawać w dążeniu do ich realizacji.

Jestem oczarowana tą powieścią i z całą pewnością sięgnę po kolejne książki autora.
A każdemu kto lubi takie piękne, baśniowe historie gorąco polecam powieść „Nan Sparrow i potwór z sadzy”. Jestem przekonana, że nie będziecie rozczarowani.

środa, 13 lutego 2019

"Magia i ogień" Nik Pierumow

Stal przeciwko magii, para przeciwko czarom.


„Magia i ogień” to drugi tom przygód Molly Blackwater autorstwa Nika Pierumowa. O pierwszym TUTAJ  i byłam nim totalnie zachwycona.
tomie pisałam
Połączenie rosyjskiego folkloru i baśni ze steampunkiem, parą i stalą było dla mnie świetnym zabiegiem i niecierpliwie czekałam na wydanie kolejnego tomu.
Akcja powieści rozpoczyna się dokładnie tam, gdzie zakończyła się w tomie pierwszym. Molly po powrocie do domu zostaje schwytana przez Departament Specjalny, a wraz z nią cała jej rodzina. Aby uratować życie bliskich i swoje, dziewczynka zacznie prowadzić z Departamentem niebezpieczną rozgrywkę, a to co się w jej trakcie wydarzy, może przyprawić o zawrót głowy z wrażenia.

W drugim tomie pojawia się większość bohaterów, których poznałam w poprzednim tomie. Akcja jest niesamowicie dynamiczna i w książce tak wiele się dzieje, że nie sposób się od książki oderwać.
Są zaskakujące wydarzenia, są niesamowite zwroty akcji, niektóre tajemnice trochę się wyjaśniają, a już za chwilę pojawiają się nowe.
Bohaterowie nie dostają ani chwili wytchnienia, a Molly zaczyna sobie zdawać sprawę, że to o co walczy przerasta jej najśmielsze oczekiwania.

Styl autora niezmienne zachwyca, lekki, plastyczny, z typową dla autorów zza wschodniej granicy nutą melancholii.
Główna bohaterka pomimo młodego wieku, okazuje się wyjątkowo dojrzałą (sytuacja niejako to na niej wymusza) i zdeterminowaną dziewczynką, która stara się nie ulegać strachowi.
Molly zachwyca osobowością, nie irytuje, nie wkurza, nie doprowadzała mnie to zgrzytania zębami z irytacji.
Jest chwilami zagubiona, ale zawsze zdeterminowana do działania, nigdy się nie poddaje i walczy do końca.
Strasznie podoba mi się sposób jej kreacji i uważam, że to jedna z lepszych kobiecych bohaterek, o jakich czytałam.
Również kreacja pozostałych bohaterów jest na wysokim poziomie. Od razu dają się lubić (bądź nie cierpieć), zmieniają się w trakcie tego co ich spotyka i z czym muszą się mierzyć. Nie są pozbawieni wad, ale przez to czułam do niech większą sympatię.
Na uznanie zasługuje główny antagonista Molly – Lord Spencer. Niesamowicie intrygująca i niejednoznaczna postać, której tajemnice ogromnie ma się chęć poznać. Nie jest łatwo go rozszyfrować i tak na dobrą sprawę nie do końca się to w tym tomie udaje. Uznaję to za wielki plus autorowi – że nie wyjaśnił wszystkiego czytelnikowi tak od razu.

Ten tom w całości rozgrywa się w Nord Jorku, dzięki czemu mamy zdecydowanie więcej elementów steampunku zgrabnie połączonych z magią.
Daje to wyśmienity efekt i przyznaję, że zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie.
Nik Pierumowa śmiało połączył zdawałoby się niepasujące do siebie elementy i wyszło mu to znakomicie.
„Magia i ogień” to książka, którą czyta się jednym tchem, pochłania wręcz i nie chce się jej odłożyć pomimo absurdalnie później (bądź wczesnej, zależy jak na to spojrzeć) godziny na zegarku.

Maszyny parowe, stal i postęp kontra magia dały świetny efekt. Fabuła  okraszona szczyptą melancholii i odrobiną baśniowości zachwyca i oczarowuje.
Bohaterowie zapadają w serce, a niesamowicie dynamiczna akcja wciąga i nie wypuszcza do ostatniej strony.
Więc jeśli jeszcze zastanawiacie się czy sięgnąć po książki Nika Pierumowa o przygodach Molly Balckwater, to oznajmiam – nie ma się nad czym zastanawiać.
Polecam ogromnie i już zaczynam oczekiwanie na kolejny tom.



Za możliwość przedpremierowego przeczytania powieści dziękuję Wydawnictwu Akurat.


piątek, 8 lutego 2019

"Zew kruka" Ed McDonald

„Zew kruka” to drugi tom cyklu Znak kruka.
Akcja powieści rozpoczyna się cztery lata po wydarzeniach z pierwszego tomu i podobnie jak to miało wtedy miejsce, czytelnik od razu jest wrzucany w sam środek wydarzeń.
Nie ma żadnych wstępów, nie ma podchodów, jest goniąca na łeb na szyje akcja i nieszablonowy przywódca Czarnoskrzydłych czyli Ryhalt Galharrow.

Na początku powieści jest krótkie streszczenie tego co się działo w poprzednim tomie, co uważam za bardzo dobry pomysł. Jeśli ktoś ma słabą pamięć, to ten skrót może rozjaśnić w głowie.
Powieść napisana jest takim samym językiem jak tom pierwszy, jest więc sporo wulgaryzmów. I o ile w pierwszym tomie również było ich dużo, w końcu to kawał brutalnego i krwawego fantasy, o tyle w tym tomie chyba było ich aż za dużo, nawet w tych zdaniach i sytuacjach, gdy były wg mnie zbędne. Bywały momenty, gdy nachodziła mnie myśl, że autor jednak ciut przesadził.
Prócz tego tak samo jak w poprzednim tomie, prawie nic się nie dowiadujemy o otaczającym bohaterów świecie, ani o samej odwiecznej walce Bezimiennych z Królami Głębi.
Uważam to za minus, brakowało mi szerszego ukazania świata, w którym przyszło żyć bohaterom, ciekawiła przeszłość Bezimiennych i Królów Głębi, byłam ciekawa jak wygląda sytuacja na świecie, nie ograniczona do Valengradu i jego zmagań z wrogami.
Mimo wszystko to co serwuje czytelnikowi autor potrafi maksymalnie wciągnąć i przestaje się zauważać to, co jeszcze chwilę wcześniej trochę uwierało.

Akcja jest niesamowicie dynamiczna, choć tajemnicę, z którą przyszło się zmierzyć Ryhaltowi dość szybko odgadłam. Autor całkiem mocno naprowadzał na nią czytelnika, więc nie było to aż tak dużym wysiłkiem.
Fabuła jest spójna i widać, że Ed McDonald miał pomysł na jej kierunek.
Bardzo spodobał mi się wątek wędrówki Ryhalta przez Nieszczęściu, skojarzył mi się trochę z podrożą Dantego przez wszystkie kręgi piekielne. Oczywiście jest to bardzo luźne skojarzenie, ale mimo wszystko nie mogłam się od niego odpędzić.
Nieszczęście jest wyjątkowo dobrze przedstawione, co uważam za plus, zwłaszcza w kontekście tego, że autor jest dość skąpy w przedstawianiu czytelnikowi wykreowanego przez siebie świata.

Jeśli chodzi o bohaterów, to w tym tomie najbardziej podobali mi się ci drugoplanowi – zwłaszcza Maldon, były uroczy uwięziony w ciele dziecka, bez oczu za to z ogromną dozą sarkazmu i ironii.
Nann i Tnota, mała Amaira i kruk, wysłannik Wroniej Stopy – zwłaszcza ten ostatni zachwycał swoją wredotą i niewyszukanym słownictwem, którym bez ogródek mówił Ryhaltowi co o nim myśli. A dodać trzeba, że zazwyczaj nie myślał niczego miłego.
Sam Ryhalt sporo się zmienił. To nadal maszyna do zabijania, który wykaraska się z każdej draki, ale jednocześnie złamany człowiek z wyrzutami sumienia, tęskniący za kobietą, którą kocha, a której nie potrafił uratować.
Nie przeszkadza mi taki obraz Galharrowa. Ludzie się zmieniają, różne rzeczy mają na nich wpływ i byłoby dla mnie dziwne, gdyby wydarzenia z poprzedniego tomu nie odcisnęły na nim swojego piętna.
Paradoksalnie wydał mi się bardziej prawdziwy, gdy okazał słabość.

Książka nie stroni od brutalności, krew się leje gęsto, rozczłonkowane ciała walają się wszędzie, a wyprute flaki radośnie fruwają dookoła.
Jest brutalnie, jest wulgarnie, alkohol jest remedium na wszystko, ale jest i lojalność, przyjaźń i potrzeba bronienia tych, którzy sami się nie obronią.
Jest i słów kilka o miłości, popycha ona do działania niektórych bohaterów, ale nie ma się co obawiać, że nagle z książki o najemnikach zrobił się harlequin. Uważam, że autor zachował dobre proporcje we wszystkim.

„Zew kruka” to trzymająca poziom kontynuacja „Czarnoskrzydłego”, która w dodatku daje kilka wskazówek czego będzie można się spodziewać w kolejnym tomie.
Mam nadzieję, że ukaże się on już niedługo, bo jestem ciekawa jak potoczą się losy Ryhalta i jego kompanii.

poniedziałek, 4 lutego 2019

"Cisza białego miasta" Eva García Sáenz de Urturi

Hiszpania, miasto Vitoria. Na dniach ma wyjść na pierwszą przepustkę seryjny morderca, który
spędził w więzieniu 20 lat.
Tamte zbrodnie wstrząsnęły nie tylko lokalna społecznością, ale całym krajem.
I właśnie w czasie gdy oczy wszystkich zwrócone są na skazańca, w mieście zaczynają ginąć ludzie. W taki sam sposób jak 20 lat wcześniej.
Kto zabija? Czy to naśladowca? Czy może w więzieniu siedzi niewinny człowiek? A może to sprytna manipulacja mordercy?


Powieść Evy Garcia Sanez De Urturi zwróciła moja uwagę opisem fabuły, a dodatkowym plusem było to, że akcja rozgrywa się w Hiszpanii.
W książce czuć wyjątkowy klimat tego kraju, autorka barwnie odmalowuje sposób życia Basków, ich nawyki, kulturę i tradycje.
Jednocześnie już od pierwszej strony wciąga czytelnika w mroczną rozgrywkę głównego bohatera z mordercą i to nie tylko tym, który po dwudziestu latach zaczął mordować, ale i tym, którego za zbrodnie sprzed lat skazano.
Do tego dochodzi bardzo dobrze wpleciony w fabułę wątek z przeszłości, który nierozerwalnie splata się z teraźniejszością.

 Akcja jest wartka, kryminalna zagadka na tyle zagmatwana, że nie sposób odgadnąć kto zabija.
I choć w pewnej chwili pojawiają się (słuszne zresztą) podejrzenia poparte wskazówkami, to finalnie i tak nie wiadomo „kto zabił” i bez trudu dałam się autorce zaskoczyć.
Prócz pierwszoplanowego wątku kryminalnego, autorka kreśli ciekawy wątek obyczajowy, ukazując prywatne życie głównych bohaterów.
A tych jest kilku, głównym jest śledczy Unai, jego zawodowa partnerka i prywatnie przyjaciółka Estibaliz oraz nowa podkomisarz Alba.
Najlepiej poznajemy Unai, bo to z jego perspektywy (pierwszoosobowa narracja) śledzimy rozwój akcji i wszystkie wydarzenia.
Mimo to dość dobrze poznajemy również pozostałych bohaterów i to nie tylko tych głównych, ale i drugoplanowych, a tych ostatnich jest sporo.
Ciekawy jest również wątek rozgrywający się w przeszłości. I choć w pewnej chwili naprowadził mnie on na mocne podejrzenie, kto może być mordercą i jaki miał motyw, to jedna do końca nie byłam tego pewna.

Autorka pisze dość lekko, ale styl ma dobry. Potrafi sprawnie operować słowem, kreślić obrazowe opisy rozgrywających się wydarzeń, miejsc, uczuć. Całość okrasza smaczkami historycznymi dotyczącymi miejsc, w których rozgrywa się akcja powieści.
Bardzo pięknie ukazuje również relacje rodzinne głównego bohatera, jego system wartości i motywy postępowania.
Polubiłam go od razu i byłam ciekawa jak poradzi sobie w tej rozgrywce z mordercą.


W tej powieści cały czas coś się dzieje, autorka nie pozwala czytelnikowi na nudę, nie zwalnia ani na chwilę.
Fabuła splata ze sobą elementy kryminalne, sensacyjne, obyczajowe, psychologiczne, a nawet pojawia się w niej dobrze poprowadzony wątek miłosny. Co do tego ostatniego, to uspokajam – „Cisza białego miasta” to w żadnym razie nie jest romans i miłość nie odgrywa w tej powieści głównych skrzypiec, choć niewątpliwie jest dla bohatera ważna.

Ciągłe napięcie, niepewność, uciekający czas i próba zatrzymania okrutnych zbrodni. Autorka nie oszczędza czytelnika, wciąga go w wykreowany przez siebie świat i tak sprytnie nim manipuluje, że w pewnej chwili ja osobiście o dokonywanie morderstw podejrzewałam dokładnie każdego.
Każdego prócz rzeczywistego mordercy.
Powieść oceniam bardzo dobrze. Czyta się ją dobrze, ma niesamowity klimat, ciekawych bohaterów i trudną do rozwikłania tajemnicę morderstw.
Jestem bardzo zadowolona z lektury i chętnie sięgnę po kolejne książki hiszpańskiej autorki.



*za przedpremierową możliwość przeczytania powieści, dziękuję wydawnictwu MUZA.


środa, 30 stycznia 2019

"Gordian" Melissa Darwood

Gordian ma wszystko co trzeba aby być pożądanym mężczyzną. Jest przystojny, seksowny,
wysportowany, mądry i jak chce - czarujący.
Jest też człowiekiem, którego sumienie obciąża straszne wydarzenie z przeszłości.
Gordian mimo tak wielkiej popularności u płci przeciwnej,  od kobiet oczekuje tylko seksu. Seks bez zobowiązań, bez bliskości, bez intymności. Kobiety traktuje przedmiotowo, są tylko kolejnym ciałem, które zapewni mu spełnienie.
Aż trafia na Kirę – swoją przybraną siostrę, która wzbudza w nim pożądanie i ogromne pragnienie aby ją zdobyć.
Ich spotkanie będzie burzliwe, a wydarzenia jakie po nim nastąpią zaskoczą ich oboje.

Gdy sięgałam po najnowszą powieść Melissy Darwood, miałam już swoje wyobrażenie na temat jej twórczości, bo to nie pierwsza książka autorki, którą czytałam.
Mimo to podeszłam do niej dość ostrożnie, bo to bez dwóch zdań erotyk, a wśród gąszczu książek z tego gatunku, ciężko trafić coś naprawdę dobrego.
O warsztat autorki się nie martwiłam, udowodniła już nie raz, że pisać potrafi i robi to dobrze. Lekki, a za razem bardzo przyjemny styl sprawia, że jej książki czyta się bardzo dobrze.
Nie inaczej ma się sytuacja w przypadku Gordiana.

Z racji gatunku, powieść jest naprawdę pikantna i wiele w niej opisów seksu. Początkowo byłam pewna, że to będzie tylko relacja pomiędzy głównymi bohaterami, ale nie. W powieści jest spora ilość scen łóżkowych, których bohaterem jest Gordian i jego kolejne kobiety.
Momentami czułam niesmak względem Gordiana, gdy czytałam o jego podejściu do seksu i jak bardzo przedmiotowo traktuje kobiety. A że narracja jest pierwszoosobowa z jego punktu widzenia, to mamy możliwość śledzić jego myśli i widzieć motywacje.
Nie sprzyjało to budowaniu sympatii do niego, ale… I tu właśnie pojawia się zdecydowane ALE. Autorka pozornie stworzyła postać (zaryzykuję stwierdzenie) negatywną, mężczyznę, którego postępowanie sprawia, że nie da się go polubić.
Mimo to w pewnym momencie widać, że to co do tej pory się o nim dowiedzieliśmy, to tylko wierzchołek góry lodowej, a to co prawdziwie ważne, kryje się pod wodą i jest dopiero do odkrycia.

Również wątek „paranormalny”, który w pewnej chwili pojawia się w powieści sugeruje, że jest w tym bohaterze więcej niźli mi się wydawało. Dodam, że nie traktuję tego wątku dosłownie, bo mam swoje podejrzenia co do przyczyn takich a nie innych wydarzeń i jestem ogromnie ciekawa czy moje przypuszczenia okażą się słuszne.
Pod grubą warstwą seksu skrywa się coś więcej, jest tajemnica, jest mroczna przeszłość głównego bohatera i czuć, że w tej książce chodzi o zdecydowanie więcej niż łóżkowe ekscesy.
Akcja jest bardzo wartka, a fabuła naprawdę wciąga.
Byłam ciekawa jak rozwinie się relacje pomiędzy Gordianem a Kirą, która notabene sama skrywa tajemnicę z przeszłości.

Jeśli chodzi o kreację bohaterów, to uważam że dość dobrze się autorce udali. W tym tomie nie dowiadujemy się o nich wszystkiego, jest jeszcze wiele do odkrycia, ale to co mamy szansę zobaczyć ukazuje nam dwoje młodych ludzi, którzy zmagają się z demonami przeszłości, każde próbuje sobie z nimi radzić na swój sposób.
Kirę polubiłam od samego początku, z Gordianem miałam trochę nie po drodze do czasu pewnych wydarzeń, które sprawiły, że popatrzyłam na niego trochę z innej perspektywy.
Uważam to za sukces autorki – stworzyć tak niejednoznacznego bohatera, który potrafi wzbudzić tak wiele skrajnych emocji.

„Gordian” to pierwszy tom trylogii Grzech i jestem pewna, że w kolejnych autorka mnie zaskoczy. Już nie raz pokazała, że potrafi wprawić w osłupienie czytelnika rozwojem fabuły.
Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona tą powieścią, tym  że pod płaszczykiem erotyki można pokazać coś innego, głębszego, ważniejszego.
Autorce się to udało i śmiało napiszę, że wyszła obronną ręką z wyzwania jakim było napisanie powieści erotycznej bez kalek, schematów i przewidywalnej fabuły.
Polecam.





wtorek, 22 stycznia 2019

"Wierni wrogowie" Olga Gromyko

Dawno, dawno temu…
Eeee nie aż tak dawno, ale jednak. Na pewno dużo wcześniej nim urodziła się Wolha Redna.
Wilkołaki, czarownicy, trolle, driady, elfy i smoki i dobrze czytelnikom znany już świat Belorii, gdzie poznajemy Szelenę, Weresa i jeszcze kilkoro innych bohaterów. Zaprzysiężonych wrogów, przeciwników, którzy na swój widok najpierw atakują, a potem pytają czy to drugie faktycznie zawiniło.
I taka zbieranina zostaje sojusznikami (ale wrogimi, żeby nie było), razem dążąc do odkrycia tajemnicy, która może zagrozić wielu istnieniom.

Pokochałam twórczość Olgi Gromyko miłością wierną. Tak samo jak stworzonych przez nią bohaterów. Byłam ogromnie ciekawa jak wypadną na tle rudej wiedźmy, Lena i reszty bohaterów ci nowi.
I co ja mogę napisać?
Otóż wypadli świetnie!
Autorka stworzyła bardzo wyrazistych bohaterów, nadała im delikatny poważniejszy rys, nie pozbawiając jednocześnie sarkazmu, którym posługują się jak bronią.
Nie sposób było nie polubić wykreowanych przez pisarkę postaci i to nie tylko tych głównych, ale i drugoplanowych. Czy ktoś wiódł prym przez całą powieść, czy tylko pojawił się na chwilę, od razu wzbudzał sympatię (bądź antypatię w przypadku tych czarnych charakterów) i czymś się odznaczał.
Kreacja postaci – to zdecydowanie bardzo mocna strona tej części cyklu.

Akcja powieści jak to u pisarki, jest wartka, ciekawa, a tajemnica, którą muszą odkryć bohaterowie wcale nie jest taka łatwa do rozwikłania.
Oczywiście jak to w tym cyklu było do tej pory, tak i w „Wiernych wrogach” mamy sporą dawkę humoru i ironii, a bohaterowie (jak już pisałam powyżej) potrafią szastać sarkazmem na prawo i lewo.
Fabuła jest spójna, a to w jakim kierunku zmierza, potrafi zaskakiwać. Nie ma w tej powieści czasu na nudę, jest sporo nieprzewidzianych wydarzeń i sporo niespodzianek (którymi byłam zaskakiwana na równi z bohaterami).
Co ważne, pod tą humorystyczną otoczką skrywają się poważniejsze tematy, które porusza Olga Gromyko, na przykład kwestia tolerancji dla odmienności, akceptowanie siebie takim jakim się jest, docenienie wiernej przyjaźni i lojalności.

Ta niezwykła kompania dostarczyła mi ogrom rozrywki, ale i kilka wzruszeń. Polubiłam ich ogromnie i co u mnie niezwykłe, żałuję, że to historia jednotomowa, bo chętnie bym wróciła do opowieści o przygodach Weresa, Szeleny i całej reszty tej (prze)dziwnej drużyny.
Gdzieś obiło mi się o uszy, że w szóstej części Kronik Belorskich mają się pojawić bohaterowie z tej powieści, ale póki co żadnych konkretnych informacji na ten temat nie udało mi się znaleźć.

Podobnie jak w pozostałych książkach Olgi Gromyko, mamy tu barwny świat, obrazowe opisy i lekki, ale dobry język.
Styl autorki bardzo lubię, uwielbiam ten wyjątkowy klimat jaki udało jej się stworzyć w swoich powieściach.
Nawiązania do słowiańskich legend i straszydeł również cieszy.
Jeśli komuś podobały się powieści o przygodach W. Rednej, to i ta książka zapewne przypadnie mu do gustu.
Pomimo sporych gabarytów, powieść czytało mi się bardzo szybko.
Jest w tej książce wszystko za co pokochałam twórczość pani Gromyko, plus coś jeszcze, odrobina melancholii, tęsknoty w duszach bohaterów. Za czym? U każdego z nich za czymś innym, a jednocześnie za tym samym.

Cóż mogę napisać jeszcze, aby zachęcić Was do sięgnięcia po ten cykl?
Wszystko już chyba napisałam w tej i czterech poprzednich recenzjach Kronik Belorskich.
Jeśli wahacie się czy po nie sięgnąć – dajcie sobie szansę.
To lekki i bardzo dobrze napisane fantasy, które bawi, wzrusza, wciąga do wykreowanego przez autorkę świata.
Ja przepadłam z kretesem i czekam na kolejny tom – oby już nie długo.




sobota, 19 stycznia 2019

"Sztylet ślubny" Aleksandra Ruda

Obiecałam sobie, że po „Sztylet ślubny” sięgnę dopiero wtedy, gdy już będzie podana data premiery
trzeciego tomu trylogii. Chciałam sobie dawkować przyjemność z czytania i nie być zmuszoną długo czekać na finalny tom.
Oczywiście nic z moich postanowień nie wyszło i rzuciłam się na powieść jak wygłodniały wilk na truchło zająca.
Akcja powieści rozpoczyna się tam, gdzie zakończyła się w tomie pierwszym. Nasi bohaterowie zmasakrowani, ledwie dychając, próbują dojść do siebie i się wyleczyć. Dodatkowo każde z nich ma swoje podejrzenia co do tego, kto stoi za atakiem, który tak nimi sponiewierał.
Ale zanim uda im się znaleźć bezpieczną przystań, wiele wody upłynie i wiele wydarzeń ich zaskoczy.
Niewiele można dodać, aby nie zdradzać fabuły, więc jedyne co napiszę to – sprawdźcie sami!

Autorka w drugiej części utrzymuje poziom poprzedniego tomu.
Jest więc bardzo dynamicznie, wiele się dzieje, a jedno zaskakujące wydarzenie goni drugie i nie ma czas na nudę.
Bohaterowie w większości się nie zmieniają, choć autorce i na tym polu udało się mnie zaskoczyć.
Niestety nie wszystkie postaci zostały wykorzystane tak jak na to zasługiwały, uważam, że Tisa w tym tomie okazała się być kompletnie bezbarwna i w sumie jakby jej nie było.
Zaskakujące okazało się tylko to, jak jej życiem pokierowała autorka, bo tego się nie spodziewałam.
Wspaniały, złośliwy i sarkastyczny Daezael nadal bryluje i zachwyca, Persik zaskakuje zmianą jaka w nim zaszła.
Dranisz… no cóż, dla mnie jakoś tak stracił na wizerunku, ale nadal go lubię i ciekawa jestem jak nim pokieruje pisarka.
 Za to Mila i Jarek potrafili mnie tak wkurzyć, że miałam chęć nimi potrząsnąć. Czy autorka musiała aż tak komplikować ich relacje i wprowadzić w nie nieustający uczuciowy rollercoster?
Tutaj akurat uważam, że pani Ruda przesadziła, ciut mniej ciągłych zmian zdania tej pary na lepsze by wyszło wątkowi romantycznemu.

Jeśli chodzi o fabułę, to jest ona spójna i widać, że autorka wie gdzie zmierza.
Akcja jest wzorem pierwszego tomu bardzo wartka i nie sposób przewidzieć, co za chwilę przytrafi się bohaterom.
A dzięki odkryciu przeszłości Mili, Aleksandra Ruda wprowadziła w fabułę tyle zamieszania, że aż sapnęłam z niedowierzania w jednym czy dwóch momentach.
Niektórych rozwiązań domyśliłam się już w pierwszym tomie i byłam ciekawa w jaki sposób autorka doprowadzi do rozwiązania danej zagadki.
Niektóre były dla mnie totalnym zaskoczeniem, ot choćby zakończenie.
Tego się autorom nie wybacza pani Ruda!

W powieści znów pełno jest humoru, widać również, że wątek romantyczny odgrywa coraz większą rolę, aby praktycznie całkowicie zdominować fabułę.
Muszę również dodać, że nie cierpię miłosnych trójkątów, więc liczę na to, że autorka mi to wynagrodzi w trzecim tomie i Mila jednak zostanie z Jarkiem.

Język powieści jest lekki, ale dobry. Powieść czyta się bardzo dobrze, nie brakuje w niej soczystego klimatu fantasy. Jest magia (i to ile!), są walki z pomrokami, są spiski i jest drużyna, która już nie raz udowodniła, że nie tak łatwo ich zabić.
Mimo, że konstrukcja wątku miłosnego nie do końca mnie przekonuje, to jednak jestem ciekawa jak on się rozwinie i zakończy, zwłaszcza po TAKIM zakończeniu, jakie mi zafundowała Aleksandra Ruda.

Humor, magia, miłości i wartka akcja – dla mnie super i czekam na więcej. Mimo pewnych słabszych stron, „Sztylet ślubny” bardzo mi się spodobał i już nie mogę się doczekać trzeciego tomu.
Muszę się przecież dowiedzieć, jak to się kończy!


środa, 16 stycznia 2019

„Miłość zimową porą” Carrie Elks

 „Miłość zimową porą” to książka o miłości, która rozkwita w okresie świątecznym.
Kitty Shakespeare ma nadzieję, że dostanie się na wymarzony staż i odniesie sukces w branży filmowej Los Angeles.  Zamiast tego stażu, dostaje na czas świąt posadę niani u producenta filmowego.
Wraz z podopiecznym wprost ze słonecznego Hollywood udaje się do zaśnieżonej Wirginii, a tam poznaje brata swojego pracodawcy,  Adama.
Pomiędzy Kitty i Adamem od razu zaczyna iskrzyć, ale mężczyzna skrywa sekret z przeszłości, który może zniszczyć jego przyszłość.
Czy Kitty i Adam pokonają przeciwności losu? Czy miłość i pożądanie wystarczy?


Od dłuższego czasu miałam chęć na klasyczny romans, mimo, że te typowo świąteczne jakoś do mnie nie przemawiają. Jednak fabuła tek książki zapowiadała się dość ciekawie, więc się skusiłam.
Akcja powieści jest bardzo wartka, a czytelnik od razu zostaje wrzucony w wir wydarzeń.
Głównymi bohaterami są Kitty i Adam, choć autorka prawie przez całą powieść sugeruje, że relacje pomiędzy braćmi (pracodawca Kitty jest bratem Adama) są równie ważnym elementem fabuły jak romans.
I o ile ten drugi wątek jest mocno rozwijany, o tyle tajemnicza przeszłość Adama i rozłam w jego relacjach z bratem są potraktowane po macoszemu, a autorka totalnie nie wykorzystała  jego potencjału.

Jeśli chodzi o rodzące się pomiędzy bohaterami uczucie, to jestem mile zaskoczona. To obraz rodem z klasycznych romansów, jest więc i uczucie i seks (w dobrych proporcjach), są miłosne niepewności, rozterki i nieuchronna kłótnia, która rozdzieli kochanków.
Wszystko to ubrane w odrobinę lukrową otoczkę świątecznego czasu, która potrafi chwycić za serce co większe romantyczne dusze.
Mi o romansie Kitty i Adama czytało się dobrze i przyjemnie i pomimo, że książka aż kipi od utartych schematów, to jednak był w tym  pewien urok .
Autorka pisze w lekki i przyjemny sposób. Ma całkiem dobry styl i czytanie „Miłości zimową porą” było dla mnie przyjemnością.
Niestety jest to drugi tom serii o siostrach Shakespeare i to było chwilami czuć. Szkoda, że wydawnictwo nie pokusiło się o wydanie tomu pierwszego kilka miesięcy temu. I choć tą historię można czytać nie znając poprzedniego tomu (tak jak ja), to czułam podczas czytania, że była już wcześniejsza historia opowiadająca o innej siostrze.

Całkiem fajnie autorka wykreowała swoich bohaterów. Kitty udała jej się w mojej ocenia bardzo dobrze. Nie irytowała, nie wkurzała bezmyślnością, nie zachowywała się jak ciepłe zakochane kluchy. Miała w sobie ciepło, radość życia i serdeczność, przy tym nie była ani rozlazła ani pyskatą złośnicą.
Adama również nie trudno było polubić, choć on nie wyszedł autorce aż tak dobrze jak Kitty. Miałam wrażenie, że Carrie Elks nie potrafiła się do końca zdecydować, czy to ma być ostatecznie łobuz o dobrym sercu, czy skrzywdzony samotnik, więc pomieszała te oba obrazy ze sobą i wyszedł jej, noc cóż, skrzywdzony, samotny łobuz o dobrym sercu.
Nie przeszkadzało mi to jakoś bardzo, choć mogło być lepiej.
Natomiast bohaterowie drugoplanowi są mało wyraziści i stanowią tylko tło dla rozwijającego się uczucia głównych bohaterów.

Mimo dużej schematyczności fabuły i przewidywalności, powieść oceniam całkiem dobrze. To była miła odskocznia od codzienności, całkiem dobrze napisana, z fajnymi bohaterami. Świąteczna otoczka dodawała ciepła i uroku fabule, a obowiązkowy happy end cieszył romantyczną część mojej osoby.
Nie jest to lektura zachwycająca, ale i nie miała taka być. Miała dostarczyć dobrej rozrywki, rozgrzać na chwilę serce fajnym wątkiem miłosnym i przez chwilę pozwolić mi wierzyć, że w życiu zawsze można liczyć na szczęśliwe zakończenie.

niedziela, 13 stycznia 2019

"Wiara, miłość, śmierć" Peter Gallert, Jörg Reiter

„ Czy w świecie pełnym zbrodni można jeszcze w cokolwiek wierzyć?”

Martin Bauer jest policyjnym duchownym (co? Co to za funkcja? Przeczytajcie i się przekonajcie
sami).
Pewnego dnia przybywa na most  nad Renem, gdzie inny policjant chce z niego skoczyć. Chcąc go powstrzymać, Bauer sam rzuca się z mostu, a policjant chcąc nie chcąc skacze za nim i ratuje mu życie.
Dlaczego policjant z długoletnim stażem chciał popełnić samobójstwo? I dlaczego po kilku godzinach robi to ponownie, tylko skutecznie?
To wydarzenie będzie początkiem kryminalnej zagadki, którą postanowi rozwikłać duchowny.

Muszę przyznać, że do sięgnięcia po tą powieść skłonił mnie właśnie główny bohater. Ewangelicki ksiądz policjantem? Na czym polega jego funkcja?
Autorzy, Peter Gallert oraz Jörg Reiter bardzo dobrze nakreślili postać Martina Bauera, bo niewątpliwie to właśnie on jest głównym bohaterem tej powieści. Stworzyli postać niejednoznaczną, wierną swoim przekonaniom i próbującym pogodzić to co widzi każdego dnia w swojej pracy na policji z wiarą w boga i wątpliwościami. Bo jak można wierzyć, że bóg istnieje skoro każdego dnia ogląda się taki ogrom zła na świecie.
Początkowo obawiałam się czy aby nie będzie w tej powieści przeładowania religijnymi elementami, ale moje obawy okazały się bezpodstawne. Bauer nie jest ani nawiedzonym kaznodzieją, ani twardzielem co to stracił wiarę i ma generalnie mrok w duszy. W tym bohaterze jest zachowana pewna równowaga, a on sam pokazany jest przede wszystkim jako zwykły człowiek, a nie ksiądz.

Drugą ciekawą postacią jest Verena Dohr, również policjantka, która często współpracuje z Bauerem. Poznajemy ją dość dobrze, nie tylko pod względem pracy zawodowej, ale i prywatnie. To również nie jest postać bez skazy, posiadająca swoje własne sekrety.
Verena musi się zmagać nie tylko z własnymi problemami, ale również z niechęcią współpracowników, którzy nie są zachwyceni faktem, że to ona otrzymała awans na kierownicze stanowisko.
Jest też spora grupa bohaterów drugoplanowych, którzy w tej książce odgrywają dość ważną rolę i nikt nie pojawia się tu bez przyczyny, tylko po to aby być „zapchajdziurą”.

Akcja powieści jest wartka i ciekawa. Kryminalna tajemnica, którą próbuje rozwikłać Bauer z Vereną Dohr jest wciągająca i choć początkowo niewiele wskazuje na to, aby kilka luźno rozpoczętych przez autorów wątków mogło się ze sobą łączyć, to czym dalej czytałam, tym bardziej byłam zaskoczona jak sprytnie zostały one ze sobą splecione i jak zaskakująco.
Fabuła powieści jest spójna, a ukazanie dwóch obrazów bohaterów, tych zawodowych i prywatnych wychodzi powieści na dobre.
Dzięki temu bohaterowie byli bardziej wiarygodni i łatwo było mi im kibicować.

„Wiara, miłość, śmierć” to zgrabnie skonstruowany kryminał z pełnokrwistymi i ciekawymi bohaterami”.
Ani przez chwilę nie czułam nudy, a rozwiązanie kryminalnej zagadki wcale nie było takie proste.
W dodatku przestępczy półświatek odmalowany jest tak realistycznie, że chwilami można było poczuć jego zgniliznę i deprawację.
Powieść czyta się naprawdę szybko, bo to wciągająca lektura, która wg  mnie usatysfakcjonuje każdego wielbiciela kryminałów.
Ja jestem zadowolona z lektury i chętnie sięgnę po kolejny tom opowieści o Martinie Bauerze jeśli takowy się  ukaże.



piątek, 11 stycznia 2019

"Filary Świata" Anne Bishop

Ari jest najmłodsza z wielopokoleniowego rodu czarownic. Od wieków jej poprzedniczki opiekowały
się Starym Miejscem, dbając o to, by ziemie te pozostawały bezpieczne i płodne.
Niestety nad wiedźmami zaczynają się zbierać czarne chmury, a szalony Inkwizytor postanawia wymordować wszystkie czarownice.
W noc Letniego Przesilenia wydarzy się coś, co na zawsze zmieni życie Ari.
Tymczasem Fae, którzy od dłuższego czasu ignorowali zmiany zachodzące w świecie śmiertelników, a do cienistego świata podróżowali jedynie po chwile dobrej zabawy zauważają wreszcie, że  drogi powoli zaczynają znikać, skazując klany Fae na izolację i samotność.
Nie tylko życie Ari jest zagrożone…

Twórczość Anne Bishop poznałam dawno temu za sprawą jej serii Czarne Kamienie. Przypadła mi ona do gustu i czytałam ją z ogromną przyjemnością. Ale to seria INNI tej autorki skradła mi serce i sprawiła, że każdy tom czytałam z wypiekami na twarzy.
Więc gdy tylko zobaczyła, że Wydawnictwo INITIUM wydaje pierwszy tom serii Filary Świata, wiedziałam, że muszę go przeczytać.

Akcja powieści rozpoczyna się dość spokojnie. Autorka wprowadza czytelnika do wykreowanego przez siebie świata, pokazuje jakimi prawami się rządzi, jak wygląda magia oraz rasy stworzeń go zamieszkujący. Mamy więc ludzi, wiedźmy (czarownice), Mały Lud (leśne duszki?) oraz Fae, którzy są nie czym innym jak elfami.
Ci ostatni uważają, że są najwspanialszymi stworzeniami Matki Ziemi i nikt im nie dorasta do pięt.
Gdy już poznajemy świat, pisarka wprowadza czytelnika w intrygi, które stworzyła i klaruje niebezpieczeństwo, które grozi każdej wiedźmie za sprawą Inkwizytorów.
Pięknie i obrazowo kreśli obraz zaszczucia czarownic i nagonki na nie, pokazuje jak chciwość, zemsta i podłość popychają ludzi do wzywania inkwizytora i przyzwolenia na brutalne mordowanie wiedźm, które jeszcze niedawno służyły im nie raz pomocą. W tym wątku widać, że autorka wzorowała się na czasach gdy inkwizycja funkcjonowała i wyłapywała „czarownice”.
Drugim nie mniej ważnym wątkiem jest wątek romantyczny. Ale wbrew temu co sądziłam na początku, nie ma tu schematycznego „ona skromna i biedna czarownica, on potężny Lord Fae, który pod przykrywką wyniosłości skrywa dobre serce”.
Autorka uplotła skomplikowane relacje, słodko – gorzką opowieść o prawdziwym uczuciu i tym, co tak naprawdę liczy się w miłości.
Nie szukajcie tu lukrowatego wątku miłosnego, który na pierwszy rzut oka zostaje tu zaserwowany. Mnie Anne Bishop mocno w tym temacie zaskoczyła i to zdecydowanie na plus. Do samego końca byłam pewna, że inaczej rozwiąże kwestie romantyczne w powieści i jestem zadowolona, że tak się nie stało.

Styl autorki jest dopracowany i dobry. Lekkie pióro, bardzo plastyczne opisy i rozbudowana kreacja świata sprawiają, że bardzo łatwo zatopić się w lekturze.
Autorka pokazuje, że niezależnie od rasy, pochodzenia, majątku, zawsze znajdą się ludzie i nie-ludzie dobrzy i źli, szczodrzy i tacy co potrafią tylko brać, szczerzy i obłudni.
Właśnie tak tworzy też swoich bohaterów – bez słodzenia, wybielani, idealizowania. Podoba mi się, że zwłaszcza Fae są ukazani bez zbędnego patosu, ale jako stworzenia o różnorodnych charakterach i wyznawanych wartościach.
Bałam się, że jeśli temat dotyczy elfów, to może pojawić się tylko jeden sposób ich ukazania – Anne Bishop udowodniła mi, że przeciwnie, można stworzyć ich jako niejednoznaczną i skomplikowaną rasę.

Akcja powieści z każdą stroną staje się coraz bardziej wartka, aż człowiek zaczyna połykać kolejne strony. Tajemnica, którą próbują rozwikłać bohaterowie jest intrygująca, a jej rozwiązanie mnie zaskoczyło.
Wątek inkwizytora jest bardzo dobrze nakreślony i przedstawiony i przyznaję, że był on dla mnie jednym z najciekawszych.
Zaskoczeniem było również to, że drugoplanowi bohaterowie (tzn. ci których za takich uważałam) okazali się w rzeczywistości najważniejszymi elementami fabuły.
Pani Bishop wie jak zmylić czytelnika i wodzić go za nos.

Czy polecam tą powieść?
Tak!
Filary Świata, tom 1 Tir Alainn to kawał dobrego fantasy i jestem ogromnie ciekawa co mi zaprezentuje autorka w kolejnym tomie.
Czekam na niego z niecierpliwością.






wtorek, 8 stycznia 2019

Czytelnicze podsumowanie 2018 roku

Rok 2018 niewątpliwie za nami. Na wielu blogach (czy to pisanych czy nagrywanych) już dawno zapomniano o podsumowaniach, a ja dopiero się za nie zabrałam.
Chciałam wybrać kilka najlepszych w mojej ocenie książek, ale nie potrafiłam sie ograniczyć aż tak, więc postanowiłam wybrać po dziesięć książek z gatunku fantastyki, powieści obyczajowej/young adult/historycznej - no taki mix oraz zrobiłam osobną kategorię na serie fantasy, których każdy tom przeczytałam w  2018 roku.
Na samym końcu kilka książek, które najmocniej mnie rozczarowały.
No to do dzieła!

Pierwsza kategoria: powieści obyczajowe/young adult/historyczna

Kolejność książek nie ma tu większego znaczenia, choć jesli bym się uparła to najwyżej oceniałam "Chmury z keczupu", "Czerwony notes", "Pokolenie zimy", "Wielka samotność".
Ale nie doszukuję się tutaj podium i tego co poza nim. Każda z tych książek mnie zachwyciła na inny sposób, każda historia oczarowała, wstrząsnęła, zachwyciła, skłoniła do reflekcji.
Było w tych książkach coś, co je wg mnie wyróżnia, dobra fabuła, ciekawi bohaterowie, dobry styl i barwne ukazanie otaczającego bohaterów świata.
I mimo, że chciałam jeszcze dodać książkę, dwie czy osiem - to byłam twarda i tak wygląda moje naj w 2018 roku z tej kategorii.
Recenzję o każdej z tych książek znajdziecie u mnie na blogu:
Chmury z keczupu
Czerwony notes
Pieśni o wojnie i miłości
Normalni inaczej
Magiczne lata
Kredziarz
Portret rodziny
Pokolenie zimy
Wielka samotność
Czarownice z Pirenejów


Druga kategoria: fantastyka

Tutaj miałam ogromne trudności, aby wybrać tylko tyle książek i wiele razy stałam przed regałem i wyłamywałam palce, bo nie wiedziała, ta czy ta? Ale ta też mi się podobała, że ohoho.
Na nic się zdały moje katusze, musiałam sie zmusić i wybrać.
I tak oto powastała jedenastka tych naj 2018.
Za co?
Każdą za wykreowany świat, część za wspaniałe nawiązania do słowiańskiej kultury i mitologii, za ciekawych bohaterów, których dało się lubić (lub jak w przypadku Zahreda, być nimi zafascynowanym). Za akcję, za fabułę, za wiele zaskakujących wydarzeń, wreszcie za powrót do ukochanych bohaterów.
Za dobry styl, za piękny język,  za spójną fabułę i za zabranie mnie do świata magii i tego, czego nie ma w szarej rzeczywistości, a niekiedy za zakończenie, które pozostawiało mnie w ogromnym WOW.
Tutaj najlepszą dla mnie okazała się powieść "Niedźwiedź i Słowik" - po niej kolejność jest już abosolutnie przypadkowa.
Recenzję o każdej z tych książek znajdziecie u mnie na blogu:
Trzynasty księżyc
Bramy Światłości tom 3
Niedźwiedź i Słowik
Ciężko być najmłodszym
Drzewo wspomnień
Noc kota, dzień sowy. Gliniana pieczęć
Czerwony śnieg
Magia i stal
Guerra
Bogowie pustyni
Kot Alchemika

Trzecia kategoria: serie

Jesli chodzi o tą kategorię, to zanlazły się tu serie fantasy, których każdy tom został przeze mnie przeczytany w  2018 roku. Jest tu sporo odkryć i jestem nimi po równo zachwycona.
Patrząc na tytuły, łatwo zobaczyć, że króluje tu fantastyka zza naszej wschodniej granicy. Bo i Olga Gromyko, Aleksandra Ruda, a i jeden z autorów ( a dokładnie autorka) serii o Kate Daniels, to rosjanka.
Uwielbiam literaturę pisaną przez rosyjskojęzycznych pisarzy i w sumie w każdej kategorii znajdują się powieści przez nich napisane.
Z tej kategorii ne potrafię wybrać tej naj tak definitywnie, ale gdybym miała się zmusić, to byłyby to chyba Kroniki Belorskie Olgi Gromyko.
Za co akurat te książki?Za klimat, poczucie humoru, niesamowite pomysły, dobry styl i lekkość pióra. Za nietuzinkowych bohaterów i wyjatkowo ciekawie wykrowane światy. Za brak sztampowości i wiele radości z czytania.
Mogłabym jeszcze wymieniać, ale recenzję o każdej książce można znaleźć na blogu i przeczytać (do czego zapraszam.


Czy w ubiegłym roku spotkały mnie czytelnicze rozczarowania? Oczywiście, na szczęście niewiele. Większość dotyczyła poszczególnych elementów danej książki, ale inne jej elementy wynagradzały potknięcia i całość wychodziła dobrze.
Niestety było kilka książek (konkretnie pięć), które rozczarowały mnie bardzo.

Większość z nich zmarnowała potencjał, który posiadała, bohaterowie byli albo nijacy, albo przerysowani, albo zwyczajnei denerwujący. Do rozwiązań fabularnych też miałam sporo zastrzeżeń.
Ale to właśnie powieść "Esesman i Żydówka" tak szeroko zachwalana i polecana rozczarowała mnie totalnie absurdalnością niektorych wydarzęń, nierelanością, bohaterami, którzy nijak nie potrafili wzbudzić mojej sympatii i tak męczącym stylem, że z trudem dobrnęłam do końca książki.
Mam nadzieję, że w tym roku tych rozczarowań będzie jeszcze mniej.

Jeśli chodzi o wydarzenia czytelnicze, to najważniejszym był dla mnie wyjazd na Targi Książki do Krakowa (relacja TUTAJ) a dla mnie i mojego bloga umieszczenie "polecajki" na skrzydełku książki "Chmury z keczupu), co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem i wyróżnieniem.
Jak oceniam rok 2018? Pod względem czytelniczym bardzo dobrze, wzięłam udział w corocznym wyzwaniu i zrealizowałam je.
Moja biblioteczka niebezpiecznie spuchła, więc mam co czytać.
Trafiłam na wiele świetnych książek i spędziłam z ich bohaterami wspaniały czas, przeżywająć wszelkiej maści przygody. To był dla mnie jako czytelnika bardzo dobry rok.
Oby ten obecny był jeszcze lepszy czego Wam i sobie życzę.