Pokazywanie postów oznaczonych etykietą postapo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą postapo. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 marca 2022

"Komornik. Arena dłużników tom 1" Michał Gołkowski

 Panie Michale Wołodyjowski!

„Dla Boga, panie Wołodyjowski! Larum grają! wojna! Nieprzyjaciel w…” 

A nie! Czekajcie, to nie TEN pan Michał. No to od nowa. 

Panie Michale Gołkowski!

Biblijna apokalipsa skopana! Ezekiel zostaje Bogiem, a Ty co? Kłody mu pod nogi? Wroga w dom sprowadzasz? Na poniewierkę skazujesz?
I po co to, pytam? Dla mojej i rzeszy fanów uciechy?



Choć wiem skąd wziął się pomysł na tą książkę, bo śledzę wpisy autora na FB, to już chyba zawsze będę zachodziła w głowę, skąd pomysł na taki, a nie inny przebieg fabuły w historii, która przecież była skończona, wyjaśniona, zakończenie zaklepane i koniec. Ale nie ukrywam, że Komornik, to moje ulubione książki Michała i cieszyłam się jak głupia na wieść, że powstaje nowa opowieść o Ezekielu.
Jeśli ktoś się obawia, że nic nowego nie dało się w tej historii powiedzieć, to chyba twórczości Michała Gołkowskiego totalnie nie zna, a i jego potencjału i pomysłowości nie docenia. Bo Arena Dłużników zachwyca fabułą, zaskakującymi zwrotami akcji i sporą ilością smaczków i nawiązań, które u mnie wywołały raz wybuchy śmiechu, raz łzy wzruszenia (serio). 
Całość jest niezwykle dynamiczna i choć akcja gna do przodu, to nie ma się uczucia zadyszki. W tej książce wszystko jest idealnie ze sobą połączone, i szybkie tempo i lekkie spowolnienie, które płynnie przechodzi w „strzał w pysk w otwartej dłoni” wydarzeniem, na które nie zasługujemy, a które właśnie dostajemy. 

Nie do końca wiem, co takiego jest w postaci Ezekiela, ale ja naprawdę gościa uwielbiam od pierwszego spotkania, lata temu, gdy był jeszcze „tylko” komornikiem na usługach góry. Jakaś taka mieszanka twardziela, prze – skubańca, często bez litości, a chwilami i bez sentymentu, ale w tym wszystkim sporo jest i melancholii i tęsknoty i wyrzutów sumienia. Całość tworzy bohatera, z którym się mocno zżyłam i któremu niesamowicie kibicowałam. Którego tak zwyczajnie polubiłam.
I nawet tą paskudną pizzę mu wybaczyłam i to, że dawał sobie spuścić wpierd*l. Jest w tym gościu coś, co nie pozwala się do niego odwrócić plecami i powiedzieć „masz co chciałeś”. No nie da się. 

Dlatego niecierpliwie czekam na kolejny tom Areny Dłużników, bo prócz samego Ezekiela, sporo jest w tej książce naprawdę fajnych i niejednoznacznych postaci, których losy żywo (i nie żywo również) mnie interesują.
Zresztą w Komorniku Michał Gołkowski bardzo obrazowo pokazuje, co ekstremalne sytuacje potrafią wyciągnąć z ludzi, cały szlam, ale i wielkie dobro.

Podsumowując – chcę więcej Ezekiela i mam nadzieję, że jak się Michał rozpisze, to naklika więcej niż Jordan w swoim Kole Czasu.

Polecam ogromnie.


wtorek, 11 lutego 2020

"Diabły z Saints" Marcin Rusnak

Alan i Zack mają szczęście żyć w rybackiej wiosce Saints, gdzie czas upływa im na prostych
obowiązkach i zabawach z rówieśnikami. Niestety splot dramatycznych wypadków sprawia, że braciom przyjdzie zmierzyć się z nieznanym i niebezpiecznym światem, a wydarzenia w których wezmą udział na zawsze zmienią ich życie.
Czy Alan i Zack poradzą sobie z tajemnicami, które wiążą się z ich rodzicami i nimi samymi? Czym są moce, które budzą się w chłopcach? Aby znaleźć odpowiedź na te pytania, bracia wyruszą w drogę, z której nie będzie już powrotu.

„Diabły z Saints” to moje pierwsze spotkanie z twórczością Marcina Rusnaka.
Zaciekawił mnie opis fabuły i to na tyle, że wpisałam książkę na listę „przeczytać jak najszybciej”.
Akcja powieści jest bardzo wartka i rozpoczyna się z przytupem już od pierwszej strony.
Od samego początku również autor tworzy wyjątkowo klimatyczny obraz braci i otaczającego ich świata.
Ciekawie są również pokazani głowni bohaterowie, to jak się zmieniają, jak od siebie różnia mimo, że są bliźniakami. Jak inne mają spojrzenie na świat i jak duży wpływ mają na nich wydarzenia, w których byli uczestnikami.

Język powieści jest gładki, płynny, książkę naprawdę dobrze się czyta. Autor dość obrazowo przedstawia czytelnikowi otaczający bohaterów świat, choć ja nie do końca potrafiłam go sobie zwizualizować. Tzn. bez problemu wyobrażałam sobie opisywane przez autora miejsca, ich wygląda, otaczającą je przyrodę. Ale nie bardzo potrafiłam sobie umiejscowić czasy, w których rozgrywa się akcja. Przez to czułam lekkie zdezorientowanie i jakiś taki wewnętrzny dyskomfort. Miałam wrażenie, że mam pomieszane coś na kształt XVII wieku z XX. Czym dłużej jednak czytałam, tym bardziej wciągałam się w fabułę, a sposób ukazania świata przestał mnie uwierać i dałam się zauroczyć opowiadanej przez autora historii.

„Diabły z Saints” to fantasy pełną gębą. Przemyślane, dobrze skonstruowane i poprowadzone. Jest tu wszystko to, co lubię w powieściach z tego gatunku. Jest magia, są potwory, tajemnice, przepowiednie i bohaterowie, których nie sposób nie polubić.
Do tego lekki i dopracowany styl, dobre pióro i spójna fabuła, która wciąga od początku do końca.
To co początkowo wydaje się nie mieć związku ze sobą, okazuje się być kluczowe dla fabuły, dlatego czym dłużej czytałam, tym więcej „puzzli” wskakiwało na swoje miejsce , a ja byłam pod wrażeniem przemyślanego prowadzenia fabuły.

„Diabły z Saints” to naprawdę udana lektura, wciągająca, intrygująca, z ciekawym wątkiem głównym i fajnymi pobocznymi. To barwna i ciut mroczna przygoda, której bohaterowie chyba jeszcze nie do końca zdają sobie sprawę w co się wplątali i z czym tak naprawdę przyjdzie im się zmierzyć.
Mam nadzieję, że kolejne przygody Alana i Zaca już niedługo, bo jestem ogromnie ciekawa co też się wydarzy w ich życiu.
A na koniec chcę jeszcze pochwalić autora okładki – robi wrażenie i przyciąga wzrok.
Książkę szczerze polecam, czas spędzony na jej czytaniu to była przjemność.



sobota, 28 grudnia 2019

"Zaraza" Laura Thalassa

Pewnego dnia przybyli na ziemię czterej Jeźdźcy Apokalipsy: Zaraza, Wojna, Głód i Śmierć.
Przybyli by unicestwić ludzkość.
Na świecie zapanował chaos, runęło wszystko do czego ludzie byli przyzwyczajeni.
Zaraza Zwycięzca podróżuje po Ameryce i Kanadzie i rozsiewa chorobę – Mesjańską gorączkę. Ludzie umierają masowo, nie ma dla nich ratunku.
W małym miasteczku leżącym „na trasie” Zarazy żyje Sara Burns, która losuje niewłaściwą słomkę i zastawia pułapkę na jeźdźca. Pułapkę, w której ten ma zginąć.
Teoretycznie plan się udaje, ale Zaraza, hmmm nie umiera. Za to porywa Sarę i zabiera wraz z sobą. Postanawia odpłacić dziewczynie niewyobrażalnym cierpieniem, ale im dłużej podróżują razem, tym bardziej skomplikowane relacje zaczynają ich łączyć.
A groźny okazuje się nie tylko Jeździec Apokalipsy.

Dlaczego zabrałam się za czytanie Zarazy? Mimo, że opis brzmi jak historia wrednego sk****la i jego ofiary ze syndromem Sztokholmskim?
Ano otóż dlatego, że miałam chęć poczytać coś lekkiego, nieskomplikowanego, ale dobrze napisanego i z mocnym wątkiem miłosnym.
Trochę obawiałam się chorych relacji pomiędzy bohaterami, ale koniec końców zabrałam się za czytanie.

Książka tak jak oczekiwałam, jest napisana lekko, ale przyjemnym stylem. Dość plastycznie autorka opisuje świat po pojawieniu się Jeźdźców i upadku wszystkiego co ludzkość znała.
Fajnie kreśli również główną bohaterkę, to dość mocny plus tej powieści, bo Sarę serio da się lubić i mimo, że nie raz postąpi głupio, to wynika to raczej z sytuacji w jakiej się znalazła, ale w jakiej nie potrafi się odnaleźć, niż z wrodzonej głupoty.
Dlatego mimo, że książka koło ambitnych nawet nie stała (ale i do takich nie pretenduje), to czytało mi się ją nadzwyczaj dobrze i byłam ciekawa jak potoczą się losy Sary i Zarazy.

Fabuła nie jest zbyt skomplikowana, skupia się na relacjach pomiędzy dwójką głównych bohaterów. Mimo to znalazło się w tej książce miejsca na pokazanie czytelnikowi co z ludźmi zrobiło pojawienie się jeźdźców, jak wpłynęło na tych co przeżyli, jak pozorna bezkarność wyciągnęła z niektórych wszystko co najgorsze.
To smutny obraz, ale żadna nowość w powieściach post-apo.
Świat jaki ukazuje autorka, to świat w którym apokalipsa właśnie trwa i jeszcze wiele może się wydarzyć, zwłaszcza, że jeźdźców jest czterech, więc i jeszcze trzy tomy przed czytelniczkami.

Mimo pewnej schematyczności i nieskomplikowanej fabuły, książkę czytało mi się całkiem dobrze.
Nie jest to lektura wybitna jak pisałam wcześniej, ale lekkie czytadełko z wątkiem post-apo, gdzie osią fabuły jest zakazany romans i miłość, która nie miała prawa się narodzić.
Do tego autorka ma dobre pióro, więc nie miałam problemu, żeby dać się wciągnąć w tą historię.
Co ważne Laura Thalassa pokusiła się o ukazanie dobrej i złej strony ludzkiej natury  i unaocznić czytelnikowi, że w chwilach zagrożenia życia, ludzie są skłonni do zrobienia wszystkiego, aby tylko się ratować. Że w takich momentach często rodzi się fanatyzm, przemoc i upadek jakichkolwiek wartości. A jednak w takim chaosie są tacy, co potrafią zachować ludzkie odruchy i dobro.

„Zaraza” to taki średniak, ale przyjemny. I choć moje wcześniejsze obawy nie okazały się tak do końca wyssane z palca, to jednak książka, jeśli ma się do niej odpowiednie podejście i świadomość, że cudów tu nie będzie, okazuje się zaskakująco ciekawa.
Więc jeśli ciekawi Was romans pomiędzy jednym z Jeźdźców Apokalipsy a ludzką kobietą, napisany lekko, ale przyjemnie, to śmiało łapcie za Zarazę i czytajcie na zdrowie.


poniedziałek, 29 lipca 2019

"Dystrykt Warszawa" Rafał Babraj

Pod czerwonym niebem naznaczonym raną dogorywa zrujnowana Warszawa. Na ulicach miasta
ludzie walczą o przetrwanie, a ocalenie czeka ich w enklawach, w których rządzą Kształtujący – ludzie obdarzeni nieludzką mocą.
Przemienieni, Horda, grabieżcy. To nie jedyne co może spotkać kogoś, kto nieopatrznie znajdzie się na ulicach stolicy.
W tym samym czasie w odciętym od świata bloku na warszawskich Bielanach czas każdego dnia cofa swój bieg, a dziwnym prawom Izolacji nie jest w stanie oprzeć się nawet śmierć. Doprowadzona do ostateczności trójka bohaterów, Dominik, Stanisław i Ewelina uciekają z bloku i wpadają w wir wydarzeń, których nie spodziewaliby się nawet w koszmarach.

Apokalipsa.
Tematyka, która fascynuje mnie od lat i w której się zaczytuje. Bastion, Łabędzi śpiew, Silos, Strażak, Komornik – w każdej z tych powieści się zaczytywałam i każdą zachwycałam.
Dlatego gdy zobaczyłam zapowiedź powieści „Dystrykt Warszawa” Rafała Babraja, wiedziałam, że muszę ją przeczytać.

Akcja powieści rozpoczyna się w Izolacji, bloku w którym wegetują główni bohaterowie. Autor pokazuje nam ich, zapoznaje z nimi, jednocześnie niewiele wyjaśniając z tego, co się wydarzyło i dlaczego doszło do apokalipsy.
Dopiero gdy trójka bohaterów ucieka z bloku, wraz z nimi zaczynamy oglądać świat jaki zapanował, gdy niebo rozdarła rana.
Wszystko co śledzimy oczami bohaterów, to przygnębiający obraz  Warszawy. Gdy czytając w pamięci ma się niektóre te miejsca, takie jakimi są obecnie,  wizja zniszczonej stolicy robi duże wrażenie.
Krok po kroku, wraz z bohaterami dowiadujemy się, co doprowadziło miasto do ruiny i jakimi prawami teraz się rządzi.
Dla mnie był to bardzo realistycznie nakreślony obraz i mocno przemówił do mojej wyobraźni.

Prócz trójki głównych bohaterów, w powieści pojawia się sporo tych drugoplanowych, ale trzeba od razu powiedzieć, że większość z nich odgrywa ważna rolę w tej historii i nie pojawia się w niej w roli zapchajdziury.
Akcja powieści jest bardzo dynamiczna i wielowątkowa. Mimo, że autor rozbija poszczególne rozdziały na spojrzenie z perspektywy każdego z  trójki głównych bohaterów, to wszystko ładnie się ze sobą łączy i uzupełnia.
Fabuła jest spójna, ciekawa i potrafi nie raz zaskakiwać nieoczekiwanymi zwrotami akcji. Przyznaję, że niektórych rozwiązań totalnie się nie spodziewałam i zwyczajnie dałam się zaskoczyć.

Autor ma lekki styl, co wcale nie jest wadą w tym przypadku. Dzięki temu książkę, pomimo przytłaczającego klimatu beznadziei i walki o przetrwanie, czytało mi się bardzo dobrze i płynnie, nie  nudziłam się ani przez chwilę. Autor przykuł całą moją uwagę i nie wypuścił mnie z wykreowanego przez siebie świata ani na chwilę. Było to dla mnie ogromną zaletą. Kolejnym plusem jest bardzo obrazowo i plastycznie przedstawiony otaczający bohaterów świat i nowe realia, które na nim zapanowały. Bez trudu mogłam sobie wyobrazić, co działo się na ulicach Warszawy.

Pomimo dynamicznej akcji, autor znalazł czas aby ukazać trzy różne charaktery i trzy drogi (jakże odmienne), którymi poszli głowni bohaterowie. Pokazał jak ekstremalne warunki potrafią wpłynąć na ludzi i nie zawsze były to pozytywne zmiany.
W książce bywa brutalnie, wulgarnie, czasami czuć ten brud, nie tylko zewnętrzny, ale i wewnętrzny ludzi, których dotknęło pojawienie się na niebie rany. A jednak to nie razi, bardzo dobrze wpasowuje się w gatunek i oddaje klimat miasta, które jakimś cudem przetrwało apokalipsę.

Jakbym podsumowałabym „Dystrykt Warszawa”?
Całkiem solidne postapo w naszych rodzimych klimatach. Ciekawi i niejednoznaczni bohaterowie, dynamiczna akcja i wciągająca fabuła.
Lekki styl i plastyczny język, do tego bardzo obrazowe opisy tego, co stało się z naszą stolicą.
Kilka zaskakujących wydarzeń i zakończenie, które sugeruje, że może z tym światem autor jeszcze nie skończył.
Ja mam taką nadzieję i chętnie sięgnę po kolejne książki Rafała Babraja.
Polecam.

czwartek, 30 sierpnia 2018

Książkowe zakupy - czyli co przybyło na moich regałach w sierpniu

Już przy okazji lipcowych zakupów mówiłam, że te wakacyjne przerwy w wydawaniu wielu premier, to jakiś
mit.
Podtrzymuję swoje zdanie i stwierdzam, że jeśli chodzi o sierpień, jest tak samo aktualne.
W tym miesiącu jakoś tak się złożyło, że był wysyp i książek, na które czekałam i takich co to mi wpadły w oko na podstawie opisu. Gdybym zamówiła wszystko, czego zapragnęłam, to musiałabym cały miesiąć nic nie jeść.
Gatunkowo jak zwykle sporo miszmaszu gatunkowego.
Jest więc i fantasy, są powieści obyczajowe, jest postapo, jeden czy dwa romanse, jest kolejny tom moich ukochanych Poldarków.
Są również trzy książki polecone mi na wyjątkowej grupie dla czytelników na fb Loża Książkożerców - grupie, gdzie o książkach in szeroko pojętej kulturze dyskutuje się w sposób fajny, gdzie nie ma reklam i spamu (post o grupach książkowych na fb już wkrótce), gdzie nie krytukuje się czytelników za to co czytają.
Jest również powieść Dni Króla, o której dowiedziałam całkiem przypadkiem, gdy zobaczyłam zbiórkę pieniędzy na wydanie jej audiobooka (czytać ma  Paweł Palcat -  aktor Legnickiego Teatru. Link do ZBIÓRKI gdyby ktoś zechciał dorzucić swoje 5 zł).
Niektóre powieści zamówiłam w przedsprzedaży jeszcze w lipcu - np. czwarty tom serii Siedem Sióstr, dziesiąty tom sagi rodzinnej Poldark czy trzeci tom serii Żniwiarz (o niektórych pisałam już na blogu).
Parę książek otrzymałam w ramach współpracy od wydawnictw, ale jest ich naprawdę znikomy procent. Jedną za to otrzymałam od samej autorki - jest to drugi tom baśni Kroniki Skrzatów (tom pierwsz już w połowie przeczytany). Jedną czy dwie upolowałam w dobrych pieniądzach na allegro.
W sumie jak poskładałam w jedną stertę wszystkie upolowane w sierpniu książki, to okazało się, że znówjest tego sporo. A co równie ważne, że nie mam już na nie miejsca na regałach. W związku z tym potrzebna była wizyta w sklepiej i dokupienie dodatkowych półek.


Stety niestety - jesień już blisko, a to oznacza Krakowskie Targi Książki (na które się w tym roku wybieram) oraz wiele zapowiadanych przez wydawnictwa premier. Już teraz się obawiam, że kolejne listy zakupowe mogą być niebezpiecznie długie.
A jak to wygląda u Was? Co przybyło w sierpniu do Waszych biblioteczek?




poniedziałek, 9 lipca 2018

"Zabójcze maszyny" Philip Reeve

„Zabójcze maszyny” autorstwa Philipa Reeve, to wznowienie powieści wydanej w 2003 roku pod tytułem
„Żywe maszyny”.
Jest to historia z gatunku postapo połączona ze steampunkiem.
Głownymi bohaterami są Hester i Tom oraz ruchome miasta. Miasta, które są w ciągłym ruchu i aby przeżyć i funkcjonować dalej, polują na siebie wzajemnie.
Takim właśnie miastem jest Londyn, który pożera miasto głównej bohaterki. Dziewczyny, która atakuje Wielkiego Mistrza Cechu Historyków i która zostaje powstrzymana przez czeladnika Toma.  Podczas pogoni za Hester, która ratując swoje życie rzuca się do zsypu na smieci, Tom zostaje wyrzucony w ślad za  dziewczyną i po raz pierwszy w życiu znajdzie się na ziemi. Oboje będą zmuszeni zmierzyć się ze swoimi słabościami i tajemnicą, która zagrozi całemu znanemu im światu.

Zacznę od tego, że „Zabójcze maszyny” zwróciła moją uwagę z powodu jej ekranizacji realizowanej przez Petera Jacksona (twórcy filmowego Władcy Pierścieni). Wcześniej nigdy się na nią nie natknęłam, ale że lubię steampunkowe klimaty, to chętnie po nią sięgnęłam.
Powieść rozpoczyna się dość dynamicznie, otóż poznajemy czeladnika Toma, którego oczami oglądamy Londyn, gdzie mieszka i zostajemy wprowadzenie do świata wykreowanego przez autora.
A ten jest naprawdę ciekawy i całkiem solidnie wykreowany. Mamy bowiem miasta, które poruszają się na wielkich gąsienicach, praktycznie nigdy się nie zatrzymując. Polują na siebie wzajemnie, pożerając mniejsze miasta, wioski, osady. Ale teren polowań robi się coraz bardziej jałowy, coraz więcej miast i miasteczek stara się ukryć, więc duże molochy robią się coraz bardziej zdesperowane.
Pomiędzy górami, odgrodzone od terenu polowań wielkim murem, znajduje się Shan Guo – miejsce, gdzie ludzie żyją w „stacjonarnych” miastach, miasteczkach i osadach. Gdzie kwitnie zieleń, osadnictwo, gdzie ludzie starają się żyć jak wiele wieków wcześniej ich przodkowie, z czasów sprzed wojny, która zniszczyła wtedy całą cywilizację.

Akcja jest bardzo dynamiczna i wiele się dzieje. Fabuła jest spójna i ciekawa. I choć to lektura z założenia dla młodych czytelników (główni bohaterowie mają po piętnaście lat), to próżno szukać w niej naiwnej i przesłodzonej historii, która mimo wielu kłód rzucanych pod nogi bohaterom i tak skończy się dobrze.
Ta opowieść jest momentami brutalna, tak jak życie w erze ruchomych miast i miejskiego darwinizmu, które panują w tym świecie.
Bywały momenty, gdy autorowi udało się mnie całkowicie zaskoczyć rozwojem akcji i wydarzeniami, których kompletnie się nie spodziewałam.


Jeśli chodzi o bohaterów, to mamy tu całkiem dobrze nakreślone postacie i to nie tylko te główne, ale i drugoplanowe. I choć Tom potrafił zdenerwować mnie swoją naiwnością i ciągłym wypieraniem prawdy, mimo, że niejako dostał nią prosto w twarz, to nie sposób było mi nie kibicować. Zresztą na jego przykładzie czytelnik ma możliwość krok po kroku odkryć, że życie w ruchomych miastach wcale nie jest jedynym sposobem na egzystencję, że są inne możliwości, które okazują się lepsze.
Polubiłam natomiast Hester, to jedna z nielicznych postaci kobiecych, która mnie nie irytowała. I choć ona również nie była pozbawiona wad, to jednak od samego początku zapałałam do niej sympatią. Jest dziewczyną twardą, zdeterminowaną i waleczną, ale nie pozbawioną wrażliwości i empatii  i co  zasługuje na pochwałę – autor nie zrobił z niej niezniszczalnej jednostki, idealnej pod każdym względem.
Wraz z rozwojem akcji, w powieści zaczynają odgrywać ważną rolę kolejni bohaterowie, córka głównego antagonisty głównych bohaterów – Katherina oraz czeladnik Bevis.
Natomiast jeśli chodzi o tych „złych” to tutaj prym wiodą Lord Burmistrz Londynu i jego Mistrz Cechu Historyków, choć w tym bezwzględnym świecie nie brakuje takich, których chęć władzy deprawuje i popycha do czynów okrutnych.

Język powieści jest bardzo prosty i tutaj faktycznie widać, że to książka dla młodego czytelnika.
Autor ma bardzo lekkie pióro i mimo, że pisze dość obrazowo, to niektóre dialogi czy opisy wydarzeń dorosłemu czytelnikowi mogą wydawać się ciut infantylne, co w sumie dla mnie dość mocno kontrastowało z częstą brutalnością, której w tej powieści nie brakuje.
Mi to jakoś szczególnie nie przeszkadzało, historia przedstawiona przez autora zaciekawiła mnie na tyle, że dałam się jej porwać. I choć niektóre rozwiązania dziś wcale nie tchną świeżością, to jednak patrząc na to, że to powieść sprzed 15 lat, to autorowi należy uznanie za pomysł i jego realizację.

Chętnie sięgnę po kolejny tom tej czterotomowej serii, który ma się ukazać na jesień. Oczywiście nie odmówię sobie również wizyty w kinie, bo ta historia ma wszystko co potrzebne, żeby na ekranie robić spektakularne wrażenie.
Bardzo podoba mi się również okładka, co w przypadku wydawnictwa Amber rzadko się zdarza.
Moje ogólne wrażenia są pozytywne i pomimo pewnych słabszych stron, lekturę tej powieści uważam za bardzo udaną.


czwartek, 26 kwietnia 2018

"Piter. Wojna" Szymun Wroczek. Nowa powieść z Uniwersum Metro 2035

Piotrogród, Leningrad, Sankt Petersburg lub po prostu Piter. Również jego nie oszczędziła wojna atomowa, a przeżyli jedynie ci, którzy byli w metrze…
Mijają dwie dekady, a społeczność metra coraz bardziej chyli się ku upadkowi. Ale czy na pewno tylko chyli? Czy możne upadła już dawno…

„Piter. Wojna” Szymuna Wroczek to pierwsza powieść z serii Uniwersum Metro 2035, które jest odnogą UM 2033 – serii zapoczątkowanej przez genialną powieść Metro 2033 Dmitryja Glukhovskyego. Seria, która połączyła w jeden świat wiele powieści i wielu autorów.
Od razu chcę napisać, że nie czytałam pierwszej powieści pana Wroczek z uniwersum Metra, nie znałam zatem jego bohaterów i sposobu pisania. Ale zaciekawił mnie ogromnie opis fabuły, ponadto Metro 2035 skończyło się w taki sposób, że bardzo chciałam się dowiedzieć, co się w tym  starym/nowym uniwersum będzie działo. Bo przecież ile lat można wegetować pod ziemią, w ciemnych tunelach metra.

Akcja powieści rozpoczyna się z dużym przytupem, grupa diggerów znajduje na powierzchni zmasakrowanego człowieka z metra. Mimo że nie wierzą, że da się go uratować, zabierają go z powrotem do metra, a ten pomimo przypuszczeń przeżywa. Tym człowiekiem jest nie kto inny, a właśnie Uber, bohater pierwszej powieści autora z UM.
I to od tego dobrego uczynku rozpoczyna się cała historia, którą autor opowiada w zaskakująco wciągający sposób.
Początkowo akcja rozbita jest na kilka pojedynczych wątków dotyczących różnych bohaterów,  ma to na celu pokazanie czytelnikowi, na kim będzie się koncentrowała fabuła, kto zagra główna skrzypce. Tak więc poznajemy (jeśli ktoś nie czytał wcześniejszej powieści autora) Ubera, Komara, Gerdę oraz Artema. Tak, dokładnie – Artema. Ale bez obaw, to nie „ten Artem” choć bohater pana Wroczek trochę mi go przypominał.
W ten czy inny sposób drogi większości bohaterów się przetną, choć dwa wątki – opowieść o Uberze i jego kompanii oraz historia Artema – będę się przez większość powieści toczyć obok siebie.

Spora część powieści rozgrywa się w mrocznych korytarzach metra, wraz z jego klaustrofobiczną atmosferą, grozą, upadkiem i upodleniem ludzi w nim mieszkających.
Realia metra wywołują odrazę, obrzydzenie, lęk i czasami odrobinę nadziei na to, że jednak nie wszystko stracone, że można jeszcze dobić się od dna i znów spróbować być człowiekiem.
Niestety pomimo tak skrajnych warunków, ludzie nadal dążą do władzy, dominacji i chęci narzucenia innym
swoich praw, więc wojna pomiędzy Weganami a resztą Metra wybucha i pochłania kolejne ofiary. Ale nie są to zwykłe potyczki, okazuje się bowiem, że Weganie dysponują możliwościami, o których inni nawet nie śnili w najgorszych koszmarach.
Podobnie jak w powieści Metro 2035, w książce „Piter. Wojna” akcja przeniesie się na powierzchnię, na ulice Petersburga, gdzie czas zatrzymał się w miejscu, a jedyne co „żyje” w tym mieście, jest zmutowane, rządne krwi i ludzkiego mięsa.

Autor bardzo obrazowo i przekonywująco snuje swoją wizję zniszczonego Petersburga. Wraz z bohaterami przemykamy jego ulicami, skrywamy się w jego zniszczonych budynkach, za wszelką cenę unikając choćby patrzenia w stronę Soboru św. Izaaka.
Pamiątki ze świata sprzed Katastrofy, porzucone na pastwę mutantów i bestii dawne życie.
Jednym z ciekawszych wątków jest wizyta bohaterów w Ermitażu. Ogromnie przemówiła mi do wyobraźni wizja największych skarbów sztuki niszczejących w pustych salach wymarłego miasta.
Po ciemnym i depresyjnym metrze, aż się ucieszyłam, gdy bohaterowie wyszli na powierzchnię. Nic to, że tam mutanty, nic, że swoją wojnę przenieśli również na powierzchnię Weganie, nieistotne, że tam wciąż jest promieniowanie,  ważne żeby ta garstka ludzi, których polubiłam wyszła na świat, jaki by on nie był.

W powieści prócz bohaterów pierwszoplanowych sporo jest postaci pobocznych, które odegrają ważną rolę w tej książce i to zarówno w wątku Ubera i jego towarzyszy, jak i wątku Artema. Każda z nich to postać z krwi i kości, sponiewierana przez życie i przez metro. Niektórzy pamietający jeszcze czasy sprzed Katastrofy, mający w pamięci dawne życie, choć skażeni już wegetacją w mrocznych tunelach metra.
Pomimo wszechobecnej  degeneracji i upodlenia, Uber to postać pozytywna i niepozbawiona nadziei. Jego poczucie humoru w połączeniu z sarkazmem pozwalają na odrobinę śmiechu, nawet w momentach całkowicie nieodpowiednich na żarty. Jego cierpki dowcip i resztki człowieczeństwa sprawiają, że wciąż można mieć nadzieję, że ludziom uda się wyjść z metra i odbudować świat, który sami zniszczyli.

Autor ma lekki styl i pisze w ten wyjątkowy sposób tak bardzo charakterystyczny dla rosyjskich pisarzy. Mnie osobiście oczarował swoją historią, swoim sposobem jej opowiadania.
Akcja jest bardzo dynamiczna, nie raz zaskakuje i dziwi rozwojem wypadków. Niektóre wątki się wyjaśniają, niektóre nie, stąd moje przypuszczenie, że to jeszcze nie jest ostatnie słowo Szymuna Wroczek na temat Uniwersum Metro 2035. Na to oczywiście liczę, bo lektura powieści „Piter. Wojna” bardzo mocno zadziałała na moja wyobraźnię i rozpaliła głód kolejnych tomów opowieści z tego świata. Świata, w którym ludzie odważą się znów wyjść na powierzchnię i zawalczyć o nowe miejsce do życia, wśród słońca, pod gołym niebem.




sobota, 10 lutego 2018

"Silos" Hugh Howey

„Silos” Hugh C. Howey, to historia osadzonego w głębi ziemi schronu, zwanego silosem, w którym resztka ocalałych na ziemi ludzi żyje wg surowych praw, nakazów i zakazów, które mają ich chronić do czasu, aż zatruta toksynami ziemia się zregeneruje.
Życie w olbrzymim silosie zmusza tysiące jego mieszkańców do poddawania się restrykcyjnym prawom, każde odstępstwo, ba! nawet wypowiadanie zakazanych zdań, grozi wysłaniem na zewnątrz, na czyszczenie. Jest to równoznaczne ze śmiercią w ciągu niespełna pół godziny.
Kilkaset pięter w głąb ziemi, strach i nigdy niespełniane marzenia. Tym charakteryzuje się życie w silosie.
Do czasu aż na czyszczenie zostaje wysłana Jules, młoda kobieta, mechanik, która stała się dla silosu zagrożeniem – postanowiła bowiem dowiedzieć się prawdy.

Powieść rozpoczyna się z przytupem. Autor zaskakuje czytelnika, zmyla go i gdy już myślimy, że wiemy od samego początku o co chodzi – dostajemy prztyczka w nos i okazuje się, że to była tylko zmyłka.
Po takim rozpoczęciu powieści, byłam pewna, że właśnie trzymam w rękach książkę na miarę Metra 2033 i mogę się spodziewać niespodziewanego połączonego z niesamowitym klimatem.
Niestety tak się nie stało, a o tym co poszło nie tak poniżej.

Silos to powieść, która czerpie z innych powieści post-apo, ma  w sobie jednak trochę powiewu świeżości i momentami potrafi zaskoczyć. I mimo, że od początku można w jakimś stopniu przewidzieć jak rozwinie się akcja, to jednak bywały chwile, że autor robił niespodziewany zwrot akcji i zaskakiwał czytelnika.
Jego bohaterowie są ciekawi i stanowią pełną paletę charakterów. Na ich przykładzie obserwujemy wiele różnych postawy wobec życia w silosie i jako takiego ogólnie.
Od pełnego pogodzenia się z wymaganiami i nakazami, aż po całkowity bunt i potrzebę dowiedzenia się prawdy nie bacząc na to, jaką cenę trzeba będzie za tą prawdę zapłacić.
W powieści jest kilkoro bohaterów pierwszoplanowych, tych dobrych i tych złych. Nic nie jest czarno-białe, a wraz z odkrywaniem tajemnicy silosu, czytelnika zaczynają dopadać wątpliwości, kto tak naprawdę stoi po tej dobrej stronie barykady.
Dobrym i ciekawym pomysłem jest również nieujawnianie czytelnikowi jak doszło do skażenia ziemi, skąd wziął się silos, w jaki sposób trafili tam ludzie i kto w rzeczywistości rządzi tym miejscem.
Akcje zaczynamy śledzić od momentu, gdy w silosie ludzie żyją już od setek lat, a w pamięci starszych mieszkańców wciąż żywe jest wspomnienie ostatniego powstania, które w nim wybuchło.

Autor ma lekki styl i pisze bardzo przystępnym językiem. Dzięki temu można byłoby szybko wciągnąć się w akcję.
No właśnie można by, gdyby nie ogromne przegadanie powieści.
Jest to największy minus tej książki niestety.
Autor akcję przerywa ciągnącymi się przez całe strony rozmyślaniami większości bohaterów, ich rozterkami i przemyśleniami.
Praktycznie każdy rozdział jest nimi naszpikowany jak jeż kolcami.
Akcja czasami nie zdołała się nawet rozkręcić, bo pisarz raptownie ją przerywał, aby dany bohater mógł przez 2-3 strony przemyśleć jakieś frapujące go zagadnienie.
Przez to wodolejstwo nie byłam w stanie wciągnąć się w fabułę, bo zwyczajnie szybko mnie nudziła. Z tego powodu książkę czytałam prawie tydzień.
Doszłam tym samym do wniosku, że wodolejstwo udaje się jedynie S. Kingowi.
Gdyby „Silos” skrócić o jakąś ¼, wywalić z tej książki większość zbędnego rozwlekania fabuły ciągłymi przemyśleniami bohaterów na każdy temat, to byłaby to powieść świetna, a tak niestety wyszła powieść jedynie dobra.

W powieści zabrakło mi również klimatu. Życie w silosie zdawało się być prawie takie samo jak niegdyś na ziemi. Nie odnalazłam w nim poczucia uwięzienie, klaustrofobii, mieszkania w odciętym od świata zewnętrznego więzieniu, z którego nie można się wyrwać.
Może taki był zamiar autora, a to tylko moja wyobraźnia domagała się takiego rozwiązania. Nie wiem. W każdym razie nie czułam klimatu tego miejsca.
Jestem trochę rozczarowana, bo powieść miała ogromny potencjał. Pomysł, prowadzenie akcji i kierunki w jakim zmierza – to wszystko mi się podobało. Niestety rozwleczona do granic możliwości fabuła, nudne wodolejstwo, które skutecznie wyhamowywało akcję sprawiły, że książkę przez sporą część czasu czytałam ze znużeniem. I stąd moje rozczarowanie, bo to mogła być świetna powieść, wszystko na to wskazywało. A gdy autor narobi mi smaka na wybitną lekturę, a otrzymuję coś dużo poniżej możliwości, to rozczarowanie wzrasta i zniechęca do sięgnięcia po kolejne tomy.

No właśnie, kolejne tomy.
„Silos” jest dopiero pierwszą częścią trylogii, a jego zakończenie sugeruje, że to jeszcze nie koniec i wiele się może wydarzyć.
Nie wiem czy szybko sięgnę po kontynuację Silosu, mimo, że stoi na półce i czeka. Za jakiś czas, gdy rozczarowanie zblaknie, a ciekawość wzrośnie, to pewnie tak. Jednak czuję, że ten czas nie nadejdzie zbyt szybko.






niedziela, 26 listopada 2017

"Komornik+++Kant" Michał Gołkowski

„Komornik +++ Kant” to książka, na którą czekałam.
Bardzo.                                                                                
Wizja nieudanej biblijnej apokalipsy Michała Gołkowskiego i przygody komornika Ezekiela Siódmego mocno pobudziły moja wyobraźnię.
Poprzedni tom skończył się w takim momencie i z takim przytupem, że  poczytuję to autorowi jako celową złośliwość.
No bo jak można tak potraktować niewinnego czytelnika? Jak można urwać akcję w takim momencie i kazać miesiącami czekać na kontynuację?
No cóż, można…

Akcja trzeciego tomu Komornika rozpoczyna się tam, gdzie zakończył się tom drugi. Maryam rodzi dziecko, o którym wieść rozchodzi się z szybkością błyskawicy po zniszczonym świecie Po. Pozostała przy życiu garstka ludzi wierzy, że to znak,  spełniająca się przepowiednia.
Nie znają tylko jednego drobnego szczegółu – że dziewczyna urodziła nie nowego mesjasza, a córkę.
Aby chronić dziewczynę i jej dziecko, Ezekiel – ex komornik – będzie gotów na wszystko. I czytając tą powieść, dochodzę do wniosku, że to „wszystko” właśnie w tym tomie się wydarzy.

O fabule nie da się za wiele napisać, żeby nie zdradzić choć o jedno słowo za dużo. Rzucenie spoilerem byłoby okrutne, zważywszy na to, na jakie pomysły wpadł autor i co się wyczynia na kartach tej powieści.
Są rzeczy oczywiste, takie jak walki, rozpierducha, fruwające dookoła flaki itp. itd. Jednak wbrew pierwszemu wrażeniu, ta powieść nie jest tylko o tym, jak to Ezekiel chodzi po świecie i kosi jednego po drugim dłużników i spina się z Górą. Pod pierwszą warstwą jest druga, ale odkrycie jej to ciekawe przeżycie, więc o swoich spostrzeżeniach nic nie napiszę. Warto samemu dać się zaskoczyć.

Akcja jest bardzo dynamiczna i choćbym nie wiem jak bardzo starała się przewidzieć w jakim kierunku będzie zmierzać, to i tak w ostatecznym rozrachunku okazało się, że jest zupełnie inaczej.
Autor wprowadził kilkoro nowych bohaterów, którzy mocno mi się spodobali, a w fabule narobili niemałego zamieszania.
Bywały  w tej powieści sytuacje pełne absurdu, takie które sprawiały, że śmiałam się głośno i serdecznie i było tez kilka takich, podczas których zawilgotniały mi oczy.
Serio.
Nie spodziewałam się, a jednak.
Michał Gołkowski w sposób niesamowicie przemawiający do wyobraźni wykreował świat po apokalipsie i jego mieszkańców. Bez zająknięcia ukazał jego brutalność, absurdy i szaleństwo. Nie było w tym świecie nic z niebiańskiego wiecznego szczęścia i radości.
Był brud, głód, okrucieństwo i bezwzględna walka o władzę nad pozostała przy życiu resztką ludzkości.
Tym wszystkim rzuca w twarz czytelnikowi autor, robi to w mistrzowski sposób, a ten biedny czytelnik zamiast się wzdrygnąć z oburzenia, domaga się więcej i więcej.

Od samego początku uważałam, że Ezekiel to postać niejednoznaczna, ani dobra ani zła. Zresztą jasny podział na dobro i zło w tej trylogii nie istnieje. Ezekiel pełen jest sprzeczności, a jego współpraca z Górą była dla mnie mocno, czy ja wiem, nieprzystająca człowiekowi z choćby odrobiną honoru i ludzkich odruchów.
A jednak polubiłam tego drania i kibicowałam mu od pierwszego tomu, niezależnie od tego jakie podejmował decyzje i jakie były jego poczynania.
Widziałam w nim sumienie, które próbował zagłuszyć i serce, w którym pozostało jeszcze sporo uczuć.
Ezekiel Siódmy stał się jednym z moich ulubionych bohaterów literackich i zapadł głęboko w moje czytelnicze serce.

Jeśli chodzi o zakończenie, to rzeknę tylko kyrieelejson i matkoboskoczęstochowsko!
Spodziewałam się praktycznie wszystkiego, a tego jednego za cholerę. I właśnie to się wydarzyło, a ja zostałam z otwartą ze zdziwienia buzią jeszcze  dłuższą chwilę po przeczytaniu ostatniego zdania.

Komornik +++ Kant, to czwarta powieść autora, którą przeczytałam i stwierdzam z pełnym przekonaniem, że ma on nieograniczoną niczym wyobraźnię, plus ogromny talent  do ubrania swoich pomysłów w słowa i przelania na papier w formie, która zachwyca.
Jestem pod ogromnym wrażeniem jego twórczości i wpisuję się w poczet jego wiernych fantów.
Liczę też na to, że nie porzuci on świata, który stworzył w Komorniku i wróci jeszcze do niego.
Przygoda z trylogią Komornik, to niezapomniana przygoda, to jazda bez trzymanki i z czystym sumieniem ją polecam.


czwartek, 6 kwietnia 2017

"Strażak" Joe Hill.

Długo nie wiedziałam, że Stephen King ma syna i że tym synem jest Joe Hill – autor powieści Rogi, o której było dość głośno za sprawą jej ekranizacji.
Nawet gdy już  dowiedziałam się o jego pisarskiej karierze, nie sięgnęłam po jego poprzednie powieści.
Dopiero fabuła „Strażaka” mnie zaciekawiła i postanowiłam książkę zakupić.

Powieść jest objętościowo ogromna, ponad 800 stron.
Ale niech nie zwiodą  potencjalnego czytelnika gabaryty – książkę czyta się naprawdę szybko.
Jest to zasługą ciekawego pomysłu i kierunku w którym zmierza fabuła oraz lekkiemu pióru autora i umiejętności snucia wciągającej opowieści.

Mimo pewnych obaw o kopiowanie pomysłów ojca (niestety są one nieuniknione) autorowi udało się stworzyć coś ciekawego i wciągającego.
Pomysł na zarodniki grzyba, które pasożytują w człowieku i na każde zagrożenie reagują samozapłonem jest wydawałoby się  niemożliwy do zaistnienia. Ale Hillowi udało się go ubrać w taka historię, że stał się on realny.
Grzyb ten, zwany smoczą łuską, ogarnie ogromną część USA, będzie siał spustoszenie i doprowadzi do skrajnych reakcji wśród ludzi, którym uda się uniknąć zakażenia. Doprowadzi do chaosu, destrukcji i ukaże te najgorsze i najlepsze oblicza ludzi.

Głównymi bohaterami są pielęgniarka Harper, samozwańczy strażak John, dwójka małych dzieci oraz mieszkańcy obozu dla zakażonych, gdzie udało się opanować samozapłony.
Obóz ten, skrupulatnie ukrywany, będzie domem i polem dla wydarzeń dla wszystkich bohaterów.

Pomysł na epidemię dziesiątkującą cały kraj nie jest niczym nowym czy niespotykanym.  I oczywistym jest, że nasuwały mi się porównania z Bastionem S. Kinga. Ale to w jaki sposób rozwija się akcja sprawiało, że czym dłużej czytałam, tym mniej doszukiwałam się porównań czy analogii.
Joe Hill znalazł swój pomysł, jak wykorzystać morderczą plagę i to do czego ona doprowadzi i robi to w sposób przemawiający do wyobraźni czytelnika.
Powieść jest miejscami dość brutalna, niczego nie ubarwia, wywleka na światło dzienne wszystkie najciemniejsze zakamarki duszy bohaterów, tych pierwszoplanowych i nie mniej ważnych  drugoplanowych .
Da się odczuć, że autor czerpał inspiracje z różnych książek, choćby z wspomnianego już wcześniej Bastionu czy Władcy Much. Ale bynajmniej nie są to żadne plagiaty i natrętne podobieństwa. Wszystko o czym Joe Hill pisze, robi po swojemu, a fabuła jest dostosowana do współczesnych czasów, gdzie rządzi internet i media społecznościowe.
Bez skrępowania ukazuje również jak teoretyczna bezkarność doprowadza ludzi do nieobliczalności i najgorszych czynów.
Wyjaskrawia również jaką pożywką dla każdego rodzaju fanatyzmu religijnego są takie globalne tragedie i do czego może dojść, gdy ludziom się wydaje, że chcąc się ochronić, mają prawo do najhaniebniejszych  zachowań.

Akcja powieści trzyma w napięciu przez cały czas, ani na chwilę nie zwalniając. Dodatkowo autor potrafi sprytnie zmylić czytelnika i zaskoczyć go wydarzeniami, o których on sam by nie pomyślał.
Strażak to powieść z pogranicza post-apokalipsy i  thillera, z nutą wątków psychologicznych.
Ukazuje złą i dobrą stronę ludzkiej natury oraz do czego może doprowadzić człowieka strach.
To ogromny kawał dobrej lektury i jestem nią pozytywnie zaskoczona.

Joe Hill ma z jednej strony ogromne szczęście, bo odziedziczył po swoim ojcu talent. Bo ma go niewątpliwie, a to dopiero początki jego kariery.
Z drugiej jednak strony chyba nigdy nie uda mu się uniknąć porównań do ojca.
Ja jestem zadowolona, że Joe Hill poszedł ścieżką swego ojca, mam nadzieję, że dzięki temu przeczytam jeszcze wiele jego książek i wzbudzą we mnie teki zachwyt i emocje jak te, które pisze Stephen King.



poniedziałek, 6 czerwca 2016

" Stacja Jedenaście" Emily St. John Mandel



Stacja Jedenaście, to książka, którą polecało mi sporo osób, a różne recenzje na blogach wychwalały.
Skusiła mnie tematyka i nie ukrywam, że liczyłam na coś nowego, świeżego w gatunku postapokalipsy.
Dlaczego się rozczarowałam? O tym poniżej.

Akcja książki zaczyna się od pogromu ludzkości z powodu wirusa gryp gruzińskiej – jak nazwano wyjątkowo morderczą odmianę grypy.
Wirus zabija około 90% ludzi na całym świecie. Cała cywilizacja się rozpada, znika internet, elektryczność, paliwo. Miasta popadają w ruinę, a ludzie po pierwszych latach chaosu, zaczynają życie na nowo, zamieszkując w małych miasteczkach i osadach.
Oczywiście świat stał się bardzo niebezpiecznym miejscem. Rozprzestrzeniła się anarchia i przemoc.

W tym świecie, 20 lat po wybuchu epidemii, podróżuje utartymi szlakami wędrowna grupa artystów „Symfonia”, dając koncerty i wystawiając sztuki Szekspira.
Próbują tym samym utrzymać w sobie i innych człowieczeństwo, które w zniszczonym i wyludnionym świecie jest zagrożone.
Pewnego dnia, dojeżdżają do miasta St. Deborah Przy Wodzie, a tam spotykają niebezpiecznego Proroka. Człowieka zdolnego do wszystkiego.


Akcja książki biegnie dwutorowo. Autorka opowiada historię kilku bohaterów niedługo przed wybuchem epidemii oraz 20 lat po jej wygaśnięciu.
Ludzie ci, choć w większości ze sobą niezwiązaniu, okażą się w pewien sposób połączeni poprzez swoją przeszłość.
Przez całą powieść autorka skacze pomiędzy przeszłością, a teraźniejszością. Niestety nie są to płynne przeskoki, czasem wręcz zastanawiałam się, czy one w jakiś sposób łączą się z historią opowiadaną w czasie teraźniejszym.

Podobał mi się wątek podróżującej grupy aktorów i muzyków, przez zniszczony i wyludniony świat.
Ciekawie również rozpoczął się wątek spotkania z Prorokiem w mieście St. Deborah Przy Wodzie i czekałam na jego rozwinięcie. Autorka położyła duży nacisk na ten wątek, nakreśliła pełne niepokoju i niebezpieczeństwa tło, a następnie spłyciła jego rozwiązanie do jednej strony. Rozczarowało mnie takie potraktowanie tego tematu, bo Prorok był jedną z najciekawszych postaci w tej książce.

Również sam wątek Symfonii został jak dla mnie niewykorzystany. Miał ogromny potencjał. Autorka mogła pokazać za jego pomocą jak wyglądało życie 20 lat po zagładzie. Niestety, niczego się nie dowiedziałam, prócz kilku luźnych wspomnień z innych miast, opisanych kilkoma zdaniami.

Dużo czasu autorka poświęca temu, co się działo przed wybuchem epidemii.  Najważniejszym elementem historii, jest słynny aktor Arthur, który - jak się okazało - jest czynnikiem łączącym wszystkie wątki z przeszłości i teraźniejszości.
Co ciekawe, aktor ten umiera na scenie w nocy, gdy wirus przepuszcza atak na całą ludzkość. Mimo to, będzie młia duży wpływ na bohaterów, którzy przeżyją epidemię.

Co mnie mocno „uwierało” w tej historii?
Zdecydowanie chaos. Ciągłe przeskoki z przeszłości do teraźniejszości, odbierały akcji ciągłość i siłę przekazu.
Tym bardziej, że w większości wspomnienia dotyczyły osób, które nie przeżyły uderzenia epidemii.
Nie potrafiłam przez to przejąć się losami żadnych bohaterów.
Wydarzenia dziejące się w teraźniejszości, wydawały mi się nijakie. Akcja toczyła się pomału, jak mały strumyczek w letni dzień, gdzie ja oczekiwałam, że porwie mnie jak wzburzona rzeka.
Zabrakło mi w tej powieści emocji, jakichkolwiek.
Nie udało mi się przywiązać do bohaterów, ani jakoś szczególnie ich polubić, bądź znielubić.
Dla mnie po prostu byli. Nic więcej.
Nie czułam strachu bohaterów przed Prorokiem, nie czułam ich osamotnienia i tęsknoty za dawnym światem.

Natomiast co mi się podobało w Stacji Jedenaście, to dość obrazowe oddanie obrazu społeczeństwa u schyłku cywilizacji. Pędzący świat, wszelkie osiągnięcia nauki i techniki.
Korporacyjne życie, blichtr i blask sławy Hollywood,  skupianie się ludzi na tym co posiadali, a nie na tym co czuli, na samym życiu.

Czytając Stację Jedenaście, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że o tym wszystkim już gdzieś czytałam.
W głowie kołatało mi się kilka tytułów z tego samego gatunku, z podobnymi wątkami. I choć motyw wędrownej trupy aktorów i muzyków jest czymś nowym, to akurat ten wątek nie został w pełni wykorzystany.
Powieść reklamowana była jak melancholijna, niesamowicie przejmująca, wzruszająca, wyjątkowo realistycznie przedstawiająca życie przed i po epidemii.

Nie zgadzam się z takim opisem. Właśnie tego mi w tej powieści zabrakło, tych wszystkich emocji, tego przedstawienia życia po przejściu epidemii.
Zakończenie Stacji Jedenaście, to otwarta furtka. Daje pewną nadzieję na przyszłość i szansę dla pozostałych przy życiu ludzi.
I jest to najlepszy moment w całej książce. Jest w nim niepewność, lęk, ale i nadzieja i rodzący się entuzjazm i chęć do życia.

Stacja Jedenaście nie jest książką złą. Nie jest niestety również książką dobrą.
Jest poprawna, chwilami ciekawa.  Ale mimo wszystko, to jednak trochę za mało, aby mnie zachwycić.


*zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl






wtorek, 16 lutego 2016

"Łabędzi Śpiew" Robert McCammon. Epopeja grozy



Co się stanie, gdy w pewnym momencie najważniejsi ludzie na świecie wcisną „czerwony guzik”?
Odpowiedź jest oczywista. Stanie się to, co opisał w swojej książce Robert McCammon…

Łabędzi Śpiew to przepełniona emocjami, wizja świata po wyniszczającej wojnie atomowej.
Wydana w latach 80’ w USA, u nas pojawiła się dopiero w ubiegłym roku.
To połączenie powieści drogi, postapokaliptycznej wizji świata, mistycyzmu i walki dobra ze złem.
Walka ta jest zdecydowanie jednym z ważniejszych elementów w książkach, zwłaszcza w drugim tomie.
Oba tomy napisane są z wielkim rozmachem. Autor opowiada  historię bardzo przekonująco.
Nie wprowadza wielu bohaterów, skupia się na trzech grupach, od czasu do czasu pozwalając pojawić się jakimś drugoplanowym postaciom, które szybko znikają z kart powieści.


W pierwszym tomie autor przedstawia czytelnikom głównych bohaterów,  sam moment wybuchu wojny atomowej pomiędzy USA a Związkiem Radzieckim, postać głównego adwersarza, pierwsze miesiące po unicestwieniu prawie całej ludności oraz środowiska naturalnego w  kraju.
Ta część to również powieść drogi i walki o przeżycie w zniszczonym świecie.

Drugi tom zaczyna się siedem lat po wydarzeniach z pierwszego tomu. Początkowo to również jest powieść drogi – do czasu gdy wszyscy głowni bohaterowie docierają tam, gdzie mieli dotrzeć, aby wreszcie doszło do nieuniknionej konfrontacji.
Ciekawie pokazany jest główny adwersarz. Mimo, że czytelnik szybko domyśla się kim – lub czym – on jest, to w całej książce nie pada jego imię. On sam będzie nazywał siebie różnymi imionami lub Przyjacielem.

Autor do życia w postapokalipstycznym świecie dodał elementy nadprzyrodzone, dzięki czemu jego powieść zyskała niepowtarzalny klimat .
Bardzo sprawnie posługuje się tym wątkiem, nie jest on przerysowany ani nachalny. Wzbogaca za to fabułę, pozwala na użycie wielu nawiązań do religii czy Boga, ukazuje zło które jest ukryte w ludziach za fasadą spokojnej powierzchowności.

Łabędzi Śpiew mnie zachwycił, oczarował, wciągnął. Bohaterowie tej powieści, to ludzi, którzy znaleźli się w niezwykłych okolicznościach przez przypadek i zrządzenie losu. Nie sposób było nie polubić większości z nich.
Robert McCammon w sposób przekonujący pokazuje czytelnikowi jak ekstremalne warunki wydobywają z ludzi wszystko co najgorsze, a brak kary za zbrodnie sprawia, że zaczynają przekraczać wszelkie granice. Oraz jak ważne jest, aby nie tracić nadziei i wiary w lepsze jutro i nie poddawać się.
Dodatkowo brak słońca i nieskażonej wody sprawia, że pozostali przy życiu mieszkańcy USA są atakowani przez różne choroby. Zaczyna również brakować pożywienia, co tylko potęguje marazm i upodlającą wegetację.


W obu tomach nie ma miejsca na nudę. Z każą kolejna stroną akcja nabiera rozpędu i nie zwalnia już końca drugiego tomu.
Nieunikniona konfrontacja głównych bohaterów, jak również walka dobra ze złem sprawia, że nie sposób się od powieści oderwać, aż do zaskakującego zakończenia.
Autor nie wyjaśnia wszystkiego, część zagadek pozostawia do własnej interpretacji czytelnikowi, na przykład kim był Przyjaciel, czym był znaleziony przez Siostrę pierścień, kim była Swan i skąd pochodziła jej moc. Dostajemy pewne wskazówki, natomiast udzielenie odpowiedzi na te pytania autor pozostawia czytelnikowi.

Robert McCammon nie szczędzi swoim bohaterom niebezpieczeństw, ciągłej obecności śmierci i nieustającego zagrożenia.
Skażenie ziemi i powietrza sprawia, że pozostali przy życiu ludzie stracili nadzieję, że jeszcze kiedyś będą mogli żyć jak przed wojną atomową, a świat będzie bezpiecznym miejscem.
Do końca nie wiadomo, czy autor pozwoli światu się odrodzić, a ludziom odzyskać to co utracili.

Łabędzi Śpiew często jest porównywany do Bastionu S. Kinga. Uważam, że niesłusznie. To całkowicie inne historie, choć maja kilka elementów wspólnych. Najważniejszym na pewno jest to, że obie te książki są świetne, a historie w nich opowiedziane niesamowicie wciągające.

*zdjęcie pochodzi ze strony www.booklips.pl





czwartek, 4 lutego 2016

"Przejście" Justin Cornin w post apokaliptycznej opowieści rodem z najgorszych koszmarów.





Przejście. Justin Cornin (tom 1 Trylogii Przejścia)

Wirus odkryty w boliwijskiej dżungli, przywieziony do USA.
Tajne eksperymenty w bazie wojskowej na dwunastu skazańcach oraz sześcioletniej dziewczynce.
Następuje wielka rozpierducha i cała dwunastka sieje pogrom w całej Ameryce mordując kogo się da, a co dziesiątą osobę zarażając wirusem.
Armagedon w pełnej krasie.
Zdecydowanie.

Ktoś mógłby powiedzieć, że to już było.
Bo i Stephen  King pisał o zagładzie ludzkości w Bastionie i Robert McCammom w Łabędzim Śpiewie.
Co więcej obaj panowie opowiedzieli swoją wizję zagłady iście po mistrzowsku.

Mimo to jednak, warto sięgnąć po Przejście, bo autor nie napisał niczego wtórnego. Ma swój pomysł na armagedon i dobrze sobie radzi z jego realizacją.

Wirus, który tak „beztrosko” testuje wojsko na dwunastu skazanych na śmierć przestępcach, ma im przedłużyć życie i zwiększającym siłę fizyczną. Niestety ubocznym skutkiem jego działania jest przemiana ludzi w wampiry…
Bez obaw, nie te świecące na słońcu, ani uczłowieczone, zakochane jednostki.
Autor przedstawia wampiry – nazwane później wirole – jako stworzenia wyjątkowo krwiożercze, z ponadprzeciętną siłą oraz szybkością. Wirole nie posiadają magicznych umiejętności, choć dzięki swojej sile, wytrzymałości i szybkości, potrafią wzbijać się w powietrze i atakować z góry.
Wojsko planuje wykorzystać nowy gatunek, jako broń biologiczną, odporną na zranienia czy broń chemiczną.
Bo wirola nie tak łatwo zabić, choć nie jest to niemożliwe, zwłaszcza przy ich nadwrażliwości na światło.

Ale jest wyjątek.
Tym wyjątkiem jest mała dziewczynka – Amy – której zostaje również podany wirus.
Wirus, który sprawia, że Amy się zmienia, ale nie w potwora.

Książka dzieli się na dwie części.
Pierwsza dzieje się w czasach obecnych, opowiada w jaki sposób doszło do powstania wiroli i do ich wydostania się z ośrodka wojskowego.
Opowiada historię agenta FBI Wolfgasta, który dyskretnie przywozi wybraną dwunastkę skazańców do bazy.
Jego ostatnią misją jest przywiezienie Amy. Świadomość, co wojsko chce zrobić z małą dziewczynką, budzi w agencie wewnętrzny sprzeciw. Postanawia ocalić dziecko i wraz z Amy uciec, niestety zostają złapani, a wirus podany dziecku.
Gdy przemienieni skazańcy wydostają się na wolność, to właśnie agent Wolfgast wywozi Amy z ośrodka. Ukrywa się z dziewczynką wysoko w górach, przeczekując tam pierwszy rok rozprzestrzeniania się wampirów po Ameryce.
Dba o dziewczynkę i akceptując jej odmienność, którą spowodował wirus.

Druga część rozpoczyna się prawie 100 lat po wybuchu epidemii. Ludzkość to garstka ludzi, ukryta w wojskowej bazie na szczycie góry, otoczona wielkimi murami. W nocy bazę oświetlają ogromne reflektory, powstrzymując wirole przed dostaniem się do środka.
Ludzie nie mają samochodów, pralek, suszarek. Prąd, docierający do akumulatorów z odległej o dzień drogi elektrowni, potrzebny jest do oświetlana nocą bazy.
Niestety akumulatory są coraz słabsze, a ludziom grozi mrok i całkowita bezbronność wobec czającego się w mroku zagrożenia.
Pewnej nocy, pod bramą bazy, zjawia się samotna dziewczyna. Zauważa to stojąca na straży Alicia, która ryzykuje życiem, wychodząc poza mury aby ją uratować.
Tą dziewczyną jest nastoletnia Amy.
To wydarzenie jest katalizatorem wydarzeń, które doprowadzają do tego, że Alicia, Amy i jeszcze kilka osób opuszcza bezpieczną bazę i wyrusza w daleką i niebezpieczną podróż do Kolorado – miejsca gdzie sto lat wcześniej zaczęła się epidemia.


Przejście to dość spora objętościowo książka. Ale absolutnie nie powinno to nikogo odstraszyć, bo czyta się ją wyjątkowo szybko. A to za sprawą wartkiej akcji i serii niesamowitych przygód jaka przytrafia się wędrującej do Kolorado grupce ludzi.
Prócz Alici i Amy jest tam Peter, Michael, Caleb, Sara (siostra Michela) oraz Hollis.
Cała grupa podąża śladem sygnału radiowego z Kolorado, który odkrył Michael. Są przekonani, że znajdą tam pomoc dla pozostałych w bazie ludzi, którym grozi ciemność i wirole.

Podróż szybko przekształca się w walkę o przetrwanie. Autor nie daje swoim bohaterem za dużo wytchnienia od wiroli oraz innych niebezpieczeństw.
Książka jest przesiąknięta strachem przed nocą i wampirami.
Mało jest miejsc, gdzie bohaterowie mogą poczuć się bezpiecznie gdy zapadnie zmrok, odpocząć i nabrać sił przed dalszą drogą.

Historia opowiadana przez Justina Corina jest bardzo rozbudowana, autor poświęca sporo czasu drugoplanowym bohaterom i ich historiom. Wiele czasu dostają również nasi bohaterowie na swoje swoje przemyślenia, dylematy, obawy.
Przez to momentami powstają dość długie przerywniki w akcji, historia gwałtownie zwalnia. Nie mogę powiedzieć, aby były to nudne momenty w książce, wręcz przeciwnie, niemniej jednak odciągały mnie one od głównego wątku i bohaterów.

Autor ma niewątpliwie talent do tworzenia nastroju grozy i lęku. Bardzo obrazowo pokazuje czytelnikowi Amerykę po apokalipsie oraz próby radzenia sobie z ciągłym zagrożeniem, pozostałej przy życiu garstki ludzi.
Zwłaszcza, że są oni przekonani, że na kontynencie nie pozostał  żaden inny żyjący człowiek prócz nich.

Fabuła jest niesamowicie ciekawa, podoba mi się sposób ukazania wampirów oraz wizja świata po rozprzestrzenienia się wirusa.
Autor nie zdradza czytelnikowi co działo się z Amy przez prawie sto lat, dlaczego wirus nie zadziałał na nią jak na pozostałych zakażonych.
Zapewne dowiem się tego z kolejnych tomów trylogii.
Postacie są ciekawe, dobrze skonstruowane. Może polubić każdego z głównych bohaterów, zrozumieć ich decyzje i motywy.

O niektórych wydarzeniach dowiadujemy się z dzienników, które pisały dwie osoby. Jedną z nich jest nazywana przez wszystkich Ciocią, krewna Petera. Opisuje ona czas, gdy po wybuchu epidemii, wojsko ewakuowało z miast dzieci i wywiozło je pociągiem do bazy w Kalifornii.
Druga osoba to Sara, biorąca udział w podróży do Kolorado wraz z Peterem i resztą.
Takie rozwiązanie na przedstawienie niektórych wydarzeń, może sugerować, że wirole nie pokonały całkowicie ludzi, a ludzkość dostała szansę aby się odrodzić.

Czy tak się faktycznie stanie, dowiem się z kolejnych tomów, po które na pewno sięgnę.
A książkę Przejście polecam każdemu, kto lubi tematykę post apokaliptyczną, przedstawioną w ciekawy sposób opowieść.
Tak jak zapewniał S. King – od książki trudno było mi się oderwać i czytałam ją z ogromną przyjemnością.

*zdjęcie pochodzi ze strony  www.lubimyczytac.pl









piątek, 18 grudnia 2015

"Bastion" Stephen King. Nie trzeba wiele, by ludzkość przestała istnieć...



Grypa jako przyczyna apokalipsy, zabijająca większość ludzi na świecie?
Śmieszne, powiecie.
I takie by było, gdyby za ten pomysł nie zabrał się S. King.
Bo w jego książce – Bastion –nic śmiesznego nie ma. Wręcz przeciwnie.

Większość książek o zagładzie ludzkości, masową śmierć przypisuje wojnie atomowej. W sumie nic dziwnego, broń atomowa przeraża i nic dziwnego, że pisarze często po ten motyw sięgają.
Ale King postanowił zaszaleć i jako sprawcę apokalipsy użył wirusa supergrypy. Śmiertelność 99,4%.
I w ten oto nowatorski sposób, uśmiercił większość Amerykanów, a i reszcie świata raczej nie darował.
Gdy USA staje się wielkim masowym grobem, wirus oszczędza nielicznych ludzi.
Ludzi, którzy zaczynają śnić przerażające sny o mrocznym mężczyźnie oraz o starej murzynce emanującej spokojem.
Ta dwójka to przeciwstawne bieguny – zło i dobro.
Kogo wybiorą ocaleli z pogromu?

Książka jest objętościowo ogromna, moja ma 1164 strony zapisane drobnym drukiem.
Nie zniechęca jednak jej objętość, poza tym cała historia wymaga takich gabarytów.

King swoim zwyczajem, wprowadza czytelnika w akcję powoli, z detalami. Pokazuje nam swoich bohaterów, opowiada o nich szczegółowo, sprawia, że dobrze ich poznajemy.
 A następnie zabija większość ludzkości i pozwala toczyć się akcji.

W świecie po pomorze ludzie gromadzą się w dwóch miastach, które oddziela od siebie łańcuch górski – Las Vegas i Boulder, zwane Wolną Strefą.
Las Vegas to królestwo mrocznego mężczyzny, lęku, przerażenia i zła.
Do Boulder ciągną ocaleli, którzy opowiadają się po stronie dobra.
Wśród nich ci, którzy pod wodzą starej murzynki, będą musieli stawić czoła złu w jego odwiecznej walce z dobrem.

Bastion to po trochę książka drogi, po trochę książka traktująca o odwiecznej walce dobra ze złem. To również krytyczna ocena społeczeństwa nastawionego tylko na władzę i pieniądze.
Przez całą książkę towarzyszy czytelnikowi cień mrocznego mężczyzny, nieunikniona konfrontacja i walka.
Walka o co, można by zapytać. Przecież świat jaki znaliśmy przestał istnieć. Nie ma nic, prócz garstki ludzi.
Otóż jest o co walczyć, jak udowadnia nam King. Bo gdy nie ma już nic, zawsze pozostaje człowiek i jego dusza.

Książka Kinga mocno wciągnęła mnie w swój świat. W przerażający klimat sennych koszmarów oraz tragedii, która jest tak ogromna, że wręcz niepojęta.
Udowodniła, że to nie prawda, że ludzie są z gruntu dobrzy, tylko czasami schodzą na złą stronę.
Autor pokazał, że brak widma kary i ograniczeń sprawia, że z ludzi wychodzi wszystko co najgorsze. Że brak wizji poniesienia konsekwencji za swoje złe czyny, powoduje, że ludzie się przed nimi nie powstrzymują.

Co urzekło mnie w Bastionie?
Ja zwykle bohaterowie i ich historie. Świetnie nakreśleni, pokazujący nam co mają w swoich duszach, dzielący się z czytelnikiem swoimi lękami, radościami i myślami.
Fabuła. Niby banalna, przewidywalna, oklepana. No właśnie – niby.
Bo to niesamowita opowieść, która z poruszanych wiele razy wcześniej motywów, tworzy nieszablonową historię.
Książka ta nie jest horrorem, ale mimo to powoduje niepokój i lęk podczas czytania.
Trochę brakuje mi rozwinięcia niektórych postaci, zwłaszcza, że King sugerował, że odegrają ważną rolę w tej opowieści.
Pomniejszenie ich ważności, trochę zbiło mnie z tropu parę razy.
Choć muszę przyznać, że z jednej strony to całkiem zgrabna sztuczka na zaskoczenie czytelnika.

King napisał Bastion w 1978 roku, czyli w czasach Zimnej Wojny, gdy strach ludzi przed bombą atomową był realny i ogromny.
Zmusza czytelnika, do zastanowienia się przez chwilę nad tym, do czego zmierza świat.
Czy ta szaleńcza pogoń za techniką, rozwojem, pieniędzmi i władzą nie doprowadzi nas kiedyś do wydarzeń rodem z Bastionu.

*zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl






piątek, 13 listopada 2015

"Metro 2035" Nie ma złudzeń, jest metro…





Treść może zawierać SPOILERY, sugerujące rozwój akcji.


Czekałam na tą książkę niecierpliwie. Bardzo niecierpliwie.
W końcu jest!
Wiedziałam czym „pachnie” metro. Jaki to klimat, jakie wrażenia.
Z radością lecz i obawą zasiadłam do czytania.
Nie rozczarowałam się…


Witamy w moskiewskim metrze. 
Podziemiach, gdzie 40 tysięcy ludzi żyje od 20 lat, po atomowej wojnie.
Miejscu gdzie nie ma przyszłości, jest tylko teraźniejszość i wspomnienia o przeszłości na górze.
Miejscu gdzie umarła nawet nadzieja…


Trzeci tom trylogii Dmitra Glughovskyego zabrał mnie ponownie w świat metra. W jego ciemne tunele, stacje, społeczności.
Do miejsca, w którym nigdy nie chciałabym się znaleźć.

Jest to książka, której akcja dzieje się 2 lata po wydarzeniach z Metra 2033 i opowiada historię Artema.
Chłopaka – bohatera. Wybawiciela metra.
Ale na tej otoczce pojawiają się rysy i pęknięcia. Bo Artem wychodzi codziennie na powierzchnię z radiostacją, aby słuchać i nawoływać… Innych ocalonych.
Bo Arem wierzy, że nie tylko oni ocaleli…
Bo chce ich odnaleźć...
Bo ma nadzieję... A to niebezpieczne.
Do Artema dołącza Homer, staruszek z Metra 2034. I razem ruszają w podróż po metrze. A cel jest jeden, odnaleźć osobę, która podobno odebrała sygnał spoza metra.
Do tej dwójki dołącza jeszcze Losza, sprzedawca – wybaczcie za dosłowność – gówna.

Nieprzewidziane wypadki rzucają Artemem po różnych stacjach. Plącze się w sytuacje bez wyjścia, szafuje swoim życiem.
Zostaje napromieniowany, pobity, postrzelony, poparzony, połamany.
Ale mimo to nie poddaje się. Coraz bardziej brnie do przodu, mimo iż ludzie są przekonani, że w końcu zwariował.
Nie układa mu się z żoną, ale zrobi wszystko, aby ludzie mogli żyć na powierzchni. Poświęci temu celowi nawet swoje życie.

Akcja całej książki jest szybka i zmienia się jak w kalejdoskopie. W pewnym momencie nie wiadomo już kto jest przyjacielem, a kto wrogiem.
Ludzie stracili już nadzieję, wolę walki, chęć do życia.
Panuje coraz większa beznadzieje i marazm.

Odnosi się wrażenie jakby całe metro zmierzało wprost ku całkowitej destrukcji, jakby czekało wstrzymując oddech. W zniecierpliwieniu parło do przodu, aby coś się dokonało, coś się zmieniło.
Nie ważne co, ważne aby coś się wydarzyło i zmieniło egzystencję ludzi z metra.
Jednocześnie, jak się okaże, ludzie mimo pragnienia normalnego świata, mimo wspomnień poprzedniego życia,  nie mieli w sobie już tyle odwagi, aby metro opuścić…

Artem mimo fizycznego wycieńczenia, sponiewieranego i poranionego ciała, napromieniowania, wciąż prze do przodu. W desperacji , gorączkowo pragnie zmienić życie ludzi z metra, pragnie odnaleźć dla nich i dla siebie miejsce na powierzchni, gdzie będą mogli normalnie żyć.
Mimo niepowodzeń, nie poddaje się.
Do czasu, gdy wreszcie dotrze do niego, że ci ludzie nie chcą jego pomocy, jego poświecenia w szukaniu życia na powierzchni.
Zrozumie wreszcie, że 20 lat w metrze pozbawiło ich resztek człowieczeństwa i woli życia, a nie tylko egzystencji.
Że dla nich najważniejsze jest metro, jedzenie, wegetacja. Nie ma w nich pragnienia zmiany. Boją się jej i nie chcą jej.
Wolą znaną sobie egzystencję i wegetację w metrze, niż niepewne życie na powierzchni.

Upodlenie ludzi jest tak ogromne, że ci, którzy rządzą poszczególnymi stacjami, pozwalają sobie na coraz więcej przemocy.

Odnosi się wrażenie, że Artem to jedyny człowiek w całym metrze, który naprawdę chce wyjść, żyć inaczej. Że widzi co się z tymi ludźmi dzieje, jak zanikają w nich ostatnie resztki człowieczeństwa.

Książka jest ciężka za sprawą klimatu. Jest ciężko, depresyjnie, przygniatająco.
Tego się spodziewałam, choć może nie w tak dużej dawce.
Autor nie pozostawia czytelnikowi złudzeń, co do dalszego losu metra i zamieszkujących go ludzi.
Pokazuje całą zgniliznę wegetacji, poniżenie, upodlenie.
Odziera mieszkańców metra ze wszystkiego.
Tam umiera nawet nadzieja, nie ma już nic.
Nic prócz Artema, który dąży do realizacji celu za wszelką cenę. 
Czy mu się uda go osiągnąć? Trzeba przeczytać aby się przekonać.

Zakończenie to nie tylko otwarta furtka do kolejnego tomu, to wręcz otwarta na oścież brama, która aż się prosi o to, aby napisać co się działo „potem”.

Liczę że Dmitry Glukhovsky to zrobi.


* Zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl

wtorek, 10 listopada 2015

"Metro 2034" Pamiętaj… w podziemiach Metra nigdy nie będziesz bezpieczny…






Drugi tom trylogii Dmitra Glukhovskiego.  Wyczekiwany przez mnie z niecierpliwością, ale i obawą.
Po świetnym i tchnącym świeżością Metrze 2033, obawiałam się „klątwy drugiego tomu”.
Czy słusznie?
Wg mnie nie.

Czytając Metro 2034 zanurzyłam się ponownie w świat mrocznych i niebezpiecznych tuneli moskiewskiego metra.
Znów podróżowałam w ciemnościach, zmagałam się z totalnym brakiem nadziei.
Po raz kolejny zastanawiałam się, czy autor da mieszkańcom metra nadzieję na życie na powierzchni…

W tym tomie poznajemy nowych bohaterów, Homera – wiekowego idealisty i samozwańczego kronikarza metra, młodego Ahmeda oraz powracającego „z zaświatów” Huntera.
Potem do nich dołączy Sasza, młodziutka dziewczyna, córka wygnanego naczelnika Awtozawodskiej.

Mieszkańcom stacji Sewastopolskiej zaczynają zagrażać nowe formy życia, które próbują dostać się na stację. A dostawy amunicji się urywają.
Zagadkę urwania się dostaw wyjaśniają powyżsi uczestnicy wyprawy.

Klimat Metro 2034 utrzymało taki sam jak jej poprzedniczka. Nic się nie zmieniło, ludzie w metrze wegetują, coraz bardziej zatracając się w egzystencjonalnej beznadziei.
Nie ma już wiary w jakiekolwiek jutro. Ważne jest przeżycie kolejnego dnia, tygodnia, miesiąca.

Tunele nie stały się bezpieczniejsze, obce formy życia próbują dostać się do metra, wyprawa musi przywrócić dostawy amunicji.

Ten tom jest bardziej „prosty” wg mnie. Jest cel, jest konkretne zagrożenie, jest konkretna misja do wykonania. Są po drodze niespodzianki i nieprzewidziane zwroty akcji, ale nie ma tej otoczki tajemnicy, niepewności. Wróg jest znany i bardzo „przyziemny”. Nie ma niepewności, jak ta którą odczuwał Artem odnośnie Czarnych.

Jest jedna rzecz, która trochę mi przeszkadzała podczas czytania. Były to filozoficzne rozmyślania Homera. Trochę przegadane, trochę ich za dużo.
Nie przeszkadzał mi za to wątek uczuciowy.
A nawet byłam zadowolona z jego pojawienia się. To jakby abstrakcja, że w takich warunkach, w takiej beznadziei może pojawić się prawdziwe uczucie. Coś dobrego i czystego.
Niestety w starciu z rzeczywistością metra nie daje sobie rady. 
Nie jest wybawieniem, raczej przekleństwem.

Akcja jest bardzo dynamiczna, szybko mknie do przodu, zaskakuje. Choć rozwiązanie „zagadki” nie jest już takim WOW, jakie ogarnęło mnie przy czytaniu Metra 2033. Może dlatego, że autor zbyt realnie nakreślił świat moskiewskiego metra i przygotował czytelnika na to, że tam stać się może praktycznie wszystko. Wszystko prócz ocalenia…

Upadli bohaterowie, złamane serca, stracone resztki nadziei i wiary w ludzi…
To wszystko w Metrze 2034 jest.
I przygniata bohaterów tego tomu do samej ziemi, łapie w szpony beznadziei. Poniewiera resztkami człowieczeństwa.

Więc podsumowując, ja z tej książki byłam bardzo zadowolona. Mimo, że inna od Metra  2033, to zachowała jej pierwotny klimat.
Wciągnęła, sponiewierała i zostawiła w lekkiej zadumie nad tym, do czego dąży ludzkości.

Czyżby do metra?


*zdjęcie pochodzi ze strony: www.metro2033.pl

środa, 4 listopada 2015

"Metro 2033" Obejrzyj się przez ramię, sprawdź kto za tobą podąża w ciemności...

Dmitry Glukhovsky – Metro 2033







Metro 2033 zostało wydane ponad 5 lat temu. Nie towarzyszyła temu wielka feta czy promocja.
A jednak książka ta okazała się genialną pozycją, która zainspirowała wielu innych pisarzy, do umieszczenia akcji swoich książek w uniwersum Metra 2033.
Nie będę pisała o nich. Skoncentruję się dziś na książce, której autorem jest Dmitry Glukhovsky.
Trafiłam na nią przypadkiem podczas włóczenia się po Empiku. Nie wiedziałam kompletnie nic o tej książce, zdecydował opis na okładce.
Do dziś cieszę się ogromnie, że zawędrowałam wtedy do księgarni…

Metro 2033 zrobiło na mnie piorunujące wrażenie. Pomysł, akcja, postacie – spodobało mi się wszystko.
Podział Moskiewskiego metra na małe społeczności zamieszkujące poszczególne stacje, tworzące małe państwa - miasta, po katastrofie nuklearnej jest świetny. Ludzie, którzy ocaleli ukrywają się w metrze przed promieniowaniem oraz nowymi formami życia, które powstały na powierzchni.

Społeczności te handlują między sobą, zawierają sojusze, toczą walki. W tym świecie poznajemy Artema, chłopca, który aby ocalić stację, na której żyje, musi przejść całe metro – dotrzeć aż na jego drugi koniec.
A nie będzie to łatwe, ani tym bardziej bezpieczne.
Artem pozna inne społeczności, ich światopogląd oraz to co czai się w mroku, pomiędzy stacjami…
I nie ma pewności, że gdy już dotrze do swojego celu osiągnie to co zamierzał.

Klimat beznadziei w tej książce jest bardzo przytłaczający. Życie w mroku, pod ziemią, bez nadziei na wyjście na powierzchnię, na życie jakie ludzie wiedli przez III Wojną Światową, która zniszczyła ich świat.
Ludzie starają się funkcjonować pod ziemią, ale nie jest to łatwe ani bezpieczne. Nie mają żadnej przyszłości, prócz prób przetrwanie kolejnego dnia w metrze.
Wędrówka Artema przez tunele mimo, że nie jest przerażająca, to budziła we mnie lęk i ciągłe obawy, co wyłoni się z mroku. Wywoływała niepokój i strach.
Artem w całej książce wydawał mi się dość naiwny, łatwowierny i z gruntu dobry. Mimo wszystkich „niespodzianek” jakie zaserwowało mu Moskiewskie metro podczas jego podróży, pozostał wciąż zadziwiająco niewinny.
Wchodząc razem z nim na kolejne stacje, byłam niezwykle ciekawa co zastanę. Jak żyją ludzie na kolejnych stacjach.
Schodząc do tuneli pomiędzy stacjami, tak jak Artem odczuwałam strach, miałam chęć obejrzeć się przez ramię, by zobaczyć czy wciąż jestem tam sama, czy nic nie podąża moim tropem.

Książka jest niezwykle wciągająca, akcja sprawnie mknie do przodu, a czytelnik dowiaduje się coraz więcej o mieszkańcach  metra. Natomiast praktycznie nic nie dowiaduje się o istotach żyjących na powierzchni…
No właśnie.
Metrem rządzi strach… Przed zmutowanymi szczurami, przed istotami czającymi się w odnogach tuneli, przed faszystami czy ludożercami zamieszkującymi poszczególne stacje.
I strachem przed Czarnymi, którzy żyją na powierzchni właśnie, ale próbują dostać się do metra…

Bywały takie momenty podczas wędrówki Artema tunelami, że czułam taki lęk, że chciała krzyknąć „uciekaj Artem, zwiewaj ile sił. Tam coś się czai na ciebie”.
Ten strach udzielał się i mi podczas czytania książki.
Niesamowite, prawda?

Metro 2033 przeczytałam dopiero jeden raz.  Specjalnie dałam sobie do powtórnego czytania tyle czasu, aby fabuła trochę zatarła się mi w pamięci. Żeby na nowo odkryć kolejne stacje, poczuć w tunelach lęk i po raz kolejny zostać zaskoczona zakończeniem.
Może nie będzie już na końcu takiego WOW jak za pierwszym razem (to naturalne, gdy człowiek wie, jak kończy się książka), ale na pewno będzie znów kilka wieczorów spędzonych w Moskiewskim metrze, pełnych lęku i oglądania się przez ramię.

*zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl