wtorek, 29 grudnia 2015

"Podzieleni" Potną, podzielą na części. W majestacie prawa...






Jesteś niesfornym dzieckiem? Wpadasz często w kłopoty? Jesteś przyczyną problemów wychowawczych?
Lepiej uważaj. Bo gdy skończysz lat trzynaście, rodzice mogą cię… podzielić.

Gdy czytałam opis z tyłu książki, nie mogłam uwierzyć, że ktokolwiek wpadł na taki pomysł.
A jednak.

Akcja książki dzieje się w USA, po wyniszczającej wojnie, której walki toczyły się pomiędzy Obrońcami Życia a Zwolennikami Wolnego Wyboru.
Aby nastał pokój ustalono przerażający kompromis:

„ Życie ludzkie jest nienaruszalne od momentu poczęcia, aż do wieku lat trzynastu. Jednakże pomiędzy trzynastym a osiemnastym rokiem życia, rodzice mogą zdecydować się na „podzielenie” swojego dziecka, wskutek czego, wszystkie jego organy zostają przeszczepione różnym biorcom. Można się zatem takiego dziecka pozbyć, jednak formalnie rzecz biorąc jego życie nie dobiega końca, bowiem wszystkie jego części żyją w ciałach innych osób.” (cytat z www.lubimyczytac.pl)

Brzmi strasznie? I takie jest w rzeczywistości. Bo wszystko to dzieje się w majestacie prawa i z przyzwoleniem władz.
A dzieci? No cóż, ich nikt o zdanie nie pyta. Czy chcą żyć w swoim ciele, swoim życiem.

Głównymi bohaterami są Connor, Risa i Levi – trójka nastolatków oddanych do podzielenia, każde z innego powodu. Connor, bo to chłopak z „problemami”, którego na podzielenia zapisują jego rodzice, Risa jako za mało utalentowaną sierotę postanowiono przeznaczyć na części, Levi, jako dziesięciorodny od urodzenia był przeznaczony do podzielenia, które uznawano za zaszczyt.
Zbieg okoliczności sprawia, że ta trójka spotyka się podczas ucieczki Connora do ośrodka w celu dokonania podzielenia i razem się ukrywają przez poszukującymi ich władzami.
To co muszą osiągnąć, to przeżyć do swoich 18tych urodzin, aby móc dalej żyć…

Książka mimo iż kierowana do młodzieży, spodoba się również starszym czytelnikom.
Jest pełna dynamicznej akcji, ciekawych rozwiązań, dobrze nakreślonych bohaterów.
Fabuła jest wciągająca, a głównym bohaterom zawsze wieje wiatr w oczy.
I to nie tylko z powodu poszukujących ich władz. Ale również z powodu Leviego, który ma tak wyprany przez religię mózg, że uratowanie do od podzielenia uważa za krzywdę i robi wszystko aby wrócić do ośrodka, gdzie dokona się jego przeznaczenie.
A co za tym idzie, naraża swoich towarzyszy na niebezpieczeństwo i śmierć.
Levi to postać, której nie potrafiłam polubić. Mimo, że w sumie został skrzywdzony, nie zdołałam zapałać do niego sympatią. Było mi żal tego zagubionego chłopca, któremu przez całe jego życie wmawiano, że jest wyjątkowy tylko dlatego, że zostanie podzielony.
 Autor nie skupił się na wątku miłosnym, jak to często bywa w książkach kierowanych do młodzieży, za to z całą przerażającą  dokładnością pokazał czytelnikowi czym jest podzielenie, ukazał zmiany jakie zaszły w bohaterach, ich spojrzeniu na świat, życie i śmierć.
Nie mogłam uwierzyć, że rodzice potrafili po 13 latach, skazać swoje własne dziecko na śmierć. To całkowite pozbawienie ich uczuć, było dla mnie ciężkie do zaakceptowania.
Bo jak się okazuje, oddanie dziecka na podzielenie to nie przymus, to wolna wola rodziców czy opiekunów dzieci.
To również sposób na pozbycie się niechcianych sierot.
A to wszystko z górnolotnym przesłaniem o służeniu innym i życiu wiecznym.
Książka przypomina mi trochę film Wyspa. Ten sam motyw potraktowania człowieka jako chodzącego dawcę narządów. Niestety jeszcze za jego życia.


Powiem szczerze, że trochę wstrząsnęła mną ta książka. Bo mimo iż to odrażający pomysł, całkowicie i z gruntu zły, to znów wcale nie jest taki nieprawdopodobny. Może nie w takiej formie, ale jednak.
Przecież handel organami kwitnie na świecie, ludzie są porywani i mordowani dla narządów. Jest to wyjątkowo cenny „towar”, a pieniądze i chciwość mogą pozbawić człowieczeństwa niejedną osobę.
Książkę można traktować jako pojedynczą powieść z otwartym zakończeniem, lub sięgnąć po kolejne tomy, które mają się ukazać.
Autor zmierzył się z niesamowitym pomysłem i wyszedł z tej próby zwycięsko.
Ja osobiście polecam Podzielonych.


*zdjęcie pochodzi ze strony   www.lubimyczytac.pl


niedziela, 27 grudnia 2015

"Ostatni pociąg do Paryża" Ciekawy pomysł, nieciekawie opowiedziana historia.





Książka pani Michele Zackheim napisana w formie wspomnień wiekowej już kobiety, opowiada o przedwojennych latach, które ta spędziła w Paryżu pracując jako dziennikarka. Dzięki zaangażowaniu dziewczyna dostaje wymarzony awans na korespondentkę zagraniczną i zostaje oddelegowana do Berlina.
Tam poznaje tajemniczego Leona, w którym się zakochuje, obserwuje dochodzenia do władzy absolutnej Hitlera, potęgujący się antysemityzm oraz coraz bliższe widmo wojny.

Akcja rozpoczyna się, gdy ponad osiemdziesięcioletnia Rose otrzymuje swój stary kufer z rzeczami osobistymi z czasów przedwojenno-wojennych. Kufer, który do tej pory stał zdeponowany w piwnicach jej dawnej, paryskiej redakcji.
Staruszka otwiera go i zaczyna wspominać tamten czas, ludzi i wydarzenia.

Rose Manon, wychowana w Ameryce córka Amerykanina i Żydówki od dziecka marzyła aby zająć się dziennikarstwem.
Trudne relacje z matką oraz choroba alkoholowa ojca zmuszają ją do wyjazdu z Nevady do Nowego Jorku i zmierzeniu się z samodzielnością. Dzięki sile i determinacji, udaje się jej dostać pracę jako dziennikarka najpierw w Nowym Jorku, a następnie w Paryżu.

Rose to postać, której nie potrafiłam polubić. Ani na początku książki ani na jej końcu. Ani jako młodej dziewczyny, ani jako staruszki.
Obraz tej postaci, jaki stworzyła autorka, to osoba wiecznie skupiona na sobie, skoncentrowana na swoich problemach, oczekiwaniach i potrzebie bycia docenianą.
To kobieta, która nie potrafiła sobie poradzić z brakiem miłości i akceptacji ze strony matki oraz ze swoim żydowskim pochodzeniem.
Jej wieczne użalanie się nad sobą powodowało, że nie zauważała tragedii, która dotykała jej przyjaciół i najbliższych znajomych.
Nawet jej miłość do Leona wydawała się być miałka, jakby to nie ten mężczyzna był jej potrzebny, ale uczucie jakim ją darzył.Uczucie, które miało ją zapewnić o własnej atrakcyjności, w którą często wątpiła.

O ile Rose nie potrafiła wzbudzić we mnie sympatii, o tyle jej matka Miriam, wzbudziła we mnie ogromne emocje. Przede wszystkim pogardę oraz niechęć.
Bowiem Miriam, to osoba do szpiku kości egocentryczna, a pod płaszczykiem uroku, czaru, elokwencji i talentu malarskiego – zwyczajnie zła.
A dodatkowo Miriam okazała się ogromną antysemitką, wypierającą się swojego żydowskiego pochodzenia, gardzącą żydami.
Stała się bezpośrednią przyczyną zesłania do obozu koncentracyjnego rodziców Leona, podejmując świadome działania, które do tego doprowadziły. Nie czując z tego powodu skruchy ani żalu. Ba, była wręcz dumna z tego, że „pomogła córce pozbyć się ciężaru, którym Leon z rodzicami na pewno by dla Rose się stali”.
Miriam była dla mnie przerażającą postacią.
W dodatku jako jedyna budziła jakiekolwiek uczucia, gdyż reszta bohaterów tej książki jest wyjątkowo bezbarwna.
Brakuje im wyrazistości, nie budzą w czytelniku żadnych uczuć. Pojawiają się w tej opowieści, po to tylko by zniknąć bez echa.
Szkoda, bo to zmarnowany potencjał.
Lata, o których opowiada Rose, to czasy grozy, strachu i śmierci. To wybuch antysemityzmu, czasy pogardy i upadku człowieczeństwa.
I mimo, że Rose obserwowała to wszystko z bliska, jej wspomnienia są wyjątkowo powierzchowne i nijakie.

Tematyka książki i poruszone w niej problemy są ciekawe.
Niestety Michele Zackheim nie poradziła sobie z nimi. Za bardzo skoncentrowała się na ciągłych wewnętrznych rozterkach głównej bohaterki, a to spowodowało, że groza tego co się działo w Europie, potraktowała po łebkach i bez większego zaangażowania.
Dodatkowo tragedia, która spotyka rodzinę Rose – śmierć kuzynki Stelli podczas pobytu w Paryżu z ciotką – a następnie proces jej mordercy, są przez nią relacjonowane jakby od niechcenia.
Ta historia śmierci Stelli jest zresztą prawdziwym wydarzeniem z życia autorki.

Co mam do zarzucenia książce?
Przede wszystkim brak wyrazistości postaci, ogromna bezbarwność w opisywanej przez Michele Zackheim historii. Zbyt powierzchowne potraktowania tego co działo się w Europie w latach przedwojennych, jak i po wybuchu II Wojny Światowej.
Ale przede wszystkim odarcie fabuły z uczuć i emocji oraz stworzenie papierowych bohaterów.
W dodatku Rose do końca pozostała egoistką, co wyraźnie pokazuje jej reakcja na opowieść o losach Leona, które poznaje dopiero w 1989 roku.

Ciężko czyta się książkę, gdy nie ma w niej ani jednego bohatera, do którego czytelnik się przywiązuje, którego można polubić, przejmować się jego losami.
A taką książką jest właśnie Ostatni pociąg do Paryża.


*zdjęcie pochodzi ze strony  www.lubimyczytac.pl





sobota, 26 grudnia 2015

Tajemnice Lasu. Baśń bez magii, musical bez uczuć...






Jestem niepoprawną wielbicielką musicali. Tych starszych, jak Deszczowa piosenka, Jesus Christ Superstar, po te nowsze – Upiór w Operze, Moulin Rouge czy Chicago.
Uwielbiam słuchać muzyki połączonej z pięknym obrazem i wciągającą fabułą.

I tego właśnie się spodziewałam po Tajemnicach Lasu.
Pomysł twórcy mieli przedni, połączenie w jednym filmie kilku baśni, a to wszystko na tle mrocznego i niebezpiecznego lasu.
Tak więc mamy Kopciuszka, Roszpunkę, Czerwonego Kapturka, Jasia i magiczną fasolę (w filmie nazwanego Jack), mamy obowiązkowo Czarownicę i małżeństwo starające się o dziecko.
I to właśnie owo małżeństwo jest punktem stycznym wszystkich bohaterów musicalu.
Gdyż aby Czarownica zdjęła z nich klątwę, która uniemożliwiała im posiadanie dziecka, musieli oni zdobyć kilka rzeczy.Białą jak mleko krowę (od Jacka), złoty pantofelek (od Kopciuszka), blond włosy (od Roszpunki) oraz czerwony płaszcz (od Czerwonego Kapturka).

Pierwsza część filmu to mieszanina baśni, nieoczekiwanych zwrotów akcji, na tle oryginalnych baśni. Do tego kilka naprawdę ładnych piosenek. Wszystko koncentruje się na młodym małżeństwie, które gorączkowo stara się zdobyć wymagane rzeczy, aby Czarownica zdjęła z nich klątwę. Podczas swych poszukiwań spotykają w/w postacie, dzięki czemu poznajemy ich historię.
Pierwsza część kończy się typowym happy endem.

Ale, gdy pada sakramentalne „ i żyli długo i szczęśliwie” rozpoczyna się druga część filmu.
Część, w której twórcy filmu pokazują, że to „długo i szczęśliwie” wcale nie trwa długo, a już na pewno nie szczęśliwie.
Książę okazuje się zwykłym podrywaczem, chciwość prowadzi do tragedii, zdrada małżeńska tragicznych w skutkach wydarzeń.
I o ile w pierwszej części skakanie od baśni do baśni się sprawdza i daje fajne efekty, o tyle w drugiej części wprowadza zbytni chaos.
W dodatku bohaterowie wydali mi się jakby pozbawieni wyrazistości, płascy i całkowicie bez uczuć. Nie wiem czy to wina aktorów – choć nie sądzę, w pierwszej części filmu byli zdecydowania lepsi – czy tak słabo rozpisanych ról.
Niby wszystko było jak trzeba, ale nie przemawiało to dla mnie, choć cała ta druga część miała lepszy potencjał niż pierwsza. Mogła doskonale pokazać, jak wygląda szara rzeczywistość miłości jak z bajki, rozczarowania spełnionymi marzeniami, czy zdobyciem upragnionego bogactwa.
Takie zestawienia tego o czym się marzyło, z tym co się otrzymało.
Od strony muzycznej również rozczarowała mnie druga część musicalu. Kilka utworów, które wydawały mi się „na jedno kopyto”.

Film zachwyca swoją stroną wizualną. Las jest mroczny, Czarownica nie jest karykaturą wiedźmy, książęta są odpowiednio przystojni, a potencjalne księżniczki odpowiednio piękne.

Niestety film podobał mi się jedynie do połowy. Później emocje zniknęły i nie mam tu na myśli tylko miłości i ekscytacji. Zabrakło każdych emocji, żalu, rozczarowania, smutku.
Przyznam się, że trochę dłużyła mi się ta druga część filmu. Odnosiłam wrażenie, że twórcy nie mieli na nią pomysłu, nie wiedzieli co zrobić z bohaterami ani jak pokierować ich dalszym losem.
Nieumiejętnie odarto ten film z baśniowości, zepsuto bohaterów zmuszając ich do powrotu do punktu, z którego startowali. Pozbawiono ich nadziei, że mogą zmienić swoje życie na lepsze.
Dla mnie to było smutne, bo nie na tym polega czar baśni, ich urok i magia.
Tej magii w Tajemnicach Lasu zdecydowanie nie było. I to chyba mój największy zarzut pod adresem tego filmu.
Baśń bez magii?
Musical bez silnych uczuć i emocji?
To nie moja bajka niestety.

*zdjęcie pochodzi ze strony   www.filmweb.pl









poniedziałek, 21 grudnia 2015

"Francuski romans. Miłość w czasach Wielkiej Wojny"



Książka pani Jennifer Robson zaciekawiła mnie opisem na okładce i dobrymi opiniami w internecie.
Nastawiłam się na dobrą powieść obyczajową, z elementami romansu – a to wszystko na tle I Wojny Światowej.

Akcja zaczyna się od przyjęcia na cześć zaręczyn brata Lilly - Edwarda, które dla dziewczyny jest tylko żmudnym obowiązkiem.
Jej rodzice, hrabiostwo, oczekują od niej, że szybko wyjdzie za mąż, za kandydata, którego jej wybiorą i będzie prowadziła życie odpowiednie dla jej pozycji społecznej.
Jednak dziewczyna ma inne pragnienia, a spotkanie z przyjacielem jej brata – chirurgiem Robertem Frasera’em ,pochodzącym z nizin społecznych, sprawi, że Lilly będzie za wszelką cenę dążyła do spełnienia swoich marzeń.
Niedługo potem wybucha I Wojna Światowa, a Lilly zacznie realizować swoje pragnienia i dążyć do wytyczonego celu- chęci zostania kierowcą ambulansu w szpitalu polowym w objętej wojną Francji.


Akcja książki dzieje się w przededniu wybuchu I Wojny Światowej, a kończy po jej zakończeniu – czyli w latach  1914 -1918.
To nie były łatwe lata dla młodej dziewczynie, marzącej o studiach, pracy i realizowaniu marzeń. A dla dziewczyny z arystokracji były to sprawy praktycznie nieosiągalne – tak samo jak ślub z miłości, a nie obowiązku.
Mimo wszystko, motywująca ją rozmowa z Robertem sprawia, że dziewczyna nie poddaje się i próbuje wszelkimi sposobami dążyć do wyznaczonego sobie celu.

Ciężko mi jednoznacznie stwierdzić, czy ta książka mi się podoba.  Autorka podjęła się trudnego tematu, jakim jest rodzące się uczucie pomiędzy Lilly a Robertem, w strasznych realiach wojny.
Próbowała ukazać czytelnikowi koszmar wojennych zmagań, jednocześnie nie pozbawiając ówczesnego świata piękna miłości.
Lilly, początkowo naiwna młoda arystokratka, zmienia się na kartach książki w odważną i zdeterminowaną młodą kobietę. A przynajmniej w zamyśle ma się taką stać.
Niestety wciąż pozostaje niewinną dziewczyną, która często sprawia wrażenie zagubionej i niepewnej.
Podział społeczeństwa na klasy społeczne odgrywa w tej książce ważny element, który moim zdaniem jest bez potrzeby wyeksponowany w wewnętrznych dylematach głównych bohaterów.
W sytuacji, gdy każdy dzień przynosi śmierć, kalectwo i rozpacz, troska o to, że inni pracownicy szpitala polowego dowiedzą się, że Lilly jest arystokratką i to córką hrabiego, wydawała mi się nie na miejscu.
Rozumiem chęć Lilly, aby nie oceniano jej przez pryzmat pochodzenia, ale dziewczyna udowodniła swoją wartość jako kierowca, więc jej rozpacz, że tajemnica się wydała, wydawała mi się za bardzo przez autorkę wyolbrzymiona.

Bardzo ciekawie pokazany jest za to Robert, jego praca jako chirurga, jego niepewność, lęki, nocne koszmary i obawy o życie Lilly.
Jest ciekawą postacią, którą od razu się lubi.
Interesujący jest również brat Lilly – Edward.
Mimo, że jest go w książce mało i jest postacią drugoplanową, polubiłam go bardziej niż Lilly. W jego przypadku udało się autorce zasiać w czytelniku ciekawość co do jego dalszych losów.

Książkę w pewnym momencie dominuje romans Lilly i Roberta. Uczucie niewłaściwe z kilku powodów, pochodzenia obojga, zasad panujących w szpitalu polowym oraz wyraźnego sprzeciwu rodziców Lilly.
Mimo wszystko uczucie kwitnie, nieliczne chwile, która bohaterowie mogą spędzić razem, nie są dla ich miłości żadną przeszkodą.
Niestety niepokój o życie Lilly każe Robertowi odrzucić uczycie dziewczyny i tym samym sprowokować ją od opuszczenia Francji.
Ten jakże nowatorski plan nie wypala. Dziewczyna jest uparta, a silna wola Roberta słaba.

Przyznam się, że ten zwrot akcji, wydał mi się wyjątkowo słabo poprowadzony. Kompletnie pozbawiony emocji, wciśnięty na siłę w fabułę, aby wywołać burzę uczuć i dodać akcji odrobinę dramatyzmu.
W moim przekonaniu, całkowicie się to nie udało.
Co więcej, uważam, że przez ten zwrot akcji, bohaterowie stają się papierowi i nijacy.
Ze złamanymi sercami dwójki młodych ludzi, autorka zdecydowanie sobie nie poradziła.
Lilly i Robert ożywają na kartach powieści dopiero, gdy spada na nich wiadomość o zaginięciu Edwarda.
Jest to katalizatorem do pojednania, przeprosin, akceptacji uczuć i ich konsekwencji.
Mimo wszystko książka trochę straciła w moich oczach, jakby uszła z niej para.
Niby było wszystko co powinno, akcja była ciekawa, a jednak nie potrafiłam już wciągnąć się w losy Lilly i Roberta. Jakbym czytała relację o ich losach z drugiej ręki, od kogoś kto stał z boku i tylko się przyglądał.

Książka ma ciekawą historię, interesujące ramy czasowe, bohaterów, którzy mogliby być naprawdę niesamowicie interesujący.
Ale czegoś w niej zabrakło.
Chyba sympatii do głównej bohaterki, bo Lilly jest wyjątkowo nijaka. W dodatku chęć szybkiego opowiedzenia tej historii sprawiła, że autorka odarła ją z wyrazistości i kolorów.
Bo książka jest krótka – 356 stron dużej czcionki.
I chyba to sprawiło, że Jennifer Robson prześlizgnęła się po powierzchni swoich bohaterów, zamiast dać im szansę, aby czytelnik dobrze ich poznał i zrozumiał.

Na okładce jest zapowiedź dalszych losów bohaterów tej książki. Pewnie ciekawość pchnie mnie do ich przeczytania.


*zdjęcie pochodzi ze strony   www.lubimyczytac.pl

piątek, 18 grudnia 2015

Gwiezdne Wojny. Przebudzenie Mocy. Witajcie starzy przyjaciele...





Gwiezdne Wojny Przebudzenie Mocy za mną. Wybrałam się na seans minutę po północy.

Matko, co to były za emocje.

Fanem Gwiezdnych Wojen jestem dużym. Darzę uwielbieniem pierwsze trzy epizody IV-VI i są one dla mnie czymś kultowym i ponadczasowym.
Epizody I-III wywołały mój mniejszy entuzjazm, choć Zemsta Shitów trzyma dobry poziom.
Czy się zmartwiłam, że Disney wziął się za moją ukochaną serię?
I to jak!
Początkowo nawet nastawiłam się na wewnętrzny bojkot i rezygnację z oglądanie epizodu VII.
Ale zobaczyłam zwiastun, potem kolejny. Zobaczyłam starą obsadę.
I przepadłam.

Film rozpoczyna się od cudownego znanego fanom motywu, czyli opisu sytuacji na tle gwieździstego kosmosu. Szybko zostajemy wrzuceni w wir wydarzeń, nie ma czasu na drobiazgi.
Potem jest już tylko lepiej.
Film Gwiezdne Wojny. Przebudzenie Mocy, to dla mnie powrót do młodzieńczych lat, to świetna przygoda, cudowne uniwersum i super postacie.
Akcja jest bardzo dynamiczna. Nie ma przesady w efektach specjalnych, poznajemy nowych bohaterów, nowe zagrożenie, nowe fakty. Do tego wisienką na torcie jest „stara” obsada.
W tym epizodzie czuć wyraźne nawiązania do starej trylogii, czuć jej klimat, humor, akcję.
Luke zaginął, nikt nie wie gdzie się znajduje, a Nowy Porządek chce przejąć schedę po Imperatorze.
Rycerzy Jedi nie ma, za to pojawia się nowy adwersarz jasnej strony mocy – Kylo Ren.
Luke’a szukają nie tylko jego siostra Leia i Rebelianci, ale również Kylo Ren.
Zjawiają się bohaterowie starej trylogii, po raz kolejny wciągnięci w wojnę w Galaktyce oraz działania Rebeliantów.
Niewiele za to wiemy o przeszłości nowych bohaterów, Kylo Renie, Rey czy Finnie.
W trakcie filmu jego twórcy podsuwają jakiś fakt widzowi, ale to i tak mało. Ciekawość nie zostaje zaspokojona nawet w połowie. Podejrzewam, że to celowy zabieg, aby wzmóc apetyt na epizod VIII, który ma się pojawić w kinach w 2017 roku.
Widz ani przez chwilę się nie nudzi. Jest ciekawie, jest humor. Są niespodziewane zwroty akcji, zaskoczenie i wzruszenie.
Jest wszystko to, co wg mnie, być powinno. Co sprawiło, że Przebudzenie Mocy, to bardzo dobry film.
Brakowało mi natomiast muzyki. Ścieżka dźwiękowa jest bardzo fajna, ale taka jakby daleko w tle. Za mało mocniejszych akcentów, które podkreśliłyby emocje podczas niektórych scen.


Z nowymi Gwiezdnymi Wojnami nie mam problemu, może dlatego, że nie porównuję ich – jeśli chodzi o odbiór - do pierwszej trylogii.
Bo to trochę jak z miłością. Stara trylogia była jak pierwsza miłość, zauroczenie, nowość, ekscytacja. Motyle w brzuchu i silne emocje.
Przebudzenie mocy, to jak długoletnia, wierna miłość.
Nie ma już tych motyli w brzuchy, za to jest uczucie rozgrzewające serce, wzruszenia.
To jak dawno niewidziany przyjaciel, z którym człowiek się zna jak łyse konie. Nie ma powiewu nowości, za to jest niesamowita radość ze spotkania.
Dlatego dla mnie ten film jest wspaniały. I jest w nim wg mnie wszystko, co potrzeba aby przeżyć świetną przygodę.
Dlatego też, nie doszukuję się potknięć, nieścisłości, czy innej dziury w całym.
Cieszę się niemożebnie ze spotkania ze starymi przyjaciółmi na ekranie, śmieję się i wzruszam.
I mogę powiedzieć, że jeszcze nie raz pójdę do kina na kolejny seans Przebudzenia Mocy.


*zdjęcie pochodzi ze strony www.moviesroom.pl

"Bastion" Stephen King. Nie trzeba wiele, by ludzkość przestała istnieć...



Grypa jako przyczyna apokalipsy, zabijająca większość ludzi na świecie?
Śmieszne, powiecie.
I takie by było, gdyby za ten pomysł nie zabrał się S. King.
Bo w jego książce – Bastion –nic śmiesznego nie ma. Wręcz przeciwnie.

Większość książek o zagładzie ludzkości, masową śmierć przypisuje wojnie atomowej. W sumie nic dziwnego, broń atomowa przeraża i nic dziwnego, że pisarze często po ten motyw sięgają.
Ale King postanowił zaszaleć i jako sprawcę apokalipsy użył wirusa supergrypy. Śmiertelność 99,4%.
I w ten oto nowatorski sposób, uśmiercił większość Amerykanów, a i reszcie świata raczej nie darował.
Gdy USA staje się wielkim masowym grobem, wirus oszczędza nielicznych ludzi.
Ludzi, którzy zaczynają śnić przerażające sny o mrocznym mężczyźnie oraz o starej murzynce emanującej spokojem.
Ta dwójka to przeciwstawne bieguny – zło i dobro.
Kogo wybiorą ocaleli z pogromu?

Książka jest objętościowo ogromna, moja ma 1164 strony zapisane drobnym drukiem.
Nie zniechęca jednak jej objętość, poza tym cała historia wymaga takich gabarytów.

King swoim zwyczajem, wprowadza czytelnika w akcję powoli, z detalami. Pokazuje nam swoich bohaterów, opowiada o nich szczegółowo, sprawia, że dobrze ich poznajemy.
 A następnie zabija większość ludzkości i pozwala toczyć się akcji.

W świecie po pomorze ludzie gromadzą się w dwóch miastach, które oddziela od siebie łańcuch górski – Las Vegas i Boulder, zwane Wolną Strefą.
Las Vegas to królestwo mrocznego mężczyzny, lęku, przerażenia i zła.
Do Boulder ciągną ocaleli, którzy opowiadają się po stronie dobra.
Wśród nich ci, którzy pod wodzą starej murzynki, będą musieli stawić czoła złu w jego odwiecznej walce z dobrem.

Bastion to po trochę książka drogi, po trochę książka traktująca o odwiecznej walce dobra ze złem. To również krytyczna ocena społeczeństwa nastawionego tylko na władzę i pieniądze.
Przez całą książkę towarzyszy czytelnikowi cień mrocznego mężczyzny, nieunikniona konfrontacja i walka.
Walka o co, można by zapytać. Przecież świat jaki znaliśmy przestał istnieć. Nie ma nic, prócz garstki ludzi.
Otóż jest o co walczyć, jak udowadnia nam King. Bo gdy nie ma już nic, zawsze pozostaje człowiek i jego dusza.

Książka Kinga mocno wciągnęła mnie w swój świat. W przerażający klimat sennych koszmarów oraz tragedii, która jest tak ogromna, że wręcz niepojęta.
Udowodniła, że to nie prawda, że ludzie są z gruntu dobrzy, tylko czasami schodzą na złą stronę.
Autor pokazał, że brak widma kary i ograniczeń sprawia, że z ludzi wychodzi wszystko co najgorsze. Że brak wizji poniesienia konsekwencji za swoje złe czyny, powoduje, że ludzie się przed nimi nie powstrzymują.

Co urzekło mnie w Bastionie?
Ja zwykle bohaterowie i ich historie. Świetnie nakreśleni, pokazujący nam co mają w swoich duszach, dzielący się z czytelnikiem swoimi lękami, radościami i myślami.
Fabuła. Niby banalna, przewidywalna, oklepana. No właśnie – niby.
Bo to niesamowita opowieść, która z poruszanych wiele razy wcześniej motywów, tworzy nieszablonową historię.
Książka ta nie jest horrorem, ale mimo to powoduje niepokój i lęk podczas czytania.
Trochę brakuje mi rozwinięcia niektórych postaci, zwłaszcza, że King sugerował, że odegrają ważną rolę w tej opowieści.
Pomniejszenie ich ważności, trochę zbiło mnie z tropu parę razy.
Choć muszę przyznać, że z jednej strony to całkiem zgrabna sztuczka na zaskoczenie czytelnika.

King napisał Bastion w 1978 roku, czyli w czasach Zimnej Wojny, gdy strach ludzi przed bombą atomową był realny i ogromny.
Zmusza czytelnika, do zastanowienia się przez chwilę nad tym, do czego zmierza świat.
Czy ta szaleńcza pogoń za techniką, rozwojem, pieniędzmi i władzą nie doprowadzi nas kiedyś do wydarzeń rodem z Bastionu.

*zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl






wtorek, 15 grudnia 2015

"Przypadki Callie i Kaydena" Młodzi ludzie, stare demony…






                                        Po kilku nieudanych próbach przeczytania książki z gatunku New Adult, postanowiłam nie sięgać więcej po tego typu książki.
Uznałam, że jestem już na nie za stara. 
Okazało się, że się myliłam. Sprawiła to książka Tak Blisko Tammary Webber…
Ale dziś nie o tej książce chcę opowiedzieć.

Niespodziewanie kilka dni temu wpadła w moje ręce, wyjątkowo niepozornie zatytułowana książka Przypadki Callie i Kaydena, którą  napisała Jessica Sorensen.
Przyznam szczerze, że zaciekawił mnie tytuł.
No bo co może się kryć pod takim tytułem? Dałam się skusić i postanowiłam przeczytać.

Książka jest lichej postury, tzn. jest krótka. 
Zaczyna się dość niepozornie. Młoda dziewczyna, uznawana za dziwaczkę, na polecenie matki idzie do domu ich znajomych u których odbywa się impreza na zakończenie liceum ich syna, aby poinformować swojego brata, że ma wracać do domu. 
Podczas wykonywania tego zadania jest świadkiem, gdy ojciec bije swojego syna. I to nie żadne tam szturchańce. Leje go tak, jakby chciał zabić.
Callie mimo strachu postanawia zainterweniować, dzięki czemu Kayden (bo to on jest ofiarą brutalności swego ojca) mimo ran, wychodzi z tego starcia cało.

Mija trochę czasu, Callie wyjeżdża na pierwszy rok college’u, na którym spotyka ni mniej ni więcej, a Kaydena.
Okazuje się, że on również studiuje na tej samej uczelni. 
Chłopak początkowo jej nie poznaje, ale już za chwilę postanawia podziękować dziewczynie za okazaną mu niedawno pomoc.
I tak to się zaczyna.

Brzmi jak zwykły romans dla młodzieży? Niewątpliwie ta książka nim jest.
Ale ponadto autorka podjęła próbę zmierzenia się z bardzo poważnym tematem, jakim jest gwałt na dziecku i ogromna przemoc w rodzinie.
Bo Callie podobnie jak Kaden, skrywa wyniszczający ją sekret – została zgwałcona w wieku 12 lat, a jedyną osoba, której się z tego zwierzyła jest jej przyjaciel Seth. 

Czy Jessice Sorensen udało się podźwignąć ten temat? Uważam, że tak. W sposób przyswajalny dla młodych czytelników, ale mimo wszystko poważnie traktujący problemy dwójki głównych bohaterów.
Klimat książki, pomimo, że głównym wątkiem jest rodzące się pomiędzy Callie i Kaydenem uczucie, wcale nie jest lekki.
Autorka dobrze przedstawia dręczące młodych ludzi demony. Ich lęki, strach, obawy, poczucie ogromnej krzywdy, która stała się ich udziałem. Jednocześnie sprawnie nakreśla ich wewnętrzną walkę z poczuciem winy, samooskarżaniem się i niepewnością, czy zasłużyli na uczucie miłości, którego doświadczają.

Jessica Sorensen ma lekkie pióro. Książkę czyta się szybko, tym bardziej, że jest dość krótka.
Czułam żal, gdy myślałam o tym, ilu młodym ludziom, startującym dopiero w dorosłe życie, towarzyszy taki bagaż złych doświadczeń. Gdy to co dla ich rówieśników jest normalne i radosne, dla nich jest ogromna próbą.
Dobrze pokazana jest powierzchowność i pozorna rodzinna idylla, pod która skrywane są mroczne tajemnice.
Plusem są również ciekawe postacie drugoplanowe, którym autorka poświęca kolejne swoje książki.
Również dalsze losy Callie i Kaydena możemy poznać w kolejnej książce. Zwłaszcza, że zakończenie tej jest otwarte.
Czy po nią sięgnę? Możliwe.Zaciekawiły mnie koleje życiowe bohaterów tej książki i choć podejrzewam, że historia Callie i Kaydena zakończy się happy endem, to w sumie dlaczego mam go sobie odmawiać?


*zdjęcie pochodzi ze strony   www.lubimyczytac.pl






poniedziałek, 14 grudnia 2015

Gdy bohater jest wrogiem. "Stalowe Serce" Brandona Sandersona


                    




                                        Stalowe Serce Brandona Sandersona, to pierwszy tom serii Mściciele, która kierowana jest do ciut starszej młodzieży.
Ale bez problemu książka spodoba się i starszym czytelnikom.
Bo pan Sanderson potrafi fenomenalnie pisać.

Książka opowiada o świecie, w którym po pojawieniu się na niebie Calamity, niektórzy zwykli ludzie zaczynają się zmieniać i przejawiać niespotykane zdolności.
Społeczeństwo nazywa ich Epikami.
Coś Wam to przypomina? 
Może serię Marvela o Avengersach? 
Słuszne skojarzenie, gdyby nie to, ze Epicy to nie są bohaterowie, ani przyjaciele ludzi. Żaden z nich nie będzie walczył o ich dobro.
Choć walczą. O władzę, wpływy. Siejąc postrach wśród ludzi.

W tym świecie powstaje grupa zwana Mściciele, która podejmuje nierówną walkę z Epikami. Bo okazuje się, że każdy z nich ma jakiś słaby punkt, tzw. Piętę Achillesową.
Nawet najpotężniejszy z nich – Stalowe Serce…

Głównym bohaterem jest młody chłopak, który z rąk Epika Stalowe Serce traci ojca. I robi wszystko aby do Mścicieli dołączyć. W końcu mu się to udaje…

Akcja książki jest bardzo dynamiczna, wartka i wciągająca. Mściciele szukają słabego punktu Stalowego Serca, aby go pokonać i przerwać jego dyktaturę.

Brandon Sanderson stworzył bardzo ciekawy świat, fajnych bohaterów, niespodziewane zwroty akcji i kilka niespodzianek, które zaskoczą czytelnika.

Każdy komu podobają się filmy o superbohaterach i ich antagonistach, Stalowe Serce spodoba się również. Każdemu, kto ceni twórczość Brandona Sandersona i ta jego książka przypadnie do gustu.
To lekka lektura, która zachwyca prostotą i pomysłem, którą czyta się szybko i z przyjemnością.
To książka, gdzie bohaterami okazują się zwykli ludzie, a ci po których by można się spodziewać bohaterstwa – okazują się wrogami.

Główny bohater – David – mimo niejakiej naiwności, tak typowej dla jego wieku, okazuje się ciekawym bohaterem i czytelnik szybko zaczyna pałać do niego sympatią. 
Mimo niepowodzeń, a raczej na przekór nim,  chłopak się nie poddaje. Jest zdeterminowany w osiągnięciu celu.
Cała grupa Mścicieli, to sprawnie działająca jednostka, to różnorodni ludzie, każdy ze swoją historią.
Jest więc trochę humoru, trochę wzruszeń. Są przyjaźnie, podejrzliwość i obawy.
Ale przede wszystkim jest solidarność i wsparcie.

Oczywiście mamy w książce pierwsze zauroczenie Davida, choć jest to wątek wyjątkowo lekki i jakby na marginesie całej fabuły. Niemniej jednak ubarwia trochę fabułę.

Całość tworzy bardzo zgrabną młodzieżową fantasy, dzięki czemu lektura tej książki to wyjątkowo miłe spędzenie czasu.

Jestem przekonana, że kolejny tom będzie równie ciekawy. W końcu na świecie zostało jeszcze dość Epików, z którymi Mścicielom przyjdzie się zapewne zmierzyć.



*zdjęcie pochodzi ze strony   www.lubimyczytac.pl






wtorek, 8 grudnia 2015

Neil Gaiman. Uczta dla wyobraźni...




Któż nie zna tego autora, można by zapytać. I zdziwić się mocno – jako i jak się zdziwiłam – gdy okazało się, że wiele osób…
Gdy dopytywałam, sugerując, że Koralina powstała na podstawie jego książki, słyszałam w odpowiedzi „a ta bajka to na podstawie książki jest?”
Ehh

Sama odkryłam książki Gaimana ładnych parę lat temu. Stało się tak za sprawą Księgi Cmentarnej, mojej ulubionej książki tego autora.


Zakupiłam w ciemno, zaintrygował mnie tytuł. Już po kilku stronach przepadłam z kretesem.
Książki tego pisarza są zaliczane do gatunku fantasy, urban fantasy i s-f.
Ja uważam, że to niesamowita uczta dla wyobraźni, genialny popis fantazji przelanej na papier.
Nietuzinkowe postacie, wciągające i zaskakujące historie. Wszystko to okraszone magią, pewną dozą makabry, humorem i wciągającą fabułą.

Tak jak pisałam, moją ulubioną książką Neila Gaimana jest Księga Cmentarna. Niesamowity klimat i zaskakująca historia chłopca, który skrył się na cmentarzu przed groźnym mordercą, który zabił całą jego rodzinę.
Chłopca, nazwanego na cmentarzu Nik, pod swoją opiekę przyjmują cmentarne duchy i tajemniczy Silas.
Nik żyje na bezpiecznym dla niego cmentarzu, przeżywa na nim różne przygody, choć w końcu i tak będzie musiał się zmierzyć z nieuniknionym – konfrontacją z mordercą…

Książka ta, jak i inne książki Gaimana jest cudowna. Ma niesamowity klimat, a autor wykazał się jak zwykle niesamowitym pomysłem i fantazją. I mimo, że opowiada historię dziecka żyjącego na cmentarzu, jest to książka dla osób w każdym wieku.

Kolejne książki, które wpadły w moje ręce to Nigdziebądź i Ocean na końcu drogi.
Mamy w nich tajemnicę, jest groźny przeciwnik, jest magia, przyjaźń, miłość i niesamowite sytuacje, które rzucają bohaterów w wir nieprawdopodobnych zdarzeń.
Miłość, przyjaźń, poświęcenie. To wartości, o które u Pana Gaimana nietrudno.
Dążenie do celu, walka z przeciwnościami losu. O tak, to też w książkach tego pisarza jest.

Niesamowitym popisem wyobraźni Neila Gaimana jest również jedna z jego bardziej znanych książek – Amerykańscy Bogowie.
Nieprawdopodobne przygody Cienia i jego towarzysza Pana Wednesday, którzy razem przemierzają Stany Zjednoczone rozwiązując zagadkę morderstw, które co zimę są dokonywane w małym amerykańskim miasteczku.
Akcja prócz tego, że opowiada historię Cienia, to skupia się również na walce pomiędzy starożytnymi bogami znanymi z panteonów wszystkich wierzeń świata, a nowymi, których wymyślili ludzie: pieniędzmi, używkami, mediami, nowymi technologiami.
Jest to walka nierówna, ale o jej wynikach trzeba przekonać się samemu, sięgając po książkę.

Pisarz ma lekki styl, a dzięki temu łatwo wciąga czytelnika w wykreowany przez siebie świat. Czytelnik bardzo szybko wsiąka w świat pana Gaimana i razem z bohaterami zmaga się ze wszystkimi przeciwnościami losu.

Natomiast książką, która mnie mocno zaskoczyła, była Koralina…
Szczerze mówiąc, spodziewałam się lekkiej opowieści dla dzieci, z nutą makabry i dreszczykiem.
Jak się okazało, to mroczna opowieść, niepokojąca, zwariowana, która dla młodszych dzieci absolutnie się nie nadaje. Nie dziwi mnie zatem, że twórcy filmu mocno ją „ugłaskali” i pokazali mniej straszną i ponurą.
Książka ma niesamowity klimat starego domu, tajemniczych drzwi, niebezpiecznej i okrutnej istoty.
A do tego wszystkiego, bohaterką jest małą dziewczynka, którą otaczają wyjątkowo barwni i zdawałoby się, że szaleni sąsiedzi.
Dziecięca nuda, brak zainteresowania rodziców swoją pociechą i niezbadane jeszcze w nowym/starym domu zakamarki, sprawiają, że Koralina wikła się w groźną i niebezpieczną historię.
A jej finał będzie bardzo spektakularny.

Nie da się jednoznacznie określi „szufladki” do jakiej można włożyć twórczość Neila Gaimana, ani przypisać jednego gatunku literackiego.
To książki pełne magii, niesamowicie ciekawych historii, ciekawych bohaterów oraz ich mrocznych antagonistów.
To makabra połączona z subtelnym poczuciem humoru.
I co najważniejsze – to wspaniałe książki, pozwalające oderwać się od rzeczywistości i wraz z bohaterami Gaiman, przeżyć niesamowite przygody.


*zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl



poniedziałek, 7 grudnia 2015

Cień Wiatru... O miłości, tajemnicy, książkach i Barcelonie...





Daniel Sempere, syn księgarza, jako mały chłopiec zostaje zaprowadzony przez swojego ojca do miejsca zwanego Cmentarz Zapomnianych Książek.
Tam zgodnie z tradycją tego miejsca, wybiera sobie jedną książkę, którą będzie się opiekował i uratuje ją od zapomnienia.
I właśnie ta książka zmieni całe jego życie, wciągnie w odkrywanie tajemnicy życia jej autora i sprowadza na Daniela wiele niespodziewanych wydarzeń.

Cień Wiatru, jest pierwszym tomem luźno powiązanych ze sobą książek z serii  Cmentarz zapomnianych książek.
Autor – Carloz Ruiz Zafon – stworzył wspaniałą historię, wciągnął czytelnika w świat powojennej Barcelony, miłości do książek, pasji, namiętności, złamanych serc i wielkich uczuć.
Wszystko to na tle historii młodego Daniela oraz autora książki, która trafia w jego ręce - Juliana Caraxa.
Powieść napisana jest pięknym językiem, ma mroczny, gotycki klimat. Autor w wyjątkowo poruszający sposób opisuje Barcelonę i realia życia jej mieszkańców w powojennych latach.

W powieści mamy wszystko, co być w niej powinno. Jest tajemnica, jest historia z dreszczykiem, jest młodzieńcza miłość, jest tragedia, rozpacz i złamane życia.

Autor w niesamowicie ciekawy sposób przedstawia nam swoich bohaterów, wciąga w ich świat. Sprytnie zmyla tropy, plącze fakty, tak aby czytelnik nie domyślił się rozwiązania tajemnicy przed czasem.
Niby niewinna młodzieńcza ciekawość prowadzi do dramatycznych wydarzeń, sprowadza realne niebezpieczeństwo na Daniela, jego ojca i ich przyjaciela Fermina.
Tym bardziej, gdy okazuje się, że w tajemnicę sprzed lat uwikłany jest diaboliczny Fumero, inspektor Brygady Kryminalnej Barcelony.

W powieści wiele miejsca autor poświęca miłości. To ona jest przyczyną największych tragedii, choć powinna być tylko powodem szczęścia.
W pewnym momencie widać podobieństwo losów młodego Juliana Caraxa oraz Daniela Sempere.

Daniel coraz bardziej wikła się w rozwiązanie tajemnicy Caraxat. Coraz bardziej gorączkowo próbuje zdobyć informacje co się wtedy wydarzyło. A im więcej wie, tym większa jest jego determinacja.

Książka jest wyjątkowo wciągająca. Porywa czytelnika do Barcelony i mocno trzyma. Fabuła jest dopięta na ostatni guzik, wszystko ma sens,  zgrabnie się ze sobą łączy.
To książka o pasji do książek, o wielu obliczach miłości. O złamanych sercach, o winie i odkupieniu.
Szczypta dobrego humoru, wiele ciekawych postaci drugoplanowych i ich historie.
To wszystko składa się na barwny obraz Barcelony i jej mieszkańców.

Osobiście jestem ogromnie oczarowana tą książką. Czytałam ją wiele lat temu, niedawno znów do niej wróciłam.
Czułam ten sam zachwyt i ciekawość. Pochłonęła mnie opowieść o Juliania Caraxie i młodym Danielu Sempere. Zauroczyła Barcelona lat dwudziestych, pięćdziesiątych
Zafascynowała przekazana czytelnikowi opowieść.
Za parę lat ponownie wrócę do tej książki, gdy jej wspomnienie lekko osłabnie w mojej pamięci.


*zdjęcie pochodzi ze strony   www.lubimyczytac.pl



niedziela, 29 listopada 2015

"Anioł Burz" Tom drugi Prawa Milenium. Trudi Canavan.




                       Lubię książki pani Canavan, a pierwszy tom serii Prawa Milenium bardzo mi się podobał.
Chętnie sięgnęłam po tom drugi, zwłaszcza, że czekałam na niego z niecierpliwością.
Pisarka swoim zwyczajem nie spieszy się i  pomału wprowadza czytelnika w stworzony przez siebie świat. 
Akcja nadal idzie dwutorowo - z perspektywy Rielle oraz Tyena. 
Dowiadujemy się, że Rean - Władca światów powrócił, a wszyscy, którzy sprzeciwiali się jego prawom, wpadają w popłoch i uciekają gdzie się da. Jednocześnie zaczyna się organizować grupa buntowników, która chce obalić jego rządy. A do Rielle przychodzi Anioł...
Fabuła jest ciekawa, pomysł na poprowadzenia akcji również. Ale... 

No właśnie, mam jedno, albo i dwa "ale".
Po pierwsze zabrakło mi dynamiki w przedstawianych wydarzeniach. Wydawały mi się jakieś bez życia. Jakby mi ktoś relacjonował spotkanie towarzyskie. Niby ciekawe, ale bez emocji, bo mnie tam nie było. Tak samo dzieje się z Aniołem Burz, autorka nie zdołała wciągnąć mnie w świat bohaterów i ich przygód.
Bohaterowie wydawali mi się mocno papierowi, a Rielle zaczęła irytować swoimi pomysłami. Honor trochę ratuje Tyen, ale i on nie uniknął papierowości i przegadania.
Drugie "ale" to cały wątek buntowników. Prócz kilku ciekawych momentów, był dla mnie zwyczajnie nudny. Ciągłe przemieszczanie się pomiędzy światami, trochę dyskusji, trochę obaw Tyena i znów hop, bieganina miedzy światami. Tak właśnie wyglądał cały opis działań buntowników. Gdyby go skrócić do kilku rozdziałów, to pewnie byłby ciekawy. Ale niestety został on tak haniebnie rozwleczony, przegadany i wyprany ze wszelkich emocji, że ledwie przez niego przebrnęłam.

Dodatkowo wątek Velli został zepchnięty całkowicie na pobocze, jakby zapomniany. Czyli coś, co było tak intrygujące w Złodziejskiej Magii, tutaj zostało zepchnięte na margines. 
Szkoda.
Dopiero pod koniec książki akcja zaczyna przybierać bardziej energiczną postać, coś się dzieje, zaczyna się naprawdę interesujący rozwój wydarzeń.
Postać Reana, władcy światów, nadal jest tajemnicza, niczego się o nim nie dowiadujemy. Wiele się o nim mówi, ale on sam pokazuje się na kartach książki bardzo rzadko. Za to autorka sprawnie żongluje opiniami bohaterów o nim, więc nie wiadomo czy to postać negatywna czy pozytywna. Z jednej strony tyran, z drugiej zbawca wielu światów. Liczę na to, że dowiemy się o nim więcej w kolejnym tomie.
Niestety postać Rielle irytowała mnie już do końca książki. Na szczęście Tyen pozostał ciekawą i interesującą postacią, trzymającą poziom.
Jest też kilka małych smaczków, które sugerują, kto będzie ważną postacią w kolejnych tomach. 
                                                                                                
Mam mocno mieszane odczucia. Z jednej strony zapowiada się ciekawa, zawiła historia, z drugiej tom drugi jest wyjątkowo bez polotu, energii i dynamiki. Mam nadzieję, że to celowy zabieg autorki, a nie spadek jej formy.




*zdjęcie pochodzi ze strony   www.lubimyczytac.pl

czwartek, 26 listopada 2015

Gdy o miłości dobrze się czyta…



         Pamiętam czasy, gdy jako młoda nastolatka chodziłam do biblioteki publicznej i z pewną dozą nieśmiałości i wstydu, prosiłam o polecenie jakiejś fajnej książki „o miłości”…
Pani bibliotekarka szukała mi czegoś dla młodzieży, co by się nadawało dla mojego „niewinnego” dziewczęcego serca. Wspominam miło te sytuacje.
Wbrew pozorom, takich książek nie było dużo (nie mówię tu o hurtowych ilościach harlequinów w kioskach ruchu).
Do dziś lubię od czasu do czasu poczytać o miłości. O różnych jej obliczach. Nie tylko tej ładnej, co to wywołuje motyle w brzuchu, ale i tej trudnej, skomplikowanej i nie zawsze dającej szczęście.
Nie nazywam tych książek romansami, bo zazwyczaj nimi nie są, raczej książkami obyczajowymi.
Dziś niewiele pamiętam z tytułów z tamtych lat. Pewnie większość tych książek poszła już na makulaturę niestety.
Ale kilka chcę polecić, więc zacznę od tych poznanych dawno temu, aż do tych odkrytych całkiem niedawno :)


WICHROWE WZGÓRZA – Emily Bronte


Nie wiem czy jest jakaś inna książka przepełniona tak bardzo pasją, miłością i nienawiścią.
Czy jakaś inna para literackich kochanków, tak bardzo się kocha i jednocześnie nienawidzi.
Fenomenalna książka, niesamowity klimat. Nietuzinkowo pokazane sprzeczne uczucia, szaleństwo Heatcliffa i egoizm Katarzyny…
Pamiętam jak dziś wrażenie, jakie wywarła na mnie ta książka, gdy czytałam ją po raz pierwszy.  W sumie za każdym razem gdy do niej wracam, wrażenie jest niesamowite.
Emily Bronte stworzyła pełnych pasji bohaterów, pogmatwane losy oraz pokazała czytelnikowi różne oblicza miłości.


OBIETNICE – Catherine Gaskin


Mało znana książka. Spotkałam tylko jedną osobę, która ją przeczytała. Wydanie nieatrakcyjne, opis na okładce nie zachęcał.  Ale coś mnie skłoniło aby po nią sięgnąć. I ogromnie się cieszę, bo to jedna z lepszych książek jakie kiedykolwiek czytałam.
Akcja dzieje się przed I Wojną Światową, podczas wojny i po niej. Bohaterką jest sierota, którą przyjmuje pod swój dach bogaty przemysłowiec Jack Pollock, traktując jak jeszcze jedno swoje dziecko.
Całą trójkę dzieci Czarnego Jacka Pollocka zaskakuje wojna, gdy zaczynają wchodzić w dorosłe życie.
Książka nie jest obrazem wojny samej w sobie, pokazuje losy całej rodziny na jej tle oraz po jej zakończeniu.
Lally, bo takie nadaje imię sierocie Jack Pollock , jest główną bohaterką i to z jej perspektywy śledzimy losy całej rodziny. Radości i dramaty, życiowe pułapki, wybory, których nikt nigdy nie powinien być zmuszony dokonywać. Przyjaźnie, rozstania  i obietnice…
Książka to niesamowity obraz miłości jaka łączy mężczyznę i kobietę, ale też rodzeństwo, rodziców z dziećmi i przyjaciół.
To koszmar wojny i radość z jej zakończenia.
Uważam, że to książka, po którą zwyczajnie trzeba sięgnąć, bo jest niesamowicie wzruszająca.

TAK BLISKO – Tammara Webber

Książka z gatunku Young adult. Czyli coś dla starszej młodzieży.
Powiedziałby ktoś, że ten gatunek nic wartościowego nie może zaoferować i w sumie zgodziłabym się z tym stwierdzeniem. Ale nie w przypadku tej książki.
Bo jest ona zadziwiająco dobrze napisana, z ciekawymi bohaterami i wciągającą fabułą, która nie jest pusta jak wydmuszka na Wielkanoc.
Problemy głównych bohaterów, to nie jakieś rozdmuchane bzdury, ale próba zmierzenia się z wejściem w dorosłe życie, podejmowaniem odpowiedzialnych decyzji. Oczywiście nie zabrakło silnego uczucia, pociągającego chłopaka i ładnej dziewczyny. Nie zabrakło przeciwności losu typowych dla wieku bohaterów (studenci).
Mimo wszystko fabuła jest bardzo dobra, akcja ciekawa, a główna bohaterka nie doprowadza do szału J Wprost przeciwnie, oboje bohaterowie są nad wyraz dojrzali i ciekawi.

SAGA KSIĘŻYCOWA – Marissa Meyer


Czterotomowa seria sci-fi inspirowana klasycznymi bajkami dla dzieci w wersji młodzieżowej, dziejąca się gdzieś kiedyś.
Niesamowicie barwna historia, gdzie grupę głównych bohaterów spotykają niesamowite przygody rodem z Gwiezdnych Wojen, gdzie mamy oczywiście wątek romantyczny, ale pokazany w sposób lekki, przyjemny i z poczuciem humoru.
Gdzie każdy z bohaterów to barwna postać, a wróg, z którym walczą wydaje się być nie do pokonania.
Dodatkowym plusem jest postać droida IKO, która swoimi komentarzami potrafi rozbawić do łez.
Każdy z czterech tomów czyta się lekko, fabuła mocno wciąga, bohaterów naprawdę da się lubić, a co ważniejsze nie wywołują w czytelniku frustracji, mimo, że to w sumie książka młodzieżowa.

ASHFORD PARK – Lauren Willig


Bardzo dobra książka, w której  śledzimy losy młodej dziewczyny w 1999 roku oraz jej babci w  1926 roku.
Jest to historia o rodzinie. O skrzętnie skrywanej tajemnicy, o uczuciowych wyborach, miłości, złamanym sercu,  rozstaniach i powrotach. Autorka opowiada historię młodości babci oraz w czasie rzeczywistym jej wnuczki. Do tego tłem są splątane losy rodziny, sztywne wymogi arystokracji oraz złe decyzje i złamane serca.
Książka mimo to, ma oddźwięk pozytywny, bohaterowie są bardzo dobrze nakreśleniu, ich losy wciągające, fabuła jest skonstruowana tak, aby nie pogubić się w przeskokach z początku wieku, do jego końca.

BABUNIA – Frederique Deghelt


Książka wyjątkowo niepozorna, wręcz aż prosi, żeby jej nie zauważyć na półce. Opis na okładce też niezbyt zachęcający.
Za to w środku kryje się wspaniała i poruszająca historia, z zaskakującym zakończeniem.
Akcja rozpoczyna się od tego, że młoda dziennikarka nie pozwala umieścić swojej babci w domu opieki i zabiera ją do siebie do Paryża. Zamieszkują razem i od tej pory życie każdej z nich zmienia się pod wpływem tej nowej sytuacji.
Babcia opowiada wnuczce o swojej miłości  do książek – pasji, którą skrzętnie ukrywała przed całym światem. A wnuczka odkryje jakim niezwykłym człowiekiem jest jej babcia i jak wielkim uczuciem ją darzy.
Książka jest niezwykle poruszająca, ciekawa i ciepła. Taka perełka na półkach pełnych nijakości i wtórności.


*zdjęcia pochodzą ze strony   www.lubimyczytac.pl





wtorek, 24 listopada 2015

Młodzieżowe fantasy. Czy tak trudno trafić na coś dobrego?



Fantasy to jeden z moich ulubionych gatunków literackich.
Nie ma co ukrywać. Czytam z tego gatunku całkiem sporo książek. I nigdy mi się nie nudzą.
Mimo mojego wieku (pamiętajcie, żeby kobiety o wiek nie pytać), czasem i ja łapię za ten gatunek skierowany do młodzieży…
I zazwyczaj dopada mnie rozczarowanie niestety.
Po wielu porażkach  zaczęłam unikać książek kierowanych do młodzieży, nawet tej nieco starszej. 
Bo kurde ile można się wkurzać podczas czytania?

Podczas czytania zauważyłam kilka stałych elementów w tych książkach:

1.       Bohaterem zazwyczaj jest dziewczyna.
Kurcze, czy naprawdę tak ciężko napisać książkę, gdzie głównym bohaterem będzie chłopak? Chyba trudno, bo jak do tej pory przeczytałam tylko dwie takie książki, tj. Anna we Krwi Keandre Blake  oraz Piękne Istoty Kami Garcia, Margaret Stohl. Obie były całkiem dobrze napisane, ciekawe i przyjemnie z nimi spędziłam czas. I co ważne, bardzo fajnie patrzyło się na wszystko oczami chłopaka.
Nie było niedorzeczności typu „czy on mnie kocha?, czy popatrzył na mnie? Czy ja go kocham?” itd.
Nawet wątki miłosne przedstawione zostały jakoś tak fajnie i ciekawie, bez irytującego szczebiotu zakochanej nastolatki.

2.       Główna bohaterka jest wyjątkowo irytująca i wkurzająca.
Poważnie. Czy naprawdę każda z nich musi irytować swoim dylematami, głupimi, nielogicznymi  decyzjami, czy wikłaniem się w miłosne trójkąty?
Czy tego właśnie chcą młode czytelniczki do których kierowane są te książki?
Na szczęście jest kilka książek, które ratują honor głównych bohaterek. Np Sonea z trylogii Czarnego Maga Trudi Canavan. Konkretna dziewczyna, która przez całą trylogię nawet raz mnie nie zirytowała. Mimo młodego wieku i nieprzyjaznego środowiska, nieźle dawała sobie radę.
Kolejna to Penryn z trylogii Susan Ee – Opowieść Penryn o końcu świata.
Mimo młodego wieku, dziewczyna nieźle sobie radziła. Podejmowała konkretne decyzje, zakochała się tylko w jednym przedstawicielu płci przeciwnej. I mimo, że blisko było do wkurzenia mnie niektórymi decyzjami, to jednak skończyło się tylko na strachu na szczęście.

3.       Ten sam schemat.
Czasami można było sobie włosy z głowy powyrywać, gdy czytało się znów to samo…
Ona (nasza bohaterka) pochodzi z biedoty, ma „ukryte” zdolności magiczne – zazwyczaj ogromne. Trafia do szkoły magów / dwór królewski lub coś w tym stylu. Rozwija swoje umiejętności pod okiem jakiegoś maga.  I gdyby jeszcze dalej było ciekawie, dalsza fabuła była czymś nowym, świeżym, to byłoby super. Taką książkę czytałoby się z przyjemnością, jak na przykład książkę Czerwona Królowa, którą napisała Victoria Aveyard ( pierwszy tom trylogii).
Autorka sprawnie żongluje akcją, wprowadza zamieszanie, nie wiadomo do końca kto jest wrogiem, a kto przyjacielem.
Główna bohaterka nie wkurza nader często ani swoim charakterem, ani podejmowaniem głupich decyzji. A świat i jego magia, który stworzyła autorka jest całkiem ciekawy.

Podsumowując – bardzo ciężko trafić na dobrą młodzieżówkę fantasy. Oj bardzo ciężko. Tak samo jak ciężko trafić na dobrą młodzieżówkę postaop czy obyczajową. O tych drugich na pewno napiszę, bo mam kilka fajnych pozycji o tej tematyce, które mogłabym polecić.

                Natomiast nie będę w tym wpisie nawet wspominała o książkach o tematyce wampirze.
Bo to bezmiar  koszmarów literackich, doprowadzających czytelnika do rozpaczy i sprawiających, że traci się wiarę w to, że jeszcze kiedyś o wampirach da się napisać  cokolwiek dobrego.

Więc jeśli może ktoś polecić coś fajnego, świeżego, bez irytującej do granic możliwości bohaterki, to chętnie poczytam Wasze propozycje :)





czwartek, 19 listopada 2015

Film lepszy od książki. Czy to w ogóle możliwe?



Filmowe adaptacje książek wzbudzają wiele emocji, a w tym „pojedynku” książki zawsze wypadają lepiej.
Jest to sprawa dość oczywista dla każdego, kto czyta książki.
A jednak zdarzają się czasem filmy – perełki, które są wg mnie lepsze niż ich książkowe pierwowzory.

Takim filmem jest dla mnie niewątpliwie Dracula F.F. Coppoli z 1992 roku. Film nawiązuje do książki Brama Stockera dość luźno, czerpie z legendy Hrabiego Draculi.
Książka zafascynowała mnie bardzo dawno temu. Jest napisana w formie listów, które opisują całą historię.
I byłam pod jej ogromnym wrażeniem, do czasu aż zobaczyłam dzieło pana Coppoli…
Film mnie zachwycił swoją oprawą wizualną, świetnie dobranymi aktorami, genialną muzyką naszego rodaka – Wojciecha Kilara. Oraz nadaniu temu potworowi jakim był Dracula pierwiastka ludzkiego – uczuciu miłości.
W związku z odczuwaną miłością, Dracula nie jest pozbawiony zła, które w nim mieszka. Ale pokazany jest jako postać tragiczna. Widz mimo wszystko nie widzi żalu Draculi z powodu bycia wampirem.  Za to wyraźnie widzi, że jego działaniami kieruje utracona miłość.
I mimo wszystko w pewien sposób współczuje mu.
Od początku nie odbierałam tego filmu jako horror, ale jako piękny film o miłości, zdolnej pokonać śmierć.
Po obejrzeniu filmu, przeczytałam ponownie książkę. Wrażenie nie było już tak dobre jak za pierwszym razem. Książka – zapewne z powodu akcji opisywanej w postaci listów – wydała mi się bardziej sprawozdaniem, niż opowiedzianą historią. Fakty były „suche” i jakieś bez emocji.
Emocji , których w filmie było ogromnie dużo.

Długi czas myślałam, że Dracula to tylko wyjątek potwierdzający regułę.
Do czasu aż obejrzałam Malowany Welon.
Film powstał na podstawie książki, którą napisał  William Somerset Maugham

W tym przypadku nie mogę powiedzieć, że książka jest gorsza od filmu. Jest… hmm inna.
Nie pozostawia złudzeń, rzuca czytelnikowi prosto w twarz, że ludzie się nie zmieniają i jeśli czegoś nie ma w nich na początku małżeństwa, to nie będzie również i na jego końcu.
Autor książki dał nikłą nadzieję na zmianę głównej bohaterki, ale jej przemiana wg niego to nic pewnego.
Natomiast film… No właśnie.
Film pokazuje drogę od pogardy do miłości. Od własnego wygodnictwa i egoizmu, do poświęcenia i troskę o innych.
Piękne zdjęcia, dobra muzyka, świetny Edward Norton. To nie jedyne atuty tego filmu. 
Film mimo swego zakończenia (bardzo wzruszającego) ma pozytywne przesłanie. Nie skreśla głównej bohaterki, daje jej szansę na zmianę, a ona tą szansę wykorzystuje.
Jest wizualne bardzo ładny, a kobiece romantyczne serce chłonie jak gąbka rodzące się prawdziwe uczucie między małżonkami.
I mimo, że książka nie jest „gorsza” to film jest dla mnie zdecydowanie lepszy, w pewien sposób pełniejszy.

Kolejny taki film, który spodobał mi się bardziej od książki to Pachnidło. Historia pewnego mordercy.
Książka autorstwa Patricka Süskinda.
Od razu powiem, że uważam tą książkę za bardzo dobrą. Wciągającą, dobrze napisaną historię.
A mimo wszystko film spodobał mi się bardziej. Może to za sprawą wizualnej strony filmu. Ale dużo bardziej z powodu podejścia do głównego bohatera.
Film nie umniejsza zła, które w nim siedzi. Pokazuje je jak na dłoni. Widz nie pogłaskał by go po głowie za jego czyny, a raczej wysłał na stryczek…
A jednak gdzieś w głębi trochę mu też współczuł. Jego upośledzenia, które popchnęło go do takich a nie innych czynów.
W książce został on pokazany jak z gruntu zły, wykluczając jakiekolwiek współczucie.  Niejako oceniając bohatera za czytelnika. Nie dopuszczając niczego innego niż potępienia.
Film pozwala widzowi na ten moment współczucia, które sprawia, że w głównym bohaterze prócz szaleństwa i mordercy, widzimy też człowieka.

A na koniec…
50 twarzy Greya.
Tutaj krótko. Z tak strasznej książki dało się zrobić lepszy od niej film.
Pozbycie się wewnętrznej bogini, potworków typu „święty Barnabo” czy „chciałam żeby mnie pochłonęły azalie na klombie” sprawiło, że bez uniesienia, ale film dało się oglądać. Na plus na pewno dobry soundtrack., fajne zdjęcia, odrobina humoru.
Na minus – cała płytka historia. Książka jest tak źle napisana, że ciężko było zrobić gorszy film.
Czytając całą trylogię (niestety, ja tak mam, jak zacznę czytać, to muszę dokończyć) aż bolały mnie zęby.
A potencjał był. Gdyby ktoś napisał tą książkę „na poważnie” a nie jak zafascynowana świecącym Edwardem pani James, to mogło wyjść coś naprawdę dobrego.
Historia toksycznego związku, siły uczucia, zmagania się z własnymi demonami.
A wyszło byle co, byle jak.
Dlatego mimo negatywnych opinii, ja uważam, że film nie jest zły. Jest przeciętny, ale i tak o niebo od książki lepszy.





piątek, 13 listopada 2015

"Metro 2035" Nie ma złudzeń, jest metro…





Treść może zawierać SPOILERY, sugerujące rozwój akcji.


Czekałam na tą książkę niecierpliwie. Bardzo niecierpliwie.
W końcu jest!
Wiedziałam czym „pachnie” metro. Jaki to klimat, jakie wrażenia.
Z radością lecz i obawą zasiadłam do czytania.
Nie rozczarowałam się…


Witamy w moskiewskim metrze. 
Podziemiach, gdzie 40 tysięcy ludzi żyje od 20 lat, po atomowej wojnie.
Miejscu gdzie nie ma przyszłości, jest tylko teraźniejszość i wspomnienia o przeszłości na górze.
Miejscu gdzie umarła nawet nadzieja…


Trzeci tom trylogii Dmitra Glughovskyego zabrał mnie ponownie w świat metra. W jego ciemne tunele, stacje, społeczności.
Do miejsca, w którym nigdy nie chciałabym się znaleźć.

Jest to książka, której akcja dzieje się 2 lata po wydarzeniach z Metra 2033 i opowiada historię Artema.
Chłopaka – bohatera. Wybawiciela metra.
Ale na tej otoczce pojawiają się rysy i pęknięcia. Bo Artem wychodzi codziennie na powierzchnię z radiostacją, aby słuchać i nawoływać… Innych ocalonych.
Bo Arem wierzy, że nie tylko oni ocaleli…
Bo chce ich odnaleźć...
Bo ma nadzieję... A to niebezpieczne.
Do Artema dołącza Homer, staruszek z Metra 2034. I razem ruszają w podróż po metrze. A cel jest jeden, odnaleźć osobę, która podobno odebrała sygnał spoza metra.
Do tej dwójki dołącza jeszcze Losza, sprzedawca – wybaczcie za dosłowność – gówna.

Nieprzewidziane wypadki rzucają Artemem po różnych stacjach. Plącze się w sytuacje bez wyjścia, szafuje swoim życiem.
Zostaje napromieniowany, pobity, postrzelony, poparzony, połamany.
Ale mimo to nie poddaje się. Coraz bardziej brnie do przodu, mimo iż ludzie są przekonani, że w końcu zwariował.
Nie układa mu się z żoną, ale zrobi wszystko, aby ludzie mogli żyć na powierzchni. Poświęci temu celowi nawet swoje życie.

Akcja całej książki jest szybka i zmienia się jak w kalejdoskopie. W pewnym momencie nie wiadomo już kto jest przyjacielem, a kto wrogiem.
Ludzie stracili już nadzieję, wolę walki, chęć do życia.
Panuje coraz większa beznadzieje i marazm.

Odnosi się wrażenie jakby całe metro zmierzało wprost ku całkowitej destrukcji, jakby czekało wstrzymując oddech. W zniecierpliwieniu parło do przodu, aby coś się dokonało, coś się zmieniło.
Nie ważne co, ważne aby coś się wydarzyło i zmieniło egzystencję ludzi z metra.
Jednocześnie, jak się okaże, ludzie mimo pragnienia normalnego świata, mimo wspomnień poprzedniego życia,  nie mieli w sobie już tyle odwagi, aby metro opuścić…

Artem mimo fizycznego wycieńczenia, sponiewieranego i poranionego ciała, napromieniowania, wciąż prze do przodu. W desperacji , gorączkowo pragnie zmienić życie ludzi z metra, pragnie odnaleźć dla nich i dla siebie miejsce na powierzchni, gdzie będą mogli normalnie żyć.
Mimo niepowodzeń, nie poddaje się.
Do czasu, gdy wreszcie dotrze do niego, że ci ludzie nie chcą jego pomocy, jego poświecenia w szukaniu życia na powierzchni.
Zrozumie wreszcie, że 20 lat w metrze pozbawiło ich resztek człowieczeństwa i woli życia, a nie tylko egzystencji.
Że dla nich najważniejsze jest metro, jedzenie, wegetacja. Nie ma w nich pragnienia zmiany. Boją się jej i nie chcą jej.
Wolą znaną sobie egzystencję i wegetację w metrze, niż niepewne życie na powierzchni.

Upodlenie ludzi jest tak ogromne, że ci, którzy rządzą poszczególnymi stacjami, pozwalają sobie na coraz więcej przemocy.

Odnosi się wrażenie, że Artem to jedyny człowiek w całym metrze, który naprawdę chce wyjść, żyć inaczej. Że widzi co się z tymi ludźmi dzieje, jak zanikają w nich ostatnie resztki człowieczeństwa.

Książka jest ciężka za sprawą klimatu. Jest ciężko, depresyjnie, przygniatająco.
Tego się spodziewałam, choć może nie w tak dużej dawce.
Autor nie pozostawia czytelnikowi złudzeń, co do dalszego losu metra i zamieszkujących go ludzi.
Pokazuje całą zgniliznę wegetacji, poniżenie, upodlenie.
Odziera mieszkańców metra ze wszystkiego.
Tam umiera nawet nadzieja, nie ma już nic.
Nic prócz Artema, który dąży do realizacji celu za wszelką cenę. 
Czy mu się uda go osiągnąć? Trzeba przeczytać aby się przekonać.

Zakończenie to nie tylko otwarta furtka do kolejnego tomu, to wręcz otwarta na oścież brama, która aż się prosi o to, aby napisać co się działo „potem”.

Liczę że Dmitry Glukhovsky to zrobi.


Zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl

czwartek, 12 listopada 2015

Nightmare Before Christmas (Miasteczko Halloween). Eksplozja makabry i czarnego humoru…




Zapewne każdy fan twórczości Tima Burtona widział tą animację. Lub chociaż o niej słyszał.

A animacja to wyjątkowa i niesamowita.
Powstała w 1993  roku, metodą poklatkową. Zaopatrzona w wspaniałą muzykę, wciągającą fabułę, przepełniona makabrą i czarnym humorem.
Tim Burton był producentem Nightmare Before Christmas, to zdecydowanie jego klimaty.

O czym jest Nightmare Before Christmas?
Jako, że nie lubię wklejać w swoje opinie opisów fabuły czy to filmów, czy książek, pozwolę sobie tylko na parę zdań.
Otóż istnieje coś takiego jak Miasteczko Halloween, gdzie „żyją” wszystkie halloweenowe strachy, które cały rok przygotowują swoje miasteczko do święta Halloween.
Ich idolem jest Jack – dyniogłowy król przerażania.
I choć całe miasteczko uważa, że jest on zadowolony ze swojego „życia”, Jack czuje w sobie jakieś wypalenie, czegoś mu brak.
Aż przez przypadek trafia do miasteczka Bożonarodzeniowego. Zafascynowany radością tam panującą i ogólnym klimatem postanawia zorganizować swoją gwiazdkę.
I zaczyna działać…

Można sobie tylko wyobrazić, jak będzie wyglądała gwiazdka przygotowana przez wampiry, wilkołaki, wiedźmy i inne straszydła.
Otóż będzie się działo.

Ta animacja przepełniona jest mrocznym klimatem,  której niepowtarzalnego uroku dodaje metoda poklatkowa i wspaniała muzyka.
Wspaniale śpiewane utwory obrazują wszystko co się dzieje w naszym  bohaterze.
Oczywiście ponury klimat nie przeszkadza w rozwijaniu się uczucia Sally do Jacka.
Bo w Nightmare Before Christmas oprócz wewnętrznej potrzeby zmiany dotychczasowego sposobu życia Jacka, twórcy pokazują nam piękne uczucie Sally do niego.
Jej troskę o niego, wsparcie w jego pomyśle, zauroczenie.

Kukiełki z Miasteczka Halloween nie są tak piękne wizualnie jak te z opisanej przez mnie wcześniej Gnijącej Panny Młodej.
Po pierwsze, dzieli te dwie animacje wiele lat. A po drugie, w miasteczku Halloween nie ma zewnętrznego piękna. Wręcz przeciwnie.
Dlatego uważam, że dobrze się stało, że Nightmare Before Christmas powstało w 1993 roku, gdy technika komputerowa nie była na takim poziomie jak obecnie.
Sprawiło to, że wizualna strona animacji wyjątkowo dobrze oddaje klimat tej wyjątkowej nocy.



Miasteczko Helloween to niesamowita przygoda. To bajka o potędze marzeń, dążeniu do celu mimo przeciwności, determinacji.  O przyjaźni i miłości.
Pokazuje również, że czasem trzeba popatrzeć na coś z innej perspektywy, aby to docenić.
I wszystko to okraszone wspaniałą muzyką Dannego Elfmana, piosenkami do których chętnie i często się wraca, które poruszają w słuchaczu wiele emocji.

I wreszcie, to animacja pełna czarnego humoru, mrocznego klimatu, makabry i niesamowicie oryginalnej stronie wizualnej.

Co mogę dodać jeszcze? Ja zawsze oglądam z napisami.  Kiedyś w TV widziałam Nightmare Before Christmas z dubbingiem, ale nie dałam rady oglądać.
Aktorzy podkładający głosy postaciom w oryginale są dobrani idealnie. I mimo, że doceniam polski dubbing, to zdecydowanie wolę oryginalne głosy.

Zachęcam każdego miłośnika takich ponurych klimatów do zajrzenia do Miasteczka Halloween.
Na pewno nie będziecie się tam nudzić J



*       Zdjęcie pochodzi z angielskiej strony Wikipedii


wtorek, 10 listopada 2015

"Metro 2034" Pamiętaj… w podziemiach Metra nigdy nie będziesz bezpieczny…






Drugi tom trylogii Dmitra Glukhovskiego.  Wyczekiwany przez mnie z niecierpliwością, ale i obawą.
Po świetnym i tchnącym świeżością Metrze 2033, obawiałam się „klątwy drugiego tomu”.
Czy słusznie?
Wg mnie nie.

Czytając Metro 2034 zanurzyłam się ponownie w świat mrocznych i niebezpiecznych tuneli moskiewskiego metra.
Znów podróżowałam w ciemnościach, zmagałam się z totalnym brakiem nadziei.
Po raz kolejny zastanawiałam się, czy autor da mieszkańcom metra nadzieję na życie na powierzchni…

W tym tomie poznajemy nowych bohaterów, Homera – wiekowego idealisty i samozwańczego kronikarza metra, młodego Ahmeda oraz powracającego „z zaświatów” Huntera.
Potem do nich dołączy Sasza, młodziutka dziewczyna, córka wygnanego naczelnika Awtozawodskiej.

Mieszkańcom stacji Sewastopolskiej zaczynają zagrażać nowe formy życia, które próbują dostać się na stację. A dostawy amunicji się urywają.
Zagadkę urwania się dostaw wyjaśniają powyżsi uczestnicy wyprawy.

Klimat Metro 2034 utrzymało taki sam jak jej poprzedniczka. Nic się nie zmieniło, ludzie w metrze wegetują, coraz bardziej zatracając się w egzystencjonalnej beznadziei.
Nie ma już wiary w jakiekolwiek jutro. Ważne jest przeżycie kolejnego dnia, tygodnia, miesiąca.

Tunele nie stały się bezpieczniejsze, obce formy życia próbują dostać się do metra, wyprawa musi przywrócić dostawy amunicji.

Ten tom jest bardziej „prosty” wg mnie. Jest cel, jest konkretne zagrożenie, jest konkretna misja do wykonania. Są po drodze niespodzianki i nieprzewidziane zwroty akcji, ale nie ma tej otoczki tajemnicy, niepewności. Wróg jest znany i bardzo „przyziemny”. Nie ma niepewności, jak ta którą odczuwał Artem odnośnie Czarnych.

Jest jedna rzecz, która trochę mi przeszkadzała podczas czytania. Były to filozoficzne rozmyślania Homera. Trochę przegadane, trochę ich za dużo.
Nie przeszkadzał mi za to wątek uczuciowy.
A nawet byłam zadowolona z jego pojawienia się. To jakby abstrakcja, że w takich warunkach, w takiej beznadziei może pojawić się prawdziwe uczucie. Coś dobrego i czystego.
Niestety w starciu z rzeczywistością metra nie daje sobie rady. 
Nie jest wybawieniem, raczej przekleństwem.

Akcja jest bardzo dynamiczna, szybko mknie do przodu, zaskakuje. Choć rozwiązanie „zagadki” nie jest już takim WOW, jakie ogarnęło mnie przy czytaniu Metra 2033. Może dlatego, że autor zbyt realnie nakreślił świat moskiewskiego metra i przygotował czytelnika na to, że tam stać się może praktycznie wszystko. Wszystko prócz ocalenia…

Upadli bohaterowie, złamane serca, stracone resztki nadziei i wiary w ludzi…
To wszystko w Metrze 2034 jest.
I przygniata bohaterów tego tomu do samej ziemi, łapie w szpony beznadziei. Poniewiera resztkami człowieczeństwa.

Więc podsumowując, ja z tej książki byłam bardzo zadowolona. Mimo, że inna od Metra  2033, to zachowała jej pierwotny klimat.
Wciągnęła, sponiewierała i zostawiła w lekkiej zadumie nad tym, do czego dąży ludzkości.

Czyżby do metra?


*zdjęcie pochodzi ze strony: www.metro2033.pl