piątek, 30 listopada 2018

"Wiedźma naczelna" Olga Gromyko. Trzeci tam Kronik Belorskich

Po fantastycznym drugim tomie Kronik Belorskich z ogromnym zapałem sięgnęłam po kolejny tom,
czyli „Wiedźmę naczelną”.
Akcja powieście rozpoczyna się w niewielkim odstępie czasu po wydarzeniach z poprzedniej powieści.
Wolha właśnie wyjeżdża z Dogewy, żeby pozbierać potrzebne materiały do swojej pracy. Ale czy tylko? A może to wizja rychłego…
Ehh nie będę pisała nic więcej, żeby nikomu nie spoilerować. Ale uwierzcie – ten tomu zapewni Wam tak samo dobrą rozrywkę jak tomy poprzednie.

Każdy, kto miał już styczność z twórczością Olgi Gromyko, doskonale wie czego się po pisarce można spodziewać.
Lekki styl, plastyczny język, wartka akcja, sporo humoru i grupa świetnych bohaterów.
Tym właśnie charakteryzowały się poprzednie tomy i taka jest również „Wiedźma naczelna”.
Akcja powieści jest dynamiczna, pełna niespodziewanych zwrotów i wydarzeń, do tego wiele pozornie niezwiązanych ze sobą wątków nagle zaczyna się splatać, a z nich wyłania się niesamowita intryga, której bym się nie spodziewała.
Autorka potrafiła tam manewrować akcją, tak sprytnie dawkować informacje, że przez długi czas się nie domyślałam, że te wszystkie wydarzenia się ze sobą łączą.
Przyznać natomiast pani Gromyko trzeba, że fabuła jest spójna, a wszystko łączy się ze sobą w logiczną całość.

W trzeciej części przygód rudej wiedźmy pojawiają się wszyscy bohaterowie, których tak zdążyłam polubić w poprzednich częściach.
Pojawi się również jeden nowy, ciekawy bohater, który przypadł mi do gustu.
Autorka potrafi tworzyć naprawdę fajne postacie, sprawić, że się człowiek do nich przywiązuje i kibicuje im we wszystkim.
Co ważne, jej bohaterowie są prawdziwi, nieprzerysowani, zabawni, popełniający błędy, mający swoje troski i marzenia.
To ten rodzaj postaci, które ja lubię najbardziej, bo niczym mnie nie irytują, nie wkurzają, nie doprowadzają do frustracji swoich zachowaniem.
Oczywiście popełniają błędy, czasem zachowują się pod wpływem emocji dość irracjonalnie, ale mając do siebie dystans i świadomość własnych słabości, potrafią przyznać się do błędu, przeprosić, naprawić krzywdy.

Akcja powieści jest bardzo dynamiczna, a rozwiązanie tajemnicy wcale nie takie łatwe. Autorce udało się mnie zmylić i zaskoczyć, co stanowi dla mnie ogromną zaletę powieści.
W tym tomie jest już bardziej zarysowany wątek romantyczny, ale bez obaw – „Wiedźma naczelna” nie zmienia się nagle w romans fantasy.
To niezmiennie opowieść o przygodach Wolhy, tajemniczych wydarzeniach związanych z Dogewą i samym jej władcą. Jest też sporo magii i spora dawka humoru, a niektóre przygody wiedźmy i jej przyjaciół potrafią doprowadzić do popłakania się ze śmiechu.

Czy „Wiedźma naczelna” ma jakieś wady?
Jeśli tak, to ja ich nie zauważyłam.
Dla mnie to idealna powieść z gatunku humorystycznego, lekkiego fantasy.
Podoba mi się w niej i jej poprzedniczkach naprawdę wszystko, od pierwszego tomu czuć, że autorka miała przemyślaną fabułę i wizję tego, jak ma wyglądać każda z części Kronik.
Ogromnie się cieszę, że jakimś zrządzeniem losu poświęciłam tym książkom chwilę czasu i skusiłam się na przeczytanie pierwszego tomu.
Kroniki Belorskie trafiają na listę moich ulubionych serii i wiem na pewno, że nie raz do nich wrócę.
Przede mną Wiedźmie opowieści i Wierni wrogowie.
Jestem pewna, że ich lektura mnie nie zawiedzie, a Was gorąco zachęcam do sięgnięcia po te świetne książki.

środa, 28 listopada 2018

"Kroniki Skrzatów" Marbella Atabe

„Kroniki Skrzatów” autorstwa Marbelli Atabe, to baśń skierowana do najmłodszych czytelników.
Opowiada historię Amelki, którą wychowuje jej babcia, olbrzyma Teodora, czarownicy Marbelli i kilkorga wyjątkowych skrzatów.
Jaką tajemnicę skrywa zła (ale czy na pewno?) czarownica? Jakie tajemnicze zadanie przypadnie Amelce? Czy ludzi i olbrzymy znów może połączyć przyjaźń? Czym jest gęsta mgła spowijająca Dolinę Stokrotek i dlaczego niektóre domy w dolinie poznikały?
Jeśli chcecie się tego dowiedzieć, koniecznie sięgnijcie po tą powieść, a na pewno się nie zawiedziecie.

Baśń pani Atabe napisana jest pięknym i przyjemnym językiem. Na tyle prostym, aby każdy młody czytelnik bez problemy sobie z nim poradził.
W jej powieści czytelnik znajdzie wiele cennych wartości, np. miłość i troska o zwierzęta, szacunek, przyjaźń, bezinteresowną pomoc drugiej osobie i akceptację innych takimi jacy są.
Nie ma tu mrocznego klimatu , za to fabuła tchnie ciepłem domowego ogniska, miłością rodzinną i przyjaźnią.
Oczywiście jak to w baśniach bywa, jest tu również magia i tajemnice, z którymi przyjdzie się zmierzyć bohaterom, a i pewne zadanie do wykonania, z którym poradzić może sobie tylko Amelka.

Autorka bardzo powoli wprowadza czytelnika do wykreowanego przez siebie świata. Pokazuje codzienne życie bohaterów, relacje panujące w ich rodzinach, nadzieje i marzenia.
Niespiesznie pokazuje również przeszłość, którą Amelka będzie odkrywała wraz z czytelnikami.
Świat, w którym żyją bohaterowie jest odmalowany bardzo plastycznie i obrazowo, nie ma najmniejszego problemu, aby wyobrazić sobie Wzgórze Olbrzymów, Dolinę Stokrotek czy Stalową Wieżę.
Historia opowiadana przez autorkę jest urocza, ciekawa i idealnie nadaje się aby czytać ją wraz z najmłodszymi domownikami, choć jeśli ktoś lubi pełne ciepła i magii baśnie, to niezależnie od wieku, również będzie zadowolony.
Czaru powieści dodają piękne ilustracje, które wykonała sama autorka. Nie sposób nie docenić jej talentu w tym zakresie.

Powieść liczy 492 strony, ale czyta się ją szybko i płynnie. Odpowiada za to prosty język, którym posługuje się autorka, a który jest tak charakterystyczny dla baśni dla dzieci.
Łatwo dać się oczarować tej historii, bo choć nie ma w niej mrocznych postaci i posępnego klimatu, to jednak, jak to w baśniach, mamy walkę dobra ze złem, magiczne moce i bohaterów, których nie sposób nie polubić.
Dodatkowym atutem baśni są czworonożni przyjaciele, suczka Amelki i piesek Teodora. Ich wybryki są dodają kolorów tej opowieści, a każdy miłośnik zwierząt będzie zachwycony podejściem do naszych braci mniejszych, jakie propaguje w Kronikach Skrzatów autorka.


„Kroniki Skrzatów” to ciepła, podnosząca na duchu opowieść, która w dzisiejszych czasach, pełnych pośpiechu i walki o dobrobyt, pokazuje, że są rzeczy ważniejsze od wartości materialnych.
Przypomina aby dbać o swoich bliskich i okazywać im miłość, aby nie bać się przyjaźni i otwarcia się na drugiego człowieka.
Ta  piękna opowieść, niewątpliwie kierowana do młodego czytelnika, z pewnością ma szansę spodobać się i tym starszym, którzy tak jak ja w dzieciństwie zaczytywali się baśniami.
Bez problemu można dać się tej historii oczarować i wciągnąć do świata magii, przyjaźni i przygody.
Z czystym sumieniem mogę polecić „Kroniki Skrzatów” i cieszę się, że wpadły one w moje ręce.


niedziela, 25 listopada 2018

"Portret rodzinny" Jenna Blum

„Portret rodzinny” autorstwa Jenny Blum, to historia, której główna akcja zostaje osadzona w czasach II Wojny Światowej w miejscowości Weimar w Niemczech. To właśnie niedaleko tego miasta znajdował się obóz koncentracyjny Buchenwald (dla zainteresowanych podaję link do wiki TUTAJ ).
Główną bohaterką jest Anna, córka oficera SS. Losy Anny będziemy śledzić dwutorowo, w przeszłości, czyli podczas wojny oraz w latach 90, gdy poznamy jej córkę Trudy, która będzie próbowała zmusić matkę do wyjawienia prawdy o bolesnej przeszłości.
Jedynym dowodem tej przeszłości jaki posiada Trudy jest stara fotografia: rodzinny portret Anny, jej córki i nazistowskiego porucznika z obozu koncentracyjnego Buchenwald, a podejrzenie, że Trudy jest jego córką, położyło się cieniem na całej jej życie.

Akcja powieści od samego początku rozgrywa się dwutorowo. Poznajemy obie kobiety, przy czym autorka od samego początku poświęca zdecydowanie więcej czasu Annie, gdy ta mieszkała w Niemczech. Kreśli obraz młodej, pełnej życia kobiety, mieszkającej z wybuchowym ojcem, nazistą, który zaplanował dla niej całe życie i bynajmniej nie są to plany, które ucieszyłyby Annę.
Jednak los spłata kobiecie okrutnego figla i popchnie ją na ścieżkę, z której nie będzie już odwrotu, a to co zgotuje jej przyszłość, naznaczy ją na resztę życia.
Wszystko co spotyka Annę, pierwsza prawdziwa miłość i jej dramatyczne konsekwencje, wpadnięcie w łapy  nazistowskiego porucznika z obozu koncentracyjnego Buchenwald i to co ten człowiek z nią zrobił – to obraz tak bolesny, że ciężko się o tym czytało. Dziewczyna nie potrafi również przymykać oczu na narastającą agresję wobec Żydów, za co przyjdzie jej zapłacić wysoką cenę.

Autorka pisze o wszystkim co spotkało Annę bez ugrzecznienia, chwilami wręcz brutalnie przedstawia obraz postaci tragicznej, zniszczonej, zmuszonej do dokonania wyboru, który tak na dobrą sprawę nie mógł być inny.
Zmuszenie do bycia kochanką nazisty złamało ją nie tylko fizycznie. Naznaczyło też jej wnętrze, sprawiło, że kobieta nigdy nie poradziła sobie z uczuciem poniżenia i poczuciem winy. Autorka w bardzo przejmujący sposób pokazała jak obersturmführer krok po kroku zawładnął jej ciałem i duszą, wyniszczając i jedno i drugie.
W tej książce próżno szukać sentymentalnych obrazów z czasów koszmaru jakim była II Wojna Światowa i holocaust. To nie ten rodzaj historii.
Autorka porusza temat, który w literaturze pojawia się bardzo rzadko, czyli jaki stosunek wobec Żydów mieli zwykli Niemcy i jest to obraz niejednoznaczny, trudny, bolesny.
Pokazuje również skomplikowane relacja pomiędzy matką i córką, która nigdy nie potrafiła poradzić sobie z mgliście pamiętaną przeszłością i milczeniem na jej temat Anny. Obraz stosunków pomiędzy Anną a Trudy był dla mnie trudny w odbiorze i przeszywająco smutny. Było mi ogromnie żal obu kobiet.

„Portret rodzinny” to niełatwa lektura. Mimo iż autorka ma dobry styl i pisze w bardzo przystępny sposób, tematyka powieści jest ciężka i niejako wymusza zwolnienie podczas czytania i zmusza do zadania sobie pytania „a co ty byś zrobił/zrobiła na miejscu Anny?”.
I powiem Wam, że próba odpowiedzi na to pytanie nie jest łatwa. A historia Anny bardzo długo siedzi człowiekowi w głowie i wywołuje masę sprzecznych emocji.
Mimo, że w wątku rozgrywającym się w latach 90 pojawia się kilkoro postaci drugoplanowych, to przyznaję szczerze, nie poświeciłam im wielu myśli. Tak bardzo zawładnęła moją wyobraźnią historia Anny i Trudy, że skupiłam się tylko na nich i byłam przekonana, że bohaterowie drugoplanowi wcale nie są tak ważni. Oczywiście okazało się inaczej, czym autorka mnie zaskoczyła.

Jenna Blum porusza w swojej historii temat, który jest chyba trochę tabu – bo o tym co działo się z Niemcami podczas wojny i jakie ponieśli konsekwencje tego koszmaru zwykli obywatele praktycznie się nie mówi.
Pani Blum zmierzyła się z tym tematem odważnie i uważam, że wyszła z niego zwycięsko. Niczego nie ubarwia, nie umniejsza koszmaru tamtych wydarzeń, nie próbuje tłumaczyć haniebnych zachowań. Po prostu pokazuje (za sprawą badań i wywiadów przeprowadzanych przez Trudy) jak to wyglądało. A dodać trzeba, że wie o czym pisze, bowiem  przez cztery lata pracowała jako dziennikarka dla Fundacji Shoah Stephena Spielberga, dokumentując doświadczenia ocalałych z Holokaustu.
Na uznanie zasługuje również to jak sprawnie połączyła fikcję z historycznymi wydarzeniami. Widać, że poświęciła wiele czasu i trudu na dopracowanie tej historii i wierne odmalowanie realiów tamtych czasów.

„Portret rodzinny” to nie jest powieść, którą można określić jako piękną, bo to zbyt ciężki temat i zbyt przesiąknięty tragizmem. Ale niewątpliwie jest to historia pełna emocji i poruszająca do głębi.
Czyta się ją powoli, bo nie da się inaczej. To zbyt trudny temat, aby „przelatywać” wzrokiem kolejne strony. W tej książce czytelnik wgryza się w fabułę, skupia na niej maksymalnie i daje wciągnąć do wydarzeń, co do których ma się jedynie nadzieję, że nigdy więcej nie powrócą.



Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Szósty Zmysł







piątek, 23 listopada 2018

„Świt między dobrym i złym” Marta Krajewska

„Świt między dobrym i złym” to drugi tom serii Marty Krajewskiej opowiadającej o przygodach
Bratmiła, chłopca, którego Opiekunka Wilczej Doliny szkoli na swojego następcę.
Chłopiec po dramatycznych wydarzeniach podczas poszukiwania siostry porwanej przez mamuny, zaczyna uczyć się wszystkiego, aby w przyszłości sam mógł zostać opiekunem.

Bratmił to mądry chłopiec, który nie jest wolny od wątpliwości i rozterek związanych z wyborem jego osoby na opiekuna. Z jednej strony cieszy się, że nim będzie, z drugiej jak to dziecko, obawia się czy podoła zadaniu, czy przez to nie będzie samotny jak Chaberka.
O tej ostatniej w tej części dowiadujemy się nieco więcej,  jak doszło do tego, że została opiekunką Wilczej Doliny i dlaczego sprawia wrażenie osoby chłodnej i tak bardzo opanowanej.
Autorka w swojej opowieści tworzy wyjątkowy klimat odciętej od świata górskiej doliny, małej, związanej ze sobą społeczności. Kreśli obraz dawnych wierzeń, kultury, tradycji. W Wilczej Dolinie wiara w bogów jest wciąż żywa i stanowi ważny element życia zamieszkujących ją ludzi.
Autorka pisze lekko, więc język jest łatwo przyswajalny dla młodego czytelnika, równocześnie tworzy wielobarwny i plastyczny obraz Doliny i jej mieszkańców.
Akcja opowieści jest bardzo wartka, pojawia się tajemnica do rozwikłania i mój ukochany mamun Munek, który znów kradnie opowieść innym bohaterom samym swoim pojawieniem się.
Uwielbiam tego stwora z paszczą pełną ostrych zębów i wyjątkowym poczuciem humoru.
Znów mamy również możliwość spotkania wiedźmy spod skały i jej wyjątkowo złośliwego kota.
Każda z wykreowanych przez Martę Krajewską postaci jest wielobarwna, wyrazista, pełna charakteru. To nie są idealni ludzie, mają swoje wady i zalety, smutki i radości.

Tak samo jak w poprzedniej części, autorka podkreśla jak ważne są szacunek dla przyrody, tradycji, przodków.
Do tego ubiera to w lekką formę, która z łatwością przemówi do młodego czytelnika i będzie dla niego zrozumiała, uzmysłowi mu, że każdemu należy się szacunek i pomoc w potrzebie, a prawdziwa przyjaźń nie zważa na żadne różnice.
Jednocześnie podkreśla jak niszczycielską siłą może się okazać upór i trwanie w złości, jak wiele złego mogą wyrządzić wypowiedziane w gniewie słowa i jakie mogą mieć skutki.


„Świt między dobrym i złym” to magiczna opowieść o chłopcu, którego życie nieodwracalnie się zmienia, który będzie musiał dorosnąć trochę szybciej niż jego rówieśnicy. Marta Krajewska hołubi ponadczasowym wartościom, zabiera czytelnika do świata słowiańskich wierzeń i tradycji, potrafi rozbawić i zaskoczyć.
Jestem pod urokiem tej serii i cieszę się, że to nie ostatnia powieść z przygodami Bratmiła, Chaberki i Munka (mam nadzieję, że autorka nie porzuci mojego ulubionego mamuna).
Jest coś tak wyjątkowego w tych niepozornych książkach, że przemawiają wprost do serca czytelnika, oczarowują, zachwycają i sprawiają, że nie chce się porzucać tego wyjątkowego świata wykreowanego przez autorkę.

Mimo, że „Świt między dobrym i złym” to książka kierowana do młodego czytelnika, to uważam, że każdy, niezależnie od wieku, odnajdzie w niej coś dla siebie i będzie to dobrze spędzony czas.
Wilcza Dolina to wyjątkowe miejsce, gdzie pośród ludzi wciąż pojawiają się starzy bogowie, gdzie dba się o zadowolenie domowników, a rodzanice nadal przepowiadają dziecku jego los.
Gdzie świat wydaje się być dużo prawdziwszy niż ten co nas otacza teraz.
Szczerze polecam „Świt między dobrym i złym” i jej poprzedniczkę „Noc między tam i tu” oraz pozostałe książki Marty Krajewskiej.
To pełne emocji i niesamowitych wydarzeń historie rozgrywające się w Wilczej Dolinie na wskroś przesiąknięte słowiańską mitologią.

wtorek, 20 listopada 2018

"Bramy Światłości 3" Maja Lidia Kossakowska

Na finalną część Bram Światłości M.L. Kossakowskiej czekałam niecierpliwie. Cały cykl Zastępy
Anielska autorki jest jednym z moich ulubionych. Wiadomo, jak to w dłuższych seriach (ta ma 7 tomów łącznie ze zbiorem opowiadań) bywały lepsze i słabsze momenty, ale ogólnie całość piastuje wyjątkowe miejsce w moim czytelniczym sercu.

Akcja „Bram Światłości 3” rozpoczyna się dokładnie tam, gdzie zakończyła się w poprzedniej części. I wiecie co, no nie bardzo jest co do dodania odnośnie fabuły, żeby nie zdradzić za dużo.
Akcja nadal toczy się równocześnie w dwóch miejscach, w Głębi, gdzie Razjel z różnym skutkiem udaje Lucyfera oraz w Strefach Poza Czasem, gdzie przebywa całkiem spora gromada skrzydlatych różnego pochodzenia.
Wyprawa Seredy, która coraz bardziej zbliża się do Ergu,  Lucek z Daimonem którzy robią  wszystko aby do nich dołączyć i wyprawa Asmodeusza, który próbuje ich doścignąć.
Podróż staje się coraz bardziej niebezpieczna, bo prócz „zwykłych” niebezpieczeństw każdy z uczestników będzie musiał zmierzyć się z samym sobą, swoimi słabościami i lękami.

Lubię styl pisania pani Kossakowskiej, lubię jej szczegółowość, wnikliwość i niejednoznaczność. W jej książkach nie wszystko jest tym, czym się na pozór wydaje, a jej bohaterowie zawsze są wielowymiarowi.
W poprzednim tomie Bram Światłości autorka odarła swoich bohaterów z poczucia własnej wspaniałości, o której byli święcie i nie-święcie przekonani. Pokazała ich pychę, butę i przekonanie, że wszystkie stworzenie ma paść na kolana porażone ich chwałą.
W tym tomie kontynuuje ten sposób ukazania swoich bohaterów, jest dla nich bezlitosna, obnaża ich słabości, pokazuje jak bardzo się zmienili, jak mocno są rozczarowani sobą.
To smutny obraz, gorzka do przełknięcia pigułka, gdy podziwiani bohaterowie nagle okazują się tak bardzo… ludzcy.

Sam sposób ukazania Stref Poza Czasem jest dla mnie fantastyczny, wielobarwny i zaskakujący. Autorka ukazuje wiele dawnych wierzeń i bogów, w których kiedyś  wierzyli ludzie. Pełnymi garściami czerpie z różnych mitologii. Dzięki temu, że  potrafi niesamowicie plastycznie i obrazowo opisywać wykreowany przez siebie świat, oddała  jego wielowymiarowość i zróżnicowanie.
„Bramy Światłości 3” to całkiem inna powieść niż „Siewca Wojny”. Choć z pozoru to ci sami bohaterowie, to jednak są już całkiem inni, przygniecenie brzemieniem, którego nie chcieli, wplątani w układy, zależności i tęskniący za czasami gdy Jasność przebywała pośród nich, a ich życie nie miało tego niepokojącego odcienia szarości.
Razem z moimi ulubionymi bohaterami przeżywałam rozczarowania, czepiałam się ostatkiem sił nadziei, tęskniłam, poddawałam się zwątpieniu i rozpaczy.

W powieści nie zabrakło charakterystycznego dla autorki humoru, cierpkiego i sarkastycznego. Wątek rozgrywający się w Głębi, gdzie utknął Razjel był dla mnie świetnie skonstruowany, a jego rozgrywka z Nergalem trzymała w napięciu i jakoś tak mocno kojarzyła mi się z poczynaniami Berii i NKWD.
Byłam pewna, że z tej całej maskarady nic dobrego nie wyniknie i w gruncie rzeczy miałam rację. Przyznaję, że czekałam na każdy rozdział, który dotyczył Razjela, bałam się o niego i tego, co autorka z nim zrobi.
Bardzo niewiele za to było momentów, gdy akcja przenosiła się do Królestwa i Gabriela. Trochę mi go brakowało, czułam niedosyt jego postaci. Co prawda to nie tak, że go wcale nie ma, ale jak dla mnie pojawiał się zdecydowania za mało. Podobnie zresztą jak w przypadku Asmodeusza. Ten czort od początku był jednym z moich ulubionych bohaterów i zawsze czekałam aż się pojawi.

Wszystkie trzy części Bram Światłości zmierzały wg mnie do zakończenia, które zaserwowała mi autorka. Jest to dla mnie odpowiednie zwieńczenie i tej wyprawy i historii.
Smutne, gorzkie, pozostawiające dziurę w sercu.
Bo najgroźniejszym przeciwnikiem,  z którym bohaterowie zostaną zmuszenie się zmierzyć, będą…oni sami.
Czekałam długo na ostatni tom z cyklu i teraz mam wrażenie, jakby uszło ze mnie całe powietrze. Bo to przecież OSTATNI tom cyklu, który tak bardzo lubię, ostatnie spotkanie z bohaterami, których pokochałam.
Czy liczę na to, że autorka wróci do moich ulubionych Świetlistych i Głębian? Oczywiście! Mam nadzieję, że nie porzuci ich całkowicie i pozwoli mi się jeszcze kiedyś z nimi spotkać, choćby na krótko, choćby w jednym czy dwóch opowiadaniach.






środa, 14 listopada 2018

"Wiedźma opiekunka" Olga Gromyko. Tom drugi kronik Belorskich

Wolha Redna, zdolna i sarkastyczna wiedźma powraca w drugim tomie przygód. I to powraca z
przytupem.
Egzaminy końcowe już za Redną, więc czas udać się do Dogewy i rozpocząć swój staż.  Ruda wiedźma ma już wszystko zaplanowane.
Ale oczywiście nic nie idzie tak jak powinno, co więcej, idzie totalnie źle.
Wolha wpakuje się w straszne tarapaty, pozna wyjątkowo hardą wojowniczkę i wampira o specyficznym poczuciu humoru. Razem będą musieli się zmierzyć z wydarzeniami, których nawet wybujała wyobraźnia wiedźmy nie mogłaby wymyślić.

Pewnie każdy z Was spotkał się choć raz z tzw. klątwą drugiego tomu. Gdy zabierałam się za czytanie „Wiedźmy opiekunki” nie bałam się, że będzie to powieść gorsza od swojej poprzedniczki, ale nie spodziewałam się również, że będzie aż tak… DOBRA.
Bo o bogowie wszelcy, jaka to była wyśmienita lektura! I żałość ogromna mnie ogarnęła, że się tak szybko skończyła.
Co było w tej książce takiego dobrego?
Po pierwsze bohaterowie. 
Barwni, ciekawi, intrygujący, z poczuciem humoru, skrywający tajemnice, dający się lubić od samego początku.
Humor.
Było go mnóstwo, pełnego ironii, sarkazmu, niekiedy bardzo czarnego. Śmiałam się często i głośno, raz się nawet ze śmiechu  popłakałam.
Akcja.
Wartka, ciekawa, wciągająca, z taką ilością niesamowitych wydarzeń i zaskakujących zwrotów, że dosłownie pożerałam kolejne strony i rozdziały.
Fabuła.
Spójna i niesztampowa. Ciężko było przewidzieć jak się rozwinie, w jakim kierunku poprowadzi czytelnika autorka i jak zakończy się ta szalona historia.
Chwilami było również wzruszająco i z nutką nostalgii.

Autorka ma bardzo dobry styl, pisze lekko i plastycznie. Potrafi odmalować  obraz wydarzeń tak sugestywnie, że wszystko co się rozgrywało na kartach powieści miałam przez cały czas przed oczami.
Czytelnik szybko wsiąka w wykreowany przez autorkę świat i za nic nie chce go opuszczać.
W tym tomie pojawia się kilkoro nowych bohaterów, prócz tego mamy możliwość spotkać się z tymi, których poznaliśmy w pierwszej części.
Wyjątkowo fajną i barwną bohaterką, którą pokochałam od pierwszej chwili okazała się… kobyłka Smołka, która to w zabawnych okolicznościach pojawiła się w powieści i życiu wiedźmy. To czarne jak bezksiężycowa noc stworzenie szybko skradło moje serce, a jej wybryki dostarczały mi nie lada rozrywki.
Wolha Redna jest postacią idealnie wykreowaną. Jest harda, złośliwa, sarkastyczna, ale i wierna i lojalna, a za przyjaciół da się pokroić. I ma spory dystans do siebie, a to ogromnie sobie cenię.
Autorka nie przerysowała jej, nie rozbiła z niej ani nieznośnej i aroganckiej pyskuli ani rozmemłanej idiotki. To jedna na najfajniejszych bohaterek fantasy, o której przygodach dane mi było czytać. Podoba mi się w tej postaci naprawdę wszystko.
Zresztą, co zasługuje na uznanie, nie ma w tej powieści ani jednego bohatera, który by denerwował, irytował czy zwyczajnie wkurzał.

Olga Gromyko ma niesamowity talent, pisze lekko, barwnie i z humorem. Potrafiła stworzyć świetnych bohaterów,  którzy nie irytują, nie wkurzają bezsensownym zachowaniem, nie wplątała w swoją opowieść sztampowego wątku romantycznego, a tym bardziej, tfu tfu na psa urok, żadnych miłosnych trójkątów, czworokątów czy innych „katów”.
Powieść pełna jest świetnych dialogów, sarkastycznych uwag Wolhy i zaskakujących wydarzeń.
I mimo, że ten tom aż skrzy się od humoru, to jest w nim też poważniejszy wątek, który mnie oczarował.
A już zakończenie powieści zachwyciło mnie i zostawiło z ogromnym uśmiechem na ustach, bo choć miałam nadzieję na coś w tym stylu, to się tego jednak kompletnie nie spodziewałam.

„Wiedźma opiekunka” to książka fantasyczna i to dosłownie i w przenośni.
Dawno nie czytałam tak dobrej powieści, lekkiej, zabawnej i zachwycającej.
To była wspaniała przygoda i pozostaje mi tylko liczyć na to, że tom trzeci utrzyma poziom swojej poprzedniczki.




poniedziałek, 12 listopada 2018

"To, co zakazane" Tabitha Suzuma PRZEDPREMIEROWO

O powieści Tabithy Suzuma nie słyszałam wcześniej. Po zapoznaniu się z opisem książki miałam
mieszane uczucia i sama do końca nie byłam przekonana, czy chcę i powinnam tę książkę czytać.
Zwyciężyła chyba zwykła ludzka ciekawość i chęć zobaczenia czy to kolejna powieść z gatunku tych, co to mają jedynie szokować, czy może jest w niej coś więcej.

Głównymi bohaterami tej powieści są siedemnastoletni Lochan i szesnastoletnie Maya – rodzeństwo.
Odkąd pięć lat wcześniej opuścił ich ojciec, oboje sprawują opiekę nad trójką młodszego rodzeństwa. Ich matka ( wpadająca w coraz większy alkoholizm) pracuje w restauracji, a od czasu poznania nowego partnera, coraz rzadziej bywa w domu, krok po kroku odcinając się od swoich dzieci i obowiązków względem nich. Pragnie wolności od niechcianej rodziny, a jej celem jest nowy związek i beztroskie życie.
To Lochan i Maya dbają o rodzeństwo, gotują, sprzątają, robią zakupy, pilnują płacenia rachunków, odbierają dzieciaki ze szkoły – ale przede wszystkim robią wszystko, aby opieka społeczna ich nie rozdzieliła.
Nie mają więc wyboru i przyjmują na siebie obowiązki rodziców, choć tak naprawdę sami są jeszcze dziećmi i potrzebują troski i opieki.

Autorka prowadzi narrację pierwszoosobową z punktu widzenia Mai i Lochana, naprzemiennie oddając im głos w kolejnych rozdziałach.
Mamy możliwość dobrze ich poznać, poznać ich myśli, zrozumieć i zobaczyć z jak dużym brzemieniem muszą się zmagać.
Cała sytuacja rodzinna i ich relacje z matką oraz młodszym rodzeństwem są tutaj bardzo dobrze ukazane. I  czytelnik od razu widzi, że nic nie jest w tej rodzinie tak, jak być powinno.
Rozwój uczucia bohaterów śledzimy krok po kroku. Od niepokoju, lęku, obrzydzenia, po stopniowe pogodzenie się z tym co czują i – tylko do pewnego stopnia – zaakceptowania swoich emocji i uczuć.
Autorka mocno skupia się na ich wewnętrznych przeżyciach, tym co się w nich dzieje. Widzimy pełen wachlarz emocji i bynajmniej nie są to motylki w brzuchu towarzyszące pierwszej miłości w normalnych warunkach.
Uczucia, które się w nich rodzą, ich samych wprawiają w zmieszanie, oburzenie, złość, rozpacz. A jednak okazują się silniejsze od nich i jak łatwo się domyślić, doprowadzą do tragicznych konsekwencji.

Autorka potrafi pisać w bardzo obrazowy sposób, tak ukazać wnętrze sowich bohaterów, że nie sposób ich nie polubić.
Ale to nie jest sympatia na zasadzie kibicowania „tak, jesteście super, taki związek to w sumie nic takiego, żyjcie długo i szczęśliwie”. Tą dwójkę młodych ludzi polubiłam bardzo za to jacy byli, za próby stworzenia domu dla młodszego rodzeństwa i miłość jaką ich darzyli. Było mi ich jednocześnie ogromnie żal, a ich rozwijająca się relacja napawała mnie smutkiem.
Wtłoczeni w rolę i obowiązki, które potrafią przerosnąć dorosłych ludzi, oni zostali nimi obarczeni mając po 12 i 11 lat. Pozbawienie wsparcia i opieki matki, w gruncie rzeczy stracili obojga rodziców. I widać było jak na dłoni, że ta odpowiedzialność ich przerosła.

Byłam pewna, że ta książka mnie zniesmaczy, oburzy, odrzuci. Że nie będę potrafiła popatrzeć na złamanie tego tabu z dystansu.
A jednak stało się inaczej. Wbrew moim obawom Tabitha Suzuma nie ukazuje kazirodztwa jako czegoś godnego pochwały, nie gloryfikuje go i nie chce zmusić czytelnika do zmiany swoich podglądów na jego temat.
Ukazuje piękno samego uczucia w niedobrym związku. Związku, który nie powinien był zaistnieć. Związku, który bezsprzecznie mógł doprowadzić tylko do tragedii.
W tym wszystkim to właśnie Lochan i Maya są pokrzywdzonymi, to oni, obdarowani uczuciem, którego nie chcieli, poniosą jego konsekwencje, choć w gruncie rzeczy nie mieli na to wpływu

 Autorka nie pisze tego wprost, ale sugeruje, że sytuacja rodzinna, brzemię odpowiedzialności i osamotnienie mogły ich popchnąć ku sobie i sprawić, że się w sobie zakochali. Ukazuje tło narodzenia się tego uczucia i jest to obraz bolesny, smutny, pełen emocji, poruszający.
Myślę, że gdyby nie okoliczności, nie doszło by do tego. W końcu oboje zdawali sobie sprawę, że to co ich łączy jest złe, zakazane i nie powinno mieć miejsca. Że powinni zwalczyć to uczucie za wszelką cenę. I ta walka była widoczna, autorka dobrze ją pokazała, cały ból, strach, cierpienie i pragnienie, żeby życie okazało się dla nich łaskawe.

„To, co zakazane” to ciężka i trudna historia. A jednak napisana z wyczuciem i w sposób, który ogromnie porusza.
A zakończenie… Zostawiło mnie z ogromną dziurą w sercu, bo nikt nie powinien płacić tak wysokiej ceny za uczucie.
Długo nie mogłam pozbierać myśli po skończeniu lektury, ale  jedno wiem na pewno, to bardzo dobrze napisana książka i mimo kontrowersyjnego tematu, ogromnie poruszająca historia.




Za przedpremierową możliwość przeczytania powieści dziękuję Wydawnictwu Młodzieżówka

środa, 7 listopada 2018

"Księga Czarownic" serial (BEZ SPOILERÓW)

Dawno temu, bo chyba już 7 lat minęło, wydawnictwo Amber wydało pierwsze dwa tomu „Księgi
wszystkich dusz” Deborah Harkness.
Zagranicą trylogia, u nas każdy tom podzielony na dwa. Po czym okazało się, że ostatni tom nie będzie u nas wydany wcale.
I pewnie już bym się nigdy nie doczekała tego ostatniego tomu, gdyby nie serial pt. Księga czarownic, nakręcony przez  Bad Wolf oraz Sky Productions, który jest luźną (choć pierwszy sezon raczej dość wierną) adaptacją książek.
W Polsce serial można obejrzeć na HBO GO i od niedawna co wtorek na HBO.

Przyznam szczerze, że to co najbardziej utkwiło mi w głowie po lekturze powieści, to fakt, że wampiry u autorki nie świecą się w słońcu, bohaterką jest dojrzała kobieta, naukowiec, a w  fabułę wplątane jest wiele ciekawych faktów historycznych.
Dodatkowo wątek miłosny był dla mnie bardzo ciekawy i dobrze nakreślony.
Dlatego podeszłam do serialu dość ostrożnie, obawiając się, że zobaczę kolejny sztampowy serial o wampirze i jego ukochanej.

Już pierwszy odcinek mocno mnie zaskoczył.
Pozytywnie.
Twórcy serialu bardzo się postarali, serial ma piękną oprawę i kręcony jest w Oksfordzie, czyli tam gdzie rozgrywa się akcja powieści.
Aktorzy dobrani zostali bardzo dobrze i tak właśnie sobie ich wyobrażałam.
Z racji tego, że główna bohaterka jest czarownicą, w serialu pojawia się magia, ale jest ona pokazana bardzo fajnie, nie ma za dużo efektów specjalnych, jest subtelnie, ale ciekawie.
Również wampiry są pokazane „normalnie”, bez zbędnego epatowania ich cudownymi mocami.

Jeśli chodzi o watek romantyczny, a to on jest jednym z dwóch najważniejszych wątków i w książce i serialu, to sposób jego ukazania ogromnie mi się podoba. Jest subtelnie, ale od razu widać chemię pomiędzy głównymi bohaterami, napięcie, przyciąganie, pożądanie.
Aktorka grająca Dianę potrafi pokazać niepewność swojej bohaterki, jej fascynację Matthew i uczucie, które zaczyna do niego żywić.
Rozwijający się romans tej dwójki ogromnie mi się podoba, wywołuje sporo emocji i niewątpliwie napędza całą fabułę. Dodatkowo wątki poboczne i bohaterowie drugoplanowi są świetnym jej uzupełnieniem i tłem.
Na plus zasługuje również tajemnica związana z księgą Ashmole, rozgrywki pomiędzy członkami Zgromadzenia i wątek ukrytej przez długie lata mocy Diany.

Serial ma bardzo dobrą muzyczną oprawę. Niektóre utwory zapadły mi w pamięć i chętnie do nich
wracam. Mam nadzieję, że ukaże się soundtrack z serialu, bo naprawdę pojawiło się w nim wiele super kawałków.
No i widoki, sceneria. Piękno Oksfordu dodało serialowi niesamowitego klimatu, ja jestem zachwycona.
Aby się nie rozwlekać – „Księga czarownic” to pierwszy serial od wielu lat, który obejrzałam calutki. Sezon liczący 8 odcinków zleciał mi błyskawicznie.
W dodatku zakończenie jest w takim momencie, że jeśli ktoś nie czytał książek (ja na szczęście czytałam), a serial mu się podoba, to teraz zgrzyta zębami ze złości.
Bo na drugi sezon trzeba będzie poczekać do przyszłego roku i to pewnie jego drugiej połowy.
Dobrą wiadomością natomiast jest to, że ma być nie tylko sezon drugi, ale i trzeci – wychodzi więc na to, że jeden sezon = jednemu tomowi.
W internecie pojawiły się też skąpe informacje, że Wydawnictwo MAG wyda cała trylogię Deborah Harkness. Niestety samo tego jeszcze nie potwierdziło (ani nie zaprzeczyło), ale na stronie Kawerny znalazłam zapowiedzi na rok 2019 Wydawnictwa MAG i tam jest ujęta trylogia pani Harkness (dla zainteresowanych podaję link TUTAJ).
Ciekawa jestem czy oglądacie ten serial? Jeśli tak, to czy się Wam podoba, czy czytaliście książki.
Dajcie znać!


*wszystkie zdjęcia pochodzą z HBO GO



poniedziałek, 5 listopada 2018

"Serce z cierni" Bree Barton

"Zaufaj swojemu sercu nawet jeśli cię to zabije"

Mia to młoda dziewczyna, córka Łowcy Gwyrach. Sama od trzech lat szkoli się na jednego z nich.
Przyświeca jej jeden cel, odnaleźć i zabić Gwyrach, która zamordowała jej matkę. Czarownice potrafią zabijać dotykiem, a ich moc potrafi objawić się w dowolnym momencie, dlatego też wszystkie kobiety w rzecznym królestwie muszą nosić rękawiczki.
Życiowe plany Mii krzyżuje jej własny ojciec, który postanawia wydać ją za mąż za syna króla. W trakcie zaślubin ktoś próbuje zabić młodego księcia, co zmusza Mię i Quina do ucieczki, a dziewczyna okazuje się być Gwyrach.

Początek powieści nie sugerował, że „Serce z cierni” będzie czymś więcej niż typową młodzieżówką, lepiej lub gorzej powielającą schematy innych tego typu powieści.
I faktycznie, kilka pierwszych rozdziałów nie zachwyca świeżością.
Autorka wprowadza czytelnika w świat bohaterów, w panujące w nim zasady oraz pokazuje magię Gwyrach – którą widzimy oczami Mii.
A o tej dziewczyna wie dużo – w końcu jej analityczny umysł od trzech lat obsesyjnie wręcz pochłania każdą dostępną wiedzę na temat tych demonów w ludzkiej skórze.
Czym dalej jednak czytamy, tym bardziej autorka zaczyna zaskakiwać, akcja zaczyna kluczyć, pojawia się kilka plot twistów, które mnie autentycznie zaskoczyły.
Nie wspominając już o zakończeniu, które zostawiło z rozdziawioną ze zdziwienia buzią.

Narracja jest trzecioosobowa, więc mamy możliwość śledzenia wszystkich wydarzeń z szerszej perspektywy, a tym samym pozbawieni jesteśmy (na całe szczęście) wewnętrznych monologów i przemyśleń głównych bohaterów – czyli tego, co mi zazwyczaj ogromnie przeszkadza w młodzieżówkach pisanych w pierwszej osobie.
Tutaj autorka zasługuje na duży plus jeśli chodzi o wybór narracji, bo moim zdaniem zadziałało to na korzyść powieści.
Akcja jest niesamowicie dynamiczna. W tej książce dzieje się tak wiele, że bywały takie chwile, że można było za autorką nie nadążyć. Zmiany o 180 stopni potrafiły zadziać się w mgnieniu oka i do samego końca ciężko było się domyśleć, kto jest prawdziwym antagonistą naszych bohaterów. A gdy już mi się wydawało, że wiem, domyśliłam się – autorka zaskoczyła mnie całkowicie.

Z jednej strony „Serce z cierni” to typowa młodzieżówka, z adekwatnymi bohaterami i łatwymi do przewidzenia wątkami. A jednak i tutaj udało się autorce mnie zaskoczyć, bowiem w swoja historię wplotła mocne przesłanie feministyczne (polowania na Gwyrach, uprzedmiotowienie kobiet i ich zniewolenie pod płaszczykiem ochrony), które jednak nie jest przejaskrawione, za to stanowi bardzo dobre podkreślenie tego, co dzieje się w rzecznym królestwie.
W powieści pojawiają się również delikatne wątki LGBT, ale nie dominują one historii. Tych, którzy nie lubią takich elementów w książkach uspokajam – bez obaw, tutaj nie są one mocno wyjaskrawione, a ich pojawienie się jest niejako uzasadnione w tej historii i pasuje do niej.
Oczywiście nie mogło w tej powieści zabraknąć wątku miłosnego i nie jest  zaskoczeniem, że dotyczy on Mii i Quina. I choć akurat on nie zaskakuje niczym świeżym, to również nie wywołuje irytacji, nie jest to sztampowy i schematyczny obraz powielony z tak wielu innych książek tego gatunku.

Bohaterowie są ciekawi i intrygujący. Autorce całkiem dobrze wyszło nakreślenie ich i to nie tylko tych głównych, ale i drugoplanowych. Mia nie jest denerwującą nastolatką, to nad wiek dojrzała dziewczyna, które nie jest idealna, czasem podejmuje złe decyzje i bywa zagubiona, a jednak bez problemu da się ją polubić. Quin to poważny młody mężczyzna, który skrywa wiele tajemnic, a jednocześnie pod maską chłodu ukrywa się pełen życia i marzeń chłopak.
Autorka ma całkiem dobry styl, a język, którym pisze jest lekki, plastyczny i przyjemny.
Mimo literówek (co jest akurat winą wydawnictwa) powieść czytało mi się bardzo dobrze.
To wciągająca historia, które potrafi nieźle zaskoczyć i trzymać w napięciu do ostatniej litery.
 „Serce z cierni” okazała się być naprawdę dobrą młodzieżówką fantasy, która bez problemu może się spodobać również starszym czytelnikom. To dobrze opowiedziana i  intrygująca historia i chętnie sięgnę po kolejny tom.





niedziela, 4 listopada 2018

Książkowe zakupy - co w październiku przybyło na moich regałach

Październik był dla mnie wyjątkoym miesiącem pod względem czytelniczym i nie chodzi mi o ilość przeczytanych książek, a raczej o to, że trafiłam na kilka naprawdę dobrych.
Poza tym, w końcu udało mi się pojechać na Targi Książki w Krakowie, co przez długi czas zawsze finalnie mi nie wypalało.
Targi były dla mnie wyjątkowym przeżyciem, bo prócz rzeczy oczywistych, jak obkupienie się w wiele książek, miałam okazję spotkać kilkoro wyjątkowych autorek, porozmawiać, dostać autograf, zrobić pamiatkowe zdjęcie.
Moja skromna relacja z Targów TUTAJ.
Oczywiście jak na ksiązkohilika szaleńca przystało, do domu przytargałam dwie torby książek, z których zakupu jestem wyjątkowo zadowolona.






Prócz targowych zdobyczy, tak się złożyło, że przez cały miesiąc ukazywały się książki, które mnie zainteresowały, albo takie na które czekałam.
Niektóre z nich sa juz przeczytane, a recenzje pojawiły się już na blogu, np. Drzewo WspomnieńKrwawy księżyc czy Bogowie PustyniGuerra.
Książki zamawiałam jak uzbierało mi się kilka w jednym sklepie, a zamawiałam w różnych.
Kiedyś już pisałam na blogu, gdzie najczęściej kupuję i pod tym względem niewiele się zmieniło.
Również na tragach zawitałam na stanowiska bonito, nieprzeczytane.pl czy (i tu nowość) do Świata książki, który oferuje czytelnikom coraz lepsze ceny.

Niektóre ksiażki udało mi się upolować w naprawdę świetnych cenach, np. trylogia Czarne Kamienie kosztowała mnie 34 zł za wszytskie trzy części.
Wydawnictwo Genius Creations również zrobiło super promocję i ksiażki od nich nie przekroczyły 18 zł za sztukę.







Listopad zapowiada się równie atrakcyjnie pod względem nowości i premier. Dwie z wyczekiwanych powieści już zamówione w przedsprzedaży, a ja się już ich doczekać nie mogę.

piątek, 2 listopada 2018

"Guerra" Melissa Darwood

Guerra autorstwa Melissy Darwood, to drugi tom serii Wysłannicy, która miała swoją premierę 26
października.
Jest to kontynuacja Laristy, pierwszej powieści autorki, nie tak dawno temu wydanej ponownie.
Akcja powieści jest bezpośrednią kontynuacją wydarzeń z Laristy, ale w tym tomie skupia się na Zuźce, przyjaciółce Lary i jej związku z Patrykiem – Guardianinem.
Wszystko wydaje się być ok do czasu feralnego koncertu, gdy Patryk wbrew zasadom ratuje Zuzce życie, przez co skazuje się na zesłanie do Guerry.
Zrozpaczona dziewczyna postanawia go stamtąd wyciągną i wyrusza w podróż, która zmieni wszystko…


Gdy zaczynam czytać Guerrę, spodziewałam się lekkiej historii o miłości, która spotyka na swojej drodze wiele przeszkód do pokonania.
I wiecie co?
Dawno nie dałam się tak pozytywnie zaskoczyć, jak podczas czytania Guerry.
Akcja powieści jest bardzo wartka od samego początku. W tej objętościowo niepozornej książce jest skompresowane wiele niesamowitych wydarzeń i sporo fascynujących postaci.
Oczywiście na pierwszy ogień idzie główna bohaterka. Poznajemy lepiej Zuzę i mamy możliwość zajrzeć do jej głowy i serca, poznać myśli, uczucia, lęki, obawy i nadzieje.
Ta harda i chwilami buńczuczna dziewczyna, która w pierwszej chwili potrafiła mnie zirytować swoim zachowaniem, przechodzi stopniową przemianę, która ujęła mnie za serce i sprawiła, że pokochałam tą charakterną dziewuchę.
Autorce udało się jej nie przerysować, nie zostawić czytelnikowi wkurzającej bohaterki, ale ukazać co sprawiło, że Zuza miała taki a nie inny charakter, jej dobre strony i wrażliwe serce.
Kibicowałam jej, miałam nadzieję, że wszystko jej się uda i powiedzie. Chwilami byłam pełna lęku, gdy nad nią i resztą bohaterów zbierały się czarne chmury i groziło im kolejne niebezpieczeństwo.

Sam pobyt w tej przerażającej krainie, gdzieś pomiędzy piekłem i niebem, to była dla mnie jak obleczona w obrazy Beksińskiego wizja miejsca pełnego rozpaczy, z którego nie ma już powrotu.
Byłam zachwycona i jednocześnie przerażona Guerrą. Ogromna w tym zasługa autorki, która bardzo plastycznie opisała to miejsce i potrafiła przemówić do mojej wyobraźni.
W Guerze Zuza będzie miała okazję poznać innych jej „mieszkańców”. Niektórzy nie odgrywają większej roli, ale pojawią się bohaterowie wyjątkowo ważni i dla fabuły i dla samej Zuzy.
Kreacja bohaterów to kolejna zaleta tej powieści. Autorka tworzy postacie nieidealne, pełne sprzeczności, a jednocześnie potrafi tak umotywować ich działania, że nawet jeśli coś budziło mój wewnętrzny sprzeciw, to bez problemu potrafiłam zrozumiem, dlaczego postępują tak, a nie inaczej i mimo to trzymać kciuki za to, aby wszystko się im udało.

Kolejnym ogromnym plusem Guerry, to emocje. Ta powieść jest nimi przepełniona. I wbrew obecnej modzie, nie dlatego, że dokonuje emocjonalnych szantaży na psychice czytelnika, ale autentycznie porusza w sposób naturalny opowiadaną historią, tym co sobą reprezentują bohaterowie, ich wnętrzem i tym co przeżywają, targającymi nimi uczuciami, o których autorka potrafi pisać z wyczuciem i ogromną pasją.
Nie wiem jak to dobrze ubrać w słowa, ale to książka nie wali czytelnika między oczy wszystkimi traumami tego świata, za to porusza wspaniałą historią i tym z czym przyszło się zmierzyć bohaterom.
Uważam, że to nie lada sztuka tak napisać powieść, aby emocje potrafiły zawładnąć czytelnikiem nie dlatego, że na bohaterów spadają wszystkie nieszczęścia tego świata, a za sprawą nich samych i tego co buzuje wewnątrz nich.
Melissie Darwood ta sztuka się w Guerze zdecydowanie udała i przyznaję, że zostałam tym bardzo pozytywnie zaskoczona.
Guerra jest bardziej dojrzałą powieścią niż Larista, ale i bohaterowie są też trochę starsi i bardziej doświadczeni.
Widać również jak bardzo rozwinął się warsztat autorki i jak wyrobił jej styl pisania.
Guerrę czyta się naprawdę dobrze, język jakim jest napisana jest przyjemny i obrazowy.
A zakończenie powieście jest dla mnie absolutnie cudowne, totalnie zaskakujące i lepszego nie mogłabym sobie wymarzyć.
Należą się autorce ukłony za to, jak zakończyła tą powieść. Mam swoje pewne skojarzenia, ale aby nie psuć nikomu lektury, napiszę o nich do autorki osobiście, bo komuś muszę o tym powiedzieć.

Wiem, że się rozpisałam, ale „Guerra” zrobiła na mnie bardzo duże wrażenie. Spodziewałam się lekkiej historii o miłości, a dostałam o wiele więcej. Melissa Darwood ma wyjątkowe spojrzenie na świat i wiele celnych obserwacji, z którymi ja sama się zgadzam, a przemycone do tej powieści skradły moje serce.
Ta książka jest naprawdę dobra i szczerze polecam ją każdemu, niezależnie od wieku. Odnajdziecie tu dużo emocji, uczuć i wyjątkowych bohaterów. Poznacie smak rozpaczy, ale i nadziei. Zostaniecie przez autorkę zaskoczeni i nie jeden raz zmuszeni do refleksji na temat życia, miłości i poświęcenia.
Czekam niecierpliwie na kolejny tom tej serii. Jestem pewna, że skradnie moje serce tak samo jak Guerra.