sobota, 27 lutego 2021

"Alicja" Christina Henry

 Kto nigdy nie słyszał o Alicji, która wpadła do króliczej nory i znalazła się w


Krainie Czarów? Chyba każdy choć raz miał styczność, czy to z książką, filmem, czy samą wzmianką o niej.
W ubiegłym roku nakładem wydawnictwa Vesper ukazała się powieść Christiny Henry i jej wizja Alicji. Wizja niepokojąca, pełna brutalności, przemocy i braku nadziei.
Kraina Czarów wcale nie wygląda kolorowo i radośnie, a główna bohaterka zamiast do tejże trafiła do szpitala dla psychicznie chorych, gdzie rok po roku traciła nadzieję, a jej jedynym przyjacielem był Topornik, pacjent z sali obok. Gdy w szpitalu wybucha pożar, przed Alicją i Topornikiem pojawia się szansa na ucieczkę.
Ale nie tylko oni wydostają się na wolność.
Wraz z nimi uwalnia się niepojęte zło – Dżaberłak… 

Gdyby „Alicja” nie zainteresowała mnie samym opisem, to na pewno przyciągnęłaby mnie cudowną okładką. Budząca lęk i dreszcz niepokoju, wizualnie wspaniała. Ta powieść, to retelling „Alicji w Krainie Czarów” utrzymany w konwencji horroru połączonego z baśnią, choć uważam, że autorka bardziej skupiła się na pokazaniu wewnętrznego strachu i grozy przeżywanej przez bohaterów niż straszeniu czytelnika. Koncentrowała się na ukazaniu tego jaki świat otaczający Alicję jest przerażający, jak wielkie zło może kryć się w człowieku. W książce jest mrocznie, krwawo, brutalnie, niebezpiecznie. Wzbudzała we mnie ogromne emocje, a świat wykreowany przez panią Henry potrafił przytłoczyć swoją brutalnością, bezwzględnością i okrucieństwem.

Wszystko to opisane zostało niezwykle obrazowo i plastycznie. Całe tło wydarzeń, które rozgrywają się w tej powieści jest tak sugestywnie wykreowane, że w tą historie się wsiąka od pierwszej chwili. Czuje się emocje tytułowej Alicji, widzi się świat jej oczami, wraz z nią przeżywa się lęki i strach, ale i nadzieję. Razem z Alicją zostajemy zmuszeni do skonfrontowania się z jej przeszłością i tym co wymazała z pamięci.
A umówmy się – nie są to miłe wspomnienia. 

Akcja powieści z jednej strony jest bardzo dynamiczna, z drugiej ma się wrażenie, że płynie leniwie, choć jedno wydarzenie goni następne.
To takie dziwne uczucie , gdy wszystko się zmienia, akcja gna do przodu, a ma się wrażenie, że przy książce spędziło się wiele dni, dając się pochłonąć wykreowanemu przez autorkę światowi.


Jeśli chodzi o samych bohaterów, czy to głównych (Alicja, Topornik) czy drugoplanowych, są one niezwykle ciekawe i pełnokrwiste, a sama Alicja jest postacią wyjątkową. Nie sposób jej nie polubić, nie współczuć, nie życzyć powodzenia. Pomimo swojej brutalnej natury również Topornik wzbudzał we mnie wiele pozytywnych emocji, a jako obrońca Alicji gotów był na wszystko.
Ten duet mocno zapadł mi w czytelnicze serce i ogromnie im kibicowałam.

Oczywiście, patrząc na to w jakim stylu utrzymana jest powieść, do samego końca nie miałam podejrzeń, jak się ta historia zakończy, co dla mnie było ogromnym plusem.
Christina Henry pisze naprawdę pięknie i obrazowo, oczywiście to piękno stylu to też zasługa naszego przekładu, za który odpowiada pan Janusz Ochab.
Tą historię się pochłaniało, smakowało, przepadało się w niej całkowicie.
„Alicja” jest wspaniale opowiedzianą historią pełną brudu, krwi i przemocy, a mimo to dającej nadzieję, że zawsze jest szansa na zmianę.
I że często najgorsze zło, to to, które ukrywa się w człowieku.

Czekam niecierpliwie na kolejna książkę z tego świata, bo zakończenie to sugeruje, a i wydawnictwa już na swoim profilu na fb przebąkiwało na temat kolejnej części.
Ta książka, to była pierwsza przeczytana w  2021 roku powieść i mogę tylko powiedzieć, że czytelniczo, ten rok rozpoczęłam wspaniale.
Polecam. 


sobota, 20 lutego 2021

"Wróć do mnie" tom pierwszy serii o braciach Arrowood Corinne Michaels

 Jedna wspólna  noc sprzed ośmiu laty na zawsze naznaczyła Connora i Ellie. 


Zostawiła im nie tylko wspomnienia, ale stała się czymś, co dało im siłę, aby stawić czoła rzeczywistości.
Jedna noc, całe lata wracania do niej w myślach, zastanawiania się czy jeszcze kiedyś się spotkają.
Ich drogi rozeszły się, każde z nich ułożyło sobie życie.
Aż przychodzi dzień, gdy Connor po śmierci ojca – przemocowca musi wrócić z braćmi na farmę, żeby ją sprzedać. Tam spotyka go kilka niespodzianek, w tym spotkanie, na które nie miał nadziei, a którego pragnął od ośmiu lat… 

„Wróć do mnie” to pierwszy tom nowej serii Corinne Michaels o braciach  Arrowood, których jest czworo. Historia byłego już komandosa Connora i Ellie, to opowieść o bólu, stracie, rozpaczy, ale i nadziei i miłości. Autorka poruszyła w niej niezwykle ciężki temat przemocy w rodzinie, nie tylko w kontekście Connora, ale i Ellie. Temat trudny i niełatwy do opowiedzenia, tutaj został pokazany w ciut ugładzonej wersji, która stanowi tło dla rodzącego się uczucia pomiędzy bohaterami. Nie jest on bynajmniej potraktowany po macoszemu, po prostu autorka nie epatuje brutalnością ponad miarę w opisaniu tego, co spotkało Connora i jego braci i Ellie z rąk ludzi, którzy mieli być dla nich opoką, a stali się katami.

Corinne Michaels pisze bardzo obrazowo o uczuciach i emocjach, tworzy plastyczne obrazy wydarzeń, choć niepozbawione są one sporej porcji ckliwości.  Czytałam dwie jej wcześniejsze powieści i w każdej tak jest, więc to nie przypadek, a styl autorki. Mi akurat jakoś za bardzo ta ckliwość nie przeszkadzała, choć nie przepadam za jej nadmiarem w książkach. Sama historia jest ciekawa, piękna, podszyta odrobiną pikanterii, choć absolutnie nie jest to erotyk. To piękna opowieść o miłości, o walce o siebie i swoje życie, o pokonywaniu traum i stawaniu na nogi. W końcu to historia o szansie na szczęście i nadziei na przyszłość.


Mimo ciężkich wątków powieści, książkę czyta się mega szybko i przyjemnie. Bo to taki typ literatury, że wiadomo, że na drodze bohaterów muszą pojawić się przeciwności i demony przeszłości, aby mogli je wspólnie pokonać i w końcu doświadczyć zasłużonego szczęścia.
Ale mimo pewnej schematyczności, nie jest to żadna przeszkoda aby cieszyć się z lektury, która wzrusza, bawi i smuci jednocześnie. Powieść pani Michaels wywołuje sporo różnych emocji i finalnie daje poczucie dobrze spędzonego czasu  z książką. Jestem ciekawa kolejnego tomu z historią następnego brata, podejrzewam po epilogu, że będzie to Declan Arrowood, co bardzo mnie cieszy. 

Jeśli szukacie romansu, który jest dobrze napisany, ma wyrazistych bohaterów, nie tylko tych pierwszoplanowych, ale i tych drugoplanowych, z przejmującą historią, to opowieść o Connorze Arrowood i Ellie, to książka dla was.

Polecam.


wtorek, 9 lutego 2021

"Niegrzeczny rockman" Kristen Callihan seria VIP

 Trzeci tom serii VIP Kristen Callihan „Niegrzeczny rockman” opowiada historię


Johna „Jaxa” Blackwooda, gitarzysty i wokalisty rockowego zespołu Kill John. To właśnie on jakiś czas wcześniej próbował popełnić samobójstwo. Mężczyzna mieszka chwilowo w Nowym Jorku, a zapowiedź śnieżycy zmusza go do ruszenia do sklepu i obkupienie się w łakocie, w tym lody miętowe z kawałkami czekolady. Problem w tym, że wziął ostatnie opakowanie, a pewna rudowłosa kobieta również ich chciała.
Stella postanowiła zrobić wszystko, aby zdobyć lody, nawet pocałować Jaxa.

Tak zaczyna się historia mężczyzny sponiewieranego na duszy i kobiety, która mimo, że jest „profesjonalną przyjaciółką” sama jest niebywale samotna. Gdy sięgałam po tą powieść, byłam pewna, że nic nie przebije opowieści o „górze lodowej” czyli wspaniałym managerze zespołu Scottie. Poprzeczkę autorka ustawiła wysoko i… trzecim tomem wywindowała ją w kosmos.
Opowieść o Jaxie i Stelli jest porywająca. To wspaniały romans z naprawdę mocnym przesłaniem. John próbuje sobie poradzić z depresją i próbą samobójczą, Stella z samotnością wśród ludzi. Jest więc i romantycznie i pikantnie, ale i poważnie i poruszająco.

Naprawdę było sporo momentów, gdy mocno się wzruszyłam, kilka razy nawet łzy zakręciły mi się w oczach. I nie dlatego, że w powieści bohaterów spotykają raz po raz kolejne nieszczęścia tego świata, tylko ich przeżycia, to co w nich siedzi, z czym próbują sobie poradzić, jest tak dobrze opisane, ich emocje tak namacalne, że nie potrafiłam opanować poruszenia i emocji, które we mnie buzowały. 

Akcja powieści jest dynamiczna, tak samo jak w poprzednich dwóch tomach. Wiele się w tej historii dzieje, jest zabawnie i poważnie. Jest namiętnie i uczuciowo. Głównych bohaterów naprawdę się lubi i im kibicuje. A Stella nie jest denerwującą postacią, tylko fajnie wykreowaną bohaterką, która zapada w serce od pierwszej chwili.
Za to John… jakie on na mnie wywarł piorunujące wrażenie. Był gwiazdą rocka, miał wszystko, a czuł, że nie ma nic. Autorka tak dobrze odmalowała jego samotność i rozpacz, że nie było szans, żeby mnie to nie poruszyło do głębi.
W książce pojawiają się wszyscy bohaterowie z poprzednich tomów, cały zespół Kill John, co jest naprawdę świetne. Dlatego też doradzam czytać po kolei, bo wiele można sobie zdradzić z poprzednich części, jeśli zacznie się na przykład od trzeciego tomu. I choć każda opowieść jest zamknięta, to jednak sporo się o bohaterach poprzednich tomów tu mówi.


„Niegrzecznego rockmana” czyta się cudownie. To świetna opowieść o miłości ze sporą porcją pikanterii. Ale w tej kwestii nie ma tu przesady, a sex nie stanowi osi fabuły. Mamy tu i romans i namiętność, ale i przyjaźń, tęsknotę za bliskością przyjaciół. Autorka pokazuje również jak ciężką chorobą jest depresja i że nieleczona potrafi siać ogromne spustoszenie. To ważny głos i wątek i mimo gatunku powieści, nie jest on potraktowany po macoszemu, tylko z dużym szacunkiem i wyczuciem. 

Autorka ma lekkie pióro i potrafi pisać niesamowicie obrazowo. W tą historię się wsiąka, a książki nie sposób odłożyć. Gdybym miała wybrać ulubionego bohatera męskiego z tej serii, to nie potrafiłabym. Myślałam, że Scottie to mój ulubieniec, ale teraz to już nie potrafię się zdecydować. Uwielbiam ich wszystkich, także tych, którzy jeszcze czekają na swoją opowieść. „Niegrzecznego rockmana” ogromnie polecam, to cudowna książka. Tak samo jak dwie poprzednie.

Czytajcie, nie będziecie żałować.


czwartek, 4 lutego 2021

"Nieosiągalny" Ewelina Nawara, Małgorzata Falkowska

 Olimpia, przez wszystkich nazywana Olą, to mieszkająca w Toruniu studentka,


która nie ma łatwego życia. Wycofana, zakochana w książkach, dorabiająca jako kelnerka w hotelu. Nie ma złej macochy, ma za to okrutnego ojca i wierną przyjaciółkę. Pewnego dnia zgadza się zastąpić ją w pracy na eleganckiej imprezie. Poznaje tam jednego z gości – Williama. Jeden nocny spacer ulicami Torunia sprawi, że tych dwoje nie będzie mogło o sobie zapomnieć.
Tylko co zrobi Ola, gdy dowie się kim jest William? I czy uczucie, które ich połączy będzie miało szansę przetrwać? 

„Nieosiągalny” Eweliny Nawary i Małgorzaty Falkowskiej to ubrana we współczesne szaty baśń o Kopciuszku. Mamy tu bajecznie bogatego, niesamowicie przystojnego następcę trony małego europejskiego księstwa  i niezamożną, skromną, ale o wielu innych walorach Olimpię. Książka jest soczystym romansem w baśniowym klimacie, są tu uczucia, są emocje, jest też pikantnie, ale książka nie jest erotykiem, choć autorki nie bały się odważnych scen miłosnych.
Napisana zgrabnym językiem szybko pozwala się wciągnąć w fabułę i dać pochłonąć romantycznej opowieści. A ta jest naprawdę ciekawa i w pewnym momencie stwierdziłam, że ciężko mi odstawić książkę na stolik mimo późnej pory. 

Autorki ciekawie opisały realia życia – jakże różnego – obojga bohaterów. Nakreśliły różnice w pochodzeniu, w statusie społecznym i możliwościach jakie mieli oboje. To co dla Willa było nic nie znaczącym utrudnieniem, dla Olimpii było przeszkodą nie do przeskoczenia. Podobał mi się sposób pokazania, w jak bardzo różnych światach oboje żyją i jak mogła je połączyć… miłość.
Bo to właśnie to jest w tej książce najważniejsze – miłość.
To ona jest osią fabuły i napędza wszystkie wydarzenia. To ona wywraca życie bohaterów do góry nogami i sprawi, że będą w stanie zrobić wiele, aby nie pozwolić temu uczuciu przepaść. 


Jeśli chcecie poszukać na mapie księstwa,  w którym żyje William, to od razu uprzedzam – dajcie spokój.
„Nieosiągalny” to współczesna opowieść o Kopciuszku i właśnie tak należy do niej podejść, a naprawdę spędzicie z tą książką dobrze czas, tak jak zrobiłam to ja. To jest historia o miłości, uczuciu bajkowym wręcz, ciut wyidealizowanym, ale uroczym i namiętnym. Nie znaczy to, że w powieści nie pojawiają się inne wątki i tematy, poważniejsze, zmuszające do zadumy czy refleksji. Pojawiają się, są dobrze wplecione w klimat powieści. Wg mnie znalazły się w książce w idealnych proporcjach, są ważnym elementem opowieści i mają na nią wpływ. 

Jak oceniam „Nieosiągalnego”?
Naprawdę dobrze.
Zgrabnie napisana historia, która wywoła sporo emocji w duszy każdej romantyczki. 
Ciekawa opowieść, piękna miłość i możliwość oderwania się od szarugi za oknem. Czas spędzony z Williamem i Olimpią uznaję za bardziej niż udany i czekam na kontynuację, bo coś przeczuwam, że będzie.

Polecam.



poniedziałek, 1 lutego 2021

"Żądanie miłości" Kristen Ashley

 Josie przybywa do Magdalene na pogrzeb ukochanej babci, po której dziedziczy


pokaźny majątek. Podczas odczytywania testamentu, zjawia się jeszcze jedna osoba, która została w nim ujęta – Jake.
Prócz pieniędzy mężczyzna otrzymuje w spadku również… Josie, co wywołuje niemałe zamieszanie. Co miała na myśli babcia kobiety, zapisując ją w spadku mężczyźnie?
Czy Josie zostanie w Magdalene by się o tym przekonać?
Twórczość Kristen Ashley pokochałam za sprawą jej zabawnych powieści z serii Rock Chick. Polubiłam jej barwnych bohaterów, poczucie humoru i często nieprawdopodobne sytuacje, które non stop przytrafiają się jej bohaterom. Byłam więc ciekawa, co zaserwuje mi autorka w książce niezwiązanej z tamtą serią.

Na wstępie zaznaczę, że oboje bohaterów „Żądanie miłości” to osoby dojrzałe, które w swoim życiu wiele już przeszły. I Jake i Josie są bowiem w wieku 40+. I to było coś, co bardzo mi się od początku spodobało. Każde z nich ma już swój bagaż życiowych doświadczeń, błędów i potknięć. Gdy się spotykają, nie są już patrzącymi z wiecznym optymizmem, dopiero wchodzącymi w dorosłość młodymi ludźmi, a raczej realistami, którzy wiedzą, że nie wszystko jest biało – czarne, a życie ma szeroką paletę odcieni szarości. Ale choć obojgu głównych bohaterów bliżej do półwiecza, to nie oznacza, że i ich nie może spotkać gorąca, namiętna i pełna pasji miłość.
Bo o tym jest ta powieść. O odnajdywaniu miłości, o rodzinie, o więzach silniejszych niż jakiekolwiek więzy krwi, o odkrywaniu swojego miejsca na świecie i tego, co w życiu najważniejsze. 

Sama historia nie jest może niczym odkrywczym i od początku wiadomo jaki będzie miała finał, ale fajnie jest się dowiedzieć, co się wydarzyło pomiędzy prologiem, a epilogiem. Wciągnęłam się niesamowicie w perypetie Josie i mężczyzny, któremu babcia zapisała ją w testamencie. Byłam ciekawa co się wydarzy, co pojawi się na drodze bohaterów, czy mimo, że oboje mieli burzliwą przeszłość, to dadzą sobie jeszcze jedną szansę na szczęśliwe życie. Prócz dwójki głównych bohaterów, mamy tu również sporo postaci drugoplanowych, które są nie mniej ciekawe jak ci co grają pierwsze skrzypce. Ich problemy nie są jedynie zapychaczami fabuły, ale mają na nią realny wpływ. 


Książka była dla mnie pewnym zaskoczeniem, bo nie ma aż tak wiele romansów, gdzie bohaterzy są dojrzali, tak samo jak ich uczucia i emocje. Ich problemy również zasadniczo różniły się od tych, jakie zazwyczaj mają w książkach bohaterowie 20+. Uważam, że to ogromna zaleta tej powieści. Do tego nie raz autorka pokazuje, że nie zapomina o poczuciu humoru i bywały momenty, gdy można się było pośmiać.

Czy „Żądanie miłości” ma jakieś wady?
Zasadniczo dla mnie nie.
Miałam jedynie początkowo pewien problem ze stylem w jakim została napisana powieść, ale nie wiem czy to kwestia autorki czy może tłumaczenia. Po prostu przyzwyczaiłam się do serii Rock Chick i z napisaną inaczej „Żądanie miłości” musiałam się po prostu oswoić.  

Czy polecam „Żądanie miłości”?
Oczywiście!
To bardzo dobra rozrywka i wciągająca opowieść. Jeśli lubicie twórczość Kristen Ashley, to jestem pewna, że i ta jej książka przypadnie Wam do gustu, tak samo jak mi.



czwartek, 21 stycznia 2021

"Pamięć Babel" trzeci tom serii Lustrzanna Christelle Dabos

 Rok 2020 rozpoczęłam od przeczytania książki, która dopiero pojawiła się w


sprzedaży i jeszcze mało kto o niej wspominał. Tak, tak…
Zaczęłam do czytania Zimowych zaręczyn, czyli pierwszego tomu serii Lustrzanna (link do opinii Zimowe zaręczyny).
Przyznaję, od pierwszych stron zostałam oczarowana wykreowanym przez autorkę światem i wciągającą fabułą.
I choć nie miałam pojęcia o planach wydawnictwa, co do daty wydań kolejnych tomów, to tak się złożyło, ze końcówka roku podarowała nam tom trzeci serii, czyli  „Pamięć Babel”. I tak oto rok 2020 zakończyłam tak jak rozpoczęłam, czyli powieścią Christelle Dabos. 

O fabule trzeciego tomu nie mogę nic napisać, żeby nikomu nie zaserwować spoilera, a uwierzcie, żal by było okrutnie gdybym to zrobiła. Mogę tylko wspomnieć, że akcja rozpoczyna się około 2 lata po wydarzeniach z Zaginionych z Księżycowa. Co do reszty – koniecznie przekonajcie się sami.
Akcja nabiera w tym tomie niesamowitego rozpędu, tajemnice aż się proszą o rozwikłanie, wydarzenia, które mają miejsce zaskakują, niekiedy zdumiewają, a czytelnik jest skutecznie wodzony za nos przez autorkę. Naprawdę ciężko jest odgadnąć co się może wydarzyć, i nawet gdy ma się solidne podejrzenia co do rozwoju fabuły i tak finalnie się okazuje, że się człowiek mylił i autorka po raz kolejny potrafiła mnie zaskoczyć.
Wszystko w tej powieści jest dopracowane, dopieszczone i idealnie ze sobą dobrane. 

Piękny język sprawia, że powieść czyta się niesamowicie dobrze. Oczywiście za to odpowiada również przekład, którego dokonał pan Paweł Łapiński. Mówiłam już o tym przy okazji pierwszego tomu i powtórzę jeszcze raz, pan Łapiński wykazał się niesamowitym talentem i potrafił wspaniale oddać ducha tych książek.
Jeśli chodzi o bohaterów, to jestem naprawdę pod wrażeniem. W tym tomie najbardziej spodobała mi się przemiana Ofelii, tzn. dziewczyna się nie zmienia, ale dojrzewa. Zaczyna dostrzegać pewne rzeczy i zdaje się zauważać coś więcej niż tylko jej odczucia, jej emocje i jej potrzeby. Otwiera się na innych, na świat i zaczyna nabierać charakteru, przy jednoczesnym pozostaniem sobą. Udało się autorce sprawnie tym pokierować, nie popaść w przesadę, jednocześnie dając Ofelii szansę na zmianę.
W powieści pojawiają się praktycznie wszyscy bohaterowie z poprzednich tomów, do tego dochodzi trochę nowych postaci. Wszyscy są świetnie ukazani i nakreśleni. Nikt nie zostaje pominięty, a jego rola w opowieści bagatelizowana.


Pojawia się kilka nowych wątków, które choć początkowo zaskoczą, to finalnie okażą się powiązane z wątkiem głównym. W tym tomie zadziało się kilka rzeczy, na które miałam nadzieję i kilka których się totalnie nie spodziewałam. Połączenie tego dało cudowny efekt i śmiało mogę napisać, że z dotychczas wydanych trzech tomów, to właśnie „Pamięć Babel” stała się moim ulubionym.
Czy tak zostanie? Okaże się po premierze Echa nad światem, czyli czwartej części serii.
Jeśli jeszcze nie znacie serii Lustrzanna, to gorąco zachęcam do sięgnięcia po nią. To niesamowicie dobrze wykreowany świat, ciekawi i nieszablonowi bohaterowie i oszałamiająca historia.
Czytajcie Lustrzannę – naprawdę warto.


sobota, 16 stycznia 2021

Czytelnicze podsumowanie 2020 roku - FANTASTYKA

 Dziś podsumowania 2020 roku ciąg dalszy. 
Na warsztat poszły książki z gatunku szeroko rozumianej fantastyki. To mój ukochany gatunek i wcale nie było łatwo wybrać tylko kilka książek, dlatego dopuściłam się małego oszustwa i podzieliłam tą grupę na dwie. 
Fantastyka zagraniczna i polska.
W książkach z tego gatunku najbardziej cenię to, że pozwalają udać się tam, gdzie udać w realu się nie da. Przeżyć przygody, jakich nigdy się nie doświadczy.
Dzięki takim książkom można spotkać w lesie Morozka, udać się z MBootem do gwiazd, czy zakochać się w pewnym magu o wyjątkowo sarkastycznym poczuciu humoru i uśmieszku jak Hana Solo...

Fantastyka zagraniczna.



Tu nie potrafiłam się zdecydować i wybrać jedną najlepszą powieść, więc na podium stanęły dwie:
"Zima czarownicy" Katherine Aredn
Ruchomy zamek Hauru Diana Wynne Jones

Obie powieści wprawiły mnie w stan bliski czytelniczemu uniesieniu z zachwytu i nie ma tu wątpliwości, to moje najlepsze książki przeczytane w 2020 roku.
Zaraz za nimi jest jeszcze "trochę" kolejnych, które mnie oczarowały, zachwyciły, jak choćby Do gwiazd i Wśród gwiazd Brandona Sandersona. Jakie to są genialne powieści, to ja nawet nie potrafię opisać. Czekam niecierpliwie na trzeci tom i wzdycham cicho jak patrzę na półkę z powieściami autora. 

Jest tam jeszcze np. Dziesięć tysięcy drzwi - cudowna powieść, napisana przepięknie i niesamowicie poruszająca. Jest finalny tom Znaku kruka, czy Zdradziecka Królowa, ale tu oba tomy podobały mi się tak samo, oba przeczytane w 2020. Jest też drugi tom Strażników Cytadeli, choć w  2020 przeczytałam oba tomy i oba są zachwycające. Jest kolejny tom mojej ulubionej Kate Daniels i najnowsza powieśc Leigh Bardugo.
Każdą z tych powieści doceniłam i za całokształt i za pojedyncze elementy, które tak mocno mnie zachwyciły.






Fantastyka polska.



Czy są tu niespodzianki? Jeśli zaglądacie na mojego bloga, to nie.
Finalny tom trylogii Krucze Serce i wspaniały Raiden, finalny tom serii Żniwiarz, z zakończeniem, które jest rewelacyjne, drugi tom Gdzie diabeł mówi dobranoc - o jak mi się spodobała ta seria, czekam na trzeci tom, który już zamówiłam.
I choć nie miało być dublowania książek, to no nie mogłam inaczej i na liście znalazła się powieść "Imię Boga". 
Była już w debiutach i musiała zawitać i tutaj, bo to tak dobra książka, tak świetnie wykreowany świat, tak wspaniale poprowadzona fabuła i tak cudowni bohaterowie, że no nie ma wyjścia i trzeba o tej książce dużo mówić i dużo polecać, bo na to zasługuje.


Opinię o każdej powieści ze zdjęcia znajdziecie na blogu, zachęcam do pobuszowania i poczytania. I oczywiści gorąco namawiam do sięgania po ksiażki z zestawienia - warto :)

wtorek, 12 stycznia 2021

Czytelnicze podsumowanie 2020 roku - DEBIUTY

 Nowy rok się już rozgościł, a na blogach, facebooku czy instagramie pojawiają się


książkowe podsumowania roku 2020.
Również zaczęłam się do tego zabierać, ale jak miałam pokazać wszystkie książki, które w ubiegłym roku najbardziej mi się spodobały, to zabrakłoby miejsca w kadrze.
Postanowiłam więc podzielić  to jedno duże podsumowanie, na kilka mniejszych.
I tak zacznę od debiutów.

Lubię czytać książki debiutantów, wszak każdy wielki pisarze, kiedyś nim był. Dlatego nie mam obaw przed sięganiem po debiutanckie powieści, niezależnie od gatunku. Dla mnie to jest przygoda, niewiadoma.
Poniżej te książki, które spodobały mi się najbardziej, które z różnych powodów wywarły na mnie największe wrażenie. Nie będę opisywać po kolei co w każdej z tych powieści mnie zachwyciło, pisałam o tym w ich opiniach na blogu (poniżej linki do każdej).

Największy zachwyt wzbudziła we mnie powieść Michała Dąbrowskiego "Imię Boga" (fantasy) oraz Dalii Owens "Gdzie śpiewają raki" (powieść obyczajowa).
Pozostałe książki ze zdjęcia oceniam tak samo dobrze.
W tym roku liczę na wiele udanych debiutów i oczywiście kolejne powieści autorów, którzy w tej kategorii tak mnie zachwycili. Oczywiście nie wszystkie debiuty się tu pojawiły, bo załapały się do innych kategorii, więc nie chciała dublować.
Imię Boga
Gdzie śpiewają raki
Melodia serc
Czas niepogody
Nas dwoje
Kukułka i Wrona

środa, 6 stycznia 2021

Flawia De Luce "Badyl na katowski wór" Alan Bradley

 „Badyl na katowski wór” – drugi tom przygód Flawii De Luce Alana Bradleya. 


Pierońsko inteligentna, sarkastyczna, spostrzegawcza i z poczuciem humoru jedenastoletnia bohaterka, która w dodatku jest chemicznym geniuszem. 
Brzmi nieprawdopodobnie?
Nic bardziej mylnego. Taka bohaterka jest i ma się dobrze, a czytanie o jej poczynaniach w dwóch sprawach kryminalnych, jednej z przeszłości i jednaj, która miała miejsce tuż pod nosem Flawii, to niesamowicie dobra rozrywka. 

To dopiero drugi tom serii o przygodach Flawii, ale śmiało mogę uznać, że zakochałam się w tej serii i tej bohaterce. Świetnie poprowadzona fabuła, zagmatwane tajemnice, bystra dziewczynka, która widzi więcej niż się innym wydaje. Do tego cudowne postacie drugoplanowe i wątki poboczne, nie mniej ważne niż ten główny. Oraz tło wydarzeń, które autor odmalował wyjątkowo realistycznie i barwnie. Przyznaję, że praktycznie do samego końca nie miałam pojęcia, jak się rozwikłają obie zagadki kryminalne, kto, co i dlaczego. Autor sprytnie wodził mnie za nos.
Do tego wciąż „zaczepia” mnie niby niewinnymi wzmiankami o matce Flawii, o przeszłości, o tym co faktycznie się wydarzyło. Podsyca tym tylko moją ciekawość i chęć sięgnięcia po kolejne tomy oraz snucia domysłów i tworzenia możliwych scenariuszy. 

Sama Flawia to ta sama władająca sarkazmem jak bronią dziewczynka, która mimo zewnętrznego opanowania w środku wciąż jest samotnym dzieckiem, które tęskni za matką, której nawet nie poznała, za miłością bliskich i poczuciem przynależności do rodziny. Gdy śledziłam jej śledztwo, gdy odkrywałam wraz z nią kolejne fakty i tajemnice, świat za oknem przestawał istnieć.
Ta książka jest tak wciągająca, tak dobrze napisana, tak celnie ukazuje wszystkie małe i duże grzeszki małego miasteczka i jego mieszkańców, że nie sposób się od niej oderwać. Jednocześnie jest wesoło i poruszająco, poważnie i z humorem.
I choć Flawia swoje śledztwo prowadzi zazwyczaj samotnie, to i tak mamy możliwość dowiedzenia się sporo o innych mieszkańcach miasteczka. Mimo, że książka napisana jest lekko i w zabawnej formie, to nie pozbawiona jest też elementów poważniejszych, budzących w czytelniku sporo emocji, od współczucia po smutek.

Dziwię się, że tak mało się o tej serii mówi. To bardzo mądre książki, świetnie skrojona bohaterka i piękne tło wydarzeń, oraz bardzo dobrzy bohaterowie drugoplanowi. To lektura mądra, wyważona, przesiąknięta inteligentnym humorem, ale niepozbawiona poważniejszych akcentów.  Czytając przygody Falwii dostaje się pełen wachlarz emocji, wspaniały obraz małego miasteczka u progu zmian, ciekawych i niełatwych do rozwikłania tajemnic i spora dawkę humoru. 
Flawia De Luce kupiła mnie już w pierwszym tomie, a w drugim tylko przyklepała swoje prawo własności do mojego uwielbienia.

Gorąco polecam tą serię. 



sobota, 2 stycznia 2021

"Dla jej dobra" Ellen Marie Wiseman

 "Dla jej dobra" to książka, którą czytałam już jakiś czas temu. Książka dość


często polecana na różnych grupach czytelniczych. 

To historia, która rozgrywa się w dwóch liniach czasowych, a dotyczy rodziny Blackwood. W latach 30 XX wieku poznajemy dramatyczną historię Lilly Blackwood, a współcześnie Julii Blackwood.
Rodzinne tajemnice, dramatyczne wydarzenia, niepojęta bezduszność i okrucieństwo. 
W tym wszystkie jednak pojawi się również wiara, miłość i nadzieja. I choć książka wg mnie jest mocno ciężka, to mimo wszystka czytałam ją z ogromnym zainteresowaniem.

Sama opowieść jest napisana bardzo sprawnie, dobrym i dopracowanym językiem, a autorka potrafiła oddać w sposób bardzo obrazowy realia lat 30 ubiegłego wieku. Odmalowała obraz trupy cyrkowej, ludzkiej natury i braku szacunku i tolerancji dla inności. Co niesamowicie mocno we mnie uderzyło, to obraz traktowanie zwierząt w cyrku. 
Jeśli ktoś z Was jest na krzywdę zwierząt wrażliwy (tak jak ja), może mieć problem z niektórymi wydarzeniami w tej książce. Ja na przykład nie potrafiłam długo dojść do siebie po niektórych wydarzeniach.

Sam sposób nakreślenia bohaterów i ich losów jest naprawdę dobry. Nie jest to oczywiście poziom ot choćby Przeminęło z wiatrem, ale uwierzcie, ta książka jest naprawdę na dobrym poziomie.
Wszystko co spotyka główną bohaterkę Lilly, wydaje się być mocno prawdopodobne. Losy tego dziecka, a potem kobiety, które opisuje Ellen Marie Wiseman sprawiają wrażenie opowieści o kimś, kto faktycznie kiedyś żył.

Żeby nie było, że tylko opowieść o Lilly jest wciągająca. Bynajmniej. Historia Julii, która rozgrywa się współcześnie jest tak samo pasjonująca i ciekawa. I choć nie przepełnia jej taki dramatyzm jak losów Lilly, to jednak to właśnie opowieść o Julii dała nadzieję na to, że każdą krzywdę da się naprawić, choć czasem bywa to niezmiernie bolesne.

Czy polecam "Dla jej dobra"?
Tak! Choć tak jak pisałam, książka pełna jest dramatyzmu i niekiedy wstrząsających wydarzeń. Były momenty, gdy nie potrafiłam opanować łez, albo rodziła się we mnie ogromna złość. 
Mimo to, jest to niesamowicie ciekawa opowieść i ciężko się od niej oderwać.

środa, 30 grudnia 2020

"Czas niepogody" Agnieszka Markowska

 Sarune jest akolitką w zakonie Pana Światła. Jest skromna, żyje wg nakazów


zakonu i wiernie przestrzega wszystkich reguł. Również przyjmuje Insomnium, specyfik blokujący sny. Jak wszystkie akolitki i większość mieszkańców wioski, robi to, aby oczyścić się z grzechu i zapewnić sobie ochronę przed sługami bogini ciemności – Tkaczami Nocy, istotami nikczemnymi i władającymi magią. Insomnium blokuje również magię, czyli coś, co przyciąga Tkaczy Nocy. Największym marzeniem Sarune jest dostanie się do sióstr Jutrzenki, świty samej najwyższej kapłanki. I gdy wydaje się, że to o czym marzy jest w zasięgu ręki, następuje po sobie ciąg wydarzeń, które całkowicie przemodelują świat Sarune. 

Przyznam, że „Czas niepogody” Agnieszki Markowskiej w pierwszej kolejności przyciągnął mnie piękną okładką autorstwa Agnieszki Zawadki.  Jak już zobaczyłam okładkę, zaciekawiłam się tym co w środku. A to skusiło mnie do zakupu. Akcja powieści rozpoczyna się dość energicznie i jest taka aż do dość spektakularnego finału, który muszę przyznać – bardzo mi się spodobał. Książka nie jest może zbyt obszerna, liczy sobie bowiem 297 stron, ale jest w niej wszystko co trzeba, aby świetnie spędzić czas. Jest ciekawa magia, są tajemnice, są spiski, jest i miłość i przyjaźń. Wszystkie jest ze sobą idealnie połączone i absolutnie nie ma się wrażenia, że czegoś jest mniej na rzecz tego, aby czegoś było więcej. Mamy tu idealnie dobrane proporcje, a dzięki temu lektura jest naprawdę udana. 

Jeśli chodzi o bohaterów, to bardzo podobał mi się sposób ukazania Sarune. To jak się zmienia, jak dojrzewa, ile będzie musiała znieść i przeżyć, aby odnaleźć siebie. Fajna bohaterka, która mimo początkowo pewnej naiwności, nie denerwowała ani nie irytowała. Naprawdę ją polubiłam i mocno jej kibicowałam. Pozostali bohaterowie niczym nie ustępują Sarune, nawet ci drugoplanowi są dobrze nakreśleni i uwierzcie,  nie ma tu papierowych „zapełniaczy” fabuły. Każdy ma w tej powieści swój czas i swoją rolę do odegrania.  


Jeśli chodzi o fabułę, to jest spójna i naprawdę wciągająca. Tak jak pisałam wcześniej, akcja jest wartka i wiele się w tej książce dzieje. Ale co ważne, wszystko jest dobrze opisane i choć książka nie jest obszerna, to autorka nie złapała zadyszki, wszystko jest tak jak należy. Jedyne zastrzeżenie (choć zastrzeżenie to może za mocne słowo) mogę mieć do stylu, czasami język wydawał mi się zbyt współczesny. Ale nie jest to wada, ot takie zwrócenie uwagi.

Ogólnie powieść bardzo mi się spodobała i na pewno sięgnę po kolejne powieści autorki. Mam nadzieję, że nadal będzie pisać fantastykę, bo uważam, że świetnie jej to wyszło w przypadku jej debiutu. 

I na końcu taki nie-do-końca SPOILER: 

Nie, w tej książce nie ma trójkąta miłosnego, wbrew temu co sugeruje opis na okładce. 

I jeszcze tylko jedno, czytajcie „Czas niepogody” bo naprawdę warto.


sobota, 26 grudnia 2020

"Dziewiąty Dom" Leigh Bardugo

 Książki Leigh Bardugo lubię bardzo. I bynajmniej nie za Szóstkę Wron, tylko za


trylogię Grisza i Króla z Bliznami. Za świetnych bohaterów, których potrafi nakreślić w sposób pełnokrwisty i niejednoznaczny. Za Darklinga, Alinę, Mikołaja, Apparata.  Za Zoyę i Mala, których marzę aby ktoś w końcu zamordował…

Gdy zobaczyłam zapowiedź Dziewiątego Domu, zapowiadanego jako powieść dla dorosłego czytelnika, byłam bardzo ciekawa, co tym razem zaprezentuje autorka. Akcja powieści rozgrywa się nie w fantastycznej krainie, ale współcześnie w Yale, a jej bohaterką jest Alex Stern, dziewczyna z wyjątkowymi zdolnościami, która ma za zadanie monitorować magiczne poczynania tajnych stowarzyszeń Yale. Na kampusie dochodzi do okropnej zbrodni i tylko Alex ma wątpliwości co do jej wyjaśnienia. Postanawia zbadać sprawę sama, a wtedy… 

Na początek zacznę od tego, że nie ma co porównywać Dziewiątego domu do innych powieści autorki. To całkiem inna historia ze świeżym pomysłem i świetnym wykonaniem. Nie ma tu również kopii Darklinga (gdzieś na fb już coś takiego czytałam), ani innych bohaterów z wcześniejszych powieści. Wszyscy bohaterowie tej powieści są sobą, nikogo nie udają, nie są kalką innych bohaterów z innych książek Bardugo. A gdy już to z siebie wyrzuciłam (strasznie mnie zdenerwowało to porównanie), to mogę napisać co sądzę o najnowszej powieści autorki. 

Przede wszystkim – świetnie napisana. Język dopasowany do fabuły i bohaterów. Faktycznie jest to książka dla dorosłego czytelnika, a nie tylko udająca taką. Próżno tu szukać sercowych rozterek, wątku miłosnego, wokół którego kręci się wszystko. Główna bohaterka jest postacią niejednoznaczną, ciekawą, doświadczoną przez życie. Bohaterowie drugoplanowi są naprawdę ciekawi i interesujący, a główny wątek kryminalny jest świetnie wpleciony w otoczkę tajnych towarzyszeń parających się magią, często brutalną, mroczną i krwawą. Powiem Wam, że nie spodziewałam się tego. Tzn. wiedziałam mniej więcej o czym będzie książka, ale pani Bardugo udało się mnie zaskoczyć, bo nie przewidziałam w najmniejszym stopniu jak rozwinie się fabuła, w jakim kierunku podąży akcja. 


Dziewiąty Dom czytało mi się wspaniale. Stopniowanie napięcia, kolejne elementy łamigłówki, których nie udało mi się dopasować do całości, żeby odgadnąć kto i dlaczego. Coś tam podejrzewałam, ale totalnie nie w tym kierunku, niż faktycznie wyszło. Dopracowany język, dopieszczona fabuła i bohaterka, którą polubiłam od samego początku. Od pierwszej strony, od pierwszego zdania. Rzadko można trafić na taką postać kobiecą (ciekawe dlaczego dużo rzadziej wkurzają postacie męskie niż żeńskie), która nie denerwuje, nie wkurza, która nie doprowadza do przewracania oczami z irytacji. A tu proszę – pojawia się Alex Stern i pokazuje, że się da i to pokazuje w wielkim stylu. 

Dziewiąty Dom to świetna powieść. I nie piszę tego tylko dlatego, że lubię twórczość pani Bardugo. To jest naprawdę tak dobra książka i niesamowita historia. Jest w niej wiele więcej niż tylko „jakaś tam magia” i wątek kryminalny.  To czego na pewno tu nie znajdziecie, to powielania schematów czy bohaterów, wtórności i pójścia na łatwiznę. Nic w tej powieści nie jest oczywiste, a granica pomiędzy dobrem a złem jest zatarta dość mocno.

Dziewiąty Dom jest świetnym przykładem na to, jak niektórzy pisarze się rozwijają, jak dopracowują swój warsztat i jak płodną mają wyobraźnię. Jeśli nie znacie twórczości Leigh Bardugo, to zachęcam do nadrobienia, tym bardziej, że w kwietniu 2021 Netflix wypuszcza serial na podstawie trylogii Grisza i elementów Szóstki Wron. Zapowiada się świetne widowisko, więc warto wcześniej zapoznać się z książkowym pierwowzorem.