wtorek, 28 kwietnia 2020

„Zawsze i wszędzie” Brittainy C. Cherry

„Zawsze i wszędzie” Brittainy C. Cherry to historia Grace i Jacksona. Ona jest dziewczyną z dobrego
domu, której mąż właśnie oznajmił,  że chce rozwodu. Grace postanawia wrócić do rodzinnego miasteczka i tam dojść do siebie. On jest lokalną „czarną owcą”,kimś od kogo taka dziewczyna jak Grace powinna trzymać się z daleka.
Ale coś ich do siebie ciągnie, a ich letni romans ma być plastrem na złamane serca. Czy jednak wraz z końcem lata, da się zakończyć rodzące się w nich uczucia?

Książki Brittainy C. Cherry znam i czytam od dawna. Jedne podobają mi się bardziej, drugie mniej, ale ogólnie żadna nie jest zła. Oczywiście moją ulubioną nadal pozostaje „Powietrze, którym oddycha” i tak się zastanawiam, czy któraś kolejna ją zdetronizuje.
Akcja tej powieści rozgrywa się na amerykańskim południu i muszę przyznać autorce, że bardzo dobrze oddała klimat tej części stanów. Pokazała mentalność ludzi, pokazała przekrój społeczeństwa małego miasteczka, z jego blaskami i cieniami.
Ale najważniejsze – jak zawsze  - okazali się ludzi, ich historie i miłość.

Swoich bohaterów Brittainy C. Cherry potrafi odmalować bardzo dobrze. Naprawdę nie ma do czego się przyczepić. Zawsze są to postacie z trudną przeszłością, zawsze mają swoje demony, zawsze mają złamane serca i potrzaskane dusze. Jest to niezmienny element każdej powieści autorki.
Ale mimo tego powtarzającego się schematu, każda historia jest inna i czyta się ją z ogromną przyjemnością.
Podoba mi się również to, że zazwyczaj bohaterowie nie dzielą się w książkach autorki na dobrych – złych. Często są to postacie niejednoznaczne, które choć potrafią zrobić coś złego, to w gruncie rzeczy nie są tak jednoznacznie złe.

Jeśli chodzi o fabułę, to byłam pozytywnie zaskoczona. I choć od samego początku człowiek wie jak to się potoczy, jak rozwinie i jak zakończy, to mimo wszystko cała opowieść jest wciągająca i w jakiś sposób kojąca, gdy się ma świadomość, że pomimo cieni i mniejszych czy większych dramatów, w końcu dla bohaterów też zaświeci słońce.
Co ważne, autorka nie powiela fabuły, nie kopiuje swoich bohaterów. Za każdym razem to całkiem inna opowieść i postacie. Dlatego chętnie sięgnęłam po „Zawsze i wszędzie” z nadzieją, że dostanę dobrze napisaną książkę z ciekawą historią.
Czy się zawiodłam?
Nie!
„Zawsze i wszędzie” to piękna i wzruszająca historia miłosna, która potrafi rozbawić, wzruszyć, zadowolić moje ciągoty do romantycznych opowieści.

Autorka, co dla mnie bardzo ważne, naprawdę potrafi pięknie pisać. Ma dobry styl i piękny język, pisze plastycznie, o uczuciach pisze bez ckliwości, choć potrafi pisać z emfazą, która jednak nie wywołuje irytacji, tylko uśmiech.
No pasuje to do książek autorki, taki ma styl i to się sprawdza.
Lubię książki Brittainy C. Cherry, no lubię i już.
Dają odpocząć po ciężkim dniu, są dobrze napisane, z ciekawymi historiami i co ważne dla mnie – nie gloryfikują przemocy czy patologicznych relacji. To jest dla mnie jedna z największych zalet powieści autorki i mimo, że wiem jak kolejne książki będą zbudowane, to i tak nie przeszkadza mi to w cieszeniu się z lektury.

Jeśli lubicie romantyczne historie, ale bez zbytniego lukru, to książki pani Cherry będą świetnym wyborem.
Od siebie polecam.

środa, 22 kwietnia 2020

"Bożogrobie" Jay Kristoff

„Bożogrobie” to bezpośrednia kontynuacja Nibynocy Jaya Kristoffa. Mia zostaje Ostrzem, ale nie
wszystkim się to podoba. Mimo to dziewczyna nie porzuciła swojej misji, a dodatkowo zaczyna zauważać, że nie wszystko w Czerwonym Kościele jest takie jak powinno.
Splot różnych wypadków sprawia, że Mia sprzeciwia się woli Kościoła i sprzedaje się do niewoli, aby dokonać swojej zemsty.

Mimo wielu niepochlebnych opinii, Nibynoc bardzo mi się podobała. Dopracowana, napisana bardzo dobrym językiem, obrazowo, z fajnymi bohaterami i zaskakującymi wydarzeniami.
Byłam więc przekonana, że kontynuacja może mnie zaskoczyć co najwyżej pozytywnie.
Książka zaczyna się z przytupem i uwierzcie, tak jest do samego końca. Akcja jest dynamiczna i nie zwalnia ani na chwilę, choć były takie momenty, że czułam pewną monotonię wydarzeń, powtarzalność (pobudka, jedzenie, trening na arenie i tak wieeeeele razy). Mimo to nie czułam się znudzona, wszystko to zmierzało do konkretnego celu, który wytyczył autor swojej bohaterce i było ważne dla fabuły.

Jeśli chodzi o bohaterów, to jestem zadowolona. Ich kreacja bardzo się Kristoffowi udała. Potrafił stworzyć postacie bardzo wiarygodne, ukazać ich motywacje bez oceniania ich i szufladkowania.
Ale niestety mam tu pewne zastrzeżenia, co prawda nie do samych bohaterów, ale do łączących ich relacji.
Autor niektóre powiązania pomiędzy nimi wyciągnął chyba z kapelusza, bo nic nie wskazywało na to w poprzednim tomie, żeby takie rzeczy miały się zadziać. Nie było żadnych znaków czy przesłanek, a tu nagle siup! I mamy. Osobiście nie podobają mi się takie zagrywki, bo to dla mnie oznacza brak konsekwencji w budowaniu postaci, jej charakteru i tego jak się ten bohater dał poznać czytelnikom. Taka zmiana, bez wcześniejszych wskazówek jest dla mnie niewiarygodna i niestety tutaj poczułam się rozczarowana.
Dużym minusem jest też dla mnie wprowadzanie do fabuły bohaterów, wskazywanie ich jako potencjalnie mega ważnych i potrzebnych w fabule, po to żeby finalnie powietrze zeszło, a dana postać nie odegrała większej roli. Było tak w pierwszym tomie, stało się również w drugim.

Fabuła jest bardzo spójna, a autor nie szczędzi czytelnikowi ciągłych zwrotów akcji. Było ich tyle, że pod koniec książki czułam się nimi wręcz przytłoczona. Niektórych rozwiązań się spodziewałam, niektóre mnie zaskoczyły. Ale muszę przyznać, że wciągnęłam się mocno w wydarzenia rozgrywające się w Bożogrobiu i byłam ciekawa jak ten tom się zakończy i przyznaję, podobało mi się to co zaserwował mi autor.
Mimo, że podejrzewałam inne rozwiązania i miałam nadzieję no coś trochę innego, to jednak uważam, że Kristoff fajnie to rozegrał i jestem ogólnie na tak.

Język powieści jest tak samo jak tomu pierwszego dopracowany, ładny i książkę mimo wielu brutalnych scen czyta się z ogromną przyjemnością. Czy to sceny walki, morderstw czy zwykłych wydarzeń, wszystko jest opisane naprawdę dobrym językiem, bardzo obrazowym, więc bez trudu można wyobrazić sobie wszystko, co rozgrywało się na kratach powieści.
Mimo, że pod koniec dostałam lekkiej zadyszki, a i jestem obrażona na autora za wprowadzenie pewnych rozwiązań, na które nic nie wskazywało w tomie pierwszym, to lektura Bożogrobia była dla mnie pozytywnym doświadczeniem i czekam niecierpliwie na finalny tom, którego premierę wydawnictwo MAG przełożyło już chyba dwa razy, a teraz z powodu pandemii pewnie i trzeci przełoży.

Jak oceniam Bożogrobie?
Dobrze, choć nie bez sporych zastrzeżeń. Kristoff nie boi się żadnych tematów, nie unika brutalności, ale jego książki to nie bezmyślna nawalanka, flaki i posoka.
Mia, choć bezwzględna i zabójcza, wydaje mi się mimo wszystko zagubiona , działająca trochę  po omacku. Mimo to nie można jej odmówić determinacji, zacięcia i siły.
Spodobała mi się ta bohaterka, pomimo jej wad i niedoskonałości.
A może właśnie dzięki temu?
Ciekawa jestem finału tej historii. Obym nie musiała długo czekać.

czwartek, 16 kwietnia 2020

"Królestwo mostu" Danielle L. Jensen

Księżniczka Lara jest perfekcyjnie wyszkolonym szpiegiem, który przybywa do Królestwa Mostu
aby w ramach traktatu zawartego przez ojca, poślubić władcę królestwa. Kobieta ma jednak tylko jeden cel, rzucić na kolana wrogów i Arena, swojego męża.
Gdy trafia do jego pałacu zaczyna dostrzegać, że nie wszystko jest takie, jak jej przedstawiano, a jej mąż ze wszystkich sił chroni swoich poddanych.
Wraz z pojawiającym się uczuciem, kobieta ma coraz więcej wątpliwości, aż dotrze do momentu, gdy będzie musiała podjąć decyzję: stanąć po stronie męża, czy własnego ludu.

„Królestwo mostu” to nie pierwsze moje spotkanie z książkami pani Danielle L. Jensen. Czytałam jej trylogię klątwy i byłam bardzo zadowolona. Dlatego chętnie sięgnęłam po tą powieść.
Autorka już od pierwszej strony wrzuciła mnie w wir akcji i do samego końca nie zwolniła. Fabuła jest spójna, ciekawa i wciągająca. Byłam kilka razy mocno zaskoczona, choć były też motywy, które od początku były oczywiste i łatwe do przewidzenia.
Mimo to, książkę czytało mi się bardzo dobrze, a gdy minęła mi już początkowa niechęć do głównej bohaterki, to mogę uczciwie przyznać, że nawet dużo lepiej niż dobrze.

Główna bohaterka.
Ach, ta Lara.
Początkowo wyjątkowo jej nie lubiłam. Przyznaję bez bicia. Było dla mnie niepojęte, że tak inteligentna osoba, może nie potrafić wyciągać własnych wniosków, tylko ślepo wierzyć we wszystko co jej mówiono, nawet gdy sama widzi coś innego.
A jednak.
Długo miałam jej to za złe, choć znałam powody takiego postępowania. Ale czym dalej, tym było lepiej. Lara przechodzi powolną przemianę, zaczyna się zmieniać na plus i zachowywać jak niezależna i mądra kobieta, która potrafi sama wyciągać wnioski na podstawie tego co widzi.
Spodobała mi się ta zmiana, wybaczyłam Larze jej złe początki i skończyłam czytać książkę mocno jej kibicując.
Aren.
Jego polubiłam od pierwszej strony. Nie mam żadnych zastrzeżeń do jego postaci, uważam, że to jeden najlepiej wykreowany bohater w tej książce.  Podobało mi się w nim wszystko, jego charakter, niezłomność, dobre serce i poczucie humoru.
Miałam nadzieję, że Lara nie sprowadzi na niego nieszczęścia, ale co ja tam mogłam. Tylko wierzyć, że autorka nie sponiewiera go za bardzo.
Czy tak się stało? Oczywiście nie zdradzę, zachęcam do sprawdzenia samemu.
Postacie drugoplanowe też są fajnie nakreślone. W tej książce nie ma statystów, każdy bohater ma swoje zadanie i swoje pięć minut.
Wszyscy są ważni dla fabuły, uważam, że autorka zasługuje tu na duży ukłon za to.

Język powieści jest bardzo przyjemny i obrazowy. Jensen potrafi bardzo plastycznie opisać otaczającą bohaterów rzeczywistość i świat.
Jej styl jest bardzo dobry, książkę czyta się płynnie, nie ma potknięć czy stylistycznych koszmarków. I choć mam ogromny żal do autorki za zakończenie pierwszego tomu w TAKIM momencie, to muszę jej oddać sprawiedliwość, że nakręciło mnie to niesamowicie na drugi tom.
Co jeszcze ujęło mnie w Królestwie mostu? Brak bzdurnych rozterek typowych dla nastoletnich bohaterów. Mimo, że Lara i Aren są młodzi, to jednak mają poważne podejście do życia, a ich cele są konkretne i obciążone dużą odpowiedzialnością za innych.
Jest to dla mnie ogromnym plusem i już nie mogę się doczekać drugiego tomu.  Przecież muszę się dowiedzieć, co tam się dalej będzie działo.

Podsumowując, Królestwo mostu to solidna fantastyka, dobrze napisana, z ciekawą fabułą i bardzo fajnie nakreślonymi bohaterami.
I choć fabuła momentami nie była zbyt odkrywcza, to autorka potrafiła mnie nie raz zaskoczyć.
Książkę uważam za bardzo dobrą w swoim gatunku i szczerze polecam.

poniedziałek, 6 kwietnia 2020

"Córka gliniarza" Kristen Ashley

Indy Savage ma kochającą rodzinę, nie tylko taką, z którą łączą ją więzy krwi. Prowadzi małą
księgarnię i od dziecka kocha  Lee Nightingale’a, który jest częścią jej przyszywanej rodziny.
Ale Lee odrzucił Indy lata temu, a ona postanowiła sobie dać spokój.
Do czasu, gdy wplątuje się w kryminalną aferę swojego pracownika, a Lee który prowadzi prywatną agencję detektywistyczną może ją z tego wyciągnąć.
Tak się rozpoczyna szalona przygoda i gorący romans, bo ani Indy ani Lee nie pogrzebali swoich uczuć.

„Córka gliniarza” autorstwa Kristen Ashley, bo to o niej tu mowa, to moje pierwsze spotkanie z twórczością autorki i powiem wam, że to spotkanie wręcz wystrzałowe.
Przyznaję się od razu, żeby nie było niedomówień – spodziewałam się sztampowego romansu prowadzonego wg prawideł gatunku.
A co dostałam?
Otóż wyśmienitą rozrywkę i to bardzo dobrze napisaną!

Akcja powieści jest niesamowicie dynamiczna, a bohaterowie barwni i szaleni. W tej książce humor jest na każdej stronie, ale bywa też wzruszająco, romantycznie i gorrrrąco.
Co do ostatniego, tak, ta książka to romans i seks tu odgrywa oczywiście ważną rolę, jak to w takich książkach bywa.
Ale co mnie zaskoczyło na duży plus?
Brak ordynarności w opisach seksu. Nie żeby ich nie było, nie żeby nie były opisywane, ale jakoś to tak fajnie jest ukazane, z dużym wyczuciem, nie ma przesady, choć jest gorąco i namiętnie.
Jestem zaskoczona, że dziś, gdy sceny seksu w romansach są często opisywane mega szczegółowo i dosadnie, autorka pokusiła się o pozostawienie niektórych szczegółów wyobraźni czytelniczek.
Jest to dla mnie naprawdę duża zaleta tej książki, przez co czytało mi się ją jeszcze lepiej.

Czemu jeszcze lepiej? Bo prócz romansu, który jak wiadomo jest tu osią fabuły, mamy też śledztwo, szalone przygody, niesamowite wydarzenia i tyle humoru, że chwilami śmiałam się w głos.
Do tego bohaterowie są naprawdę fajni, choć Indy potrafiła mnie czasem wkurzyć swoją lekkomyślnością. Na szczęście takich jej wybryków nie było znów tak wiele, więc uznaję je za dopuszczalne.
Oczywiście Indy jest cudowna, a Lee wspaniały, ale no kurcze, ich relacja jest tak fajnie pokazana, że ta ich cudowność kompletnie nie psuje odbioru.
Do tego postacie drugoplanowe są takim fajnym uzupełnieniem ich historii, że pokochałam praktycznie wszystkich.

Książka jest napisana bardzo przyjemnym językiem, styl autorki jest dobry, powieść jest napisana bardzo obrazowo.
Tą historię się wręcz pochłania, bo to naprawdę świetna rozrywka i czytając bawiłam się wyśmienicie.
Tak patrząc obiektywnie, nie doszukałam się w Córce gliniarza wad czy potknięć.
Za to były momenty, gdy serio popłakałam się ze śmiechu, a były też takie, gdy wzruszenie złapało mnie za gardło.

Co ja mogę o tej książce jeszcze napisać?
Otóż chyba tylko tyle, że jest naprawdę fajna, wręcz świetna w swoim gatunku i jeśli tylko chcecie odstresowującą, wciągającą historię miłosną, ale nie bylejaką, to koniecznie sięgnijcie po tą powieść.
Oczywiście nie ma tu nic odkrywczego, ale to absolutnie w niczym nie przeszkadza, aby polubić bohaterów, mocno im kibicować, świetnie się bawić i na koniec wziąć głęboki oddech z uśmiechem na ustach.
Polecam.

czwartek, 2 kwietnia 2020

"Nie wywołuj wilka z lasu" Karina Bonowicz

Pamiętacie pierwszy tom serii Gdzie diabeł mówi dobranoc, czyli „Księżyc jest pierwszym
umarłym”?
Historia Alicji, która musi zamieszkać z ciotką w małej miejscowości o uroczej nazwie Czarcisław. A tam dzieją się rzeczy niesamowite. Okazuje się, że według legendy wiele stuleci temu czwórka przyjaciół została wygnana z rodzinnej wioski, bo posiadali magiczne umiejętności, których ludzie się bali. Rozeszli się w cztery strony świata, ale o dziwo zbieg okoliczności sprawił, że wszyscy dotarli w to samo miejsce – do czarciego kamienia. Tam wywołali diabła i dobili z nim targu i to nie byle jakiego…
Po latach ich potomkowie postanowili odwrócić ten niefortunny pakt i go zerwać, ale do tego potrzebne było naczynie, które zaginęło.

Akcja drugiego tomu zaczyna się tam, gdzie skończył się tom pierwszy. Alicja i Nikodem związani przysięgą dochodzą do wniosku, że mogą ufać tylko sobie i zaczynają poszukiwania naczynia. A nie jest to łatwe, bo dookoła nich dochodzi do budzących grozę wydarzeń.
 Fabuła szybko się rozwija, autorka łączy ze sobą rozpoczęte w tomie pierwszym wątki, wprowadza też kilka innych.
Relacja pomiędzy Alicją i Nikodemem się rozwija i byłam ogromnie ciekawa jak się poukłada.
Akcja jest niesamowicie dynamiczna, tyle się w tej książce dzieje, że ciężko mi było złapać oddech. Ale to nie wada, bynajmniej!
Byłam zachwycona tym co się działo na kartach powieści, a już zakończenie wyjątkowo mnie zaintrygowało i to do tego stopnia, że teraz nie będę się mogła doczekać trzeciej części.

Styl autorki się wg mnie zdecydowanie poprawił, język nabrał większej plastyczności i lekkości. Poznajemy lepiej bohaterów, mamy szansę ich zrozumieć, poznać ich motywy.
Wszystko się ze sobą sprawnie łączy, nie ma dziur fabularnych ani niespójności. Karina Bonowicz stworzyła ciekawą historię i wplotła w nasz zwykły, szary świat niesamowite wydarzenia i odrobinę magii.
Potrafiła mnie zachwycić swoją opowieścią, a jeśli ktoś twierdzi, że „Nie wywołuj wilka z lasu” to książka tylko dla młodzieży, to jest w wielkim błędzie.
Fakt, głównymi bohaterami są nastolatkowie, ale serio, mają większe zmartwienia niż w co się ubrać na szkolną imprezę, a od ich działań i decyzji zależy nierzadko ludzkie życie.

Romans… ach ten romans.
Oczywiście wyczuwałam pismo nosem już pierwszym tomie, ale – i tu uwaga – w drugim wątek romantyczny nadal nie jest głównym elementem powieści.
Oczywiście, że się jakoś delikatnie zarysowuje, oczywiście, że się pojawia (i to w formie jakiej się nie spodziewałam), ale nadal to nie on tu jest osią fabuły.
I choć związki nastolatków, to temat dla mnie już od wielu lat odległy, to nie miałabym nic przeciwko, aby w trzecim tomie nabrał na znaczeniu.
Po prostu autorka tak fajnie potrafiła pokierować relacjami pomiędzy bohaterami, że czytałam o tym z dużą przyjemnością.

W książce nie brakuje humoru i sarkazmu. Jest też fajny klimat grozy tam gdzie być powinien. Jest kolejna tajemnica (aby to jedna), ale niektóre zagadki z poprzedniego tomu doczekują się wyjaśnienia. Są też ciekawi bohaterowie drugoplanowi, których działania potrafią zaskoczyć i wywołać taki chaos, że szok.
Ta powieść to naprawdę świetna rozrywka i ciekawa historia, która wciąga i nie odpuszcza do ostatniej strony. Książkę czyta się lekko, ale nie jest to historia na tzw. odmóżdżenie. Czasem trzeba się skupić, żeby wyłapać pewne powiązania i zależności, albo nie dać się zwieść na manowce sprytnymi manewrami autorki.

Jeśli jeszcze nie znacie książek Kariny Bonowicz, to najwyższy czas nadrobić zaległości.
Ten cykl zapowiadał się dobrze już w pierwszym tomie, a tom drugi tylko mnie utwierdził w przekonaniu, że im dalej tym lepiej. Aż boję się myśleć czym mnie zaskoczy autorka w trzeciej części i czekam na nią okrutnie.
Polecam.

wtorek, 31 marca 2020

"Księga Axlin" Laura Gallego

Świat, w którym przyszło żyć Axlin to niebezpieczne miejsce, nękane przez potwory. Potwory,
których jest niezliczona ilość, które zakradają się do osad i zabijają ludzi.
W jednej z takich osad, żyje bohaterka, którą w dzieciństwie zaatakował potwór i dziewczyna od tej pory kuleje. Nie nadaje się więc na wojowniczkę, ale może rodzić dzieci, których tak potrzeba w tym wyniszczonym świecie.
Jednak Axlin ma inne marzenia. Chce podróżować od osady do osady i opisać w księdze wszystkie potwory i sposób na walkę z nimi.
A przede wszystkim dotrzeć do Cytadeli, miejsca gdzie ludzie żyją nie nękani przez potwory, bo bronią go Strażnicy.
Jednak zanim do tego dojdzie, dziewczyna będzie musiała wiele przeżyć.

Autorkę książki, Laurę Gallego poznałam dawno temu za sprawą jej baśniowej historii „Tam, gdzie śpiewają drzewa” dlatego bez wahania sięgnęłam po Księgę Axlin. Byłam bardzo ciekawa co tym razem zaprezentuje autorka i powiem tak, nie zawiodłam się.
Mimo, że Księga Axlin to z założenia literatura młodzieżowa, to nie odczuwałam aby książka faktycznie była skierowana tylko do młodych czytelników. Młody wiek bohaterów nie determinuje ich zachowania. To młodzi ludzie, którym przyszło żyć w bardzo niebezpiecznym świecie, przez co musieli szybko dorosnąć i wziąć odpowiedzialność za innych. Duże oczekiwania nakładane były na młode dziewczęta i kobiety, które były już zdolne do rodzenia dzieci. To wszystko jest bardzo dobrze ukazane, wyjaskrawione. Autorka pokazuje, że indywidualne pragnienia nie miały za wiele szans w zderzeniu z koniecznością opieki nad młodszymi  i słabszymi i obrony ludzi przed potworami.

Fabuła jest bardzo dobrze skonstruowana i wciągająca. Akcja jest wartka, a niektóre wydarzenia stanowią tylko wstęp do właściwej historii. Autorka pokazuje, że świat nie jest biało-czarny, ale niestety ma wiele odcieni szarości. Uwypukla również, że to co na pierwszy rzut oka wydaje się czymś pozytywnym, wcale takim nie musi być, często niestety nie jest.
Świat, który został wykreowany w tej powieści, wyjątkowo przypadł mi do gustu.
Niby nie jest niczym odkrywczym, świeżym. A jednak ma w sobie to coś, co sprawia, że książkę czyta się z zapartym tchem i nie sposób jest przewidzieć, jak potoczy się akcja.
I choć są pewne elementy, które można było wcześniej przewidzieć, to jednak autorka potrafiła mnie nie raz i nie dwa zaskoczyć.

Jeśli chodzi o samych bohaterów, to naprawdę autorka pokazała ich w ciekawy sposób. Czytając o Axlin czy Xeinie (tak, w każdym imieniu jest X i jakoś tak mi się to plątało trochę) bez trudu mogłam poczuć to co oni. Są przedstawieni bardzo realistycznie, to bohaterowie z krwi i kości. To co ich spotyka wpływa na nich, na ich działania, na decyzje, ale i na ich charakter. Wszystko co się dookoła nich dzieje, co ich spotyka, ma nich ogromny wpływ i ich zmienia. To dla mnie ogromna zaleta w ich kreowaniu.
Patrząc na to, jak rozwija się fabuła i co się dzieje z głównymi bohaterami, jestem ogromnie ciekawa co się wydarzy w kolejnym tomie (oby nie trzeba było na niego długo czekać),bo to jak się kończy Księga Axlin pokazuje, że jeszcze wiele ciekawych wydarzeń przed czytelnikami.

Powieść napisana jest lekkim, ale bardzo przyjemnym językiem. Do stylu autorki nie mam nic do zarzucenia. Pisze bardzo obrazowo i plastycznie, ma talent do pięknego opisywania uczuć i emocji. Jestem zachwycona tym, jak pięknie można pisać o miłości, bez zbytecznej ckliwości.
Księga Axlin to pierwszy tom trylogii Strażnicy Cytadeli i ogromnie się cieszę, że wpadła ona w moje ręce. Uważam, że należy ją polecać, bo to świetna książka i nie sposób się przy niej nudzić. Polecam i tym młodszym czytelnikom i starszym. Nie powinno się szufladkować tej powieści, to książka dla czytelników w każdym wieku.
Polecam.

środa, 25 marca 2020

"Iskra" Alicja Wlazło

„Iskra” to drugi tom cyklu Zaprzysiężeni autorstwa Alicji Wlazło. Historia Laureen, która odkrywa
kim naprawdę jest i próbuje uratować swoją rodzinę oraz Sigarra, z którym łączą ją skomplikowane relacje.
Nie da się za wiele napisać o fabule, żeby nie zdradzić czytelnikom wydarzeń z pierwszego tomu.
Dość będzie jak dodam, że w tym tomie będzie naprawdę wiele się działo, a intrygi wśród Zaprzysiężonych będą zataczać coraz szersze kręgi i doprowadzą naszych bohaterów  do wydarzeń, które zaważą na całym ich życiu.

Długo przyszło mi czekać na premierę (papierową, bo audiobook był wcześniej)  kontynuacji Mroku. Byłam ciekawa w jakim kierunku rozwinie się akcja i co wydarzy się w i tak skomplikowanym życiu Laureen.
Akcja powieści jest niesamowicie dynamiczna i tak wiele się tu dzieje, że ciężko złapać oddech.
Nie wiadomo kto jest wrogiem, a kto sprzymierzeńcem. Laureen nie wie komu może zaufać, jednocześnie próbując znaleźć sposób na uratowanie bliskich.
Spotykamy dobrze znanych nam z poprzedniego tomu bohaterów, ale pojawia się też kilka nowych postaci, które wg mnie są wyjątkowo ciekawe. Zwłaszcza ich motywy, które póki co nie są jasne wydawały mi się mocno intrygujące.
W powieści jest jeden wątek główny, ale i sporo wątków pobocznych, które jednak – jak można się łatwo domyślić – odgrywają swoją rolę w fabule, nie są tylko „zapychaczem”.
Jest wiele ciekawych zwrotów akcji, są też takie, które mnie mocno zaskoczyły, bo serio się nie spodziewałam takiego rozwiązania.

Jeśli chodzi o bohaterów, to podoba mi się rozwój Laureen, to jak się zmienia pod wpływem tego co się dookoła niej dzieje. Widać, że nie jest jej lekko, a obojętność Sigarra nie wpływa na nią zbyt dobrze.
Ciekawą postacią jest również Ladysław. Jego działania nie są do końca klarowne, jego motywy nie są jasne, uważam że ta postać jeszcze wiele namiesza w kolejnym tomie.
Sigarr wydawał mi się w tym tomie jakby mniej widoczny, choć w fabule wcale nie jest go jakoś mało. Oddał trochę uwagi dla Silimira, co wprowadziło sporo ożywienia w jego relacje z Laureen. Czy to dla mnie plus? Ciężko mi powiedzieć, mam nadzieję, że nie wyklaruje się tu żaden trójkąt miłosny, bo jest to dla mnie motyw, którego nienawidzę z mocą tysiąca słońc.
Więc kochana Autorko – bardzo proszę, tylko bez takich…

Podobały mi się opisy walk, podobały mi się opisy miejsc, w których znajdowała się Laureen. Razem z nią odkrywałam Daenion, z pozostałymi Zaprzysiężonymi miałam szansę poznać inne miejsca. Autorka opisywała je bardzo plastycznie i obrazowo.
Zresztą widać, że Alicja Wlazło się rozwija, szkoli swój warsztat i styl. Książka jest dobrze napisana, czytało mi się ją z przyjemnością.
Wszystkie wydarzenia się ze sobą płynnie łączą. Fabuła jest spójna, akcja wartka i zaskakująca.
„Iskra” to naprawdę dobra kontynuacja Mroku i jestem niezwykle ciekawa, co się wydarzy w kolejnym tomie. Mam nadzieję, że na jego premierę nie będę musiała czekać kolejnych dwóch lat (tak, to przytyk wobec wydawnictwa, nie czekajcie tak długo z premierami kolejnych tomów!), bo tom drugi zakończył się w takim momencie, że ho ho!

Cieszę się, że dawno temu Mrok wpadła w moje ręce. Alicja Wlazło ma niewątpliwy talent i potrafi pisać fascynujące historie. Potrafi zaskoczyć, zaintrygować, wciągnąć do ciekawie wykreowanego przez siebie świata.
Jeśli nie znacie jeszcze cyklu Zaprzysiężeni, to zachęcam do nadrobienia zaległości. To naprawdę dobra lektura.
Polecam.


niedziela, 22 marca 2020

"(Nie)zdobyta" Melissa Darwood

Julka i Jeremi.
Ona pełna pasji dziennikarka, która wcale nie ma w życiu tylko z górki.
On pełen pasji himalaista – samotnik, który żyje wg własnych reguł.
Ona chce przeprowadzić z nim wywiad.
On nie chce jej go udzielić.
W końcu sytuacja się zmienia i Julka jedzie na spotkanie z JJ, a co z tego wyniknie…
Julka będzie musiała wziąć udział w wyprawie, którą Jeremi przygotowuje, ona która nie ma pojęcia o alpinizmie, a jej kondycja popłakuje cicho w kąciku.

Po kolejną powieść Melissy Darwood sięgnęłam z przekonaniem, że to będzie dobra lektura. Od dawna czytam książki autorki i jeszcze nigdy się nie zawiodłam.
Autorka w każdej swojej powieści potrafi przemycić jakieś przesłanie, często fabuła ma drugie dno.
Czy tak samo było w pełnej humoru i sercowych perypetii (Nie)dobytej?
Oczywiście!
Autorka chyba nie byłaby sobą, gdyby czegoś ważnego w swojej książce nie przemyciła i miedzy innymi za to właśnie tak cenię jej twórczość.

Akcja powieści jest wartka, ciekawa i pełna humoru. Czytałam tą książkę z ogromną przyjemnością, tym bardziej, że bohaterowie, których stworzyła pisarka są naprawdę świetni.
Nie przerysowani, sympatyczni, intrygujący. Chemia między nimi jest wyczuwalna, ale nie nachalna. Julka jest wspaniała, pełna dystansu do siebie, energiczna i no taka, że chciałoby się mieć taką przyjaciółkę.
Jeremi to idealnie nakreślona postać. Nie jest super-hero-macho-twardziel-i-co-to-nie-ja, tylko facetem pewnym siebie, z dystansem, pasją, determinacją, marzeniami. Potrafi niestrudzenie dążyć do tego, czego pragnie, w przy tym jest uroczo pociągający i oczywiście seksowny.
Relacje pomiędzy Julką i JJ są pokazane w wyjątkowo fajny sposób, bez słodko-mdlących tęczy i jednorożców, ale za to z chemią, uczuciami i pasją.
Powiem Wam, że to jeden z lepszych książkowych duetów w romansach, o jakich czytałam i już nie mogę się doczekać drugiego tomu, żeby zobaczyć co też się wydarzy u naszej pary.

Książka napisana jest bardzo dobrze, widać, że autorka włożyła wiele wysiłku w research na temat wypraw w góry wysokie i ogólnie polskiego (i nie tylko) himalaizmu. Jestem pod wrażeniem jej przygotowania do tematu.
Dodatkowo styl jest dopracowany, a język dobry. Czytanie tej książki, to czysta przyjemność i naprawdę ciężko było mi ją odłożyć pomimo późnej pory.

Jeśli jeszcze nie znacie książek Melissy Darwood, to gorąco zachęcam do nadrobienia. A jeśli lubicie niebanalne romanse, świetnych bohaterów i wciągające historie, to (Nie)zdobyta to lektura obowiązkowa!
Na koniec powtórzę raz jeszcze, łapcie tą powieść i czytajcie, nie zawiedziecie się!
Polecam.


czwartek, 19 marca 2020

"Światło ukryte w mroku" Sharon Cameron

Przemyśl, 1943 rok. Stefania Podgórska pracuje u rodziny Diamantów. Ona jest katoliczką, polką, oni
żydami.
Gdy naziści organizują w mieście getto, cała rodzina zostaje tam zesłana, a jakiś czas później rozdzielona. Część zostaje zabrana pociągiem do obozu, część zesłana na roboty. Matka Stefanii wraz z bratem trafia do Niemiec na przymusowe prace, zostawiając w kraju młodszą siostrę Stefanii, Helenę.
Dziewczynie udaje się zabrać małą do siebie, do Przemyśla i jakoś radzi sobie w tych ekstremalnie trudnych czasach.
Aż pewnego dnia do jej drzwi puka Maks, syn państwa Diamantów, który wyskoczył z pociągu jadącego do obozu śmierci.
Ma zostać tylko na jedną noc… Ale siostry postanawiają go ukryć, niedługo dołączają do niego inni żydzi.
Od tej pory od Stefanii będzie zależało życie tych ludzi, a każde pukanie w drzwi może zwiastować śmierć.

Gdy wypatrzyłam tą książkę w zapowiedziach, wiedziałam, że ją przeczytam. Opowieść w niej przedstawiona to prawdziwa historia sióstr Podgórskich i ich heroicznej walki o życie ukrywanych żydów.
Trochę się obawiałam, że w książce będzie więcej fikcji niż faktów, a głównym motywem będzie popularna teraz „miłość w obozie/getcie”, ale uwierzcie, tak nie jest.
Autorka na samym początku pisze, że są momenty, które dodała od siebie, ale na końcu książki je wymienia i jest ich bodajże trzy. Natomiast jej badania są bardzo skrupulatne. Przeprowadziła wywiady z rodziną Stefanii Podgórskiej, uzyskała również dostęp do jej pamiętników.
Uważam, że to naprawdę solidnie pokazane fakty i wydarzenia, bez koloryzowania i niedomówień.

Język jakim napisana jest powieść jest bardzo przyjemny, ale autorka nie stroni od opisów brutalności nazistów. Opisy niektórych wydarzeń bywają wstrząsające i poruszające. Życie w tamtym czasie jest pokazane jako walka o przetrwanie, a tym przecież w istocie było.
Zagrożenie ze strony nazistów było ogromne, z czego główna bohaterka zdawała sobie sprawę, czego się bała, czego się spodziewała.
Narracja jest pierwszoosobowa, co akurat w przypadku tej książki zupełnie mi nie przeszkadzało. Było wręcz zaletą, bo miałam szansę poznać myśli i uczucia Stefanii, to co przezywała i jak się to na niej odbijało. Sama zresztą doświadczyła ze strony okupanta wiele zła. Co jest wg mnie ogromną zaletą tej powieści – autorka pokazała, że bohaterka nie szeregowała ludzi wg narodowości, ale wg tego jakim byli człowiekiem i jakich się czynów dopuścili. Spotkała na swej drodze ludzi dobrych i złych, po każdej stronie i polskiej i żydowskiej.
Jest to temat trudny, ale w tej książce pokazany z wyczuciem, bez piętnowania i wrzucania do jednego worka wszystkich razem z jednostkami, z których wojna wydobyła wszystko co najgorsze.

„Światło ukryte w mroku” to naprawdę dobra lektura. Napisana z wyczuciem, ale bez koloryzowanie. Syn Stefanii Podgórskiej tak o niej napisał:

„Książka jest wierna prawdziwej historii dzięki gruntownym badaniom, jakie dokonała autorka, przygotowując się do jej napisania. Sharon stworzyła porywającą opowieść, która łączy w sobie poczucie wszechogarniającego strachu z pewną niefrasobliwością oraz ukazuje niezwykłą wewnętrzną siłę młodej kobiety, mojej Mamy. Światło ukryte w mroku przekroczyła moje najśmielsze oczekiwania”

Patrząc na jego słowa, mogę się tylko pod nimi podpisać, bo ta książka jest naprawdę tak dobra. Piękna, choć niepozbawiona drugiej strony, tej okrutnej i przerażającej.
Byłam ogromnie poruszona czytając tą historię, drżałam z lęku o bohaterów, nie wiedziałam przecież jak się ta historia skończy.
Jest to bardzo dobra lektura i z czystym sumieniem mogę ją polecić.
Na końcu jest też posłowie od autorki, w którym opowiada o powojennych losach sióstr Podgórskich, o tym z jakich materiałów korzystała, jak udało jej się porozmawiać z rodziną Stefanii.
Polecam.


poniedziałek, 2 marca 2020

„Władcy czasu” Eva García Sáenz de Urturi

„Władcy czasu” Evy García Sáenz de Urturi to finalny tom trylogii Białego miasta. Znów spotykamy
znanych nam już z poprzednich tomów bohaterów, czyli profilera Unai, jego partnerkę Esti i szefową a jednocześnie życiową partnerkę Albę.
Oczywiście pojawiają się w powieści nowi bohaterowie, jakże by inaczej, ale to ta trójka od pierwszego tomu odgrywa pierwsze skrzypce i nie inaczej jest tym razem.
W mieście dzieją się złe rzeczy, dochodzi do paskudnych zbrodni wzorowanych na tych z powieści Władcy czasu.


Akcja powieści toczy się dwutorowo, w  2019 roku oraz w 1192. Wydarzenia z teraźniejszości i przeszłości zaczynają się ze sobą łączyć, przeplatać, dawać wskazówki, a jednocześnie sprowadzać śledczych na manowce.
Autorka tka sieć zależności, wskazówek, sugestii, choć nie każda okazuje się prowadzić w kierunku rozwiązania zagadki i znalezienia winnego.
Oczywiście nie samą zbrodnią stoi ta powieść, więc mamy sporo wydarzeń z życia prywatnego bohaterów. Ale jak dla mnie autora zachowała idealną równowagę pomiędzy wątkami obyczajowymi, a kryminalnymi.
Wszystko się ze sobą dobrze łączy, splata i przenika, aby w spektakularnym finale zaskoczyć totalnie czytelnika.

Jeśli chodzi o styl, to niezmiennie jestem pod wrażeniem. Lekki, bardzo plastyczny, obrazowy. Nie trudno oczami wyobraźni zobaczyć wszystko co opisuje autorka. Cudowne hiszpańskie miasto, jego historia, teraźniejszość i przeszłość tego wyjątkowego miejsca. Vitoria okazuje się być kolejnym bohaterem tej powieści i zachwyca tak jak reszta postaci.

Sama intryga jest wyjątkowo ciekawa, a połączenie ze sobą wydarzeń z XII wieku z tymi z XXI dodaje powieści smaczku. Jest tu wszystko to, co zachwyciło mnie w poprzednich dwóch tomach. Jest tajemnica, są nieuchwytni sprawcy, są wątki z prywatnego życia bohaterów, które chcąc nie chcąc muszą splatać się z wykonywaną przez nich pracą.
Eva García Sáenz de Urturi rzetelnie przyłożyła się do swojej pracy i książka jest dopracowana, dopieszczona, autorka dba o szczegóły i sprawnie zamyka wszystkie wątki.
Z jednej strony cieszę się, że finalny tom już za mną, ale z drugiej żal mi, że to już koniec, że przygoda z tymi bohaterami dobiegła końca i nie mam już na co czekać.
Choć nie, liczę na to, że kolejna książka autorki już się pisze i nie trzeba będzie długo oczekiwać na jej premierę.

Każda z książek tej trylogii trzyma równy poziom, choć po przeczytaniu całości mogę przyznać, że „Władcy czasu” zachwyciła mnie najbardziej.
Może to przez przepięknie rozbudowane tło historyczne, a może bohaterowie z XII wieku tak bardzo mnie oczarowali. A może to wydarzenia, które nakreśliła autorka w XXI wieku tak mnie zaskoczyły i to w jakim kierunku potoczyła się fabuła?
Wg mnie wszystko po trochu sprawiło, że tom trzeci stał się moim ulubionym z całej trylogii.
Eva García Sáenz de Urturi ma niesamowity talent i zdolność do snucia wciągających historii.
Jej bohaterowie są prawdziwi, pełnokrwiści, odnosiłam wrażenie, jakby autorka pisała o ludziach, których zna.
A jeśli chodzi o mordercę, którego szukał Unai? Przyznaję, że do samego końca nie wiedziałam kto nim jest.
Kłaniam się autorce nisko, bo w większości kryminałów, które czytałam już gdzieś w połowie odgadywałam kto jest tym „złym”.

Na koniec chcę wspomnieć o filmie na podstawie „Ciszy białego miasta”, który niedługo będzie miał premierę na Netflixie.
Czekam ogromnie i jestem niesamowicie podekscytowana tym, że przygody Krakena zostały przeniesione na mały ekran.

sobota, 29 lutego 2020

„Kotka i Generał” Nino Haratischwili

„Kotka i Generał” Nino Haratischwili to moje pierwsze spotkanie z twórczością autorki pochodzącej
z Gruzji.
Jest to niełatwa historia podzielona na dwa przedziały czasowe, których łącznikiem jest jeden bohater – Aleksander Orłow, zwany później Generałem.
O czym jest ta powieść?
Przede wszystkim o próbie rozliczenia się z przeszłością i zadośćuczynienia za wyrządzone krzywdy.
Fabuła skupia się na wojnie w Afganistanie w latach dziewięćdziesiątych i na współczesnej próbie odpokutowania za popełnione wtedy winy.

Głównych bohaterów w powieści jest dwoje, tytułowa Kotka – aktorka, gruzinka, oraz Generał, oligarcha, który brał udział w wojnie w Afganistanie. Ale niech was to nie zmyli. Mimo, że autorka wyraźne pokazała, kto jest głównym bohaterem, to jest sporo postaci drugoplanowych, które wcale nie są mniej ważne niż tytułowa dwójka.
Sama kreacja bohaterów jest wspaniała. Każda z tych postaci ma w sobie pewną dozę tragizmu, rozpaczy, tęsknoty i poczucia winy. Są ludźmi, którzy całe życie szukają, czy to rozgrzeszenia, czy zadośćuczynienia, swojego miejsca na ziemi, miłości, spełniania pragnień.
Szukają w różny sposób, z rożnym efektem. Targają nimi ogromne emocje, niektórzy się gubią i nigdy już nie odnajdują. Niektórzy pragną naprawić to co niegdyś zostało zepsute, ale czy w ogóle da się to zrobić?

Książka nie jest łatwa. Ba, powiedziałabym, że jest wyjątkowo trudną lekturą. Bywa brutalna, potrafi złamać serce i sponiewierać duszę.
To nie jest ugrzeczniona historia ludzi na tle wojny. To jest historia wojny, która w swoje tryby wciąga ludzi, zmienia ich, popycha do strasznych czynów, niszczy, łamie.
Na tle działań zbrojnych śledzimy losy postaci, które w innych okolicznościach, innym miejscu i innym czasie, nigdy nie dopuściłyby się czynów, które zmieniają człowieka na zawsze.

Język powieści jest bogaty, plastyczny, ale nie jest lekki. Dłuższą chwilę musiałam się przyzwyczaić do stylu pisania autorki.
Ale gdy już wsiąkłam w jej sposób opisywania rzeczywistości, to nie potrafiłam tej powieści odłożyć.
Mimo, że książka totalnie mnie pochłonęła, to uważam, że były momenty, gdy była ciut przegadana, aż nazbyt rozwleczona przez co akcja mocno zwalniała. Wybijało mnie to z rytmu i nie ukrywam, musiałam na powrót wciągać się w fabułę.
Ale mimo takich przerywników, książka zapadła mi głęboko w serce. Długo nie potrafiłam o niej zapomnieć, pogodzić się z losem jej bohaterów, wybaczyć niektórych czynów, przestać myśleć o tym co się tam wydarzyło.
Ta książka potrafiła mną wstrząsną, doprowadzić do łez, do bezsilnej złości i gniewu.
Tak – gniewu.
Na tych co siedzą przy stołach i z bezpiecznej odległości decydują o życiu i śmierci zwykłych ludzi. Na tych, którzy bez mrugnięcia okiem skazują ludzi na wojenny horror w imię czego?


Nino Haratischwili napisała powieść trudną, opisała historię, która miała miejsce. Historię okrutną, bolesną, łamiącą serce.
Pokazała czytelnikowi, że w niektórych przypadkach winy się nie przedawniają, a odpokutowanie za nie jest zwyczajnie niemożliwe.
Polecam tą powieść.
Polecam, choć złamała mi serce i zostawiła w duszy ślad, który już nie zniknie.
Na pewno sięgnę po inne powieści autorki. Wierzę, że ktoś kto potrafi pisać w tak przejmujący sposób, nie może napisać słabej książki.


piątek, 21 lutego 2020

"Zima czarownicy" Katherine Arden

"Zima czarownicy", to ostatni tom Trylogii Zimowej Nocy Katherine Arden. Akcja tej
z wytęsknieniem wyczekiwanej przeze mnie powieści rozpoczyna się tam, gdzie zakończył się tom drugi, czyli w momencie spalenia Moskwy przez Żar-Ptaka.
Wasia pozbawiona pomocy Morozki sama będzie musiała stawić czoło złu, które atakuje znienacka, sprytne i przebiegłe.
Przed dziewczyną będzie długa droga, usiana zagrożeniami nie tylko ze strony czartów, ale i ludzi.

Jeśli chodzi o fabułę, to nic więcej napisać nie można, żeby przypadkiem nie zdradzić choć słowa za dużo. Bo fabuła tej książki jest tak cudowna, akcja tak świetnie poprowadzona, wątki tak misternie posplatane, że każdy spoiler to wg mnie byłby grzech ciężki.
Poprzednie dwa tomy trylogii zachwyciły mnie totalnie, wciągnęły w tak wspaniale odmalowany świat i dały poznać tak wyjątkowych i niepowtarzalnych bohaterów, że bałam się okropnie, czy „Zima czarownicy” podoła tak wywindowanym oczekiwaniom.
I wiecie co?
Nie tylko podołała, ale olśniła mnie i zachwyciła jeszcze bardziej niż poprzednie tomy.

Katherine Arden posiadła niesamowity dar pisania w sposób, który do tej pory spotkałam tylko u rosyjskojęzycznych pisarzy. Potrafiła ukazać wszystko to, co rozgrywało się w duszach bohaterów, potrafiła pokazać tęsknotę Wasi za wolnością, akceptacją i Morozką. Za byciem sobą.
Potrafiła opisać w wyjątkowo barwny sposób obraz tamtych czasów, panujących wtedy na Rusi obyczajów, tradycji, wymagań i oczekiwań względem kobiet i ich miejsca na świecie.
Do tego ta niepowtarzalna melancholia, czar, urok i posługiwanie się wyjątkowo pięknym językiem. To mieszanie się ze sobą czartów i kościelnych dzwonów, to ukazanie, że to co „stare” wcale nie oznacza, że z automatu jest złe.
Że na świecie jest miejsce dla wszystkich i wszystkiego, wystarczy tylko chcieć współpracować, dzielić się przestrzenią i tym co nas otacza.

Bohaterowie, których kreśli autorka są wyjątkowo barwni, pełnokrwiści, nie da się ich wtłoczyć w ramy czy schematy. Nikt nie jest tylko dobry lub tylko zły. A gdy już ciężko się w którymś z bohaterów dopatrzeć choć odrobiny dobra, wtedy okazuje się, że jest to w sumie postać tragiczna, wewnętrznie złamana, skłócona sama ze sobą.
Bohaterowie i niesamowity klimat surowej Rusi to ogromne zalety tej powieści, choć jeśli mam być szczera, to i w Zimie czarownicy i całej trylogii nie znalazłam choćby jednego elementu, który podobałby mi się mniej czy uznałabym go za słabszy.
Ta książka to dla mnie ideał, genialna, piękna, wzruszająca, zachwycająca, czasem też wywołująca uśmiech na twarzy.
Jest tu mroczny klimat, namiętności, tęsknoty i obawy. Są dwa istniejące obok siebie światy, każdy z nich ma swoje jasne i ciemne strony.
To czego tu na pewno nie znajdziecie, to schematy,  sztampowość i  wtórność.

„Zima czarownicy” to idealne zwieńczenie opowieści o Wasilisie, Morozku, Niedźwiedziu, Rusi i czartach.
Przepełniła mnie emocjami jakich dawno nie wywołała we mnie przeczytana książka.
Piękna, niesamowita i mroczna
Taka jest Zima czarownicy i taka jest cała trylogia Zimowej Nocy Katherine Arden.
Jeśli ktoś jeszcze waha się czy przeczytać tą trylogię, to namawiam gorąco – czytać! Czytać i jeszcze raz czytać.