środa, 17 maja 2017

"Pierworodna" Tosca Lee. Drugi tom serii Piętno Krwawej Hrabiny


„Pierworodna” to drugi tom serii Piętno Krwawej Hrabiny. O tomie pierwszym pisałam tutaj:  POTOMKOWIE


Druga część rozpoczyna się dokładnie w tym samym momencie, w którym zakończył się tom pierwszy.
Audra odzyskuje większość wspomnień, dowiaduje się, że ma córkę Evę i że dla jej bezpieczeństwa musi zniknąć z jej życia.
Dodatkowo Luka zostaje porwany i od tego czy Audra odnajdzie i dostarczy pamiętnik Elżbiety Batory dla Historyczki, zależeć będzie jego życie.
Akcja powieści od razu rusza z kopyta. Nie ma żadnego wprowadzenia, przypomnienia wydarzeń z poprzedniego tomu.
Czytelnik zostaje wrzucony w sam środek wydarzeń. Na szczęście pierwszy tom ukazał się nie tak dawno temu, więc nie trzeba czytać go ponownie, aby przypomnieć sobie, co się działo w pierwszej części.

Co do fabuły, to mam mieszane uczucia. Sporą jej część zajmują nieustające pościgi za Audrą i jej towarzyszami. Ciągłe zmiany samochodów, strzelaniny, pułapki. I tak cały czas.
Ja rozumiem, że jest ona najbardziej poszukiwaną z Potomków, ale ile można czytać o ciągłym pościgu? Dla mnie było tego zwyczajnie za dużo, w pewnym momencie już mnie nużyły opisy kolejnych ucieczek i pościgów.
Ciekawe natomiast były kwestie związane z historią Potomków, samą Elżbietą Batory i talentami jakie posiadali Pierworodni.
Najciekawsze okazało się kilkanaście ostatnich rozdziałów. Wtedy akcja zaczęła się koncentrować na konkretnych wydarzeniach, autorka zaskoczyła mnie kilkoma wydarzeniami i tym jak rozwinęła się fabuła.

Narracja w powieści jest pierwszoosobowa, co okazało się szkodliwe dla bohaterów drugoplanowych. Bardzo dużo wiemy o Audrze,  trochę daje się nam poznać Luka. Ale cała reszta bohaterów jest mało wyrazista, praktycznie nic nie wiemy o ich przeszłości, o ich historii.
Wspierają Audrę w jej działaniach, pomagają, ale są mało widoczni. Uważam, że powieść przez to traci, bo już sama postać Błazna ma duży potencjał i szkoda, że nie został wykorzystany.

Akcja jest bardzo dynamiczna, dzieje się dużo i szybko. Ale tak jak pisałam powyżej, sporą część książki zajmuje ciągłe polowanie na Audrę przez Dziedziców.
Końcówka książki rekompensuje trochę nużące pościgi, wprowadza element zaskoczenia i zostawia otwartą furtkę dla kolejnych tomów.

Mimo, że Pierworodna nie podobała mi się tak jak Potomkowie, to nie jest to zła książka.
Na plus trzeba jej zaliczyć, że akcja rozgrywa się w Europie, koncentruje się na miejscach, z którymi była powiązana Elżbieta Batory. Autorka nie piętnuje Krwawej Hrabiny, poddaje w wątpliwość skalę dokonanego przez nią zła i porusza ważny temat odpowiedzialności kolejnych pokoleń za winy przodków.
Powieść czytało mi się dość szybko i dobrze. Autorka me lekki styl i potrafi zainteresować czytelnika.

Chociaż nie przepadam za pierwszoosobową narracją, to w przypadku tej książki, nie przeszkadzała mi ona aż tak bardzo, choć uważam, że przez to powieść straciła trochę.
Czy sięgnę po kolejne tomy jeśli się ukażą?
Raczej tak, bo tak już mam, że muszę się dowiedzieć, jak dana historia się kończy. 


poniedziałek, 15 maja 2017

Książkowe zakupy maj - odsłona druga

Dziś odebrałam dwie paczki z książkami. Jedną paczkę z Gandalf.pl z nowym Komornikiem M. Gołkowskiego, na którą czekałam z niecierpliwością oraz drugą paczkę z Aros.pl z całą resztą.

Tym razem w większości, to powieści obyczajowe i jedna dla nastolatek, co do której byłam przekonana, że jest dla starszego czytelnika (nie wiem dlaczego). Trzy powieści z gatunku fantasy w tym jedna autorki, o której nic nie słyszałam.
Tak czy inaczej, radość w sercu  jest. Stos nieprzeczytanych książek się powiększa, ale jak na rasowego książkoholika przystało, nie potrafię się oprzeć przymusowi kupowania kolejnych książek.


Moim książkowym zakupom niezmiennie patronuje i kibicuje Frędzel, samozwańczy władca świata. 

piątek, 12 maja 2017

Strażnicy Galaktyki 2

Kilka dni temu udało mi się dotrzeć wreszcie na wyczekiwanych przeze mnie Strażników Galaktyki 2.
Lubię filmy na podstawie komiksów, lubię filmy Marvela, pierwsza część Strażników Galaktyki, pomimo moich obaw, bardzo mi się spodobała.Poszłam do kina pełna nadziei na świetną rozrywkę ze sporą dawką humoru.  Czy spełniły się moje oczekiwania? 
Tak!

Gdybym chciała o swoich wrażeniach napisać zaraz po seansie, w jednym zdaniu, byłoby to coś w stylu „boziu, jaki ten film jest świetny, jak super się bawiłam, jestem zachwycona i nie mogę się doczekać na kolejne części”.
Ale dałam sobie czas na ochłonięcie i co mogę napisać? 
Ah, no tak, w zasadzie to samo, czyli „boziu, jaki  ten film jest świetny, jak super się bawiłam, jestem zachwycona i nie mogę się doczekać na kolejne części”.

Ale aby nie było jednozdaniowo, chcę rozwinąć mój zachwyt nad tym filmem.
Filmy Marvela są dla mnie typową rozrywką, bez ukrytych znaczeń, bez wielkiej głębi czy ogromnych rozterek i dylematów moralnych bohaterów.
To ma być kino, które ma dostarczyć rozrywki, świetnej strony wizualnej, dobrego aktorstwa, odpowiedniej dawki humoru i okrasić to wszystko odrobiną wzruszeń.

Wszystko powyższe w Strażnikach Galaktyki 2 dostałam, a nawet więcej, bo bardzo fajną ścieżkę muzyczną i kilka scen bezwstydnie drwiących z oklepanych schematów.
Poczucie humoru było, nawet sporo. Było też trochę wzruszeń i nawet w jednym momencie mogła się zakręcić łza wzruszenia w oku. Było też odpowiednio wiele typowo amerykańskiego patosu, ale bez przesady. Była niesamowita przygoda i zabawa. 

Na ekranie prócz znanych do tej pory bohaterów, pojawiło się kilku nowych, którzy mimo swojego drugoplanowego charakteru ubarwili fabułę swoją obecnością.
Mimo, że rozwinięcie fabuły było do przewidzenia, zakończenie łatwe do odgadnięcia, to film oglądało mi się świetnie.
Aż żal było, że akcja zmierza do punktu kulminacyjnego i niedługo nastąpi zakończenie.
Na szczęście po napisach Marvel dał widzom kilka dodatkowych scen, więc polecam każdemu pozostanie w kinie do samego końca.

Akcja oczywiście skupia się na znanych nam już z pierwszej części postaciach. Niewątpliwym złodziejem uwagi i sympatii jest mały Groot, który momentami kradnie całe sceny.
Nie sposób było się nie rozczulać nad tym małym rozrabiaką, nie śmiać z jego wyczynów.

Co ważne, w filmie nie ma wyeksponowanego wątku miłosnego, a sympatia i wzajemne przyciąganie pomiędzy Gamorą a Peterem jest pokazany w bardzo zabawny sposób.
W filmie pokazano, że rodzina to nie tylko więzy krwi, ale również – a może przede wszystkim – relacje zbudowane na prawdziwej przyjaźni, choćby z absolutnie obcymi ludźmi, którzy nierzadko stają się nam bliżsi niż prawdziwa rodzina.

Strażnicy Galaktyki 2 sprawili, że do domu wróciłam z ogromnym uśmiechem na ustach i pozytywnym samopoczuciem. Film bardzo dobrze spełnił swoje zadanie – dostarczył mi świetnej rozrywki, rozbawił, wzruszył, narobił chęci na więcej.
Cóż więcej mogę dodać? A tak, już wiem „boziu, jaki ten film jest świetny, jak super się bawiłam, jestem zachwycona i nie mogę się doczekać na kolejne części”.


*zdjęcie pochodzą ze strony www.filmweb.pl



wtorek, 9 maja 2017

"Calamity" Brandon Sanderson

Seria Mściciele autorstwa Brandona Sandersona spodobała mi się od pierwszego tomu.
Już sam pomysł na superbohaterów, którzy są źli mnie zauroczył.
A że sposób pisania autora bardzo przypadł mi do gustu już od czasu przeczytania jego pierwszej książki, byłam pewna, że i ta seria mi się spodoba.

Na trzeci tom przyszło mi czekać dość długo. Ale uważam, że było warto i „Calamity” to świetne zamknięcie trylogii o Epikach i Mścicielach.
Akcja powieści dzieje się w niedalekim czasie po wydarzeniach rozgrywających się w tomie drugim.
David, Megan i niedobitki z grupy Mścicieli próbują zrobić wszystko, aby przeciągnąć Profesora z powrotem na stronę ludzi. Aby tego dokonać, będą musieli zrobić wszystko, aby znaleźć jego słaby punkt i doprowadzić go do konfrontacji ze swoim strachem.
To będzie ryzykowna rozgrywka, zwłaszcza, że Profesor ma swoje plany i niestrudzenie dąży do ich realizacji.

„Calamity” to powieść lekka, pełna dynamicznej akcji i obrazowych pokazów mocy i walk.
To takie Avengers, tylko, że ci co powinni być dobrzy i bronić ludzi, są do szpiku kości źli i życie ludzkie nie ma dla nich żadnego znaczenia.
Nie liczą się z ofiarami podczas walk o władzę pomiędzy sobą, zabijają z zimną krwią.
Brandon Sanderson sprawnie prowadzi akcję aż do spektakularnego zakończenia, trzyma w napięciu, rozwija wątek, który w poprzednim tomie ledwie zarysował i tym samym zaskakuje czytelnika pomysłem na zakończenie trylogii.

Cała trylogia jako jedyna z dwóch serii autora, rozgrywa się na ziemi, w czasach mniej więcej  obecnych.
Autor bardzo ciekawie ukazuje do czego doprowadziło USA dziesięć lat pod jarzmem Epików.  Świetnie ukazuje charaktery swoich bohaterów, ich lęki, obawy i co ich motywuje do walki z Epikami.
A pomysł na to, aby tym co może pokonać moc Epika był strach przed najgłębiej skrywanym lękiem, udowadnia, że to właśnie strach jest największym wrogiem człowieka.
To właśnie strach ogranicza ludzi, ich działania, zadusza w zarodku marzenia, powstrzymuje przed działaniem.
Robiąc ze strachu jedyną broń przeciwko Epikom, autor pokazał, jakie to uczucie może być destrukcyjne.

W Calamity główne skrzypce odgrywają David i Megan. Pozostali członkowie grupy oraz postacie drugoplanowe są mniej wyraziste, choć również ciekawe.
Pomimo tego, że praktycznie cała powieść skupia się na wątku nieuniknionej konfrontacji z Profesorem, autor wplótł w fabułę kilka innych i bardzo ważnych wątków.
Nie brakuje  w powieści poczucia humoru i żartów językowych.

Sanderson sprawił, że temat superbohaterów nabrał świeżości, a magia, którą się posługiwali jest nietypowa i ciekawa.
Zakończenie jest otwarte, choć większość wątków pozostała zamknięta.
Autor nie byłby jednak sobą, gdyby nie zostawił otwartej furtki dla ewentualnej kontynuacji serii. Absolutnie nie przeszkadza mi to, a wręcz ucieszyłam się, że jest szansa, że Mściciele powrócą.

Nie będę się rozwodzić nad stylem pisania autora czy sposobem na ukazywanie bohaterów. Ja zwyczajnie uwielbiam sposób pisania Sandersona, jestem jego wierną fanką od bardzo dawna.
Lubię to w jaki sposób wprowadza czytelnika do swojego świata, bez zbytniego pośpiechu, dokładnie i szczegółowo.
Lubię to, że potrafi mnie zaskoczyć, zmylić, zasmucić, doprowadzić do śmiechu.
Ale najbardziej lubię to, że jego historie mnie oczarowują, wciągają bez reszty do swojego świata, sprawiają, że przez pewien czas żyję życiem jego bohaterów i wraz z nimi przeżywam niesamowite przygody.
Tak było i tym razem, podczas lektury Calamity.
Teraz pozostaje mi czekać niecierpliwie na kolejne książki tego autora, które na pewno wylądują na półce „najlepsze z najlepszych” obok kilku innych, uwielbianych przeze mnie autorów.

piątek, 5 maja 2017

Książkowe zakupy maj

Pierwsza paczka z zamówieniem dotarła 2 maja.
Zamówienie z merlin.pl zrobione w kwietniu, ale z racji premiery Calamity - trzeciego tomu trylogii Mściciele B. Sandersona i wznowienie pierwszego tomu serii Czarny Pryzmat, paczka dotarła dopiero teraz.

W maju ma się ukazać sporo książek na które czekam z utęsknieniem. O kolejnych zakupach więc już niebawem.


środa, 3 maja 2017

"Pocałunek na pożegnanie" Tasmina Perry

„Pocałunek na pożegnanie” to historia dwóch kobiet – Abby oraz Rosamund.
Historia tej drugiej rozgrywa się w 1961 roku, gdy zimna wojna odciskała największe piętno na świcie, czasy były niepewne i niespokojne.
Opowieść o Abby dzieje się w 2014 roku, gdy kobieta dowiaduje się o zdradzie męża. Gdy znajduje w starym archiwum zdjęcie Rosamund i Dominica Blake’a, dziennikarza i podróżnika,  zrobi wszystko aby rozwiązać zagadkę jego tajemniczego zaginięcia w  1961 roku.

Akcja powieści toczy się dwutorowo, ale za sprawą Rosamund, która w 2014 roku żyje i staje się również aktywnym uczestnikiem współczesnych wydarzeń, przeszłość i teraźniejszość będą się przenikać i splatać ze sobą.
Autorka bardzo sprawnie nakreśliła swoich bohaterów, dobrze oddała ich charaktery, wewnętrzne rozterki i niepewność.
Skoncentrowała się na Abby i Rosamunde, ale nie zapomniała o męskich bohaterach powieści.
Dużo więcej czasu w powieści poświęca wydarzeniom z 1961 roku niż tym z 2014, ale samej książce wychodzi to tylko na dobre.
Historia uczucia Rosamunde i Dominica jest ciekawa, a jego zaginięcie wprowadza do fabuły bardzo intrygujący wątek szpiegowski, którym autorce udało się mnie nawet zaskoczyć.
Oczywiście pewne rozwiązania są dość łatwo przewidywalne, ale niektóre nie i to sprawia, że powieść czyta się z dużym zainteresowaniem.

Jeśli chodzi o wydarzenia z 2014 roku, te dotyczące Abby, to Tasmina Perry bardzo trafnie ukazała jak wygląda życie we współczesnym świecie, gdzie ciągły pośpiech, dążenie do  materialnego komfortu  sprawia, że ludzie zatracają po drodze to co najcenniejsze – uczucia, więzi, proste, ale jakże ważne w każdym związku gesty i zwyczaje, np. wspólne wypicie kawy rano, wyjście do kina, czy zwykła rozmowa.
Ukazuje jak bardzo można się od siebie oddalić, mimo łączącego ludzi uczucia, jak stracić ze sobą kontakt, mimo, że mieszka się razem, żyje razem.
Co ważne, pokazała również, że rezygnacja z marzeń na rzecz finansowego dobrobytu może pozbawić ludzi celu w życiu.

Autorka w swojej powieści sprawnie żongluje informacjami, próbuje zmylić czytelnika, wprowadzić zamieszanie. Nie unika trudnych tematów, a brak schematów w wątku Abby jest dużym plusem. Nie ma tu bowiem typowego rozwiązania  „mąż ją zdradził, załamała się, poznała nowego i wspaniałego faceta i wszyscy żyli długo i szczęśliwie”.
Wątki miłosne są prowadzone z wyczuciem i subtelnością. Czytając o problemach Abby w małżeństwie czy rodzącym się uczuciu pomiędzy Rosamund a Dominiciem, odnosiłam wrażenie, że gdyby ci bohaterowie żyli naprawdę, to tak właśnie mogłaby wyglądać ich historia.

Autorka ma lekki styl, powieść czyta się przyjemnie i szybko. Potrafi wciągnąć czytelnika w świat swoich bohaterów, zainteresować ich losami i sprawić, że nie bacząc na późną porę i konieczność pobudki o świcie, czyta się kolejny rozdział kosztem snu.
Na koniec dodam tylko, że urzekła mnie również okładka. Delikatna i subtelna, w stylu starej fotografii, od której zresztą rozpoczęła się historia opisywana w powieści.






niedziela, 30 kwietnia 2017

Książkowe zakupy kwiecień - odsłona trzecia

Wydawnictwo MAG ma w swoim asortymencie wiele książek świetnych pisarzy.
Ma również książki wydawane w ramach serii Uczta wyobraźni. Są to perełki w swoim gatunku.

Kilka dni temu dotarła do mnie przesyłka z dwiema książkami z serii Uczta wyobraźni. Obie to nowości.
Ciemny Eden oraz Stulecie przemocy.


Obie książki są objęte patronatem mojego szalonego kocura Frędzla.

czwartek, 27 kwietnia 2017

"Siedem Sióstr" Lucinda Riley. Pierwszy tom serii Siedem Sióstr.

„Siedem Sióstr” to powieść rozpoczynająca cykl o tym samym tytule.
Akcja powieści rozpoczyna się od śmierci Pa Salta – adopcyjnego ojca sześciu młodych kobiet. Nie łączą je więzy krwi, łączy adopcyjna rodzina i miłość.
Najstarszą z nich jest Maja, jako jedyna mieszkająca w rodzinnej posiadłości z Pa Saltem. Ale śmierć ojca zaskakuje i ją, gdy przebywa z wizytą u koleżanki w Anglii. Gdy otrzyma straszną wiadomość o jego śmierci, wróci do domu, aby się dowiedzieć, że pogrzeb już się odbył, a reszta jej sióstr właśnie wraca do domu.
Gdy spotkają się tam wszystkie, okaże się, że ich ojciec zostawił każdej z nich list ze wskazówkami jak odkryć swoje pochodzenie oraz piękną rzeźbę na której zostawił współrzędne geograficzne miejsca urodzenia każdej z jego sześciu córek.

Autorka powieści – Lucinda Riley – dość szczegółowo wprowadza czytelnika w świat swoich bohaterów. Pierwszy tom serii opowiada historię Maji, która była pierwszą dziewczynką, którą adoptował Pa Salt.
On sam pozostaje wciąż tajemnicza postacią. Wiemy o nim jedynie, że był bogatym biznesmenem i podróżował w sprawach służbowych po całym świecie. Oraz, że adoptował sześć dziewczynek, nadając im imiona gwiazd z  konstelacji Siedmiu Sióstr.
Fabuła powieści luźno krąży wokół legendy o tej konstelacji i nie trudno odnieść wrażenie, że fascynuje ona autorkę.

Zbieg kilku niespodziewanych wydarzeń sprawi, że Maja nagle wyjedzie do Brazylii, aby tam odszukać swoje korzenie i poznać swoich przodków.  Jej śledztwo doprowadzi ją do historii jej prababki, która żyła w  czasach Belle Époque, do jej niespełnionej miłości, rodzinnych tajemnic.
W czasie swojego pobytu w Rio de Janeiro, pomagać Maji  w sledztwie będzie  pisarz, którego książkę tłumaczyła na język frnacuski  - Floriano.

Autorka swoją historię opowiada niespiesznie. Nie ma pędzącej na złamanie karku akcji. Za to dobrze poznajemy bohaterów, których wykreowała.
Akcja powieści dzieje się dwutorowo, współcześnie i dotyczy Maji oraz z czasów Belle Époque i opowiada historię Izabeli, jej prababki. Prócz fikcji literackiej i fikcyjnych postaci, autorka wplotła w swoją fabułę prawdziwe wydarzenia i autentyczne postacie.
Historia Izabelli będzie związana z powstawaniem słynnego pomnika Chrystusa Odkupiciela. Dzięki temu możemy dowiedzieć się wiele ciekawych informacji na jego temat, choćby to, że pomnik został zaprojektowany przez francuskiego rzeźbiarza polskiego pochodzenia Paula Landowskiego ale i mało znanych faktów, jak choćby to, że dłonie pomnika Chrystusa Odkupiciela powstały na bazie odlewu dłoni kobiecych.


Autorka bardzo sprawnie połączyła fakty historyczne z fikcją literacką.  Równie ciekawa jest historia z przeszłości, jak  ta dziejąca się współcześnie.
Bo prócz rozwikłania tajemnicy swojego pochodzenia, Maja będzie musiała zmierzyć się również z tajemnicami związanymi ze swoim adopcyjnym ojcem.
A nie ma co ukrywać, jest ich kilka. Choćby ta, dlaczego adoptował tylko sześć dziewczynek, skoro w legendzie o Siedmiu Siostrach, było ich siedem i czy gdzieś w świecie, nie ma jeszcze jednej córki Pa Salta. Również jego śmierć i błyskawiczny i nietypowy pogrzeb (ołowiana trumna z ciałem zatopiona w morzu) wskazuje, że z tym również wiąże się jakaś tajemnica.
I sam Pa Salt i jego pochodzenie. Jego córki uzmysławiają sobie, że niewiele o nim wiedzą, a już na pewno prawie nic o jego przeszłości, rodzinie, korzeniach.
Choć ja uważam, że wiem czyim dzieckiem będzie Pa Salt i skąd będzie pochodził.  Jestem ciekawa, czy moje podejrzenia każą się prawdziwe.

Jest wg mnie w tej powieści kilka nielogiczności, jak choćby to, że dorosłe kobiety nie wiedzą czym zajmował się ich ojciec i skąd pochodziło jego bogactwo, z którego one same przecież również korzystały, lub fakt, że kompletnie nie wiedziały nic o przeszłości swojego ojca, nie znały jego rodziny (jeśli takową miał), nie wiedziały nawet czy miał kiedyś żonę czy nie.
Strasznie to wg mnie naciągane, choć rozumiem, że ma służyć klimatowi powieści i być tajemnicą, którą będą musiały rozwiązać wszystkie siostry.
Również co do faktu śmierci Pa Salta mam swoje podejrzenia, ale nic o nich nie napiszę, aby nie psuć innym czytelnikom lektury.

Sama powieść jest ciekawa i wciągająca. Pomysł na serię, która będzie opowiadała historię każdej z sióstr, o jej przeszłości i związanych z nią tajemnicach, bardzo mi się podoba.
Ciekawi mnie również w którym kierunku pójdzie autorka, jeśli chodzi w wątki dziejące się współcześnie.
Powieść czyta się bardzo dobrze, a to za sprawą lekkiego pióra pisarki.
I choć już teraz wiem, że Maja nie zostanie moją ulubioną siostrą, to przyznaję, że Siedem Sióstr czytało mi się bardzo dobrze i chętnie sięgnę po kolejny tom (o tym kiedy ma się ukazać, piszę w zapowiedzi wydawnicze, premiery i nowości).

Lucinda Riley bardzo dobrze nakreśliła swoich bohaterów. Pokazała wszystkie ich wady i zalety, to czym się kierowali w swoim postępowaniu i dlaczego podejmowali takie, a nie inne decyzje. I mimo, że Maja wydała mi się mało ciekawą postacią, zbyt niezdecydowaną i wycofaną, to taki był właśnie zamysł autorki, aby w taki sposób ja ukazać. Z czasem czytelnik dowie się, skąd takie a nie inne zachowanie Maji i zrozumie lepiej tą postać.
Nawet wątki miłosne prowadzone są z wyczuciem i bez nadmiernej egzaltacji. Są ważne, ale nie spychają na boczne tory innych wątków. Tworzą pełne emocji tło dla wszystkich wydarzeń w powieści.
Autorka w sprytny sposób zostawia czytelnikowi wskazówki, które mogą pomóc w rozwiązaniu tajemnicy Pa Salta i ja już się cieszę na odkrycie kolejnych elementów układanki, jaką niewątpliwie okaże się wszystko co będzie miało związek z jego przeszłością.

*zdjęcie Chrystusa Odkupiciela pochodzi ze strony wikipedia.pl




środa, 26 kwietnia 2017

Książkowe zakupy kwiecień - część druga

Kwiecień to miesiąc, gdy przypada Dzień Książki, z racji tego wiele księgarni internetowych o stacjonarnych oferuje wiele promocji...
I co ma w takiej sytuacji zrobić rasowy książkoholik?
Otóż nic innego jak kolejne książkowe zakupy.

Kolejne dwa zamówienia z empik.com odebrane. Jedno w ramach doładowanej eKarty, drugie to książki kupione w promocji 3 w cenie 2.


W przesyłkach kilka książek na które czekałam, między innymi druga cześć Luny oraz serii Piętno Krwawej Hrabiny, czyli Pierworodna.
Prócz tego Duchowe życie zwierząt  i dwie powieści obyczajowe.
I psssssttt, ale zdradzę, że to nie koniec w kwietniu jeśli chodzi o książkowe zakupy. Ale co jeszcze zamówiłam napiszę po otrzymaniu przesyłek.



niedziela, 23 kwietnia 2017

"Zły Romeo" Leisa Rayven. Lekka i przyjemna powieść.

Bywają takie dni, że mam chęć na lekką, kobiecą literaturę. Coś co poprawi mi nastrój i nie będzie zbyt wymagające.
Niestety gro książek z tego gatunku, na które trafiłam, było kiepsko napisane, nudne lub do bólu powielające schematy.
Czy powieść „Zły Romeo” dołączyła do niechlubnej listy?
O tym poniżej.

Akcja książki rozpoczyna się współcześnie, gdy Cassie i Ethan, zdolni, młodzi i z burzliwą przeszłością aktorzy teatralni spotykają się znów po sześciu latach i mają wspólnie zagrać w sztuce.
Sześć lat wcześniej poznali się jako młodzi studenci w szkole teatralnej i zapałali do siebie ogromnym uczuciem. Ich związek jednak nie skończył się happy endem, a przeszłość okazała się zbyt bolesna by o niej zapomnieć.
Cassie będzie się musiała szczerze odpowiedzieć  sama przed sobą, czy przestała kochać Ethana oraz zmierzyć się z tym, że młody mężczyzna postanowił ją odzyskać.

Po tym wprowadzeniu, akcja powieści zaczyna biec dwutorowo. Prócz obecnie rozgrywających się wydarzeń, czytelnik dostaje obszerne retrospekcje sprzed sześciu lat i może śledzić początek znajomości głównych bohaterów.
Śledzimy zatem wydarzenia, które doprowadziły głównych bohaterów do chwili obecnej  i obserwujemy jak oboje zatracają się we wzajemnej miłości.
Wątek z czasów studiów jest całkiem fajny. Pełen lekkości i poczucia humoru. Poznajemy Cassie bardzo dobrze, jej niewinność, zagubienie, rodzącą się fascynację Ethanem . Dziewczyna jest tak niepewna siebie i bez wiary w swoje możliwości, że sama już nie wie jaka jest naprawdę i próbuje się dostosować do otaczających ją ludzi.
Jedynie przy Ethanie będzie potrafiła być sobą, bez obawy czy to co powie spodoba się innym, czy uzyska ich akceptację.
Trochę mniej dowiadujemy się natomiast o Ethanie, o jego motywach i powodach dla których zachowuje się tak, a nie inaczej.
Fajni są również bohaterowie drugoplanowi, choć jak dla mnie są niewykorzystani w tej powieści.

W powieści mamy powielanie schematów z innych książek z gatunku New Adult.
Przyjaciel/współlokator gej jest? Jest.
Szalona i wyluzowana przyjaciółka jest? Jest.
Główny bohater co by chciał, ale się boi jest? Jest.
Głowna bohaterka, niewinna jak poranek, zakochująca się prawdziwie po raz pierwszy jest? Jest…

Można by więc zaryzykować stwierdzenie, że to typowa powieść New Adult i niczym nie może zaskoczyć.
Otóż nie. Zostałam  zaskoczona kilka razy i to bardzo pozytywnie.
Na szczęście autorka ma talent i potrafi go wykorzystać, więc powieść czyta się lekko. Dodatkowym atutem jest naprawdę fajne poczucie humoru i brak przeładowania różnej maści nieszczęściami, które zbyt często dotykają bohaterów tego typu powieści.
Mimo bolesnej przeszłości i niezagojonych ran,  bohaterowie nie użalają się wciąż nad sobą, biorą życie w swoje ręce i nie poddają się.
Postacie, których stworzyła Leisa Rayven są wyraziste, ciekawe i pełnie sprzeczności.  I nie sposób ich nie polubić, co bardzo pozytywnie wpływa na odbiór książki.
Ogólnie powieść czyta się lekko, przyjemnie i z zaciekawieniem. „Zły Romeo”, to pełne humoru dialogi, kilka zabawnych sytuacji, gorące uczucie i Cassie, która dopiero na studiach ma szansę odkryć swoją kobiecość i poczuć czym jest miłość.
Oczywiście nie brak w fabule wątku erotycznego, ale z racji tego, że Cassie jest tak bardzo niedoświadczona i dopiero odkrywa czym jest namiętność, to prócz pożądania pełno w nim całkiem zabawnych scen.
Nawet gdybym bardzo chciała, to nie bardzo na co mam narzekać jeśli chodzi o tą powieść.
To, że jest trochę schematyczna jej nie szkodzi, bo jest dobrze napisana i ciekawa.
Nie jest przeładowana wszystkimi nieszczęściami tego świata, a jej bohaterowie są fajni i bez problemu można ich polubić.
Całość jest wciągająca i czyta się naprawdę szybko, bo autorka ma lekki i fajny styl.
Powieść „Zły Romeo” oceniam więc dobrze i na pewno sięgnę po jej kontynuację.





środa, 19 kwietnia 2017

"Imperium Wampirów: The Kingmakers" tom 3 serii. Clay Griffith & Susan Griffith

"Imperium Wampirów: The Kingmakers" to trzeci tom serii o przygodach Adele i Garetha.

O dwóch poprzednich pisałam tutaj:


Długo przyszło mi czekać na możliwość przeczytania trzeciego ( w zamyśle finałowego, bo okazało się, że powstał tom 4 serii) tomu serii, a to z prostego powodu – wydawnictwo Amber po pierwszym tomie zakończyło swoją przygodę z tymi książkami.
Przyszło mi więc czekać na tłumaczenie nieoficjalne drugiego i trzeciego tomu i na szczęście się doczekałam.


"Imperium Wampirów: The Kingmakers" rozpoczyna się tam, gdzie skończył się tom drugi – czyli od wielkiej ofensywy przeciwko wampirom.
Można powiedzieć, że do połowy książki akcja właśnie na tym wątku się koncentruje.
Nie brakuje również Adele i Garetha, ale jest ich zdecydowanie mniej niż w drugiej części powieści, która koncentruje się właśnie na nich.
Gdy autorzy mniej uwagi poświęcają walkom pomiędzy ludźmi a wampirami, do głosu dochodzą inne ciekawe wątki – knowania Mamoru, wyjątkowe umiejętności Adele, walka o tron pomiędzy Garethem a jego bratem Cesare.

Nie brakuje w powieści niespodziewanych zwrotów akcji, wydarzeń, które zmienią wszystkie plany głównych bohaterów oraz niebezpieczeństw, które będą na nich czyhać.
Autorzy nie oszczędzają Adele i Garetha i co krok rzucają im kłody pod nogi, w postaci choćby kolejnych zdrad dokonywanych przez najbliższych im ludzi.
Oczywiście ważnym elementem fabuły jest wątek miłosny pomiędzy Adele a Garthem, ale wzorem poprzednich tomów, nie jest on nachalny i nie przytłacza. Jest fajnym i przyjemnym uzupełnieniem fabuły i podwaliną pod dążenia Adele i Garetha  do koegzystencji ludzi i wampirów.

"Imperium Wampirów: The Kingmakers" to lekka powieść, która  nie pretenduje do miana wybitnej, bo taka nie jest.  Ale to dobra lektura, w której wampiry są wampirami i próżno wśród nich szukać świecących w słońcu amantów.Są brutalnymi, złymi krwiopijcami, dla których ludzie to tylko posiłek.
Można śmiało powiedzieć, że to klasyczna młodzieżówka, choć trzeba jej oddać sprawiedliwość – bardzo dobra.
Autorzy mieli fajny pomysł na fabułę, bez powielania schematów i sztampowości. Stworzyli ciekawych bohaterów, wprowadzili interesujący wątek geomancji, wątek miłosny poprowadzili z wyczuciem.
Dzięki lekkiemu stylowi, powieść czyta się szybko i przyjemnie.  Wszystko to składa się na naprawdę wciągającą lekturę, z którą można przyjemnie spędzić wieczór, gdy chce się przeczytać coś niewymagającego, a jednak dobrze napisanego.


"Imperium Wampirów: The Kingmakers", tak ja dwa poprzednie tomy, oceniam bardzo dobrze.
To wciągająca lektura i nie sposób się nudzić podczas czytania. Razem z bohaterami przeżywa się wiele przygód, stawia czoło wielu niebezpieczeństwom, nie tylko ze strony wampirów.
Szkoda, że całość nie została wydana w PL, ale cieszę się, że komuś tak jak i mi spodobał się tom pierwszy i postanowił pozostałe przetłumaczyć nieoficjalnie.

Temat przerwanych serii, to będzie osobny post na blogu, więc nie chcę się teraz o tym rozpisywać, pragnę tylko nadmienić, że dzięki takim ludziom, którzy poświęcają swój prywatny czas i tłumaczą te niewydane w PL brakujące tomy, wiele osób( w tym ja) miało szansę dokończyć czytanie lubianej serii czy trylogii. Chylę przed nimi czoło w podzięce i mam nadzieję, że uda mi się upolować kilka kolejnych  pozycji, które w PL nie zostały wydane.

*zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl



poniedziałek, 17 kwietnia 2017

"Całe życie" Robert Seethaler

„Całe życie” to powieść, która ma dwóch głównych bohaterów - Andreasa Egger oraz surowy górski krajobraz.
Akcja powieści dzieje się na początku XX wieku, w malutkiej Alpejskiej osadzie.
To właśnie od pojawienia się w osadzie Eggera zaczyna się jego historia.

Egger to człowiek małomówny, spokojny i uczciwy. Wszystko co posiada zawdzięcza sile własnych rąk i ciężkiej pracy.
Żyje w zgodzie z naturą i w poszanowaniu do otaczającej go przyrody.
Wszystko co dzieje się w jego życiu przyjmuje ze spokojem i akceptacją.  Bierze od życia to co chce mu ono dać i jest wdzięczny za to co otrzymuje.
W jego życiu nie brak rozpaczy i dramatycznych wydarzeń, ale on nie przestaje wierzyć, że los jeszcze może się odwrócić i bez lęku cieszy się z każdego dnia swojego życia.

Gdy w życie doliny – a tym samym Eggera – wkroczy nowoczesność i postęp technologiczny, ten dotychczas spokojny zakątek ziemi zmieni się nieodwracalnie.
Budowa kolejek linowych, rozwój turystyki i narciarstwa, sprawią, że to co dotychczas wydawało się niezmienne, nabierze innego wymiaru.
W dolinie pojawi się elektryczność, turyści oraz wojna.


„Całe życie” to opowieść o okiełznaniu samotności, radzeniu sobie z przeciwnościami losu, o życiu w zgodzie z naturą. O starzeniu się i akceptacji tego z godnością i szacunkiem.
Jednocześnie pokazuje jak czasem ciężko dostosować się do wymagań pędzącego do przodu świata i odnaleźć swoje miejsce na ziemi.

Robert Seethaler historię, którą stworzył opowiada niespiesznie, na mniej niż dwustu stronach. Posługuje się bardzo prostym językiem, choć w sposób niezwykle plastyczny opisuje otaczającą bohatera przyrodę.
Pokazuje również , że aby poruszyć emocje czytelnika, wcale nie trzeba pisać opasłych tomów .


Czytając „Całe życie” naszło mnie kilka refleksji nad tym do czego zmierza obecnie świat.
Myślałam o tym, czy faktycznie do szczęście potrzeba mi tych wszystkich rzeczy, które obecnie są uznawane za niezbędne dla każdego człowieka.
Przypomniałam sobie swoje dzieciństwo, bez komputerów, smartfonów, zmywarek.  Nie czułam wtedy, że czegoś mi brakuje. Wręcz przeciwnie. Odczuwałam większy związek z innymi ludźmi i bliższy kontakt z przyrodą.
Szczęściem było spędzanie czasu na dworze, wśród przyjaciół, karą natomiast siedzenie w domu.
Cieszyły mnie proste rzeczy, piknik nad rzeką, ognisko w letnie noce, jazda rowerem i pływanie latem w jeziorze.
Poczułam ogromną tęsknotę za tamtymi latami. I mimo, że radzenie sobie z codziennymi obowiązkami było trudniejsze, bez obecnych udogodnień, to życie było wtedy szczęśliwsze i łatwiejsze.

„Całe życie” stara się sprawić, aby czytelnik zatrzymał się na chwilę, zastanowił co jest dla niego ważne, co daje mu radość.
Próbuje udowodnić, że życie wcale nie musi gnać do przodu na złamanie karku, aby było dobre i dawało satysfakcję.
Autor na przykładzie Eggera pokazuje również, że bycie samemu, nie zawsze oznacza samotność. Pozwala natomiast się wyciszyć, pobyć sam na sam ze swoimi uczuciami i emocjami.

Ta niespiesznie opowiadana historia Eggera na długo zapada w pamięć, pozostawiając pod powiekami widok spokojnej doliny, pełnej niezniszczonej przez człowieka przyrody. Zasiewa w czytelniku odrobine tęsknoty za tym spokojem i odpoczynkiem od wielkiej cywilizacji.

Na mnie „Całe życie” zrobiła ogromne wrażenie.
Nie spodziewałam się tego po tej niepozornie wyglądającej książce. Tym bardziej jestem pozytywnie zaskoczona lekturą i mam pewność, że jeszcze nie raz do niej wrócę.

Za możliwość przeczytanie książki, dziękuję Wydawnictwu OTWARTE