niedziela, 20 października 2019

"Szeptacz" Alex North

„Jeśli drzwi nie zamkniesz w porę, szeptać zacznie ktoś wieczorem…”

Pisarz Tom Kennedy nie potrafi pogodzić się z nagłą śmiercią żony.  Ma również problem z
odnalezieniem wspólnego języka ze swoim siedmioletnim synem. Mężczyzna dochodzi do wniosku, że przeprowadzka do nowego domu pomoże im obu.
Przeprowadzają się do małego miasteczka  Featherbank, które wydaje się im idealne. Nie wiedzą jednak, że dwadzieścia lat wcześniej mężczyzna ochrzczony przez dziennikarzy Szeptaczem zamordował w nim pięciu kilkuletnich chłopców.
Kiedy po tylu latach dochodzi do zaginięcia kolejnego chłopca, koszmar powraca, a sprawa wydaje się niepokojąco podobna do sprawy Szeptacza.

Ciężko mi określić tą książkę gatunkowo, bo choć to niewątpliwie thriller, to mamy tu też kryminał, sensację i nawet odrobinę powieści grozy.
Oj tak, autor potrafił mnie nieźle nastraszyć i nie potrzebował do tego zaskoczenia, brutalności czy latających flaków. Postawił na wyobraźnię czytelnika i liczył, że po podsunięciu delikatnych elementów grozy, ten sam się tak nakręci, że się będzie bał otworzyć okno po zapadnięciu zmroku.
Cóż mogę dodać, w moim przypadku udało mu się to w 100%.
Tu jakieś skrzypienie podłogi, tu dziwny klimat, tu nagła cisza, tu pojawienie się czegoś, co nie miało prawa się pojawić… I nawet się człowiek nie obejrzał, a już sobie zaczął wyobrażać niewiadomoco i dreszcz strachu gotowy.

Klimat w tej książce jest świetny. Dziwny dom, makabryczne zbrodnie z przeszłości i niebezpieczeństwo w teraźniejszości.
Do tego skomplikowane relacje rodzinne, walka z żałobą i tęsknotą i brak wiary w siebie.
Główny bohater, to naprawdę świetnie wykreowana postać, choć jego syn Jake niczym mu nie ustępuje. Ciekawy chłopiec, specyficzny, wyjątkowy. Podobał mi się również śledczy Pete Willis. Każdy z tych bohaterów to wgląd w skomplikowaną psychikę człowieka, ukazanie jak wielki wpływ mają na nas lęki z dzieciństwa i jak potrafią zaciemnić i zmienić pamięć o wydarzeniach z przeszłości.

Książka wzbudziła we mnie wiele emocji. Wciągnęłam się od pierwszych stron i byłam zafascynowana opowiadaną przez autora historią. Jednocześnie wciąż czułam lęk i niepewność, byłam przekonana, że to co ja podejrzewam, nijak nie ma się do tego, co tak naprawdę przygotował dla czytelnika Alex North.
Książka zaskoczyła mnie wiele razy, byłam zmylana, sprowadzana na manowce i straszona.
Mimo, że z lękiem zerkałam w stronę okna (mieszkam na parterze) i szczelnie zasłaniałam zasłony, to i tak miałam wrażenie, że ktoś się czai na zewnątrz. Moja wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach i dała mi nieźle w kość.
Autorowi należą się ogromne brawa, że potrafił wywołać we mnie takie reakcje.

Powieść napisana jest dobrze. Spójna fabuła, ciekawi bohaterowie i makabryczne zbrodnie. Ciekawy portret psychologiczny postaci jest dodatkowym plusem. Dobry styl i lekkie pióro, a do tego bardzo plastyczny język. Wszystko to sprawiało, że książkę nie tylko czytałam, ale i widziałam oczyma wyobraźni każdy detal, wszystko co się na jej kartach rozgrywało.
Do tego gęsta i mroczna atmosfera i niesamowity klimat. Na wszystko nakłada się pewna doza niepewności, bo mimo, że czytelnik dowiaduje się w końcu kto i dlaczego, to jednak są pewne elementy, które wzbudziły niepewność i pytanie „ej, chwila moment, ale z tym to o co chodzi?”.
„Szeptacz” to kawał dobrego thrillera i jestem pod jego wrażeniem. Mimo, że najadłam się strachu, to chętnie sięgnę po kolejne książki autora, jeśli będą utrzymane w tym klimacie.
Ogromnie polecam.

piątek, 18 października 2019

"PS Kocham Cię na zawsze" Cecelia Ahern

Siedem lat po śmierci Gerry’ego jego żona Holly Kennedy poukładała swoje życie na nowo. Ma stałą
pracę i udany związek z Gabrielem. Życie zdaje się iść w dobrym kierunku.
Wszystko się zmienia gdy za namową siostry nagrywa podcast i opowiada w nim o listach, jakie dostawała od męża po jego śmierci.
Wtedy zgłasza się do niej osoba, która założyła klub PS Kocham Cię, do którego należą osoby nieuleczalnie chore, które chcą aby Holly pomogła im napisać ich własne listy do bliskich.
Czy Holly się zgodzi?

Gdy usłyszałam, że ma się ukazać kontynuacja PS Kocham Cię byłam ogromnie uradowana. Ta książka wywołała we mnie lawinę emocji i zmusiła do wielu refleksji na temat życia, śmierci i pożegnania z bliskimi.
Byłam zatem ciekawa jak potoczyły się dalej losy Holly, gdy została bez Gerry’ego.
Autorka już na samym początku książki pokazuje jak śmierć męża i zmierzenie się z tym zmieniło Holly, jak lata bez niego na nią wpłynęły i jak kobieta kieruje swoim życiem.
Mamy wnikliwy obraz młodej kobiety, która musiała nauczyć się żyć od nowa, a pomagały jej w tym listy od zmarłego męża.

Akcja powieści jest wartka, znów spotykamy dobrze znanych z pierwszej części bohaterów, śledzimy co się u nich zmieniło, jak potoczyło się ich życie, jakie mają troski i radości.
Jednocześnie w książce pojawiają się nowi bohaterowie, którzy bardzo mocno wpłyną na Holly i jej decyzje, działania.
To był piękny, choć czasami smutny obraz.
Życie nie zawsze układa się tak jakbyśmy tego chcieli (a zazwyczaj układa się wręcz odwrotnie) i autorce udało się tą zmienność ukazać.
Pokazała codzienne blaski i cienie w zmaganiu się z życiem, ale i większe troski, smutki i wydarzenia, które potrafią nieraz przygnieść do ziemi i wpędzić w rozpacz.

Subtelnie i z wyczuciem opisała tak trudny temat jak pożegnanie z najbliższymi, gdy się wie, że czas na tym świecie się kończy. Ukazała jak to wpływa na osoby śmiertelnie chore, ale i na ich najbliższych. Poruszyła ogromnie trudny temat, ale zrobiła to w cudowny sposób, bez emocjonalnego szantażu i żerowaniu na wrażliwości czytelnika.
To w bardzo emocjonalny sposób ukazany ten aspekt życia, przed którym nie uchroni się nikt z nas.
Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie i doprowadziło do łez wiele razy.
Cecelia Ahern ma niewątpliwy talent do pisania o rzeczach trudnych w sposób, który porusza, zasmuca, wywołuje łzy, ale jednocześnie pozwala z odrobiną optymizmu spojrzeć w przyszłość.

Autorka w swojej powieści nawiązuje do wcześniejszych wydarzeń z poprzedniej części, dlatego uważam, że konieczne jest, aby najpierw przeczytać (jeśli ktoś jeszcze tego nie zrobił) pierwszą cześć.
W „PS Kocham Cię na zawsze” mamy wiele nawiązań do przeszłości Holly, jej związku z Gerrym i czasu po jego śmierci. Są to pełne emocji wspomnienia i byłam ogromnie poruszona, gdy czytałam te fragmenty, gdy Gerry znów pojawiał się na karatach powieści.

„Celuj w księżyc, a nawet jeśli chybisz, wylądujesz wśród gwiazd”

W powieści sporo jest refleksji na temat odchodzenia i tego jak zmienia się po śmierci bliskich życie tych co zostają. To obraz pożegnania i żałoby, ale nie zabrakło w nim optymizmu i wiary w przyszłość. Pojawia się również szczypta humoru, który przełamuje smutek.
Książka jest wzruszająca i pięknie napisana. Czyta się ją naprawdę świetnie, a lekki i dopracowany styl tylko sprzyja czerpaniu przyjemności z lektury.
Mimo tak trudnego tematu, byłam oczarowana powieścią i z radością dałam się wciągnąć do świata Holly.

Jeśli chodzi o wizualizację, w głowie od czasu filmu mam niezmiennie Gerarda Butlera i Hilary Swank i to się chyba już nigdy nie zmieni.
Mimo, że od premiery filmu minęło sporo lat, mam nadzieję, że i „PS Kocham Cię na zawsze” doczeka się ekranizacji w niezmienionym składzie.

Powieść wywołała we mnie ogrom różnych uczuć. Chwilami bawiła, doprowadzała do łez, ogromnie wzruszała.
Szczerze polecam każdemu, kto czytał poprzednią cześć, a kto nie miał jeszcze styczności z losami Holly, gorąco zachęcam do nadrobienia zaległości.

środa, 16 października 2019

"Gałęziste" Artur Urbanowicz

Artur Urbanowicz zachwycił mnie swoją powieścią „Inkub” więc gdy tylko dostałam możliwość
przeczytania nowego wydania jego debiutanckiej powieści, która została przez autora poprawiona, przeredagowana i dopieszczona, nie mogłam się nie ucieszyć.
Akcja powieści rozgrywa się na Suwalszczyźnie. Dwójka młodych studentów, Karolina i Tomek, przyjeżdżają do małej agroturystyki, aby wśród przyrody spędzić przerwę w nauce z okazji świąt Wielkanocnych.
Wypad w piękne i malownicze tereny zmieni się w walkę o przetrwanie, a groza i przerażenie zaczną rządzić życiem młodych ludzi.

Nie czytałam pierwszej wersji powieści, więc nie mam porównania co i w jakim stopniu się zmieniło.
Akcja od samego początku jest wciągająca, a klimat powieści osaczał mnie od pierwszych stron. Jest las, są niewyjaśnione zjawiska, jest mrok i lęk. Czułam ciarki na plecach podczas czytania i byłam przekonana, że gdybym odsłoniła zasłonę w oknie, to po drugiej stronie COŚ by stało i mnie obserwowało… Tak właśnie, aż tak zadziała na mnie opowiadana przez autora historia.

Szybko poznajemy głównych bohaterów (Karolina i Tomek)  i drugoplanowych, którzy również odegrają w powieści ważną rolę.
Autor poświęca im wiele uwagi, doskonale poznajemy ich charaktery i spojrzenie na życie, świat i wiarę.
Artur Urbanowicz pięknie kreśli portrety psychologiczne swoich bohaterów, dając czytelnikowi wgląd w ich myśli, spostrzeżenia i najgłębiej skrywane sekrety.

"Wierzyć" to coś innego niż "wiedzieć". Jeżeli znajdziesz na coś dowód, to już nie wierzysz, a po prostu wiesz."

Podejście do kwestii wiary, boga i wartości, którym jest się wiernym, to ważny element charakterów dwójki głównych bohaterów, co przekłada się na podejście do życia i otaczającego ich świata, a także wyborów jakie dokonują.
Tomek.
Nie polubiłam się z Tomkiem, nie byłam w stanie zaakceptować jego pewnych cech charakteru i wytycznych, którymi kierował się w życiu. Denerwował mnie i wywoływał masę emocji, co autorowi zapisuję na duży plus.
Dlaczego na plus?
Bo nie jest łatwo stworzyć bohatera, czy to pozytywnego czy negatywnego, który potrafiłby wywołać w czytelniku tyle buzujących odczuć, jakie Tomek wywołał we mnie.
Karolina.
Nie wszystko w Karolinie i jej podejściu do życia do mnie przemawiało, ale to właśnie ona była tą postacią, która stała się bliska mojemu czytelniczemu sercu. Jej motywacje i droga, którą podążała w życiu, mimo, że tak różne od moich własnych poglądów, były dla mnie przekonywujące i autentyczne i bez trudu mogłam je zaakceptować. To świetnie skonstruowana postać. Mimo, że nie każda jej decyzja wydawała mi się logiczna, to w sytuacji w jakiej się znalazła, mogłam jej wybaczyć każdą głupotę.

Klimat „Gałęzistego” jest niesamowity. W pewnej chwili przestałam czytać książkę w nocy, bo zwyczajnie się bałam. Autorowi udało się w kapitalny sposób wykorzystać historię i legendy. Wpleść w fabułę dawne wierzenia i ludowe podania.
Dało to pierwszorzędny wynik, a okraszenie gęstym i mrocznym klimatem sprawiło, że nie mogłam się od książki oderwać.
Jestem pod ogromnym wrażeniem tej powieści i już wiem, że po każdą następną książkę autora sięgnę w ciemno.
Artur Urbanowicz pisze niesamowicie obrazowo i plastycznie. Opisy odwiedzanych przez bohaterów miejsc i wydarzeń, które temu towarzyszą są tak sugestywne, że miałam wrażenie, że oglądam je i doświadczam razem z bohaterami.

Podsumowując – „Gałęziste” to świetna powieść grozy, która łączy w sobie ciekawe studium ludzkich charakterów, intrygującą fabułę, wykorzystanie ludowych wierzeń i starych legend oraz ogromną ilość mrocznego klimatu, który wywoływał u mnie nerwowe zerkanie przez ramię podczas wieczornego spaceru z psami.
Mam nadzieję, że na kolejną powieść autora nie trzeba będzie długo czekać, bo jestem przekonana, że w jego przypadku, każda kolejna książka może być tylko lepsza.
Ogromnie polecam.


wtorek, 15 października 2019

"Indygo" Camille Gale

Skye to trzydziestoletnia rozwódka, która stara się na nowo poukładać sobie życie. Prowadzi
niewielką agencję nieruchomości i zazwyczaj udaje jej się patrzeć w przyszłość w miarę pozytywnym okiem.
Pewnego dnia w jej biurze pojawia się przystojny Daniel, który okazuje się być wilkołakiem. Mężczyzna zleca Skye znalezienie domu, który spełniłby oczekiwania jego i reszty watahy. Tak oto Skye wkracza do świata nieludzi, o których do tej pory tylko słyszała, nie miała z nim styczności.
Gdy dodatkowo okazuje się, że kobieta posiada rzadki talent – jest odporna na hipnozę wampirów – na jej drodze pojawi się również wielu intrygujących krwiopijców.

Książka jest wydana samodzielnie przez autorkę, a że z „selfami” miałam raczej kiepskie doświadczenia, to byłam bardzo ostrożna w stosunku do tej powieści.
I tutaj mam swoje pierwsze pozytywne zaskoczenie. Książka przeszłą solidną redakcję i korektę, dzięki czemu czytanie jej było przyjemnością. Nie ma w niej literówek (a jeśli jakaś się pojawiła, to jej nie wychwyciłam), błędów i nielogicznie zbudowanych zdań.
Sam styl autorki (dodam, że książka jest debiutem) jest całkiem dobry i przyjemny.
Camille Gale pisze dobrze, lekko i plastycznie. Podoba mi się jak buduje zdania, także dialogi są dobrze skonstruowane. Od tej strony nie mam książce nic do zarzucenia.

Akcja powieści jest dość dynamiczna, pojawiają się kolejni bohaterowie, nie tylko wilkołaki i wampiry. Mam kilka innych gatunków nieludzi i uważam, że to całkiem ciekawi bohaterowie drugoplanowi. Liczę też na to, że w kolejnym tomie zyskają większą rolę do odegrania.
Fabuła jest dość spójna i widać, że autorka miała ją zaplanowaną od początku do końca.
Mimo to pojawił się tu drobny zgrzyt, bo nie do końca w sumie wiedziałam dlaczego ten dar głównej bohaterki jest tak ważny i w sumie w czym on zagraża wampirom. Ot kobieta jest odporna na ich hipnozę, i w sumie co z tego?
Potem pojawia się kilka rozwiązań, które sugerują dlaczego talent Skye może zagrażać bladolicym i ok, przyjmuję to i akceptuję.

Bohaterowie, a jest ich sporo, ogólnie dali się polubić. Najbardziej przypadła mi do gustu Skye i pewien wampir. Paradoksalnie to nie Daniel wzbudził we mnie największe emocje, choć niewątpliwie to on jest głównym bohaterem męskim.
Prócz niego wataha jest pełna seksownych i diabelnie przystojnych mężczyzn, a co ważne, chyba każdy daje się oczarować urokowi Skye.
Trochę to do mnie nie przemówiło, bo serio każdy? Ale ok, mają silny instynkt chronienia jej, stała się dla nich ważna i przecież mogli ją polubić, choćby i hurtem.
Nie będę się czepiała drobiazgów, które nie rzutowały negatywnie na lekturę.
Jeśli chodzi o Skye, to podoba mi się jej postać. Nie denerwowała mnie, nie irytowała i choć miała lepsze i słabsze momenty, to kto ich w normalnym życiu nie ma?
Jest sensowną babką i polubiłam ją i jej podejście do świata, życia i nieludzi.
Prócz niej tak bardzo polubiłam też Dantego, ten wampir to mój zdecydowany faworyt jeśli chodzi o bohaterów męskich i wszystkie momenty, gdy się pojawiał czytałam z wypiekami na twarzy.

Emocje buzują w tej powieści i nie ma co ukrywać, że to paranormal romans pełną gębą. Ale ja akurat miałam chęć na książkę z tego gatunku i uważam, że trafiłam całkiem dobrze.
Pomimo, że w „Indygo” autorka nie odkryła nieznanych lądów i można śmiało jej zarzucić, że to już gdzieś w jakiejś książce było, to jednak dojrzała bohaterka w tego typu powieściach trafia się bardzo rzadko, co zapisuję na duży plus.
Poza tym powieść czytało mi się naprawdę przyjemnie i miło spędziłam z nią czas.
Co jeszcze było dla mnie ważne, w książce nie ma przesadzonych czy wulgarnych scen erotycznych. Od napięcia i pożądania się skrzy, ale to nie jest toporna erotyka, to nie ten typ książek. Jest seksownie, jest namiętnie, ale jest i z umiarem i szacunkiem.
Podobało mi się to bardzo i uważam, że to duża zaleta książki.
Mimo, że Skye ma wątpliwości i rozterki, czuje różne emocje wobec trzech mężczyzn i nie do końca potrafi je uporządkować, nie jest to bynajmniej wadą powieści, bo jest to fajnie i wiarygodnie ukazane.

„Indygo” oceniam z perspektywy debiutu i wg mnie jest on udany. Może i powieść nie tchnie świeżością jeśli chodzi o niektóre rozwiązania, ale czytało mi się ją dobrze, polubiłam bohaterów, dałam się wciągnąć w akcję i fajnie spędziłam ze Skye czas.
Jestem przekonana, że Camille Gale nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa i kolejny tom może być tylko lepszy.
Na pewno po niego sięgnę, a książkę dla lubiących gatunek polecam.

wtorek, 8 października 2019

"Kasztanowy ludzik" Soren Sveistrup

„Kasztanowy ludzik” to pierwsza powieść scenarzysty popularnego serialu The Killing.
Byłam ciekawa tej książki, opis sugerował wciągającą lekturę, której długo nie zapomnę.
Czy faktycznie tak było?

Sam początek powieści pokazuje czytelnikowi straszną zbrodnię z 1989 roku. Zaraz po jej opisie mamy skok do czasów teraźniejszych i dwa przeplatające się ze sobą wątki. Makabrycznych morderstw młodych kobiet i zaginięcia córki pani minister, której ciała od roku nie udało się odnaleźć.
Mimo, że początkowo nic nie łączy tych dwóch tragedii, śledczy, którzy zaczynają się zajmować morderstwami kobiet, spostrzegają pewne powiązania, które nie dają im spokoju.
Tak zaczyna się wyścig z czasem i gra z mordercą.

Akcja powieści od początku jest dość dynamiczna, choć przerywają ją dłuższe dygresje i opisy. Dwójka głównych bohaterów to młoda śledcza Thulin  i odesłany z Hagi  śledczy Hess, który czekając na decyzję swoich szefów odnośnie swojej przyszłości w Europolu pomaga jej  w śledztwie.
Mimo, że oboje są dość ciekawie nakreślonymi bohaterami, nie za wiele dowiadujemy się o ich życiu prywatnym i przeszłości. Są to szczątkowe informacje, które może i rzucają ciut światła na ich osobowość i charakter, ale autor tutaj nie zaszalał i nie dał ich poznać czytelnikowi zbyt dobrze.
Bynajmniej nie przeszkadzało mi to w lekturze. Książka okazała się dzięki temu trochę odmienna od typowego schematu, gdy pisarz zdradza czytelnikowi wszystkie tajemnice swoich bohaterów, zazwyczaj będące jakimiś demonami przeszłości.
Może Soren Sveistrup powinien zdradzić ciut więcej, na pewno wyszłoby to książce na dobre, ale taki sposób ukazania swoich bohaterów też jest ok.

Język jakim posługuje się autor jest dobrze dobrany do tematyki powieści, barwny, obfitujący w krwawe szczegóły i wystarczająco obrazowy, abym mogła sobie wszystko to co opisuje wyobrazić z detalami.
Przyjemny styl sprawia, że powieść dobrze się czyta, bez problemu można się wciągnąć w fabułę i dać porwać prowadzonemu śledztwu. Mimo, że autor sprawnie mną manipulował, to tak gdzieś za połową książki odgadłam kto jest mordercą, a jego motywacje były dla mnie oczywiste już od samego początku.
Oczywiście do samego końca pozostała we mnie nutka niepewności, bo autor potrafił mnie zmylić i zaskoczyć, ale koniec końców, okazało się, że jednak miałam rację.
Nie popsuło mi to jednak przyjemności z lektury. Książka mnie wciągnęła i byłam bardzo zaintrygowana rozwojem akcji i tym jak ją poprowadzi autor.

Zakończenie powieści przypadło mi do gustu. Motywacje mordercy były dla mnie przekonywujące. Wszystkie wątki się ze sobą sprawnie połączyły i dały ciekawe rozwiązanie tajemnic z przeszłości. Sam morderca okazał się „godnym” przeciwnikiem dla śledczych i rozgrywka jaką z nimi prowadził była naprawdę emocjonująca.
Wszystko to sprawiło, że „Kasztanowy ludzik” okazał się powieścią, która naprawdę przypadła mi do gustu.
Do tego autor dobrze pokazał tło społeczno-polityczne i wady systemu pomocy społecznej i opieki nad dziećmi, który z założenia miał je chronić, ale czasami zdecydowanie szkodził, zamiast pomagać.

Czy zatem „Kasztanowy ludzik” to powieść idealna?
Otóż dla mnie nie. Jedyną wadą jaka pojawia się w powieści, jest wg  mnie jej przegadanie. Są takie momenty, gdy autor zaczyna się rozgadywać, przez co wystopowuje akcję i wybija z rytmu. Początkowo mocno mi to przeszkadzało, gdy chciałam się wciągnąć w fabułę i poczuć jej klimat. Później ten dyskomfort minął i w sumie nie wiem, czy autor przestał się tak rozwodzić, czy coraz gęstszy klimat tak mnie wciągnął, że przestałam na to zwracać uwagę.
Mimo to, powieść oceniam zdecydowanie pozytywie i jestem zadowolona z lektury.
„Kasztanowy ludzik” okazał się bardzo wciągającym kryminałem i szczerze mogę go polecić.

piątek, 4 października 2019

"Dom nad jeziorem" Tasmina Perry

„Dom nad jeziorem” Tasminy Perry, to trzecia książka autorki, którą przeczytałam. Dwie poprzednie
bardzo mi się podobały, więc chętnie sięgnęłam po kolejną historię spod pióra pisarki.
Wzorem poprzednich książek akcja rozgrywa się dwutorowo, w przeszłości i współcześnie. Natomiast nie dotyczy różnych postaci, tylko tych samych bohaterów.
Jim i Jennifer poznają się podczas letnich wakacji i zakochują w sobie. Ona córka zamożnego właściciela plantacji, on syn uznanego pisarza.
Prawdziwa miłość wystawiona zostaje na ogromną próbę, której nie przechodzi zwycięsko i drogi młodych ludzi się rozchodzą.
Mija kilkanaście lat, a los spłata Jimowi i Jennifer psikusa i znów skrzyżuje ich życiowe ścieżki.
Czy o pierwszej miłości da się zapomnieć? Czy lata rozłąki na zawsze przekreśliły ich szansę na szczęście? Czy po takim czasie można spróbować jeszcze raz?

„Dom nad jeziorem” to typowy romans i powieść obyczajowa w jednym. Czemu typowy? Bo ma wszystko to, co taka powieść mieć powinna.
Jest miłość, jest fascynacja, są tajemnice i przeciwności losu. Są wydarzenia, które rozdzielają kochanków i jest przewrotny los, który daje im szansę na szczęście mimo upływu lat.
Ta powieść ma to wszystko i choć nie jest to nic odkrywczego, to jednak Tasmina Perry potrafi tak przyjemnie opisywać losy bohaterów, ich uczucia i przeciwności z którymi będą musieli się zmierzyć, że pomimo pewnej schematyczności książkę czytało mi się bardzo dobrze.
Do tego dochodzi jeszcze dobry styl i lekkie pióro oraz bardzo malownicze opisy miejsc, które są ważne dla bohaterów.

Akcja powieści jest całkiem wartka, w obydwu liniach czasowych wiele się dzieje, autorce udało się mnie nawet zmylić i zaskoczyć.
Byłam bardzo ciekawa co doprowadziło do rozstania Jima i Jennifer w młodości i jak to wpłynie na ich relacje w czasie teraźniejszym.
Dałam się wciągnąć opowiadanej przez autorkę historii, podobało mi się w niej to, że pomimo pewnej schematyczności, autorka potrafiła zmienić kierunek w jakim rozwijała się fabuła, zaskoczyć mnie i pokazać, że nie wszystko jest takie, jak się na pierwszy rzut oka wydaje.

Wątek rozgrywający się w przeszłości podobał mi się w 100%. Wszystko w nim było logiczne, spójne i ciekawe.
Podobały mi się zawirowania, które stały się udziałem bohaterów, ich relacje i emocje jakie nimi targały, nie tylko te wywołane uczuciem, ale i skomplikowanymi relacjami rodzinnymi, które nie ominęły ani Jima ani Jennifer.
Autorka bardzo fajnie je ukazuje, dzięki czemu wiemy co skłoniło bohaterów do takich, a nie innych decyzji i działań.

Wątek, który rozgrywa się współcześnie do pewnego momentu był dla mnie szalenie wciągający. Ale gdy jego akcja zbliżała się do finału, autorka tak się wg mnie zaplątała w powodach, które popchnęły Jennifer do podjęcia takich a nie innych decyzji w przeszłości, że w pewnej chwili zastanawiałam się o co jej tak naprawdę chodzi. Jakoś tak zarzuciła mnie tyloma tajemnicami z przeszłości, które wreszcie ujrzały światło dzienne, że przestały one być dla mnie wiarygodne.
Ich kumulacja odebrała im wiarygodności, no bo ile nieszczęście może spotkać jedną osobę.
Trochę byłam rozczarowana, przyznaje. Zwłaszcza, że przez całą książkę autorka trzymała dobry poziom i fajnie prowadziła swoją opowieść.

Mimo tego rozczarowania, książkę jednak nie oceniam jako całości źle.
Podobała mi się wiarygodność losów bohaterów, podobało mi się, że nie są przejaskrawieni, że mają swoje wady i słabości. Byłam zadowolona z tego, że autorka ich nie idealizuje, tylko pokazuje bez lukru.
Szkoda, że to zakończenie jest takie przeładowane, bo gdyby nie to, to „Dom nad jeziorem” były świetną powieścią, a tak jest jedynie dobrą.
Mimo wszystko nie zniechęcam się. Tasmina Perry ma talent do snucia pięknych i zaskakujących historii miłosnych z ciekawymi wątkami obyczajowymi, dlatego po kolejną jej powieść również sięgnę.
Czy polecam tą książkę?
Mimo wszystko tak. Jeśli chodzi o całość, podobała mi się.

środa, 25 września 2019

"Przekraczając granice" Oksana Pankiejewa

Na cykl Kroniki dziwnego Królestwa skusiłam się z powodu pochodzenia autorki, uwielbiam fantastykę zza
wschodniej granicy. Opis fabuły również kusił i nęcił.
Dlatego kupiłam wszystkie dostępne tomu i zachłannie rzuciłam się na pierwszy.
Byłam pewna, że to książki idealnie dla mnie.
Czy tak było? O tym poniżej.

Olga, dwudziestoletnia studentka wprost z XXI wieku trafia do królestwa Ortanu, miejsca, które żywo przypomina  czasy średniowiecza.
Nie jest jedyna, są i inni przesiedleńcy, a król Ortanu zleca wprowadzenie dziewczynę do świata, w którym się znalazła królewskiemu błaznowi Żakowi.
Oldze ciężko się odnaleźć nie tylko w innym miejscu, ale i czasie. Do tego jak to na królewskim dworze – pełno tam plotek, intryg i knowań.
Jak sobie poradzi w tym nowym świecie Olga?

Gdy zaczynałam czytać „Przekraczając granice” byłam bardzo zadowolona.
Wartka akcja, rosyjska dusza, odrobina melancholii i spora garść humoru.
Podobało mi się wszystko, aż… utknęłam.
I nie było to gdzieś na początku, ale tak w połowie. No utknęłam i nie mogłam ruszyć dalej.
Autorka pisze bardzo lekko, z typową dla autorów zza wschodniej granicy manierą. Mi taki styl niesamowicie pasuje i łaknę go w książkach bardzo.
I tutaj dało się go wyczuć, ten fajny klimat i sposób patrzenia na świat.
Do tego bohaterowie, których kreuje Oksana Pankiejewa wyjątkowo przypadli mi do gustu. Od razu polubiłam nie tylko głównych bohaterów, ale i tych drugoplanowych.
Byłam ciekawa jakąż to tajemnicę zaserwuje mi autorka, jakie intrygi, jakie zwroty akcji.
Ale czytałam i czytałam, a wydawało mi się, że fabuła kręci się tylko wokół miłostek dworskich, nieodwzajemnionych uczuć i sercowych rozterek.

Wystopowało mnie to totalnie, wybiło z rytmu i zastanawiałam się nawet (tak, ja, która tak kocha fantastykę rosyjskojęzycznych autorów!) czy książki nie cisnąć w kąt i zapomnieć o niej na wieki…
Na szczęście nie poddałam się tak łatwo, czytałam (choć trochę się męcząc) dalej i nagle – pyk! a ja się nie mogę od książki oderwać, akcja się rozkręca, fabuła robi się intrygująca, pojawiają się ciekawe i tajemnicze wątki, a główni bohaterowie są zmuszeni zmierzyć się nie tylko z podłymi damami dworu.
Czytałam dalej i okazuje się, że pod przykrywką bzdurowatości, autorka sprytnie przemyciła bardzo intrygujące tajemnice, sprytnie powiązała ze sobą wątki i tak poprowadziła fabułę, że kompletnie się dałam zaskoczyć.

Połykałam więc stronę za stroną i zżerała mnie ciekawość, co tam  jeszcze się wydarzy, czy moje podejrzenia są słuszne i czy przewidziałam jak rozwinie się fabuła.
Nagle książka totalnie wciągnęła mnie w swój świat, a ta tęsknota w duszach bohaterów, ta odrobina melancholii sprawiła, że przepadłam z kretesem.
I choć styl Oksany Pankiejewny jest wyjątkowo lekki i prosty, to akurat nie przeszkadzało mi to wcale.
Autorka bardzo plastycznie opisała świat, w którym znalazła się główna bohaterka i prawa nim rządzące.
Zarysowała również zależności geopolityczne i zasygnalizowała czego będzie można się spodziewać w kolejnym tomie.
Zaciekawiła mnie na tyle skutecznie, że na pewno sięgnę po kontynuację.

Mam w sumie problem z oceną tej powieści.
Z jednej strony mnie wymęczyła i przez chwilę rozczarowała. Z drugiej jak już się wciągnęłam, to nie mogłam się oderwać.
Książka jest wg mnie nierówna i bardzo długo jest „o niczym”. To chyba przez to tak się do niej zniechęciłam w pewnej chwili.
Ale jeśli tak jak ja przeczekacie ten „trudny” moment w fabule, to potem jest już naprawdę ciekawie i interesująco.
I choć nie jest to powieść na miarę mojej ukochanej serii o Rudej Wiedźmie Olgi Gromyko, to jednak finalnie bawiłam się całkiem dobrze i chętnie przeczytam o dalszych losach Olgi, Króla Ortanu i reszcie bohaterów.




sobota, 21 września 2019

„Szczęście dla zuchwałych” Petra Hulsmann

„Szczęście dla zuchwałych” autorstwa Petry Hulsmann to powieść obyczajowa z elementami
romansu i bardzo trudnym tematem jakim jest radzenie sobie z ciężką chorobą.
Marie jest młoda, żyje pełnią życia, nie plącze się w żadne zobowiązania, a do rodzinnej stoczni przychodzi raz do roku, na festyn.
Jej relacje z ojcem są ciężkie, generalnie jest uznawana przez niego za nieodpowiedzialnego lekkoducha.
Całe jej beztroskie życie zmienia się w momencie , gdy jej starsza siostra oznajmia, że jest chora na raka i prosi Marie o pomoc.
Chce aby dziewczyna zamieszkała z nią i jej dwójką dzieci i pomogła jej w opiece nad nimi oraz aby zastąpiła ją w pracy w rodzinnej stoczni.
Mimo, ze w Marie wszystko się buntuje na myśl o takich zmianach, to miłość do siostry sprawia,  że decyduje się na wszystko, o co została poproszona.

Autorka książki rozpoczyna swoja opowieść od przedstawienia nam głównej bohaterki. I przyznaję od razu, po początkowym zapoznaniu się z nią, nie polubiłam Marie ani odrobiny.
Dziewczyna była buńczuczna, kapryśna, rozwydrzona i lekkomyślna. Do tego bywała również złośliwa, co mnie osobiście mocno denerwowało.
Mimo to, czytałam dalej o tym co się dzieje w jej życiu, bo czułam, że to nie może być tego typu bohaterka, nie w sytuacji, gdzie jednym z głównych wątków jest radzenie sobie z tym, że najbliższa osoba walczy z chorobą nowotworową.
Bo od razu zaznaczę, że ten wątek jest niezmiernie ważny i rozbudowany.
Autorka pokazuje zmaganie się z chorobą od strony osoby chorej, ale też od strony Marie, która pełna strachu i chęci wsparcia siostry, musiała patrzeć na jej wyniszczającą walkę z rakiem.

Marie i Christine mimo, że siostry, są absolutnie inne, jak ogień i woda. Autorka dobrze ukazuje ich charaktery, życiowe priorytety, plan na życie i marzenia.
Akcja koncentruje się na Marie, ale żaden z bohaterów drugoplanowych nie jest traktowany po macoszemu, a przeciwności losu, z którymi muszą się zmagać są wiarygodne.
Mimo, że książka porusza ciężki temat, jakim jest walka z rakiem, to jednak fabuła nie przytłacza, a autorka żeby czytelnika wzruszyć, nie musi stosować emocjonalnego szantażu i zrzucania na niego absolutnie wszystkich nieszczęść tego świata.

Prócz wątku choroby i prób odnalezienia się w rodzinnej firmie, autorka pokazuje jak trudno jest otworzyć się na ludzi i miłość, gdy zostało się boleśnie zranionym, jak ciężko komuś zaufać i dać sobie szansę na szczęście. Udowadnia czytelnikowi, że nigdy nie jest za późno aby zacząć realizować swoje marzenia i że nie wolno się poddawać w walce o siebie i o to na czym człowiekowi najbardziej zależy.

Książka napisana jest lekko, a autorka ma bardzo przyjemny i plastyczny styl.
Potrafi pięknie pisać o pasjach jakie mają w sobie bohaterowie, o ich miłości do żeglarstwa, o ich marzeniach.
Bardzo fajnie nakreśliła postać Marie, bo mimo jej początkowego odpychającego zachowania, jej przemiana następowała stopniowo i była pokazana bardzo wiarygodnie. Kobieta nie zmieniła się ot tak, w jednej sekundzie, ale następowało to małymi kroczkami, prawie niezauważalnie.
Jednocześnie zachowała w sobie gorące i pełne pasji serce, wiec nie można jej zarzucić zmianę o 180 stopni, raczej pozwolenie sobie na dorośnięcie.

Wątek miłosny jest bardzo fajnie napisany. Nie jest nachalny, nie jest wulgarny ani skoncentrowany tylko na fizycznej stronie związku.
To pięknie rozwijająca się relacja pomiędzy dwojgiem początkowo niechętnych sobie ludzi, którzy zakochiwali się w sobie stopniowo, odkrywając w sobie coraz więcej cech, które ich oczarowywały.
„Szczęście dla zuchwałych” potrafi mocno wzruszyć, wywołać masę emocji, nie raz zaskoczyć. Pokazuje trudny temat jakim jest choroba nowotworowa nie tylko z punktu widzenia osoby chorej, ale i  bliskich, którzy są zdrowi i muszą patrzeć na walkę o życie najbliższych, wiedząc, że nie mogą zrobić nic, aby im w tej walce pomóc.
Pomimo trudnych tematów, nie zabrakło w tej powieści również akcentów humorystycznych, tak zwyczajnie zabawnych.
Były idealnie wplecione w fabułę i przyznaje, nie raz głośno się śmiałam.

Powieść Petry Hulsmann pozytywnie mnie zaskoczyła, wciągnęła i poruszyła wiele czułych strun w sercu.
To dobrze napisana powieść obyczajowa, nie bojąca się poruszania trudnych tematów, okraszona odrobiną humoru.
Chętnie sięgnę po kolejne powieści autorki.
Polecam.

poniedziałek, 16 września 2019

"Jezioro Ciszy" Anne Bishop

Cykl INNI Anne Bishop zawładnął moim sercem od pierwszego tomu.  Niebezpieczni terra indigena
i ludzie, którzy aby przeżyć, muszą się dostosować do ich praw. A te są bardzo restrykcyjne. Ich złamanie zazwyczaj kończy się śmiercią – ludzi rzecz jasna.
Nie inaczej jest w Sprężynowie i ośrodku wypoczynkowym nad Jeziorem Ciszy – Kłębowisku. Miejscu, którym opiekuje się i o nie dba Vicky DeVine. Kobieta po przejściach, która w ramach ugody rozwodowej otrzymała prawa do Kłębowiska.
Wszystko idzie całkiem dobrze do czasu gdy Aggie Wronia Straż – lokatorka Vicky, znajduje ciało martwego człowieka.
To zarzenie będzie początkiem wydarzeń, które wstrząsną nie tylko Kłębowiskiem, ale i całą społecznością zamieszkującą Sprężynowo i dzikie tereny należące do Innych.

Gdy zobaczyłam zapowiedź nowej powieści ze świata INNYCH, nie mogłam się przestać cieszyć od ucha do ucha.
Pokochałam świat zmiennokształtnych istot, ich ludzkich przyjaciół i wrogów.
Akcja powieści rozgrywa się bezpośrednio po wydarzeniach z głównego cyklu i skupia się na Sprężynowie i Kłębowisku.
Poznajemy nowych bohaterów, nowych Innych, nowe czarne charaktery.
Jedyne co jest niezmienne w Jeziorze Ciszy, to świetny klimat i wciągająca fabuła.

Autorka znów zabiera czytelnika do świata terra indigena i wg mnie jest to wizyta wysoce udana.
Lekki i przyjemny styl, dopracowana fabuła, wciągająca akcja i świetni, nieidealni bohaterowie. Do tego szczypta niebezpieczeństwa, odrobina brutalności i odpowiednio dobrana dawka humoru.
Wszystkie wydarzenia w książce mają swoje uzasadnienie, fabuła jest spójna, a rozpoczęte wątki doczekują się klarownego zakończenia.
Książka nie jest również romansem, choć emocje grają w niej dużą rolę. Ale tak jak w głównym cyklu, tak i tutaj to nie relacje damsko-męskie są osią fabuły. To relacje terra indigena – ludzie odgrywają w powieści pierwsze skrzypce.

Powieść poświęcona jest totalnie nowym bohaterom, a mieszkańcy Dziedzińca w Likesade są tylko kilka razy wspomniani.
Uważam, że w najmniejszym stopniu nie zaszkodziło to nowej powieści autorki i mimo, że sama tęskniłam za Meg, Vladem czy Samem, to cieszę się, że ich historia jest niejako zamknięta, a Anne Bishop oddała głos nowym postaciom.

Akcja jest bardzo wartka, tajemnica wciągająca, a finał zaskakujący. Nowych bohaterów nie sposób nie polubić, a terra indigena, którzy wiodą prym w tym tomie od razu rozgościli się z moim czytelniczym sercu.
Jest w tej powieści wszystko to, za co pokochałam cykl INNI, jest magia, którą czułam czytając wszystkie poprzednie tomy, jest ta nostalgiczna nuta, intrygująca historia i nienachalne wątki miłosne.
Jest również niebezpieczeństwo, bywa z przyczyn oczywistych brutalnie i bez litości, ale tacy są Inni i nie ma co udawać, że jest inaczej.

Mimo, że trochę się obawiałam, że ta część cyklu będzie odstawać od poprzednich tomów, to moje obawy okazały się na szczęście nieuzasadnione.
„Jezioro Ciszy” trzyma poziom swoich poprzedniczek i pokazuje, że Anne Bishop ma niesamowity talent do kreowania wyjątkowych historii.
Niecierpliwie czekam na kolejne książki pisarki, jestem przekonana, że mogą być tylko lepsze.
Czekam z utęsknieniem na opowieść o  kolejnych terra indigena i ludziach, którzy weszli z nimi w interakcje.
Polecam

czwartek, 5 września 2019

"Gordian. Kara" Melissa Darwood

Jest grzech, musi być kara.

„Gordian. Kara” to bezpośrednia kontynuacja poprzedniego tomu, która rozpoczyna się w tym
miejscu, w którym zakończył się tom pierwszy.
Nasi bohaterowie są w Grecji na wakacjach, a tam dzieją się rzeczy dziwne, przejmujące i pełne namiętności.
Relacje pomiędzy Gordianem i Kirą nabierają nowego znaczenia, są bardziej intymne, odważniejsze, ale i więcej w nich zaufania.
Mimo wszystko, nawet rajska wyspa rajem nie jest i niestety i tam dopadają bohaterów problemy, z którymi będą musieli się zmierzyć – tak samo jak z demonami przeszłości.

Już od kilku dni zbieram się do napisania opinii o tej książce i nijak nie potrafiłam dobrać takich słów, które oddałyby moje odczucia względem niej.
Czytałam wszystkie książki autorki i wiem, że potrafi zaskoczyć, zmylić i sprowadzić czytelnika na manowce jeśli chodzi o przewidzenie zakończenia.
W drugim tomie Gordiana wiele miałam swoich podejrzeń, podejrzewałam między innymi to, jak się powieść zakończyła. Ale patrząc na delikatne wskazówki, które podsuwała mi autorka, odrzuciłam ten pomysł.
Jak się okazało niesłusznie i należą się pani Darwood ukłony za tak skuteczne zmylenie mnie.

W tym tomie autorka bardzo duży nacisk kładzie na  rozwój relacji pomiędzy bohaterami. Kreacja Gordiana jest bardzo konsekwentna, nie zmienia się on nagle w chodzącego anioła, a jego złe cechy charakteru nie znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Mimo to widać w nim pewne refleksje nad swoim zachowaniem i pewną dozę pokory, jaką w sobie odnajduje.
To złożony i ciekawy bohater. Nie wiem czy byłabym w stanie go polubić tak szczerze, ale intrygował mnie, ciekawił, współczułam mu i kibicowałam. Byłam ciekawa jak potoczą się jego losy i co wydarzy się w jego życiu.
Kirę polubiłam od samego początku. To świetna bohaterka. Zdeterminowana, skrzywdzona, walcząca o siebie i swoje marzenia.
Miała w sobie i wrażliwość i siłę, czyli połączenie jaki lubię.
Cenię sobie sposób w jaki autorka kreuje swoich bohaterów, ja bym go opisała jako całościowy. Są to postacie złożone, niejednoznaczne, intrygujące i nie inaczej jest w przypadku Gordiana i Kiry.

Akcja jest bardzo dynamiczna i bardzo dużo się w tym tomie dzieje. Są niespodziewane zwroty akcji, są tajemnice, są dramatyczne wydarzenia. Jest też wiele pożądania i miłości.
Mimo, że książka jest niewątpliwie erotykiem, to autorka porusza kilka bardzo trudnych tematów, jak poczucie winy, samooskarżenie i nałożona na siebie pokuta.
Pokazuje jak ważne jest wybaczenie samemu sobie i innym oraz, że do swoich potknięć i błędów należy się przyznać, aby móc wyciągnąć z nich wnioski i naprawić to co się da.

Co dla mnie było ważne, to fakt, że mimo gatunku, to nie seks był głównym elementem powieści.
Oczywiście on jest i to w sporych dawkach, a jednak Gordian nie jest sztampową erotyczną historią, w której problemy są z czapy i pojawiają się tylko po to, aby zapchać dziury pomiędzy kolejnymi scenami seksu.
W książce pani Darwood mamy coś więcej i to właśnie to coś więcej bardzo przypadło mi do gustu.
Mimo pewnych mylących wskazówek zakończenie przypadło mi do gustu i uznałam, że pasuje do tej powieści.

Gordiana czytało mi się dobrze, byłam ciekawa co się wydarzy, jak potoczą się losy jego i Kiry i czy uda się im pokonać demony przeszłości i poradzić sobie z niełatwą przez to teraźniejszością.
Autorka miała bardzo ciekawy pomysł i uważam, że dobrze go wykorzystała.
Jest w jej książkach coś takiego, co sprawia, że chce się sięgać po każdą kolejną i znów dać się zaskoczyć i wciągnąć do opowiadanej przez Melissę Darwood opowieści.



sobota, 31 sierpnia 2019

"Zbrodnia po irlandzku" Aleksandra Rumin

Objazdowa wycieczka po Irlandii, ośmioro obcych sobie ludzi, ledwo zipiący bus i pilot alkoholik.
Co może pójść źle na takiej dziesięciodniowej wycieczce z polskimi turystami na pokładzie?
„Zbrodnia po irlandzku” Aleksandry Rumin pokazuje, że wszystko.

Jakiś czas temu czytałam pierwszą powieść autorki „Zbrodnia i Karaś”, w której nie zostawiła suchej nitki na środowisku akademickim.
Śmiałam się przez większą część lektury, wciągnęłam i za nic nie mogłam odgadnąć, kto zamordował Karasia.
Dlatego byłam ogromnie ciekawa, co też autorka zaprezentuje w swojej nowej powieści.

„Zbrodnia po irlandzku” to ukazane w krzywym zwierciadle wycieczki objazdowe, ogromna kpina z polskich (i nie tylko ) turystów i naszych rodaków mentalności.
Autorka lekkim, ale przyjemnym stylem pokazuje mocno wyjaskrawione zachowania turystów w obcych krajach, podczas wojaży i wycieczek.
Drwi nie tylko z biednych turystów, ale i hoteli, punktów gastronomicznych, biur podróży, wytyka ściemy, które są serwowane rozentuzjazmowanym podróżnikom.
Robi to bez litości, nikogo nie oszczędza, ale jednocześnie jest to tak zabawne, z przymrużeniem oka, że nie można się na nią gniewać.

Głównych bohaterów jest dziesięcioro, ośmioro turystów, pilot Tomasz oraz kierowca busa Alan.
Każde z nich to totalnie inny charakter, a Hrabina Raszpla – co tu dużo mówić, jest najbarwniejsza z nich.
Są fajni nakreśleni, niektórzy ciut przerysowani, choć jak się okazało, był to celowy zabieg.
Prócz obrazu rodaka na wycieczce, jak na komedie kryminalną przystało, mamy zbrodnię, kilka trupów i zagwozdkę „kto jest tym złym”.
Przyznaję, że za nic nie mogłam się domyśleć, kto był tym kilerem, który siał postrach wśród uczestników wycieczki.
Choćbym nie wiem jak typowała, nijak mi się nie składało.
I na końcu się okazało, że autorka miała pomysł tak przewrotny, tak fajny, że mogłam się głowić nie wiem ile, a i tak bym nie odgadła.

Akcja jest wartka, wciągająca, fabuła ciekawa, zabawna, wywołująca wiele wybuchów śmiechu.
Polubiłam większość bohaterów, choć nie ukrywam, że o mordercze instynkty podejrzewałam praktycznie każdego.
Bawiłam się świetnie podczas czytania, to był prawdziwy relaks i fajne spędzenie czasu.
Byłam mocno zaciekawiona i zaintrygowana przez autorkę, a na koniec dałam się jej tak zaskoczyć, że musiałam jeszcze raz wrócić do początku przeczytanych przed chwilą stron, bo nie mogłam uwierzyć w taki zwrot akcji.
Oj należą się pani Rumin ukłony za to jak bardzo mnie zaskoczyła, a w pewnej chwili nawet wzruszyła.

„Zbrodnia po irlandzku” to bardzo dobra rozrywka, lekka, zabawna, a mimo wszystko potrafiła mnie zaskoczyć, wpędzić w zadumę i chwilkę refleksji.
Jestem zadowolona z lektury i muszę przyznać, że pani Rumin idzie w dobrym kierunku, widać, że się rozwija, szlifuje swój warsztat, a jeśli trend się utrzyma, to jej kolejne książki będą jeszcze lepsze.
Chętnie sięgnę po kolejne powieści autorki, mam nadzieję, że nie każde mi długo czekać.

wtorek, 27 sierpnia 2019

"Rytmatysta" Brandon Sanderson

Co takiego przerażającego może być w kredowych rysunkach? Dlaczego zwykłe linie i okręgi
narysowane kredą mają moc ? Kim są Rytmatyści i dlaczego po szkoleniu udają się wprost do Nebrasku aby bronić Amerykańskie Wyspy?
Co z tym wspólnego mają tajemnicze zniknięcia młodych uczniów, którzy mają zostać Rytmatystami?
Joel uczy się w szkole, w której uczą się również Rytmatyści. Chłopiec od zawsze marzył o zostaniu jednym z nich, ale nie posiada ich mocy. Jego rysunki są tylko kredowymi rysunkami. Splot pewnych wydarzeń sprawia, że zostaje on pomocnikiem profesora, którego zadaniem jest rozwiązanie zagadki tajemniczych zniknięć młodych uczniów. Wraz z Melody, która trafia na zajęcia wyrównawcze do tego samego profesora, trafiają na ślad niebezpiecznych i zaskakujących odkryć.

„Rytmatysta” to jedna z najnowszych książek Brandona Sandersona, autora, którego darzę ogromnym uwielbieniem. Objętościowo niepozorna jak na autora książka, bo licząca zaledwie 307 stron skrywa w sobie niesamowitą i zaskakującą historie.
Głównym bohaterem jest Joel, ale w sumie każdy kto się pojawia na kartach powieści jest ważny i odgrywa w niej ważną rolę.
Melody, profesor Fitch, dyrektor York, profesor Nazlizar – każde z nich to tryb tej opowieści, który idealnie współgra z innymi trybikami.
Autor po raz kolejny zaskoczył mnie swoją pomysłowością i umiejętnością stworzenia niesztampowej opowieści.
Próżno tu szukać typowych rozwiązań z literatury młodzieżowej, próżno wypatrywać kalek czy zapożyczeń.
Rytmatysta to powieść odrobinę przekorna, zaskakująca, a główny bohater nie jest typowym zabiedzonym chłopaczkiem z ukrytą mocą, który akurat przypadkiem tak się składa, że musi uratować cały świat.

Akcja powieści jest wartka i ciekawa. Wyjątkowo zaskakujący system magiczny połączony z zegarami, sprężynami, mechanicznymi urządzeniami jest strzałem w dziesiątkę. A magia oparta na rysunkach kredą? Dla mnie genialne i tchnące świeżością.
Panie Sanderson, skąd u Pana takie niesamowite pomysły ja pytam? I dodaję od razu – proszę się nie zatrzymywać, tylko wymyślać i pisać dalej!

Zaczynając czytać Rytmatystę byłam pewna, że to taki pojedynczy strzał, jednotomówka napisana przez autora – jak sam to napisał – niejako na boku, przez przypadek.
A jednak nawet książka „nieplanowana” została przez autora dopracowana i napisana lekkim i dobrym stylem.
Fabuła jest spójna, nieoczywista, poszukiwania tego złego są intrygujące, a autorowi udało się mnie sprowadzić na manowce niejeden raz.
Oczywiście byłam przekonana, że przejrzałam niecne plany złoczyńcy i wiem kto to, ale tutaj dostałam od pana Sandersona pstryczka w nos i to co wydawało mi się pewnikiem, nim nie było.

Zakończenie jest pięknym zaskoczeniem bo okazuje się, że zwiastuje tom drugi. Wbrew moim założeniom, Rytmatysta wcale nie jest jednotomówką, tylko pierwszym tomem czegoś dłuższego, ale kiedy autor podejmie się pisania drugiego tomu jeszcze nie wiadomo.
Mocno liczę na to, że nie będzie długo zwlekał, bo to cudowna przygoda w niezwykłym świecie magii, maszyn, geometrii i kredowych rysunków.
Skończyłam czytać zauroczona i zachwycona.
Autor po raz kolejny udowodnił, że ma nieograniczoną wyobraźnię.
Gorąco polecam.