niedziela, 16 kwietnia 2017

"Mechaniczny" Ian Tregillis

Po powieść „Mechaniczny” sięgnęłam z trzech powodów.
Pierwszym była bardzo pozytywna opinia na blogu, który odwiedzam, drugim fakt, że dawno nie czytałam nic z gatunku steampunk, a tym bardziej wywodzącego się z niego clockpunk.
Trzecim powodem było to, że ukazały się już dwa tomy, a trzeci zapowiadany jest  na jesień  2017, więc nie trzeba aż tak długo czekać na kolejne tomy.
Książki przyszły wraz z kwietniowym zamówieniem z arosa, więc pełna optymizmu zasiadłam do lektury.

W XVII wieku holenderski zegarmistrz stworzył pierwszego klakiera, mechaniczną istotę, której siłą narzucił przymus bycia bezgranicznie posłusznym swoim właścicielom. A skoro maszyny te są nieczułe na ból, szybko wykorzystano je w armii…
Dzięki temu Holandia stała się mocarstwem dzierżącym niepodzielną władzę nad Europą i tylko Francja oparła się  jej w pewnym stopniu.
Po długiej i wyniszczającej wojnie zawarto delikatny rozejm, ale sytuacja nadal jest napięta.
I w tym właśnie momencie rozpoczyna się akcja powieści, a autor przedstawia czytelnikowi swoich bohaterów.

Pierwszym jest klakier Jax, mechaniczny, który marzy o wolnej woli. Drugim pastor Luuk Visser, który jest agentem Francji, przez wiele lat działającym na terenie wroga. Trzecim, a raczej trzecią, jest hrabina Berenice, mistrzyni szpiegostwa, która w tajemnicy, aby nie zerwać kruchego rozejmu bada klakierów i wszystkie części ich mechanizmu, które uda się jej pozyskać.

Autor swoją historię opowiada z punktu widzenia każdego z trojga bohaterów, dzięki czemu mamy możliwość dobrze ich poznać i mieć możliwość dobrego zapoznania się ze stworzonym przez autora światem.
Pomysł na fabułę jest bardzo ciekawy. A każde kolejne wydarzenie było czymś, czego się nie spodziewałam.
Autor prowadzi fabułę pełną zaskakujących zwrotów akcji i niespodzianek, która sugeruje, że wszystko ma dobrze przemyślane i idzie w wyznaczonym przez siebie kierunku.
Ciekawi są również bohaterowie drugoplanowi, ich obecność ma swój cel i daje odczuć, że w kolejnych tomach mogą odegrać znacznie ważniejszą rolę.

Mechaniczny zaskakuje spójnością wizji świata, dobrym wykreowaniem bohaterów i wciągającą fabułą.
Autor wprowadza również, dzięki postaci pastora Vissera, rozważania na temat tego, czym jest dusza i wolna wola i czy fakt stworzenia klakierów przez człowieka i pozbawienia ich wolnej woli z automatu odbiera im możliwość odczuwanie uczuć i emocjonalnego cierpienia  i odziera ich z możliwości posiadania duszy.
Oczywiście w powieści nie brakuje spisków, zdrad, walki o władzę i wpływy i majątek. To wszystko jest świetnie wpasowane w główny wątek jakim jest zniewolenie klakierów i możliwości ich uwolnienia od przymusu służenia ludziom.

Jest niestety jeden minus tej powieści i dla mnie dość spory. Mianowicie autor zbyt rozwleka się w opisach. I nie mam na myśli nakreślenia tła wydarzeń.
Pisarz ze szczegółami opisuje każde pomieszczenie w którym aktualnie dzieje się akcja, kolory ścian, tapety, meble, zasłony i ich kolor. Tak samo skupia się również na szczegółach ubioru bohaterów, nie tylko głównych i drugoplanowych.
Robi się to uciążliwe, bo mocno spowalnia akcję i wybija z niej czytelnika. Takich przerywników jest dużo zwłaszcza do połowy książki, przez co odnosiłam wrażenie, że akcja się wlecze i ciężko mi było wciągnąć się w fabułę.
Zdecydowanie lepiej jest w drugiej połowie książki.
Mniej rozwlekłych opisów wszystkiego zdecydowanie podkręciło tempo akcji i nawet nie wiem kiedy dotarłam do końca powieści.

Całość oceniam bardzo pozytywnie. Intrygujący świat, ciekawi bohaterowie, wciągający wątek posiadania duszy przez klakierów.
Jest to pewien powiew świeżości w swoim gatunku i chętnie sięgnę po kontynuację Mechanicznego.




czwartek, 13 kwietnia 2017

Książkowe zakupy kwiecień. Zakupowa rozpusta

Przyszła wiosna, słońce, dłuższe dni...
I chęci do czytania jeszcze większe. Ja poczułam zew natury i buszowałam w Aros.pl bez ograniczeń.
Efektem tego jest duża paczka z zamówieniem, które odebrałam dziś.
Co w środku?
Trochę literatury obyczajowej oraz kobiecej oraz trzy biografie.

Sporo miejsca w paczce zajęła również fantasy oraz literatura z gatunku post-apo.
Najbardziej zaciekawiły mnie dwie książki Margaret Atwood, którą poznałam dawno temu za sprawą jest niesamowitej powieści "Opowieść podręcznej".
Liczę na wyśmienitą lekturę.
Prócz tego dwie książki z serii uczta wyobraźni od MAGA, kolejny tom serii Obca i kilka innych.


Na pewno mam teraz co czytać, tym bardziej, że na półce był już wcześniej stosik czekających w kolejne książek.
Na to i przyszłe zamówienia zakupiłam kolejny regał. Problem tylko w tym, że kompletnie nie mam go gdzie postawić.


niedziela, 9 kwietnia 2017

"Dom służących" Kathleen Grissom

„Dom służących” to rozgrywająca się w czasach niewolnictwa opowieść o skomplikowanych relacjach, tajemnicach rodzinnych, przyjaźni, miłości i tragediach.
Akcja dzieje się na jednej z plantacji tytoniu,  wśród niewolników oraz ich właścicieli.

Historię śledzimy z perspektywy dwóch osób, białej dziewczynki – sieroty, która zostaje zakontraktowana prze właściciela plantacji za długi swoich rodziców. Dziewczynka nazywa się Lavinia i będziemy śledzić jej losy od czasu gdy miała kilka lat, aż do dorosłości.
Drugą bohaterką jest Bella, niewolnica, córka właściciela plantacji.  

Autorka niespiesznie opowiada swoją historię, dokładnie i ze szczegółami przedstawia czas dzieciństwa małej Lavini i pozwala jej oczami śledzić relacje i zależności pomiędzy niewolnikami a ich właścicielami. Dziewczynka, mieszkając wśród niewolników, zżywa się z nimi i będzie mimowolnym uczestnikiem wszystkich dramatycznych wydarzeń, które ich spotkają.

Sama historia zaciekawiła mnie i wciągnęła. Ale coś w tej powieści mi zgrzytało. Nie potrafiłam zżyć się z bohaterami, dramatyczne wydarzenia, które ich dotykają, nie wywoływały we mnie emocji.
Nie byłam w stanie przywiązać się do bohaterów, nikogo nie polubiłam w szczególny sposób.
Wszyscy bohaterowie wydawali mi się płascy i jednowymiarowi.
Sądzę, że winę za to ponosi sposób narracji. Nie pozwala bliżej poznać innych bohaterów prócz Lavini i Belle. Przez to wiele się traci, nie jest się w stanie poznać motywów działań innych bohaterów, ich myśli czy uczuć.
Jeden z recenzentów napisał, że Dom Służących to „skrzyżowanie Przeminęło z wiatrem ze Służącymi”.
Nie wiem czy autor recenzji czytał te powieści, ale ja tak i nijak nie mogłam dopatrzeć się podobieństwa, prócz tego, że akcja wszystkich powiązana jest z niewolnictwem.

Powieść posiadała spory potencjał, miała szansę opowiedzieć pełną emocji historię. Autorka tego nie wykorzystała.  Naszpikowała ją dramatycznymi wydarzeniami, ale nie potrafiła tchnąć w nie emocji. Praktycznie z każdej strony powieści atakuje czytelnika jakaś tragedia, ciężko było mi uwierzyć, że aż tyle  nieszczęścia może skoncentrować się w jednym miejscu i dotknąć bohaterów.
Niestety samo napisanie, że komuś coś się stało, nie sprawia, że czytelnik jest w stanie  poczuć to co bohater.
A tak właśnie swoją historię opowiada autorka. Pisze co się stało, ale nie zagłębia się dalej, nie daje szansy bohaterom na pokazanie, co w związku z tym dzieje się w ich wnętrzu.

Powieść dotyka ważnych tematów, zniewolenia drugiego człowieka, przyznawania sobie prawa do bycia panem życia i śmierci innych ludzi, uzależnienia jako próby ucieczki przed rzeczywistością.
Niestety wszystko to jest potraktowane dość powierzchownie.
Gdzieś tak od połowy książki, gdy jedno nieszczęście goniło drugie, byłam przekonana, że już nic pozytywnego nie wydarzy się na karatach tej powieści.
I nie myliłam się.
Dość łatwo można było przewidzieć w jakim kierunku potoczy się akcja.
Dodatkowym minusem jest sposób prowadzenia wątków miłosnych, bo i takie pojawiają się w powieści.
Są naprawdę pozbawione iskry, głębi. Odnosiłam wrażenie, że są bo powinny być, ale nie zauważałam uczuć, o których autorka pisała, że są.

Powieść mnie zawiodła, choć sam pomysł był ciekawy i miał duży potencjał.
Po tak licznych pozytywnych opiniach i ocenach, liczyłam na historię na miarę Północ-Południe.
Srogie było moje rozczarowanie i skutecznie zostałam zniechęcona do sięgnięcia po kolejną powieść autorki, o ile ją napisze.












czwartek, 6 kwietnia 2017

"Strażak" Joe Hill.

Długo nie wiedziałam, że Stephen King ma syna i że tym synem jest Joe Hill – autor powieści Rogi, o której było dość głośno za sprawą jej ekranizacji.
Nawet gdy już  dowiedziałam się o jego pisarskiej karierze, nie sięgnęłam po jego poprzednie powieści.
Dopiero fabuła „Strażaka” mnie zaciekawiła i postanowiłam książkę zakupić.

Powieść jest objętościowo ogromna, ponad 800 stron.
Ale niech nie zwiodą  potencjalnego czytelnika gabaryty – książkę czyta się naprawdę szybko.
Jest to zasługą ciekawego pomysłu i kierunku w którym zmierza fabuła oraz lekkiemu pióru autora i umiejętności snucia wciągającej opowieści.

Mimo pewnych obaw o kopiowanie pomysłów ojca (niestety są one nieuniknione) autorowi udało się stworzyć coś ciekawego i wciągającego.
Pomysł na zarodniki grzyba, które pasożytują w człowieku i na każde zagrożenie reagują samozapłonem jest wydawałoby się  niemożliwy do zaistnienia. Ale Hillowi udało się go ubrać w taka historię, że stał się on realny.
Grzyb ten, zwany smoczą łuską, ogarnie ogromną część USA, będzie siał spustoszenie i doprowadzi do skrajnych reakcji wśród ludzi, którym uda się uniknąć zakażenia. Doprowadzi do chaosu, destrukcji i ukaże te najgorsze i najlepsze oblicza ludzi.

Głównymi bohaterami są pielęgniarka Harper, samozwańczy strażak John, dwójka małych dzieci oraz mieszkańcy obozu dla zakażonych, gdzie udało się opanować samozapłony.
Obóz ten, skrupulatnie ukrywany, będzie domem i polem dla wydarzeń dla wszystkich bohaterów.

Pomysł na epidemię dziesiątkującą cały kraj nie jest niczym nowym czy niespotykanym.  I oczywistym jest, że nasuwały mi się porównania z Bastionem S. Kinga. Ale to w jaki sposób rozwija się akcja sprawiało, że czym dłużej czytałam, tym mniej doszukiwałam się porównań czy analogii.
Joe Hill znalazł swój pomysł, jak wykorzystać morderczą plagę i to do czego ona doprowadzi i robi to w sposób przemawiający do wyobraźni czytelnika.
Powieść jest miejscami dość brutalna, niczego nie ubarwia, wywleka na światło dzienne wszystkie najciemniejsze zakamarki duszy bohaterów, tych pierwszoplanowych i nie mniej ważnych  drugoplanowych .
Da się odczuć, że autor czerpał inspiracje z różnych książek, choćby z wspomnianego już wcześniej Bastionu czy Władcy Much. Ale bynajmniej nie są to żadne plagiaty i natrętne podobieństwa. Wszystko o czym Joe Hill pisze, robi po swojemu, a fabuła jest dostosowana do współczesnych czasów, gdzie rządzi internet i media społecznościowe.
Bez skrępowania ukazuje również jak teoretyczna bezkarność doprowadza ludzi do nieobliczalności i najgorszych czynów.
Wyjaskrawia również jaką pożywką dla każdego rodzaju fanatyzmu religijnego są takie globalne tragedie i do czego może dojść, gdy ludziom się wydaje, że chcąc się ochronić, mają prawo do najhaniebniejszych  zachowań.

Akcja powieści trzyma w napięciu przez cały czas, ani na chwilę nie zwalniając. Dodatkowo autor potrafi sprytnie zmylić czytelnika i zaskoczyć go wydarzeniami, o których on sam by nie pomyślał.
Strażak to powieść z pogranicza post-apokalipsy i  thillera, z nutą wątków psychologicznych.
Ukazuje złą i dobrą stronę ludzkiej natury oraz do czego może doprowadzić człowieka strach.
To ogromny kawał dobrej lektury i jestem nią pozytywnie zaskoczona.

Joe Hill ma z jednej strony ogromne szczęście, bo odziedziczył po swoim ojcu talent. Bo ma go niewątpliwie, a to dopiero początki jego kariery.
Z drugiej jednak strony chyba nigdy nie uda mu się uniknąć porównań do ojca.
Ja jestem zadowolona, że Joe Hill poszedł ścieżką swego ojca, mam nadzieję, że dzięki temu przeczytam jeszcze wiele jego książek i wzbudzą we mnie teki zachwyt i emocje jak te, które pisze Stephen King.



czwartek, 30 marca 2017

"Mitologia Nordycka" Neil Gaiman. Fascynująca podróż po Asgardzie.

Neil Gaiman od dawna fascynuje się mitologią Nordycką.
Nieuniknione więc wydaje się, że sięgnął po nią i postanowił przybliżyć swoim czytelnikom.
Mitologia Nordycka – bo o niej tu mowa, to niewiele ponad 200 stronicowa książka, która przybliża nam opowieści o Asach i Wanach, o krwawych bitwach, zdradach, herosach i zdrajcach.
Wszystkie mity koncentrują się wokół trzech postaci, Odyna, Thora i Lokiego.
Tego ostatniego będziemy mieli szanse poznać lepiej, bo praktycznie występuje w każdej opowieści.

Autor rozpoczyna od historii powstania świata, u zarania dziejów. Od powstania Bogów.
Kończy równie spektakularnie – bo opowieścią o  Ragnaroku, czyli zmierzchu bogów.
Pomiędzy tymi dwoma wydarzeniami, poznajemy wiele ciekawych historii, ale przede wszystkim świat bogów, ich charaktery, ich skomplikowana naturę i pewną dwulicowość.
Najciekawszym bohaterem jest dla mnie Loki i byłby nawet gdybym nie uwielbiała jego postaci granej przez Toma Hiddelstona z uniwersum Marvela. I choćbym nie wiem jak się starała, to jego postać wyobrażam sobie właśnie jako Toma, który wg mnie idealnie nadaje się na odtwórcę roli Lokiego. 
Sam Loki z Mitologii Nordyckiej, to intrygująca postać. Wciąż knuje, ma swoje plany, potrafi wyrządzić wiele zła tak samo bogom jak i innym stworzeniom. Jednocześnie potrafi zrobić wiele w ich obronie.
Jest w nim tyle samo dobra, co zła. Może dlatego wydaje mi się najciekawszym bohaterem, który wciąż mnie fascynuje.

Mimo iż N.Gaiman koncentruje się na trzech bohaterach, to w swojej książce przedstawia czytelnikowi również innych bogów, olbrzymów, elfy, czy krainę umarłych. Choć dla mnie było ich zdecydowanie za mało, chciałam więcej i więcej, czułam duży niedosyt jeśli chodzi o poznawanie Asgardu i jego mieszkańców.
Historie bogów Gaiman opowiada  w obrazowy i wciągający sposób. Można odnieść wrażenie, że opowiada o postaciach, które kiedyś, w dawnych czasach chodziły po tym świecie.

Neil Gaiman nie zmienia mitów, rzadko dodaje coś „od siebie”, koncentruje się bardziej na tym, aby odświeżone mity przekazać czytelnikowi w lekkiej i przystępnej formie.
Niektóre mity przekazuje bez zmian, niektóre trochę unowocześnia. Jednak niezmiennie są to tradycyjne mity północy.
Fascynujące, pełne wielkich bogów, heroicznych pojedynków i spektakularnych bitew.
Oczywiście na ogromna pochwałę zasługuje wydanie książki. Wydawnictwo MAG postarało się i Mitologia Nordycka Neila Gaimana, to piękna książka, nie tylko z powodu treści, ale również okładki.

Ta książka otworzyła, że tak powiem, sezon na czytanie na dworze, w okolicznościach przyrody.
Tym razem przy pierwszym wiosennym ognisku, na wodą, w ciepłym słońcu dałam się uwieść opowieściom autora.

*zdjęcie Lokiego pochodzi ze strony www.naekranie.pl


wtorek, 28 marca 2017

"Helisa" Marc Elsberg. Zmarnowany potencjał...


Helisa zaciekawiła mnie swoją tematyką. Inżynieria genetyczna, moralnie wątpliwe eksperymenty, próby stworzenia „nowego”  i „lepszego” gatunku człowieka…
To wszystko jest wysoce prawdopodobne, że dzieje się już dziś.
Tym bardziej byłam ciekawa jak autor postanowił ugryźć ten temat.

Powieść jest objętościowo spora, ponad sześćset stron, ale czyta się ją naprawdę szybko.
Autor bardzo sprawnie i szybko prowadzi akcję, która gna na złamanie karku.
W powieści mamy wszystko co powinno zagwarantować dobrą lekturę, genetyczne modyfikacje, eksperymenty, rządowe działania, tajne służby, manipulacja opinią publiczną, a w tle dyskusja o moralnym aspekcie tworzenia „modyfikowanych” dzieci i różnych aspektach ich późniejszego koegzystowania ze „zwykłymi” ludźmi.

Marc Elsberg stworzył kilkoro głównych bohaterów. Rządową pracownicę, dwójkę nowoczesnych dzieci oraz małżeństwo, które znalazło się w ośrodku New Garden, aby sprawić sobie takiego „podrasowanego” maluszka.
Rząd USA całkowicie przez przypadek, pracując nad sprawą morderstwa, trafia do New Garden i tym samym dowiaduje się, że niejako pod ich nosem tworzona jest nowa rasa człowieka.
I od tego momentu rozpoczyna się właściwa akcja, która dość szybko zmienia się w rozgrywkę pomiędzy dwójką cudownych dzieci, a rządem USA.

Mam co do tej powieści mieszane odczucia. Z jednej strony intrygowała mnie jej tematyka i byłam ciekawa, w którą stronę skieruje się akcja. Czytało mi się dobrze, bo autor ma fajny i lekki styl i pomimo wielu momentów, gdy opisywał kwestie techniczne prowadzonych  eksperymentów, powieść nie straciła nic ze swojej lekkości.
Z drugiej strony czułam rozczarowanie, a to z kilku powodów.

Po pierwsze głowni bohaterowie.
Nie byłam w stanie polubić żadnego z nich. Autor przedstawia ich dość powierzchownie, dlatego oni sami i to co ich spotyka nie robiło na mnie wrażenia, nikomu nie kibicowałam, nie było również nikogo, kogo mogłabym znielubić.
Wszyscy bohaterowie byli mi obojętni.

Po drugie kierunek, w którym podążała fabuła.
Na okładce jest takie zdanie „oni nas zastąpią”.
Zasugerowałam się nim i chyba spodziewałam się czegoś innego niż otrzymałam.
Nie jest to wina powieści, ale moich oczekiwań, ale nie ukrywam, że miało to wpływ na mój odbiór lektury.
Oczekiwałam większego nacisku na stworzonych już nowoczesnych ludzi, mniej więcej czegoś, co dawno temu oglądałam w serialu (niestety mało znanym i z tylko jednym sezonem)  POLOWANIE NA CZŁOWIEKA.
Otrzymałam trochę sensacji, trochę moralnych dylematów i sporo pościgów za dwójką nowoczesnych dzieci.
W tle obraz zachłanności wielkich korporacji i władzy pieniądza nad każdym aspektem życia człowieka.

Po trzecie zakończenia.
Niestety ogromnie przewidywalne. I to tak bardzo, że mocno mnie rozczarowało.
Mimo, że autor zostawił w epilogu dwa małe smaczki, które mogą, choć nie muszą sugerować czytelnikowi, co ewentualnie mogłoby się wydarzyć później, to było to za mało, abym zmieniła zdanie o zakończeniu.

Autor starał się przez całą powieść budować napięcie i niepewność co do dalszego rozwoju akcji, ale na końcu jakby uszedł z niego cały zapał i napisał pierwsze co mu przyszło do głowy.
Również podczas całej powieści odnosiłam kilkakrotnie wrażenie, że pisarz sam nie wie, w jakim kierunku rozwijać swoją historię.

Wszystko to sprawiało, że lektura mimo, że z ciekawą tematyką, nie zafascynowała mnie, nie zaskoczyła.
Helisa miała ogromny potencjał, bo to o czym opowiada, może się dokonywać gdzieś na świecie już dziś.
Autor mógł w ciekawy sposób to wykorzystać, czego niestety nie zrobił.

Na pochwałę natomiast zasługuje wydanie książki. Piękna okładka, przyciągająca wzrok i zachęcająca do sprawdzenia co jest wewnątrz.
Nie żałuję tego, że przeczytałam Helisę, choć nie straciłabym wiele, gdybym nigdy po ta książkę nie sięgnęła.




czwartek, 23 marca 2017

"Making faces" Amy Harmon

„Making faces” autorstwa Amy Hamron, to książka, która zaciekawiła mnie opisem.
Nieodwzajemnione uczucie jeszcze ze szkoły, złamane przez wojnę życie. Demony przeszłości i próby poradzenia sobie z nimi.
Wydawałoby się, że to – pomimo młodego wieku bohaterów – poważna lektura.
Tak jednak nie jest, choć to nie znaczy, że to zła książka. Bynajmniej.

Akcja książki rozpoczyna się w czasie, gdy głowni bohaterowie uczęszczają do ostatniej klasy liceum, a w USA następują ataki  11 września.
Fern, to zakochana w Ambrose – gwieździe liceum i drużyny zapaśniczej – dziewczyna, która nie rzuca się w oczy, jest nieśmiała, a jej najwierniejszym przyjacielem jest jej kuzyn.
Ambrose , piękny i popularny, zawsze w centrum uwagi, nie wie co chce zrobić ze swoim życiem.
W końcu zdecyduje się wstąpić do wojska po ukończeniu szkoły, a wraz z nim jego najbliżsi przyjaciele.
Wojna, prócz ran na duszy, odciśnie na nim również te widoczne, na ciele.

Autorka wraz z prowadzeniem akcji w czasie rzeczywistym, przeplata ją wspomnieniami z lat dziecięcych i nastoletnich bohaterów.
Pozwala to dobrze poznać wszystkie postacie i lepiej je zrozumieć.
Oczywiście głównym wątkiem jest uczucie Fern do Ambrose’a i budząca się w dziewczynie kobiecość.
Prócz tego, a może przede wszystkim, autorka kładzie nacisk i podkreśla wiele razy, że to nie wygląd zewnętrzny jest ważny, ale wnętrze człowieka.
Że człowiek o pięknym wyglądzie zewnętrznym, w środku może być strasznym potworem.
Pokazuje, że łatwe wybory, często okazują się złymi wyborami i przynoszą więcej łez i cierpienia, niż radości.

Autorka ma lekkie pióro i łatwość w opowiadaniu swojej historii.  Niestety koncentruje się głownie na wątku miłosnym i jego otoczce. Wątek służby w wojsku i traumy po tym, jest potraktowany po macoszemu i bardzo powierzchownie.
Liczyłam na bardziej poważne potraktowanie tego tematu i tutaj się zawiodłam. Również motywy i pobudki, które popchnęły Ambrose’a i jego przyjaciół do zaciągnięcia się do wojska są dla mnie mało wiarygodne i nieprzekonywujące.
Zwyczajnie, ich nieformalny lider postanowił wstąpić na służbę, a jego koledzy uznali, że to dobry pomysł i zrobili to samo.

Pozytywnie zaskoczył mnie natomiast Bailey. Chłopak, który cierpi na  dystrofię mięśniową,  jest niesamodzielny i jeździ na wózku, to przykład tego, jak należy walczyć z przeciwnościami losu, cieszyć się z tego, co można mieć i nie rezygnować z marzeń. W dodatku ma poczucie humoru, jest inteligentny i pełen wewnętrznej siły.
Razem z Fern będą tworzyć wyjątkowy duet przyjaciół.

W powieści bywały wzruszające momenty, które mnie zaskoczyły. Było również wesoło i z poczuciem humoru.
Było też odrobinę poważniej, ale nie aż tak często, jak się spodziewałam. No i  oczywiście było  bardzo romantycznie, a momentami wręcz ckliwie.
Wszystko razem, tworzy idealną mieszankę skierowaną do młodego czytelnika, choć nie ukrywam, że mi również czytało się „Making faces” przyjemnie.
Fabuła jest wciągająca, a powieść dobrze napisana. Dobrze poznajemy bohaterów, ale tylko tych głównych. Ci drugoplanowi są mało widoczni.
Tak jak pisałam wcześniej, głównym przesłaniem książki jest ukazanie, że uroda przemija, lub można ją gwałtownie stracić, a najważniejsze jest wnętrze człowieka i to ono jest trwałą podwaliną prawdziwej miłości.
Mimo, że oczekiwałam trochę innej lektury, to nie żałuję przeczytania tej powieści.
To dobra lektura, chwilami może zbyt naiwna jak dla mnie, ale uważam, że jako książka na wieczór z czymś lekkim i przyjemnym , ta powieść sprawdzi się idealnie.




wtorek, 21 marca 2017

Książkowe zakupy marzec - odsłona czwarta

Dwa ostatnie (w tym miesiącu) zamówienia dotarły. W obu były książki z przedsprzedaży, dlatego czekałam na nie od początku miesiąca.

Pierwsze zamówienie z merlin.pl
Dwie polecane powieści, jedna historyczna/obyczajowa, druga to mieszanka thrillera/sensacji.


Drugie zamówienie, to trzeci i ostatni tom Kronik Nieciosanego Tronu - Ostatnia więź (fantasy).
Książkę kupiłam w empiku (miałam doładowaną eKartę) i odebrałam dziś. Z lekturą drugiego tomu trylogii czekałam do ukazania się finałowego tomu, więc zapewne już niedługo zabiorę się do czytania.



niedziela, 19 marca 2017

Legion + Idealny Stan. Brandon Sanderson

Legion i Idealny Stan, to dwie książki Brandona Sandersona sprzedawane w pakiecie przez wydawnictwo MAG.  Jedna to licząca 92 strony nowela, druga – Legion  - to powieść.
Obie już przeczytane, a wpis o wrażeniach z lektury rozpocznę od Idealnego Stanu.


IDEALNY STAN

Czy można żyć w Matrixie, wiedzieć o tym i być z tego powodu zadowolonym?
Okazuje się, że tak.
Bliżej nieokreślona przeszłość, przeludniona ziemia.
Ludzie żyją w wirtualnych Stanach, każdy z nich dobrany idealnie do ich preferencji. Choć żyją, to za dużo powiedziane.
W słojach „żyją” ich mózgi,  oni sami nazywani są Żyworodnymi (jedyne „żywe” jednostki w wirtualnym świecie) i spełniają się w rolach cesarzy, prezydentów, bogów itd.
Jednym z nich jest Bóg-Cesarz Kairominas, który panuje nad wszystkim co go otacza. Dorobił się nawet swojego własnego arcywroga, z którym systematycznie wdaje się w potyczki.
I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że musi spotkać się z jedną z kobiet z przygotowanej dla niego listy, aby spłodzić z nią kolejnego Żywozrodzonego…

Z pozoru fabuła nie wydała mi się szczególnie interesująca, ale czytam wszystko co napisze Barnadon Sanderson i wiem,  że po tym autorze można spodziewać się wszystkiego co  najlepsze w fantasy, nie zraziłam się więc  i zabrałam  za lekturę.

Nowela jest dość krótka więc szybko ją pochłonęłam.
Dziwiłam się wizji przyszłości, nie mogłam uwierzyć, że ludzie mogą być zadowoleni z tego, że nie mają ciała, a wszystko co ich otacza jest wirtualne.
Autor stworzył fascynujące miejsce, gdzie wirtualny świat podzielony został na Stany, każdy z nich rządzący się innymi prawami.
Autor wtrąca również kilka wątpliwości co do sensowności takiego rodzaju egzystencji.
Nie każdy jest zadowolony z takiej formy „życia”. A i naszego Cesarza-Boga zaczną dopadać wątpliwości.
Oczywiście czułam niedosyt, bo chętnie przeczytałabym pełnowymiarową powieść  o bohaterach tej noweli, o ich konflikcie i rozterkach i wątpliwościach odnośnie życia w postaci mózgu w słoiku…
B. Sanderson w tak krótkiej formie, którą jest nowela,  zawarł wszystko co najlepsze w jego powieściach. Interesujących bohaterów, wciągającą akcję, świetnie wykreowany świat i fascynujący system magii.
Rozczarowało mnie tylko jedno – że to nowela i tak szybko się skończyła. A ja chciałabym lepiej poznać stworzony przez pisarza świat, dowiedzieć się co ze swoim życiem zrobił Kai, jak rozwinęła się jego ciągła rywalizacja i walka z arcywrogiem.
To wszystko sprawiło, że mam „książkowego kaca” i chcę więcej.
Liczę na to, że autor nie odłożył tego świata na półkę na długo i wróci do niego i jego bohaterów.


LEGION

Opis wydawcy:
„Stephen Leeds jest całkowicie zdrowy na umyśle. To jego halucynacje są szalone.

Stephen jest geniuszem o niezrównanych zdolnościach, który w ciągu zaledwie kilku godzin może opanować dowolną umiejętność, zawód lub dziedzinę sztuki. Niestety, by pomieścić całą tę wiedzę, jego umysł tworzy wyobrażonych ludzi – Stephen nazywa ich aspektami – by zachować i uzewnętrzniać wszystkie informacje. Dokądkolwiek Stephen się udaje, towarzyszy mu drużyna wyobrażonych ekspertów, która udziela rad, interpretuje i objaśnia. Wykorzystuje ich do rozwiązywania problemów... nie za darmo.”

Nigdy nie wpisuję do swoich opinii streszczeń fabuły z okładki książki, ale tym razem zrobiłam wyjątek, bo idealnie wprowadza on czytelnika w świat bohatera.
Stephen Leeds jest  nieustająco intrygującym przypadkiem dla każdego psychiatry.
Jest geniuszem, który swój geniusz okupił chorobą psychiczną, co do charakteru której specjaliści nie są zgodni.
Nie zmienia to faktu, że bohater potrafi rozwiązać praktycznie każdą zagadkę, nauczyć się języka obcego w kilka godzin, czy zostać ekspertem z danej dziedziny po przeczytaniu kilku książek.
To znaczy nie on – jego aspekty.

Cała powieść, to dwie osobne nowele, których akcja dzieje się w niewielkim odstępie czasowym – jedna po drugiej.
Ten sposób prowadzenia akcji przypomina mi trochę „Księgę Cmentarną” N.Gaimana, czyli powieść złożoną z powiązanych ze sobą opowiadań.
Tak samo w Legionie, mamy dwie nowele, każda z osobną zagadką, którą musi rozwiązać Stephen i jego aspekty.
Autor dość szybko wprowadza czytelnika w życie bohatera, sposób jego funkcjonowania i jego psychikę.
Niewiele wiemy natomiast o jego przeszłości, choć dostajemy kilka małych wskazówek, które w sumie bardziej wprowadzają więcej niewiadomych niż cokolwiek wyjaśniają.
Za to idealnie sprawdzają się w roli szczegółów, które zaciekawiają i potrafią zasiać w czytelniku chęć dowiedzenia się więcej na ich temat.

Akcja jest bardzo dynamiczna, a intryga wciągająca. Aspekty towarzyszące bohaterowi w rozwiązywaniu zagadek są skrajnie różne i osiadają wiedzę z różnych dziedzin.
W powieści nie brakuje również poczucia humoru, kłótni pomiędzy aspektami i nagłego pojawienia się kolejnego.
Mimo swojej lekkości, autor nakreśla również poważniejszy rys w fabule, a jest nim ukrywająca się Sandra oraz psychiczne rozchwianie Stephena, co objawi się poprzez „samowolne” pojawienie się nowego aspektu.

Stephen przypominał mi trochę Batmana, a jego kamerdyner Wilson – Alfreda.
Co prawda Stephen nie jest tajemniczym bohaterem walczącym ze złem dzięki swojej sile i różnych gadżetom.
Jest natomiast geniuszem, który dzięki swoim możliwościom umysłu, potrafi rozwiązać prawie każdą zagadkę, odkryć prawie każdą tajemnicę i pomóc  (chcąc lub nie chcąc) ludziom, którzy tej pomocy potrzebują.

Muszę przyznać, że B. Sanderson sprawnie tworzy zagadki, które rozwiązuje jego bohater.
Ciężko odkryć kto jest „winnym” i co tak naprawdę się wydarzyło.
W dodatku tajemnicza przeszłość Stephena jest niezwykle intrygująca i liczę na kolejne tomy z przygodami tego bohatera i kolejnymi informacjami na jego temat.
Patrząc na zakończenie powieści, jest na to duża szansa.

Legion to powieść lekka, chwilami dość zabawna, wciągająca i zaskakująca. Posiada jednak drugie dno, które wg mnie będzie rozwijane w kolejnych tomach (oczywiście o ile pisarz je napisze).
Nietuzinkowy bohater + jego nieprzewidywalne aspekty tworzą wyjątkowo ciekawą mieszankę.
A tajemnice, które trzeba rozwiązać intrygują i ciekawią.


Obie książki są pięknie wydane. Wydawnictwo mocno się postarało.
Czekam na kolejne powieści autora, najbardziej chyba na trzeci tom Archiwum Burzowego Światła.
Choć dla mnie Brandon Sanderson to Mistrz i każda jego książka jest wspaniałą lekturą.



sobota, 18 marca 2017

Książkowe zakupy marzec - odsłona trzecia

Kolejne dwa zamówienia dotarły.
Pierwsze to pakiet dwóch książek B. Sandersona zamówiony w przedsprzedaży jeszcze w lutym z księgarni Wydawnictwa MAG.
Niedawno dotarła paczka, jedna książka już przeczytana (opowiadania liczące 92 strony), a drugą - LEGION - obecnie czytam.

Druga paczka zawierała trzy książki.
Pierwsza - Chłopiec na szczycie góry - to powieść autora Chłopca w pasiastej piżamie. Czytając opis na okładce, zapowiada się bardzo ciekawa lektura.
Dwie pozostałe, to powieści obyczajowe, które kupiłam aby mieć coś lekkiego do przeczytania.
Zamówienie zrobiłam w księgarni internetowej Aros.

piątek, 17 marca 2017

"Czarny Księżyc" Winston Graham

„Czarny Księżyc” to piąta odsłona sagi rodzinnej Poldarków, autorstwa Winstona Grahama.
Jak sam autor napisał, planował zakończyć historię rodziny na czwartym tomie, ale po długim czasie poczuł, że chce opisać ich losy dalej.
Bardzo się cieszę, że tak się stało, gdyż Czarny Księżyc, to świetna powieść, a splątane losy wszystkich członków rodziny Poldarków są fascynujące.


Piąty tom rozpoczyna się od narodzin syna Elizabeth i Georga Warleggana. W podobny czasie swoje dziecko rodzi Demelza.
Sytuacja obu rodzin wydaje się być unormowana, zwłaszcza Rossa, którego kopalnia wreszcie przynosi dochody i pozwala mu pozbyć się długów i widma bankructwa.
Ten spokój trwa do chwili pojawienia się w domu Rossa dwóch braci Demelzy – Sama oraz Drake.
Ten pierwszy wprowadzi niepokój wśród lokalnej społeczności swoimi dążeniami do odbudowanie zgromadzenia metodystów, a Drake doprowadzi do niespodziewanych i niebezpiecznych wydarzeń swoją przyjaźnią z pierwszym synem Elizabeth i miłością do jego opiekunki Morwenny.
Dodatkowym i ważnym wątkiem, ale nie mniej ważnym będą losy doktora Dwighta oraz jego narzeczonej Caroline.

Winston Graham jest dla mnie mistrzem w opowiadaniu historii rodziny Poldarków. Ktoś mógłby napisać, że w jego powieściach nie ma akcji ani dynamiki, ale to nieprawda.
Autor w tak obrazowy i pełen emocji sposób przedstawia losy swoich bohaterów, że jego książki wciągają jak najlepszy film akcji.
Pod powierzchnią spętania konwenansami buzują gwałtowne uczucia i emocje, a autor potrafi po mistrzowsku wprowadzić niepewność co do tego, jak potoczą się dalsze losy bohaterów.
Nic nie jest pewne, nie ma żadnego przewidywalnego scenariusza.
Często miałam wrażenie, że pisarz opisuje losy prawdziwej rodziny, a nie stworzonych przez siebie postaci.
W jego książkach jest jak w życiu, dzieje się wiele, niezależnie od starań bohaterów.

Czarny Księżyc w niczym nie ustępuje swoim poprzedniczkom. Jest tak samo wspaniale napisana, wciągająca i pełna niespodziewanych zwrotów akcji.
Nowi bohaterowie wprowadzają sporo zamieszania i są powiewem świeżości, choć nie zawsze pozytywnym , w żuciu Rossa i Demelzy ale również Elizabeth i Georga.
Autor bardzo sprawnie wprowadził ich do powieści, nadając  ich postaciom spore znaczenie i można się spodziewać, że to dopiero początek ich historii i w kolejnych tomach Winston Graham nadal będzie rozwijał ich wątki.

Natomiast powieść autor postanowił zakończyć z ogromnym przytupem.
Ukazał jak nienawiść i potrzeba zemsty może doprowadzić do tragedii, a tym samym wywołać lawinę podejrzeń, której nie uda się już zatrzymać.
Autor wie w jaki sposób zaintrygować czytelnika i wprowadzić go w stan niecierpliwego oczekiwania na kolejny tom sagi.
Na blogu pisałam o wszystkich poprzednich tomach, więc nie chcę się powtarzać.
Muszę jednak dodać, że Winston Graham w plastyczny sposób przedstawia Kornwalię i jej przyrodę, szczerze aż do bólu opowiada o realiach życia każdej warstwy społecznej w tamtych latach.
Niczego nie koloryzuje, nie ubarwia, nie umniejsza ogromnie ciężkiego losu górników i biedoty.
Bez litości obnaża próżność i arogancję arystokracji oraz nowobogackich członków wyższych sfer.
Tło społeczne jest w idealnych proporcjach do losów bohaterów i wątków obyczajowych – oraz miłosnych.
Wszystko w powieści Czarny Księżyc składa się na idealną całość i sprawia, że czytelnik chce więcej.


Nigdy bym nie pomyślała, że sagę rodzinną rozgrywającą się w osiemnastym wieku, będę czytała z wypiekami na twarzy i z niecierpliwością oczekiwała wydania kolejnych tomów.
A tak się właśnie stało i już nie mogę się doczekać, aż  wydawnictwo Czarna Owca wypuści na rynek szósty tom sagi.


wtorek, 14 marca 2017

Tarzan. Legenda

„Tarzan. Legenda” to film „stary”, bo z 2016 roku, ale ja dopiero niedawno miałam możliwość jego obejrzenia.
Filmów o tytułowym Władcy Małp było już wiele.
Tym razem śledzimy historię  lorda Greystoke , który od wielu lat mieszka w Anglii i jest wreszcie „ucywilizowanym” obywatelem, a nie dzikusem z dżungli.
Na wskutek knowań Leona Roma musi jednak znów wrócić do Afryki, aby zawalczyć o wszystko, co dla niego ważne.

Reżyserem filmu jest David Yates, co od razu da się zauważyć. Twórca Harrego Pottera potrafił stworzyć na ekranie atmosferę przygody i  tajemnicy. Również strona wizualna filmu jest niezwykle udana. Plastycznie odmalowano wiktoriańską Anglię oraz kongijską dżunglę.
Do tego świetna muzyka , którą stworzył Rupert Gregson-Williams sprawia, że audio-wizualna strona filmu jest niezwykle atrakcyjna.

Główne role zagrali:
Alexander Skarsgård jako John Clayton / Tarzan
Margot Robbie jako Jane
Samuel L. Jackson jako George Washington Williams
oraz
Christoph Waltz jako Leon Rom

Jeśli chodzi o obsadę, to byłam więcej niż zadowolona. Tarzan miał w sobie coś więcej niż typowe cechy samca alfa, jakiś rodzaj nostalgii, tęsknoty.
Jane idealnie odpowiadała obrazowi postaci jaki zachowałam w pamięci. Harda i silna, ale mimo to niezmiennie kobieca.
Nowi bohaterowie czyli George Washington Williams i Leon Rom wprowadzili potrzebną świeżość. Oczywiście Christoph Waltz potrafi genialnie zagrać czarny charakter, więc grana przez niego postać wzbudzała we mnie największe emocje.

Akcja w filmie jest dość dynamiczna, ale nie pędzi na złamanie karku. Tarzan jest Tarzanem, mimo lat spędzonych w Anglii. Nic nie stracił ze swojej siły. Samuel L. Jackson wprowadza do filmu element humorystyczny i odrobinę amerykańskiego patosu.
Główny czarny charakter jest odpowiednio przebiegły i okrutny.
A przesłanie filmu jest jasne od początku – nikt nie ma prawa zniewalać innego narodu.

Film nie jest przeładowany CGI, więc ogląda się go bardzo przyjemnie.
To nie jest wielkie dzieło, nie porywa, nie powoduje szybszego bicia serca z emocji.
Ale dostarcza dobrej rozrywki, daje piękną stronę wizualną i świetną muzykę.
Sceny akcji są nakręcone z rozmachem.
Film sprawia, że można przyjemnie spędzić wieczór, nie nudzą się ani przez chwilę. To dobra rozrywka i tak go odebrałam.

*zdjęcia pochodzą ze strony www.filmweb.pl