sobota, 2 stycznia 2021

"Dla jej dobra" Ellen Marie Wiseman

 "Dla jej dobra" to książka, którą czytałam już jakiś czas temu. Książka dość


często polecana na różnych grupach czytelniczych. 

To historia, która rozgrywa się w dwóch liniach czasowych, a dotyczy rodziny Blackwood. W latach 30 XX wieku poznajemy dramatyczną historię Lilly Blackwood, a współcześnie Julii Blackwood.
Rodzinne tajemnice, dramatyczne wydarzenia, niepojęta bezduszność i okrucieństwo. 
W tym wszystkie jednak pojawi się również wiara, miłość i nadzieja. I choć książka wg mnie jest mocno ciężka, to mimo wszystka czytałam ją z ogromnym zainteresowaniem.

Sama opowieść jest napisana bardzo sprawnie, dobrym i dopracowanym językiem, a autorka potrafiła oddać w sposób bardzo obrazowy realia lat 30 ubiegłego wieku. Odmalowała obraz trupy cyrkowej, ludzkiej natury i braku szacunku i tolerancji dla inności. Co niesamowicie mocno we mnie uderzyło, to obraz traktowanie zwierząt w cyrku. 
Jeśli ktoś z Was jest na krzywdę zwierząt wrażliwy (tak jak ja), może mieć problem z niektórymi wydarzeniami w tej książce. Ja na przykład nie potrafiłam długo dojść do siebie po niektórych wydarzeniach.

Sam sposób nakreślenia bohaterów i ich losów jest naprawdę dobry. Nie jest to oczywiście poziom ot choćby Przeminęło z wiatrem, ale uwierzcie, ta książka jest naprawdę na dobrym poziomie.
Wszystko co spotyka główną bohaterkę Lilly, wydaje się być mocno prawdopodobne. Losy tego dziecka, a potem kobiety, które opisuje Ellen Marie Wiseman sprawiają wrażenie opowieści o kimś, kto faktycznie kiedyś żył.

Żeby nie było, że tylko opowieść o Lilly jest wciągająca. Bynajmniej. Historia Julii, która rozgrywa się współcześnie jest tak samo pasjonująca i ciekawa. I choć nie przepełnia jej taki dramatyzm jak losów Lilly, to jednak to właśnie opowieść o Julii dała nadzieję na to, że każdą krzywdę da się naprawić, choć czasem bywa to niezmiernie bolesne.

Czy polecam "Dla jej dobra"?
Tak! Choć tak jak pisałam, książka pełna jest dramatyzmu i niekiedy wstrząsających wydarzeń. Były momenty, gdy nie potrafiłam opanować łez, albo rodziła się we mnie ogromna złość. 
Mimo to, jest to niesamowicie ciekawa opowieść i ciężko się od niej oderwać.

środa, 30 grudnia 2020

"Czas niepogody" Agnieszka Markowska

 Sarune jest akolitką w zakonie Pana Światła. Jest skromna, żyje wg nakazów


zakonu i wiernie przestrzega wszystkich reguł. Również przyjmuje Insomnium, specyfik blokujący sny. Jak wszystkie akolitki i większość mieszkańców wioski, robi to, aby oczyścić się z grzechu i zapewnić sobie ochronę przed sługami bogini ciemności – Tkaczami Nocy, istotami nikczemnymi i władającymi magią. Insomnium blokuje również magię, czyli coś, co przyciąga Tkaczy Nocy. Największym marzeniem Sarune jest dostanie się do sióstr Jutrzenki, świty samej najwyższej kapłanki. I gdy wydaje się, że to o czym marzy jest w zasięgu ręki, następuje po sobie ciąg wydarzeń, które całkowicie przemodelują świat Sarune. 

Przyznam, że „Czas niepogody” Agnieszki Markowskiej w pierwszej kolejności przyciągnął mnie piękną okładką autorstwa Agnieszki Zawadki.  Jak już zobaczyłam okładkę, zaciekawiłam się tym co w środku. A to skusiło mnie do zakupu. Akcja powieści rozpoczyna się dość energicznie i jest taka aż do dość spektakularnego finału, który muszę przyznać – bardzo mi się spodobał. Książka nie jest może zbyt obszerna, liczy sobie bowiem 297 stron, ale jest w niej wszystko co trzeba, aby świetnie spędzić czas. Jest ciekawa magia, są tajemnice, są spiski, jest i miłość i przyjaźń. Wszystkie jest ze sobą idealnie połączone i absolutnie nie ma się wrażenia, że czegoś jest mniej na rzecz tego, aby czegoś było więcej. Mamy tu idealnie dobrane proporcje, a dzięki temu lektura jest naprawdę udana. 

Jeśli chodzi o bohaterów, to bardzo podobał mi się sposób ukazania Sarune. To jak się zmienia, jak dojrzewa, ile będzie musiała znieść i przeżyć, aby odnaleźć siebie. Fajna bohaterka, która mimo początkowo pewnej naiwności, nie denerwowała ani nie irytowała. Naprawdę ją polubiłam i mocno jej kibicowałam. Pozostali bohaterowie niczym nie ustępują Sarune, nawet ci drugoplanowi są dobrze nakreśleni i uwierzcie,  nie ma tu papierowych „zapełniaczy” fabuły. Każdy ma w tej powieści swój czas i swoją rolę do odegrania.  


Jeśli chodzi o fabułę, to jest spójna i naprawdę wciągająca. Tak jak pisałam wcześniej, akcja jest wartka i wiele się w tej książce dzieje. Ale co ważne, wszystko jest dobrze opisane i choć książka nie jest obszerna, to autorka nie złapała zadyszki, wszystko jest tak jak należy. Jedyne zastrzeżenie (choć zastrzeżenie to może za mocne słowo) mogę mieć do stylu, czasami język wydawał mi się zbyt współczesny. Ale nie jest to wada, ot takie zwrócenie uwagi.

Ogólnie powieść bardzo mi się spodobała i na pewno sięgnę po kolejne powieści autorki. Mam nadzieję, że nadal będzie pisać fantastykę, bo uważam, że świetnie jej to wyszło w przypadku jej debiutu. 

I na końcu taki nie-do-końca SPOILER: 

Nie, w tej książce nie ma trójkąta miłosnego, wbrew temu co sugeruje opis na okładce. 

I jeszcze tylko jedno, czytajcie „Czas niepogody” bo naprawdę warto.


sobota, 26 grudnia 2020

"Dziewiąty Dom" Leigh Bardugo

 Książki Leigh Bardugo lubię bardzo. I bynajmniej nie za Szóstkę Wron, tylko za


trylogię Grisza i Króla z Bliznami. Za świetnych bohaterów, których potrafi nakreślić w sposób pełnokrwisty i niejednoznaczny. Za Darklinga, Alinę, Mikołaja, Apparata.  Za Zoyę i Mala, których marzę aby ktoś w końcu zamordował…

Gdy zobaczyłam zapowiedź Dziewiątego Domu, zapowiadanego jako powieść dla dorosłego czytelnika, byłam bardzo ciekawa, co tym razem zaprezentuje autorka. Akcja powieści rozgrywa się nie w fantastycznej krainie, ale współcześnie w Yale, a jej bohaterką jest Alex Stern, dziewczyna z wyjątkowymi zdolnościami, która ma za zadanie monitorować magiczne poczynania tajnych stowarzyszeń Yale. Na kampusie dochodzi do okropnej zbrodni i tylko Alex ma wątpliwości co do jej wyjaśnienia. Postanawia zbadać sprawę sama, a wtedy… 

Na początek zacznę od tego, że nie ma co porównywać Dziewiątego domu do innych powieści autorki. To całkiem inna historia ze świeżym pomysłem i świetnym wykonaniem. Nie ma tu również kopii Darklinga (gdzieś na fb już coś takiego czytałam), ani innych bohaterów z wcześniejszych powieści. Wszyscy bohaterowie tej powieści są sobą, nikogo nie udają, nie są kalką innych bohaterów z innych książek Bardugo. A gdy już to z siebie wyrzuciłam (strasznie mnie zdenerwowało to porównanie), to mogę napisać co sądzę o najnowszej powieści autorki. 

Przede wszystkim – świetnie napisana. Język dopasowany do fabuły i bohaterów. Faktycznie jest to książka dla dorosłego czytelnika, a nie tylko udająca taką. Próżno tu szukać sercowych rozterek, wątku miłosnego, wokół którego kręci się wszystko. Główna bohaterka jest postacią niejednoznaczną, ciekawą, doświadczoną przez życie. Bohaterowie drugoplanowi są naprawdę ciekawi i interesujący, a główny wątek kryminalny jest świetnie wpleciony w otoczkę tajnych towarzyszeń parających się magią, często brutalną, mroczną i krwawą. Powiem Wam, że nie spodziewałam się tego. Tzn. wiedziałam mniej więcej o czym będzie książka, ale pani Bardugo udało się mnie zaskoczyć, bo nie przewidziałam w najmniejszym stopniu jak rozwinie się fabuła, w jakim kierunku podąży akcja. 


Dziewiąty Dom czytało mi się wspaniale. Stopniowanie napięcia, kolejne elementy łamigłówki, których nie udało mi się dopasować do całości, żeby odgadnąć kto i dlaczego. Coś tam podejrzewałam, ale totalnie nie w tym kierunku, niż faktycznie wyszło. Dopracowany język, dopieszczona fabuła i bohaterka, którą polubiłam od samego początku. Od pierwszej strony, od pierwszego zdania. Rzadko można trafić na taką postać kobiecą (ciekawe dlaczego dużo rzadziej wkurzają postacie męskie niż żeńskie), która nie denerwuje, nie wkurza, która nie doprowadza do przewracania oczami z irytacji. A tu proszę – pojawia się Alex Stern i pokazuje, że się da i to pokazuje w wielkim stylu. 

Dziewiąty Dom to świetna powieść. I nie piszę tego tylko dlatego, że lubię twórczość pani Bardugo. To jest naprawdę tak dobra książka i niesamowita historia. Jest w niej wiele więcej niż tylko „jakaś tam magia” i wątek kryminalny.  To czego na pewno tu nie znajdziecie, to powielania schematów czy bohaterów, wtórności i pójścia na łatwiznę. Nic w tej powieści nie jest oczywiste, a granica pomiędzy dobrem a złem jest zatarta dość mocno.

Dziewiąty Dom jest świetnym przykładem na to, jak niektórzy pisarze się rozwijają, jak dopracowują swój warsztat i jak płodną mają wyobraźnię. Jeśli nie znacie twórczości Leigh Bardugo, to zachęcam do nadrobienia, tym bardziej, że w kwietniu 2021 Netflix wypuszcza serial na podstawie trylogii Grisza i elementów Szóstki Wron. Zapowiada się świetne widowisko, więc warto wcześniej zapoznać się z książkowym pierwowzorem.




niedziela, 20 grudnia 2020

"Kukułka i wrona"Magdalena Wolff

 „Kukułka i wrona” Magdaleny Wolff, to historia Wreny. Młodej kobiety, która


cudem uniknęła pogromu rodzinnej miejscowości. Ludzie, którym ufała okazali się wrogami, obcy wojowie mordowali jej bliskich. Dziewczyna uciekła do lasu, choć od zawsze była ostrzegana przed duchami, które go zamieszkiwały. Ale tylko tam pozostało jej szukać ratunku. Wrena ucieka więc, a las ją przyjmuje…  

Akcja powieści osadzona jest całkowicie w słowiańskich klimatach. Mamy tu słowiańskich bogów, wierzenia, kulturę. Prócz tego co widzimy na co dzień, mamy tu również magię. Piękną, ale i niebezpieczną magię. Są tu postacie ze słowiańskiej mitologii, o których pewnie nie raz czytaliście. Wszystko to misternie wplecione w tło walki o władzę, spiski, knucia i próby narzucenia nowej wiary w miejsce „starych wierzeń”. Bardzo podobało mi się takie ukazanie tego tematu, tego jak jedna wiara obficie wspierana przez pieniądze i władzę, siłą została narzucona ogółowi. 

Co również zasłużyło u mnie na uznanie, to sposób nakreślenia bohaterów. Bardzo fajnie zostali pokazani czytelnikowi. Nie jako idealni ludzi, ale tacy, którzy się mylą, popełniają błędy, mają normalne ludzkie odczucia jak zazdrość, strach, pożądanie czy zwykła złośliwość. Przez to sama historia była dużo ciekawsza i bardziej wciągająca, bo jej bohaterowie wydawali się tacy prawdziwi, że nie trudno było im kibicować, czy liczyć na ich porażkę. Co ważne, prócz postaci głównych, bardzo fajnie są nakreślone te drugoplanowe. Naprawdę wciągnęłam się w wątki poboczne i przyznam, że śledziłam je z takim samym zainteresowaniem jak ten główny. Ogólnie cała historia mnie oczarowała i jestem pozytywnie zaskoczona jakością tego debiutu. 


Jeśli chodzi o jedyną rzecz do której mam zastrzeżenia, to język. I nie to, że jest zły czy kiepski – bynajmniej. Chodzi o to, że trafiło się kilka momentów, gdy był, że tak to ujmę, za bardzo współczesny. Nie psuje to odbioru, ani nie ma wpływu na samą historię, ale ja to zauważyłam i gdzieś to było dla mnie łyżką dziegciu w całej wielkiej beczce miodu. Żeby było jasne, to nie tak, że cała powieść jest napisana językiem, który odbiega od czasów w jakich rozgrywa się akcja. Absolutnie nie. Ogólnie jest on dopasowany do fabuły. Po prostu pojawia się czasami kilka zwrotów, które są bardzo nam bliskie w sposobie, w jaki wyrażamy się obecnie. 

Jeśli chodzi o styl autorki, to bardzo mi się podobał. Pisze lekko, plastycznie i naprawdę potrafiła odmalować bardzo obrazowo magię i jej działanie. Wciągnęła mnie nie tylko historia Wreny ,ale i pozostałych bohaterów. Byłam zaciekawiona, zaintrygowana i chciała wiedzieć więcej. Z tym ostatnim jednak trochę poczekam, bo „Kukułka i wrona” to dopiero pierwszy tom serii, choć wyjątkowo się tym nie przejmuję, bo tą opowieść dobrze się czyta i chce się więcej tego świata i tych bohaterów. 

Czy polecam powieść? Oczywiście! 

Jeśli lubicie słowiańskie klimaty w fantastyce, to będzie to książka dla Was. A i romantyczne dusze znajdą tu coś dla siebie, ale więcej nic nie napiszę :) Czytajcie „Kukułkę i wronę” bo warto.




środa, 16 grudnia 2020

„Wszystko, co brzydkie i cudowne” Bryn Greenwood

„Wszystko, co brzydkie i cudowne” autorstwa Bryn Greenwood, to 
książka o

której od początku wiedziałam, że porusza temat tabu.  Jest to historia uczucia pomiędzy Wavy i Kellenem.  Ona jest córką ćpunki, alkoholiczki i producenta narkotyków, a przy okazji rozpustnego hulaki.  On jest jednym ze zbirów jej ojca.

Wavy nie ma normalnego dzieciństwa, ma za to lęk przed mówieniem, zaburzenia odżywiania, ciągły strach i konieczność opiekowania się młodszym bratem. Jej początkowa przyjaźń z Kellenem, to wytchnienie od tego co ją otacza. Dwudziestoparoletni mężczyzna pomaga jej, chroni ją, dba żeby jadła, chodziła do szkoły i była bezpieczna. 
Zapytacie, gdzie tu tabu? 
Otóż dlatego, że w momencie gdy Wavy i Kellen się poznają, on ma dwadzieścia parę lat, a ona osiem. 

Zacznę od tego, że książka napisana jest bardzo przystępnym językiem i wg mnie dobrze dobranym do tej historii. Autorka, sama będąc córką prawie całkiem zreformowanego dilera narkotyków (co można przeczytać na skrzydełku książki) potrafiła naprawdę przekonująco przedstawić obraz środowiska, w jakim żyła Wavy.  Powieść rozpoczyna się w latach siedemdziesiątych XX wieku, więc mamy tu środowisko hipisów, rozkwit narko-biznesu i wszelkich możliwych eksperymentów ze środkami odurzającymi.  W tym zdegenerowanym otoczeniu dziewczynka, przez wszystkich uważana za dziwaczkę, jest niezwykle samotna, aż do czasu gdy poznaje Kellena i zaprzyjaźnia się z nim. 
Bo trzeba to podkreślić, początkowe lata znajomości tych dwoje, było naprawdę relacją przyjacielską, a w trosce Kellena o Wavy nie było żadnych podtekstów. 
Wszystko się zmienia gdy dziewczynka ma trzynaście lat i wtedy następuje ta część powieści, która naprawdę może wzbudzić mieszane odczucia, przekonanie, że miłość pomiędzy tą dwójką to jednak coś, co nie powinno się wydarzyć.


Pierwsze skojarzenie to oczywiście Lolita Vladimira Nabokova, ale prócz motywu młodego wieku bohaterki i starszego od niej mężczyzny, są to całkiem inne książki.  Przede wszystkim „Wszystko, co brzydkie i cudowne” to historia wielkiej samotności i uczucia pomimo wszystko. Kellen nie jest również pedofilem, Wavy nie interesuje go tylko, gdy jest dzieckiem, wręcz przeciwnie. A jednak czytając o uczuciu i pożądaniu blisko trzydziestoletniego mężczyzny do prawie czternastolatki, można poczuć wewnętrzny sprzeciw.  I choć wiedziałam, że książka porusza tabu, to jednak ta historia nie jest opowieścią o pedofilu i jego ofierze z syndromem Sztokholmskim. To naprawdę jest opowieść o uczuciu prawdziwym, o miłości szczerej i mimo wszystko dobrej.  To historia samotności, pragnienia bezpieczeństwa i miłości. Wreszcie to historia walki o siebie i to co dla człowieka najważniejsze.

Nie jest łatwo przyjąć do wiadomości i w pełni zrozumieć fakt, że dwudziestoparoletni mężczyzna może szczerze i prawdziwie pokochać trzynastolatkę. Że przyjaźń tak szybko przerodzi się w uczucie, jakie łączy dorosłych ludzi. Że pojawi się również pożądanie i potrzeba fizycznego kontaktu. 
To wszystko sprawia, że coś się w człowieku sprzeciwia, ale jednocześnie sposób w jaki to wszystko opisuje autorka, z jakim szacunkiem dla Wavy, z jakim zrozumieniem dla uczucia pomiędzy bohaterami, sprawia, że naprawdę nie sposób nie kibicować tej parze, nie życzyć im aby życie przestało im dokopywać na każdym kroku. Chce się, aby wszystko poukładało się dobrze, tak jak powinno w normalnych warunkach i przy zdrowych relacjach. 
Co ważne, autorka nie ukrywa, że taki związek nie jest do końca normalną relacją, nie gloryfikuje go, nie ukazuje w sposób sugerujący, że to rzecz normalna. A jednak nie znajdziecie w tej książce jaskrawego potępienia ani Wavy ani Kellena. 
Może właśnie dlatego to powieść budzi sporo kontrowersji.  

Powiem szczerze, że przez całą powieść zastanawiałam się ile w tej historii jest własnych doświadczeń autorki, czy opisywana przez nią opowieść nawiązuje może do tego, co przytrafiło się jej samej. Zaczęłam szukać w internecie czegoś więcej o jej prywatnym życiu i znalazłam dyskusję czytelników z Bryn Greenwood na GD, która rozjaśniła moje domysły. 
Czy polecam „Wszystko, co brzydkie i cudowne”? 
Tak. 
Szczerze mogę tą powieść polecić, bo to naprawdę dobra i poruszająca historia, to opowieść, która burzy spokój, wywołuje masę sprzecznych emocji, by koniec końców pokazać, że nie zawsze wszystko jest tym, na co na pierwszy rzut oka wygląda.

To już kolejna książka od Papierowego Księżyca, która porusza temat tabu, temat kontrowersyjny i taki, który nie da się zaszufladkować, gdy już skończy się czytać.


sobota, 12 grudnia 2020

Co z tą Mercedes Thompson, czyli seria, którą czytam, a na którą się dąsam.

 Seria o Mercedes Thompson. Od początku budzi we mnie spore emocje, co


prawda tom pierwszy i drugi wzbudziły więcej negatywnych niż pozytywnych, ale że „czułam przyciąganie” to sięgnęłam po tom trzeci, który mi się już spodobał. A potem poszło już lawinowo. 

Dziś będzie o tomach 4-7. Po tym jak zakończył się trzeci tom, serio nabrałam chęci na więcej Mercy, więcej Adama i całej reszty. Jeśli chodzi o styl, to przyznaję, z tomu na tom jest zdecydowanie lepiej. I choć ciągłe pisanie o tym samym (np. o zasadach hierarchii wśród wilkołaków, w stadzie itd.) zostało przez autorkę trochę ograniczone, to widocznie nie mogła się powstrzymać i uznała, że skoro ktoś dotarł do siódmego tomu, to jednak trzeba mu choć raz w rozdziale przypomnieć, to co tłumaczyło się od pierwszego tomu non stop. Zastanawia mnie czy to brak wiary w używanie mózgu przez czytelnika, czy jakiś wewnętrzny przymus. Mnie osobiście to irytowało, bo ileż można czytać o tych samych informacjach. Straciłam nadzieję, że w kolejnych tomach będzie lepiej pod tym względem i pogodziłam się z tym. Zwyczajnie omijam już kolejne tłumaczenie tego samego i idę dalej. 

Same główne wątki w każdym tomie były fajnie, choć ten z siódmego jakoś tak mnie trochę rozczarował. Nie to, że był gorszy, tylko sama nie wiem, jakoś tak chaotycznie poprowadzony. Nie wiem czy to „zasługa” autorki, czy tłumaczenia, ale ten tom czytało mi się gorzej niż wcześniejsze. Na pewno jest zauważalna różnica w tłumaczeniu, bo tom 4 i 5 tłumaczył ktoś inny niż 6 i 7. I może to o to chodzi? Przyznaję, że zdecydowanie lepiej czytało mi się Mercy w tłumaczeniu pani Dominiki Schimscheiner. 

Tom 4 – Znak kości.

Podobał mi się ten tom mocno. Widać w nim pokłosie wydarzeń z trzeciego tomu i to, że rany Mercy są wciąż świeże i bolą. Podoba mi się rozwój jej relacji z Adamem i akcja z wampirami. Czytało mi się ten tom naprawdę dobrze, a dodatkowym plusem jest totalny zanik miłosnego trójkąta, co było dla mnie jak balsam na duszę. Po czwartym tomie od razu sięgnęłam po kolejny, wkręciłam się na maxa. 

Tom 5 –Zrodzony ze srebra

Świetna akcja, niesamowite wydarzenia, z humorem i ciekawą tajemnicą do rozwikłania. Do tego miłosne relacje Mercy nabierają rumieńców i stają się takie poważniejsze.  Bardzo podobał mi się ten tom i to chyba jak na razie mój ulubiony, choć oczywiście i on nie jest bez wad. Mimo wszystko po przeczytaniu tej części nabrałam jeszcze większej chęci na kolejne. 

Tom 6 – Piętno rzeki.

Po pierwsze, zmiana tłumacza i od razu coś mi zazgrzytało. Przyzwyczaiłam się do tłumaczeń poprzedniej tłumaczki i teraz coś mnie uwierało podczas czytania. Nie zrozumcie mnie źle, książka jest dobrze tłumaczona, wszystko jest jak trzeba. A jednak czuć trochę zmianę stylu. Mimo wszystko ta część naprawdę mi się podobała, wsiąkłam w tajemnicę, byłam niesamowicie ciekawa co tam się wydarzy, jaka jest zagdaka pochodzenia Mercy i… no właśnie. Nic więcej nie mogę napisać, bo poczęstuję Was spoilerem, a tego bardzo nie lubię. Powiem tylko, że tom szósty jest tak samo dobry jak piąty i tylko zaostrzał apetyt na kolejne części. 

Tom 7 – Żar mrozu

Po fajnych tomach 4-6, byłam pewna, że teraz może być już tylko lepiej… i się zawiodłam. Siódma część przygód Mercy niby jest tak samo zbudowana jak poprzednie, jest akcja, jest tajemnica, są wątki poboczne. Ale czegoś mi w tej części zabrakło. I najgorsze, że sama nie wiem czego. To nie tak, że książka mi się totalnie nie spodobała. Podobała mi się, ale jakoś tak bez emocji przeszła, bez ekscytacji, bez tego napięcia w stylu „o rany, co to będzie”. Początek mocno mnie wkręcił, ale gdzieś po 1/3 czułam jakby zeszło powietrze i czytało mi się już tylko poprawnie.


Czy w związku z tym mam zamiar porzucić serię?
Nie!
Mimo, że to nie jest najlepsze urban fantasy, które czytałam, to jednak spodobała mi się w jakiś sposób ta seria, mam chęć na kolejne tomy. Tylko chyba sobie na razie od niej odpocznę, zapomnę co mnie irytowało, co mogło być lepsze, a nie było i wtedy sięgnę po tom ósmy.  

Czy polecam ten cykl?

W sumie sama nie wiem. Uważam, że warto spróbować i ocenić samemu. Ja wciąż, pomimo dobrnięcia do siódmego tomu mam często mieszane uczucia względem tej serii, ale nie ma co kryć, dałam się jej wciągnąć i na pewno doczytam do końca.


środa, 2 grudnia 2020

"Zjadaczka grzechów" Megan Campisi

 Czy może być kara gorsza od śmierci?


Może.

Można zostać skazanym na pełnienie posługi Zjadaczki grzechów. Kobiety wyklętej, na którą nikt nie może patrzeć, nikt z nią nie może rozmawiać. Jest skazana na samotność, a ludzie mimo, że jej potrzebują, gardzą nią i się jej boją. Taki los spotkał 14 letnią May, dziewczynkę, która ukradła bochenek chleba. Skazana na zostanie zjadaczką grzechów, kobietę, która przyjmuje na siebie grzechy umierających, naznaczona piętnem, wplątana w spisek. 

„Zjadaczka grzechów” Megan Campisi, to książka, którą zapragnęłam przeczytać, gdy tylko zobaczyłam ją w zapowiedziach. Powieść niewątpliwie historyczna z ciekawym wątkiem zjadaczek grzechów, które podobno istniały naprawdę. Zabrałam się za czytanie niedługo po tym jak dotarła paczka i…utknęłam. Książka trafiła u mnie chyba na niesprzyjający czas. Miałam czytelniczą niemoc, wszystko co brałam do czytania, po kilku rozdziałach odkładałam. Nie potrafiłam się wciągną w żadną historię. I wtedy zaczęłam czytać opowieść o May. Jeśli sądzicie, że ta książka przełamała moją niemoc, to muszę Was rozczarować – wcale tak nie było. Męczyłam się z tą 332 stronicową powieścią ponad tydzień. I nie dlatego, że to zła książka, tylko dlatego, że to był kiepski czas. 

Czy w takim razie mogę ocenić powieść? Uważam, że tak. I postaram się być jak najbardziej obiektywna w mojej ocenie. Po pierwsze język. Autorka posługuje się naprawdę pięknym językiem, ma dopracowany styl, potrafi obrazowo opisywać otaczającą bohaterkę rzeczywistość. A ta jest wyjątkowo brudna, pełna przemocy, żeby nie powiedzieć parszywa i upadlająca. Megan Campisi potrafiła wspaniale odmalować realia życia w XVI wiecznej Anglii. 

Fabuła jest interesująca i potrafi wciągnąć. Zwłaszcza druga część powieści sprawiała, że chciałam się dowiedzieć co będzie dalej, jak to wszystko się zakończy. Mimo, że miałam trudności w skupieniu się na akcji, to nie umknął mi nawet najdrobniejszy szczegół, żaden wątek nie został pominięty. Wszystko w tej powieści układa się w logiczny ciąg przyczynowo – skutkowy, doprowadzając czytelnika do naprawdę dobrego finału. Tło polityczno-religijno-społeczne jest świetnie przedstawione. Również nakreśleniu bohaterów, oddaniu ich charakterów nie mogę nic zarzucić. Udało mi się dobrze poznać May i zrozumieć jej postępowanie i decyzje. To wszystko składa się na naprawdę intrygującą powieść i w dodatku dobrze napisaną.


I choć ciężko mi się czytało (ale to jak każdą powieść w tamtym czasie), to nie chciałam książki odkładać, parłam do przodu, ciekawa co będzie dalej. W końcu gdy skończyłam Zjadaczkę grzechów poczułam ulgę. I znów, nie dlatego, że uporałam się ze złą książką, tylko dlatego, że cieszyłam się, że nie odpuściłam. Bo to naprawdę dobra powieść, choć uważam, że częste określanie jej jako mrocznej nie jest zbyt trafione. Książka wg mnie nie jest mroczna, choć jej klimat jest ciężki i często brutalny, bywa również brudny, a opisywane w książce wydarzenia nierzadko urągały godności człowieka. Ale niewątpliwie to były takie czasy i autorka postarała się, aby dobrze oddać ich klimat. 

Czy polecam Zjadaczkę grzechów? 

Tak. Mimo trudności, jaką sprawiło mi jej czytanie, książkę oceniam pozytywnie. To naprawdę ciekawa lektura i niesztampowa fabuła okraszona świetnie odmalowanym tłem polityczno-religijno-społecznym. Nic w tej powieści nie jest oczywiste i jednoznaczne, a świat widziany oczami May potrafił wciągnąć i nie puszczać do ostatniej strony.


niedziela, 22 listopada 2020

"Zabójczy kusiciel" Kristen Ashley

 „Zabójczy kusiciel” to czwarty tom serii Rock Chick autorstwa Kristen Ashley. 

W tym tomie poznajemy przygody Jules Lawler, pracownicy socjalnej, która postanawia pomagać dzieciakom z azylu dla dzieci w niecodzienny sposób – walcząc na ulicy z dilerami narkotyków. Podczas jednej z jej akcji, na jej drodze staje Vance Crowe, który jest członkiem zespołu detektywistycznego Nightingale Investigations. Seksowny, mądry, rdzenny Amerykanin nie spocznie póki nie zapewni ochrony Jules i… nie rozkocha jej w sobie całkowicie. Ich miłosne zmagania rozpoczynają się z przytupem i takie będą do samego końca tej powieści. 

Powiedzieć, że lubię serię Rock Chick, to jak nie powiedzieć nic. Uwielbiam te pełne humoru, miłości, pikanterii i szalonych przygód książki, które w dodatku są świetnie napisane. Oczywiście każdy z bohaterów jest mega seksowny, mega przystojny, mega twardzielem i każda kobieta oddałaby nie tylko nerkę i wątrobę, aby znaleźć się w ich ramionach. A każda bohaterka jest piękna, choć każda na swój sposób, maja charakter, wartości i cały ogrom dobrego serca. Każdy w tej powieści dba o swoich przyjaciół i rodzinę, a absurdalne wręcz wybryki rockowych lasek są traktowane przez tych boskich twardzieli z pełnym pogodzenia się z sytuacją westchnieniem. Ale mimo, że człowiek czytając wie, że no cóż, to mega podkoloryzowana fikcja, to jednak czyta się te książki tak dobrze, bawi się przy nich tak wspaniale, że nie ważne jest, że to fizycznie niemożliwe, żeby tyle bogów seksu i obłędnie przystojnych facetów zebrało się w jednym miejscu. To nie jest ważne w najmniejszym stopniu, bo czasem chce się przeczytać o pięknych kobietach i wspaniałych facetach, którzy zakochują się w sobie, a po drodze do happy endu przytrafi się im masa niesamowitych i wywołujących wybuchy śmiechu przygód. 


Jeśli chodzi o bohaterów tego tomu, to Vance zdecydowanie jest moim ulubieńcem. Prócz Lee, to właśnie jego polubiłam najbardziej i byłam ciekawa jaka kobieta skradnie mu serce. Trafiło na Jules, która początkowo trochę mnie irytowała, ale z biegiem czasu przekonałam się do niej i mocno kibicowałam jej związkowi z Vancem. Oczywiście ich związek pełen był namiętności, szalonych emocji i miłości, do tego kryminalna otoczka i cała gama postaci pojawiających się w tej serii od samego początku. I choć przy czwartym tomie już wiadomo było czego się tu można spodziewać, to nie jest to bynajmniej wadą, bo autorka potrafi stworzyć tak szalone akcje, tak pełne chemii interakcje pomiędzy bohaterami i tak chwytającą za serce otoczkę przyjaźni i wspólnoty pomiędzy wszystkimi postaciami, że książkę czyta się z zapartym tchem i chce się tylko więcej i więcej.

W tym tomie robi się też trochę poważniej, pojawia się ukłucie niepewności co do losów bohaterów i niepokój, czy aby tym razem coś nie pójdzie nie tak, jak byśmy chcieli. Naprawdę było kilka momentów, że oczy mi lekko się zaszkliły ze wzruszenia, a nie tylko ze śmiechu. I powiem Wam, że ten tom jest naprawdę dobry, zdecydowanie trzyma poziom swoich poprzedniczek, a poprzeczkę autorka postawiła sobie bardzo wysoko. 

Jaki jest „Zabójczy kusiciel”?

Tak samo jak poprzednie tomy – świetny!

Dobrze napisany, z ciekawie rozpisaną akcją i dużą dawką poczucia humoru. Miłość i seks idą tu ze sobą w parze, ale niczego nie jest ani za dużo, ani za mało. Nie ma przesady, jest za to pokazana więź pomiędzy przyjaciółmi i wsparcie jakie sobie oferują. Jest tu przyjaźń i niezależnie od tego czy ktoś jest po dobrej czy złej „stronie mocy”, nikt nie porzuci przyjaciół i bliskich, gdy ci potrzebują pomocy. Niecierpliwie czekam na kolejny tom tej serii, bo od dawna nie trafiłam na tak dobre powieści z tego gatunku i chcę ich więcej, zwłaszcza, że jeszcze sporo przystojniaków czeka na swoją kolej i kobietę swojego życia.

Polecam!



wtorek, 17 listopada 2020

"Sekret Xeina" Laura Gallego. Drugi tom trylogii Strażnicy Cytadeli

 „Strażnicy Cytadeli. Sekret Xeina” to druga część niecierpliwie wyczekiwanej


przez mnie kontynuacji Księgi Axlin. Pierwszy tom totalnie mnie oczarował. W odrobinę baśniowym stylu, powieść ta zawróciła mi w głowie. Dlatego ciut się obawiałam, czy tom drugi spełni moje oczekiwania i wysoko postawioną przez autorkę poprzeczkę. 

O fabule nie za bardzo można pisać, bo jeśli ktoś nie czytał pierwszego tomu, to miałby tu spoiler za spoilerem. Ograniczę się tylko do tego, że drugi tom jest bezpośrednią kontynuacją pierwszego i praktycznie w całości rozgrywa się w Cytadeli. Na karty powieści powracają dobrze nam już znane z pierwszej części postacie, ale pojawi się też kilka nowych, które wprowadzą trochę zamieszania w fabułę. Przepadłam w tej opowieści już od pierwszych stron i z jednej strony gnałam do przodu ciekawa tego co się wydarzy, z drugiej starałam się zwolnić, aby jak najdłużej pozostać w świecie, który wykreowała dla nas Laura Gallego.

Książka jest pięknie napisana, lekko, plastycznie, obrazowo. Utrzymana w odrobinę baśniowym klimacie zachwyca subtelnością, brakiem wulgarności, pięknem uczuć i emocji i obrazem silnej kobiety, która potrafi walczyć o to co kocha i w co wierzy. Każda kolejna strona oczarowywała mnie coraz bardziej, a gdy już myślałam, że wiem wszystko i niczym mniej już autorka nie zaskoczy, że odgadłam na czym będzie się koncentrować fabuła – dostałam pstryczka w nos i okazało się, że tak bardzo się mylę. I wiecie co? Ja się niesamowicie cieszę, że się pomyliłam, bo to co sobie wyobrażałam nijak się ma do tego, co zaserwowała mi pisarka. 

„Najgorsze potwory to te, których nie widać”

Jeśli czytaliście tom pierwszy, to wiecie, że to właśnie potwory determinują całą egzystencję ludzi, że to walka z nimi określa Strażników, że to możliwość obrony ludzi przed nimi jest dla nich priorytetem. I w drugim tomie się to nie zmienia, potwory są, niezmiennie są śmiertelnie niebezpiecznie. Ale nie tylko z nimi przyjdzie się zmierzyć bohaterom. I uwierzcie, nawet się nie domyślacie, co w tym tomie się wydarzy. 


Akcja jest dynamiczna, ale jednocześnie taka…soczysta. Autorka nie skupia się tylko na tym, aby wydarzenie goniło wydarzenie, ale pozwala czytelnikowi śledzić to co dzieje się w uczuciach bohaterów, jak wydarzenia, których stają się uczestnikami zmieniają ich, naznaczają. Pokazuje, że nie wszystko jest takie jak się mogło wydawać, a odkrywanie przez bohaterów skrzętnie skrywanych tajemnic jest niesamowicie fascynujące i zaskakujące. 

Książka ma – jak już pisałam kilka razy - wyjątkowy klimat, odrobinę baśniowy. Gdybym miała Sekret Xeina porównać do innej książki, to może do Wybranej Naomi Novik. To podobny klimat, tak samo piękny język i subtelność, która oczarowuje. Jestem pewna, że duża tu zasługa tłumacza, którym w tym przypadku jest Karolina Jaszecka, która wspaniale oddała sposób pisania hiszpańskich autorów. Nie spodziewałam się, że druga część będzie aż tak dobra i że zachwyci mnie bardziej niż tom pierwszy, a jednak! „Sekret Xeina” to cudowna lektura, wspaniała historia i niesamowicie pięknie napisana opowieść. Tom trzeci ma przed sobą nie lada wyzwanie, ale patrząc na zakończenie drugiej części, jestem przekonana, że może być tylko lepiej. 

Więc jeśli jeszcze nie znacie tego cyklu, to gorąco Was zachęcam do sięgnięcia po te wyjątkowe i piękne książki.

Polecam.


wtorek, 10 listopada 2020

"Niegrzeczny manager" Kristen Callihan

Gabriel Scott, manager największej rockowej kapeli na świecie. Przez wszystkich nazywany Scottie.


Obłędnie przystojny, seksowny i… zimny jak lód. Trzymający wszystkich na dystans. Aż pewnego dnia, na wykupionym przez niego miejscu w samolocie obsługa sadza trajkoczącą, pyskatą Sophie Darling, która leci do Londynu na rozmowę o pracę. Oboje nie zdają sobie sprawy, że jej pracodawcą ma się stać nie kto inny jak Scottie. Są różni jak ogień i woda, a jednak ciągnie ich do siebie. Jakie będzie ich zdziwienie, gdy zorientują się kim są w rzeczywistości. 

Serię VIP zapoczątkowała powieść o wokaliście zespołu, którego managerem jest Scottie. Podobała mi się, była wyważona, pikantna, dobrze napisana, pełna emocji. Byłam przekonana, że drugi tom będzie opowiadał historię kolejnego członka zespołu, dlatego zdziwiłam się, że autorka sięgnęła po postać Gabriela Scotta. I wiecie co? Ucieszyłam się, bo ta postać spodobała mi się od samego początku. Akcja „Niegrzecznego managera” od samego początku jest wyjątkowo dynamiczna i wciągająca. Poznajemy Sophię i od razu muszę to napisać, uwielbiam tą bohaterkę. Początkowo, czytając opis książki mocno się obawiałam, że okaże się ona kolejna pyskatą i arogancką laską, która będzie mnie denerwować swoim zachowaniem i butą. Ale gdy tylko zaczęłam ją poznawać moje obawy rozwiały się całkowicie! To świetna postać, zabawna, z poczuciem humoru, inteligentna, dobra i nie ma w niej ani odrobiny infantylności czy arogancji. Potrafi się przyznać do błędu i walczyć o to co kocha. Gabriela Scotta polubiłam już w pierwszym tomie. Chłodny, zdystansowany, ostrożny. W głębi serca jednak złakniony bliskości, miłości i przyjaźni. Czułam, że jego chłód i dystans z czegoś wynika i byłam ciekawa jak to ukaże autorka. 


Jeśli chodzi o rozwój uczucia pomiędzy parą głównych bohaterów, to jestem więcej niż usatysfakcjonowania. Jest pomiędzy nimi przyjaźń, jest rodząca się miłość, jest bliskość no i oczywiście jest niesamowita chemia. Iskrzy między nimi okrutnie, ale wbrew podejrzeniom, ich związek to nie jedynie namiętność. Jest fajnie pokazane rozwijanie się ich relacji, narodziny miłości, tworzenie się bliskości i zaufania. Prócz tego książka skrzy od humoru, który wyjątkowo mi się podobał. Jest naprawdę zabawnie i pod tym względem tom drugi bije pierwszy na głowę. Do tego pojawiają się wszyscy bohaterowie z pierwszej części, którzy odgrywają i tu ważną rolę.  Jest pikantnie, jest zabawnie, ale i wzruszająco. Autorka potrafi tak opisywać pikantne sceny, aby nie przegiąć z dosadnością, aby nie było wulgarnie i prostacko. Nie ma też przesytu scenami seksu, bo książka nie jest nimi naszpikowana, choć Kristen Callihan od nich nie stroni. Wszystko w tej powieści jest dobrane w idealnych proporcjach, a całość łączy się w naprawdę świetną opowieść. 

Jeśli mam być szczera, to „Niegrzeczny manager” podobała mi się zdecydowanie bardziej niż jej poprzedniczka, a sądziłam, że to nie będzie możliwe. Teraz pani Callihan ma wysoko postawioną poprzeczkę i jestem ogromnie ciekawa jak sobie z tym wyzwaniem poradzi. Czekam niecierpliwie na trzeci tom serii VIP, a Wam szczerze i gorąco polecam tą książkę. Jest świetna!


wtorek, 3 listopada 2020

"Nas dwoje" Holly Miller

 Joel obiecał sobie, że nigdy się nie zakocha i od tego czasu jest singlem. Ma pewien dar, który sprawia,


że mężczyzna ze wszystkich sił unika głębszych uczuć.  Do czasu aż na swojej drodze spotyka Callie, trzydziestoletnią kobietę, która zawładnie jego sercem i duszą. Która wypełni jego samotny świat swoją cudowną obecnością. Mimo, że od razu zapalają do siebie uczuciem, a ich historia dopiero się zaczyna, Joel już wie, jak ona się zakończy…

Gdy zaczynałam czytać „Nas dwoje” spodziewałam się pewnej konkretnej historii. I jakie było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że moje przewidywania totalnie się rozminęły z tym, o czym napisała autorka. Zacznę od bohaterów, bo to dla mnie był mocny punkt tej powieści. Po pierwsze byli dla mnie niesamowicie wiarygodni i tacy prawdziwi. Widziałam ich charaktery, poznałam ich osobowość, znałam ich słabości i siłę. Miałam możliwość poznać ich uczucia, miłość jaką dzielili, radości i złamane serca. Niecierpliwie chciałam poznać ich losy i zobaczyć, czy ta historia zakończy się happy endem. O tym czy tak się stało, będziecie musieli się dowiedzieć sami, bo tego oczywiście nie zdradzę. 


Jeśli chodzi o fabułę, to byłam nią zaskoczona i chwilami miałam chęć wykrzyczeć autorce prosto w twarz, że nie tego się spodziewałam i nie tego oczekiwałam. Że to nie tak miało być! A jednak to jak pokierowała rozwojem fabuły  Holly Miller idealnie oddało sedno tej powieści, czyli opowieść o prawdziwej i bezinteresownej miłości. O uczuciu tak silnym i wielkim, że dobro osoby, którą się kocha, stało wyżej niż wszystko inne w życiu, łącznie z poświęceniem wszystkiego, aby tylko ukochana osoba była szczęśliwa. Targały mną sprzeczne emocje, bo z niektórymi decyzjami bohaterów nie potrafiłam się pogodzić, niektóre sprawiały, że płakałam razem z nimi, a mimo to uważam, że wszystko w tej powieści jest na swoim miejscu i tak jak być powinno. Czułam emocje, które chciała mi pokazać autorka, a już zakończenie totalnie mnie rozwaliło i wycisnęło łzy, bo powiem Wam, że to jedno z piękniejszych zakończeń jakie dane mi było przeczytać.  

Kolejnym mega plusem jest język jakim posługuje się autorka i jej lekki, plastyczny i soczysty język. Holly Miller pisze o uczuciach z pewną subtelnością, bez zbędnej wulgarności, a fizyczną miłość opisuje pięknie, subtelnie, w sposób poruszający. Naprawdę próżno tu szukać ordynarności w opisach seksu, jest za to cała masa uczuć, a Joel i Callie się ze sobą kochają, nie tylko zaspokajają pożądanie. Było to dla mnie ogromnie cenne, bo ta książka jest tak po prostu piękna i aż trudno uwierzyć, że to debiut. „Nas dwoje” to naprawdę poruszająca i pięknie napisana opowieść o niesamowitej miłości, przeznaczeniu i poświęceniu dla miłości. Szczerze polecam, to jedan z lepszych książek jakie czytałam w tym roku.



środa, 28 października 2020

Moje pierwsze guilty pleasure, czyli seria o Mercedes Thompson tom 2 - 3. Patricia Briggs

 Jakiś czas temu postanowiłam zapoznać się z bardzo popularną serią urban fantasy autorstwa Patricii


Briggs, czyli Mercedes Thompson. Mimo dobrego nastawienia, pierwszy tom trochę mnie rozczarował, z jednej strony całkiem dobrze napisany, z drugiej ma wg mnie sporo wad. Ale, że wiedziona swoimi szaleństwami zakupiłam całą serię i mam ją na półce – postanowiłam za jakiś czas sięgnąć po drugi tom i zobaczyć, czy dalej będzie lepiej. I tak zawzięłam się i sięgnęłam po drugą część serii „Więzy krwi”. Książka napisana jest tym samym językiem co pierwsza część i przyznaję, lekki i swobodny styl sprawia, że czyta się ją w ekspresowo. Nietrudno też zostać zaciekawionym intrygą i zagadką, którą musi rozwikłać Mercy. Kobieta oczywiście pcha się tam, gdzie największe kłopoty, a dookoła niej krąży dwóch samców alfa, i każdy jest dla niej ważny. Liczyłam, że już w tym tomie zniknie trójkąt miłosny, ale się rozczarowałam. Pozostał i miał się dobrze aż do trzeciej części (o której będzie poniżej). I to był dla mnie największy minus tego tomu, bo ja serio nie cierpię trójkątów miłosnych z mocą tysiąca słońc. Poza tym to ciągłe powtarzanie informacji już raz podanych  w pierwszej części było dla mnie irytujące, jakby autorka nie wierzyła, że jej czytelniczki mogą być inteligentne i załapać o co chodzi już za pierwszym razem.  Mimo to sama fabuła mnie zainteresowała i naprawdę się w nią wciągnęłam, zwłaszcza że w tej części to wampiry dostały plamę pierwszeństwa, a wilkołaki zeszły na dalszy plan. Oczywiście mamy tu sercowe rozterki, ale na szczęście (w związku z tym nieszczęsnym trójkątem) nie było ich aż tak wiele. Książkę pochłonęłam w dwa dni i mimo, że fabuła mi się spodobała, byłam zaciekawiona i podoba mi się lekki styl i plastyczny język autorki, to jednak „Więzy krwi” nie zmieniła mojego zdania o tej serii. I pewnie nie sięgnęłabym po tom trzeci… gdyby nie niemoc czytelnicza i chęć przeczytania jakiegoś „odmóżdżacza”.


I tak zaczęłam czytać trzeci tom serii, czyli „Pocałunek żelaza”. 

Niby byłam już przekonana, że wiem czego się mogę spodziewać i przyznaję, że przez większość książki tak było, ale gdzieś po 2/3 coś się zaczęło zmieniać. Żeby nie było, ogólnie moja ocena pozostaje taka sama, lekkie, chwilami niedopracowane urban fantasy, z denerwującymi elementami, które autorka nadal stosowała w tym tomie. Wciąż powtarzające się opowiadanie o dominacji samców alfa, o uległości i tym jak należy się wobec nich zachowywać. Do tego ten nieszczęsny trójkąt miłosny, który w tym tomie zyskał na znaczeniu, co mnie osobiście strasznie denerwowało. Mercy wciąż rozmyślała nad swoimi dylematami związanymi z sercowymi wyborami i ich konsekwencjami. Wszystko to podane w lekkim sosie niewymagającej opowieści, choć przyznaję, że tym razem sprawa, w którą zaangażowała się Mercy wyjątkowo mnie zaciekawiła. I czytałam sobie tą książkę, aż gdzieś pod koniec zaczęło się robić poważniej, aż zrobiło się mega poważnie, a to za sprawą wydarzeń, które opisała Briggs i które stały się udziałem Mercy. Przyznaję, nie tego się spodziewałam i zrobiło to na mnie pewne wrażenie. Sposób ukazanie pewnych wydarzeń i ich konsekwencje sprawiły, że bardziej przychylnie spojrzałam na ten tom. I choć finał trzeciego tomu już naprawdę mi się spodobał, to moja ocena nadal pozostaje niezmienna, choć teraz już mam chęć na kolejne tomy i kolejne przygody Mercy. W taki oto sposób znalazłam swoje pierwsze guilty pleasure wśród książek. Bo niby ma wady, które ja widzę, niby są elementy, które mnie wkurzają, a jednak mam chęć na kolejne tomy i na pewno po nie sięgnę.