niedziela, 21 lipca 2019

„Milion nowych chwil” Katherine Center

Margaret ma wszystko o czym mogła marzyć, wspaniałego narzeczonego, urodę, perspektywę
świetnie płatnej pracy.
Są walentynki, a ona spodziewa się, że właśnie w tym dniu otrzyma od Chipa pierścionek zaręczynowy.
I faktycznie tak się dzieje, młoda kobieta zostaje przez narzeczonego zabrana na lot samolotem, podczas którego ten jej się oświadcza. A niedługo potem dochodzi do wypadku, z którego on wychodzi bez szwanku, a Margaret odnosi bardzo poważne obrażenia.
Całe jej dotychczasowe życie zmienia się o 180 stopni. I to w sposób, którego nie życzy się nawet najgorszemu wrogowi.

„Milion nowych chwil” Katherine Center, to pierwsza powieść autorki wydana na naszym rynku.
Na okładce możemy przeczytać, że to piękna i pełna mocy powieść o przetrwaniu. I wiecie co? Ja się z tym całkowicie zgadzam.
Autorka wprowadza czytelnika w świat głównej bohaterki, pokazuje świetlaną wizję jej przyszłości i cudowną teraźniejszość. Tym większy pojawia się smutek, gdy to wszystko zostaje przekreślone przez wypadek samolotowy.
Bez problemu mogłam się wczuć w sytuację Margaret, zrozumieć ją, poznać jej odczucia, myśli, być z nią w tych najgorszych dla niej chwilach. Autorka zastosowała narrację pierwszoosobową i choć ja za taką nie przepadam, to w tym przypadku idealnie się ona sprawdziła.

Katherine Center pisze bardzo obrazowo i plastycznie. Ma lekki styl, dobre pióro i sprawnie posługuje się humorem, którego nie zabrakło w tej powieści.
Mimo, że tematyka książki jest z gatunku tych ciężkich, to jednak autorka nie przygniata czytelnika dramatami ponad ludzką wytrzymałość, ale w sposób bardzo przekonywujący opisuje zmagania głównej bohaterki z wydarzeniami, które zmieniły jej życie.
Pokazuje jak Margaret walczy o swoją sprawność, o rozpoczęcie życia od nowa i popchnięcie go na pozytywne tory.
Oczywiście nie zabrakło w tej powieści wątku romantycznego.
Jest i staje się dość ważnym elementem fabuły. Ale bez obawy, to nie jest typowy romans, gdzie nawet najgorsze dramaty muszą skończyć się spektakularnym happy endem.
Historia, która opowiada Katherine Center jest bardzo wiarygodna, bez trudu można uwierzyć, że wydarzyła się naprawdę. Dodatkowo, prócz zmagań Margaret z niepełnosprawnością i wątkiem romantycznym, autorka porusza temat skomplikowanych relacji rodzinnych, drogi do wyjawienia prawdy i przebaczenia.
Wszystko to składa się na powieść, która z jednej strony traktuje o trudnych sprawach, z drugiej poprzez niewymuszony humor przełamuje te dramatyczne wydarzenia i sprawia, że czytelnik wraz z główną bohaterką nie tracą całkowicie nadziei na to, że jednak życie Margaret znów wskoczy na pozytywne tory. Mimo smutku, cierpienia i chwil zwątpienia, kobieta się nie poddaje i stara się odnaleźć swoją drogę.


 „Milion nowych chwil” to książka, co do której nie trudno mi było przewidzieć niektóre wydarzenia, choć kilka razy dałam się zaskoczyć.
Ale nawet ta pewna przewidywalność nie odebrała mi przyjemności z lektury i śledzenia poczynań Margaret.
To bardzo dobra powieść, które potrafi ogrzać serce każdego sceptyka ciepłem wiary we własne możliwości i przekonaniem, że każdą trudność da się pokonać. Pokazuje, że należy cieszyć się każdą szczęśliwą chwilą w życiu i doceniać to co od niego dostajemy.
I mimo, że nie jest to nic odkrywczego, to jednak podane przez Katherine Center jakoś tak do mnie przemówiło, wzruszyło i sprawiło, że z większym optymizmem spojrzałam na otaczający mnie świat.

„Milion nowych chwil” to książka udana, wciągająca, pełna różnych emocji ze szczyptą miłości, która potrafi rozświetlić życie milionem barw.
Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona lekturą i chętnie sięgnę po kolejne książki autorki.
Polecam.


wtorek, 16 lipca 2019

"SI" Stepan Wartanow

SI (sztuczna inteligencja) to cztery opancerzone jednostki, które postanawiają uciec z poligonu 
wojskowego, wpaść w długi sen i obudzić się w niedalekiej przyszłości.
Co zadziwiające, udaje im się to i po dziesięciu latach snu, cztery maszyny aby przetrwać, muszą jednocześnie się ukryć, zmieszać z tłumem, znaleźć schronienie, ale takie, żeby było w nim trochę ludzi.
Po co im ludzie? Ano po to, aby się od nich nauczyć jak być człowiekiem. Trochę trudne zadanie w przypadku uzbrojonych w laser, maskowanie i inne cuda techniki jednostek na gąsienicach.
Zrządzeniem losu trafiają do cyberpunka Boba, a to spotkanie odmieni życie wszystkich zainteresowanych, nie tylko SI.

Stepan Wartanow urodził się w Moskwie i dopiero w  1994 roku emigrował do Kanady.
„SI” to moje pierwsze spotkanie z jego twórczością i przyznaję, skusiło mnie jego rosyjskie pochodzenie. Bo jak już wiele razy pisałam, uwielbiam literaturę rosyjskojęzycznych pisarzy. Ten niepodrabialny klimat, melancholia i poczucie humoru zawsze działają na moją wyobraźnię i emocje.
Nie inaczej było w tym przypadku.

Książka aż skrzy się od sarkazmu, ironii i humoru. Autor prócz tytułowej czwórki SI pokazuje jeszcze sporą gromadę innych bohaterów.
Jest ich dużo, jedni odgrywają ważniejszą inni mniej ważną rolę, ale każdy w fabule coś znaczy.
Mimo, że tych postaci jest naprawę sporo, to czytając „SI” nie gubiłam się, nie miałam problemów żeby zapamiętać kto jest kto i co znaczy w tej historii.
A ta jest wyjątkowo wielowątkowa i chwilami zakręcona.
Autor miesza ze sobą kilka różnych wątków, ale bez obaw, nie pogubicie się w nich. Każdy również doczekuje się solidnego ukazania i nakreślenia.
Dodatkowo sporo jest w powieści dygresji z rozmyślaniami autora, ale są one podane w tak fantastyczny, lekki i zabawny sposób, że czyta się je z przyjemnością.

Książka jest napakowana humorem, bywało, że śmiałam się w głos, czytając o kolejnych wybrykach SI które uczyły się życia. Przygody, które im się przytrafiały, były chwilami tak absurdalne, że aż zachwycające.
Ich próby zrozumienia ludzi i ich postępowania bawiły mnie do łez, chwilami rozczulały, intrygowały.
Akcja galopowała do przodu, jak żądne przygody SI i nie zwalniała ani na chwilę. A lekki i bardzo przyjemny styl autora sprawiał, że czytanie powieści to była czysta przyjemność.
Do tego Wartanow ma talent do plastycznych i obrazowych opisów, więc bez trudu wyobrażałam sobie wszystkie sytuacje, w które wpakowały się SI.

Mimo sporej dawki humoru, gdzieś w trakcie lektury zaczęłam zauważać jej drugie dno.
Autor sprytnie je przykrył zabawnymi sytuacjami, ale czym dłużej czytałam, tym bardziej je widziałam.
Zadał pytanie, co to znaczy być człowiekiem, jaki jest sens naszego istnienia. Zrobił to subtelnie, ale w pewnej chwili autentycznie miałam łzy w oczach, gdy czytałam o tym do jakich wniosków doszedł jeden z SI.
Ciekawie ukazał również międzynarodowe stosunki, zależności geopolityczne, nie ukrywał pewnej dozy szyderstwa skierowanego na największe mocarstwa naszego świata.

I gdy odkrywałam drugie dno tej powieści, zrozumiałam, że to wcale nie jest jedynie lekka i zabawna historyjka z gatunku science fiction, ale poważna lektura i celne spostrzeżenia na temat otaczającego nas świata.
Pod płaszczykiem humoru i żartobliwości, autor sprytnie ukrył poważne tematy, zmusił mnie do ich przemyślenia, refleksji i zastanowienia się, co znaczy dla mnie być człowiekiem i czy robię ze swoim życiem to co chcę, czy to co muszę.

„SI” Stepana Wartanowa to wg mnie świetna książka, które jednak nie każdemu przypadnie do gustu. Uważam jednak, że warto po nią sięgnąć, warto dać się porwać tej momentami szalonej opowieści i odkryć, co autor chciał czytelnikowi przekazać.
Mnie Stepan Wartanow kupił, sięgnę po każdą jego książkę, które się jeszcze ukaże.



niedziela, 14 lipca 2019

"Władczyni Mroku" K.C. Hiddenstorm. Coś starego, coś nowego...

Są takie książki, które mimo swoich niedoskonałości mocno zapadają w pamięć. Zazwyczaj bronią
się niebanalną historią i ciekawymi bohaterami.
Tak w moim przypadku było z książką „Władczyni Mroku” K.C. Hiddenstorm, którą przeczytałam w  2016 roku.
Książka miała kilka wad, ale miała też porywającą fabułę i dzięki temu nigdy o niej nie zapomniałam, jednocześnie stając się fanką książek autorki.
W tym roku wyszła nowa wersja powieści, została ona ponownie przez autorkę zredagowana, dodała ona kilka nowych scen, usunęła niepotrzebne dłużyzny, niektóre wątki skróciła, niektóre rozwinęła. Słowem – dopracowała powieść.

Jak już wspominałam, fabuła zafascynowała mnie już podczas czytania pierwszej wersji powieści. Lilith i Lucyfer to dla mnie najbardziej fascynujące postacie z biblii, ich kontra wobec stwórcy, potrzeba wolności i samodzielnego decydowania o sobie zawsze pobudzała moją wyobraźnię. Ale o ile w większości przypadków ich pojawienia się w różnych książkach pokazywało, że „nie taki diabeł straszny” o tyle K.C. Hiddenstorm postanowiła pokazać ich w inny sposób, taki, który do mnie przemówił.
Nie ugrzeczniła tej pary, nie odebrała im mroku z duszy, nie zrobiła z nich gruchających do siebie gołąbków.
To stworzenia, które w pełni zasługują na miano jakim je opisywano, a jednocześnie mają w sobie ten wewnętrzny konflikt, gdy żyją w mroku, a tęsknią za światłem.
Są bezwzględni, bywają egoistyczni, brutalni, wyrachowani. A jedyne dobro, jakie w nich istnieje, to miłość jaką się darzą.
Przyznacie sami, to robi wrażenie.

Styl autorki się nie zmienił, pisze ona z pazurem, czasami bezlitośnie obnażając słabości swoich bohaterów.
W nowej edycji powieści nic się nie zmienia. Podkreślam, to nie jest totalnie nowa wersja książki, to zredagowana i poprawiona wersja pierwszego wydania powieści.
Mimo, że styl i pióro nie uległy zmianie (dla mnie na szczęście), to jednak czuć, że K.C. Hiddenstorm włożyła wiele serca, aby powieść dopracować. Niektóre sceny wygładziła tam gdzie coś zgrzytało, wyeliminowała niektóre nielogiczności, dodała trochę romantyzmu tam gdzie go wcześniej brakowało, dzięki czemu relacja głównych bohaterów nabrała rumieńców, głębi i odrobiny zmysłowości.

Czytałam wszystkie książki K.C. Hiddenstorm i powiem Wam, że jej „Władczyni Mroku” to niezmiennie moja ulubiona powieść. Właśnie dlatego, że fabuła jest niesztampowa. Choć mogłoby się wydawać, że o Lucyferze i Lilith napisano już wszystko w każdej konfiguracji, to autorka udowadnia, że da się napisać o tych postaciach w sposób nieszablonowy i świeży.
To mnie urzekło podczas czytania pierwszej wersji i to mnie zachwyciło w drugiej wersji.
Ponowne czytanie „Władczyni Mroku” było dla mnie czystą przyjemnością. A zmiany jakie poczyniła autorka w książce uradowały moje czytelnicze serce i dały nadzieję na kolejną powieść z tego świata. Mam nadzieję, że K.C. Hiddenstorm jednak do niego wróci i pokaże co się działo po wydarzeniach z Władczyni Mroku.

Na koniec chcę dodać jeszcze kilka spostrzeżeń. Przykład „Władczyni Mroku” nakreśla kilka ważnych spraw. Otóż jak ważna dla każdej książki jest dobra korekta i redakcja.
To co było dla mnie wadą w pierwszej wersji, wyeliminowane w drugiej dało świetny efekt. Książka nabrała kolorytu, fabuła spójności, nie było już wybijających z akcji dłużyzn.
Druga sprawa to kwestia promocji. Dla początkującego pisarza brak promocji równa się praktycznie nieistnieniu. Pierwsza wersja powieści przeszła prawie bez echa, natomiast druga, którą wydawnictwo pokazało, ma możliwość trafić do większego grona czytelników, na co w pełni zasługuje.

„Władczyni Mroku” to dla mnie powieść wyjątkowa, ukryty skarb, który wreszcie dostał szansę na odkrycie. Polecam ją każdemu, kto lubi klimaty anielsko-demoniczne, ale dość ma sztampowego podejścia do tego tematu.
W tej powieści nic nie jest oczywiste i schematyczne.
Zachęcam Was do sięgnięcia po tą powieść. Jest tego warta.

poniedziałek, 8 lipca 2019

"Magia niszczy" siódmy tom serii o Kate Daniels Ilony Andrews

Jeden z Panów Umarłych zostaje zabity przez zmiennokształtnego. Wojna miedzy Rodem a Gromadą
wisi w powietrzu, a Kate Daniels tkwi w tej awanturze po uszy.
Do tego Roland postanowił zamanifestować swoją obecność, a Curran musi pilnie wyjechać na kilka dni.
Zbieg okoliczności?
Jeśli chodzi o życie Kate Daniels, takich zbiegów zwyczajnie nie ma. I kobieta boleśnie się o tym przekona.

Znacie serię Ilony Andrews (małżeństwa pisarzy piszących pod tym pseudonimem)? Jeśli nie, to musicie koniecznie nadrobić, jeśli tylko lubicie urban fantasy i świetną rozrywkę.
„Magia niszczy” to już siódmy tom serii, ale uwierzcie, poziom nie spada ani na chwilę.
Jest więc szalona akcja, która pędzi do przodu, są walki, jest tajemnica do rozwikłania, jest sarkazm, jest ironia i specyficzne poczucie humoru. Jest też taka w sam raz dawka miłości i ciut melancholijny klimat, który zawdzięczamy rosyjskiemu pochodzeniu żeńskiej części duetu autorów.

Niewątpliwie czuć, że seria zbliża się ku końcowi, bo w tym tomie pojawia się wreszcie Roland i to nie jako wspomnienia czy informacja. Ten okrutny, starożytny czarownik z mocami równymi prawie boskim, postanawia wreszcie spotkać się  z córką twarzą w twarz i powiem wam, że będzie to nader intrygujące wydarzenie.
Mam mieszane uczucia wobec Rolanda. Z jednej strony jest okropnym gnojkiem, z drugiej mimo wszystko fascynuje, bo to cwany lis i genialny strateg. Jestem ogromnie ciekawa, co wymyśli w kolejnym tomie, bo niewątpliwie dużymi krokami zbliża się finalna walka pomiędzy nim a Kate.

Zresztą bohaterowie to niezwykle udany element tej serii. Są prawdziwi, intrygujący, wzbudzają sporo emocji, choć nie tylko tych pozytywnych. Bez trudu można się do nich przywiązać i im kibicować (albo życzyć długiej i bolesnej śmierci).
Autorzy zaskoczyli mnie kilka razy rozwojem danego bohatera i tym jaki los mu zgotowali. Przyznaję, że były to zaskoczenia zazwyczaj pozytywne, choć nie obyło się bez wygrażania śmiercią w myślach i pomstowania na uśmiercanie lekką ręką fajnych postaci.

Fabuła jest nadal tak samo ciekawa. I choć mogłoby się zdawać, że przy siódmym tomie niewiele nowego da się wymyśleć, to Ilona Andrews udowadnia, że a kuku, jednak się da.
I choć schemat budowy każdego tomu jest podobny (zagadka do rozwikłania  + tajemnica przeszłości Kate + sprawy Gromady), to jednak w każdym tomie odkrywam jakieś nowe smaczki.
Strasznie spodobał mi się wstęp do tego tomu, tzn. pierwszy rozdział zatytułowany Z dziennika Barabasza Gilliama. Jest to też pewnego rodzaju przypomnienie co się działo w poprzednich tomach, wiec prócz niewątpliwych elementów humorystycznych, mamy krótkie wprowadzenie do świata Kate Daniels.

Wątek romantyczny, choć tak samo ważny, wciąż nie przysłania pozostałych wątków i może dlatego tak dobrze mi się tą serię czyta. Wszystkie elementy powieści są dobrane w idealnych proporcjach i dzięki temu mamy to, co w tej serii najlepsze.
Nie sposób się dzięki temu nudzić podczas czytania, a tajemnicą, którą próbuje rozwikłać Kate i wydarzenia temu towarzyszące, w równym stopniu ciekawią co bawią.

Nie chcąc spoilerować treści, nic więcej nie napiszę. Dodam tylko jeszcze to, co powtarzam od pierwszego tomu. Autorzy tworzą idealnie zgrany duet, ich styl jest lekki i bardzo przyjemny, a książka ma klimat, który wyjątkowo mi się podoba, taka mieszanka humoru, akcji, romansu okraszonych odrobiną melancholii.
Uwielbiam tą serię i mam nadzieję, że Fabryka Słów szybko wyda kolejne tomy. Jestem niesamowicie ciekawa jak rozwinie się akcja w kolejnych tomach i czym jeszcze autorzy mnie zaskoczą. Bo to, że tak się stanie, jest więcej niż pewne.
Polecam.


piątek, 5 lipca 2019

"Z całego serca" R.S. Grey

Był taki czas, gdy czytałam sporo powieści z gatunku YA. Niektóre były dobre, kilka było świetnych,
reszta w najlepszym razie mocno przeciętna.
Dlatego gdy sięgałam po „Z całego serca” R. S. Grey miałam duże obawy co do zawartości książki.
Czy okazały się słuszne? O tym poniżej.

Abby wywinęła się śmierci z rąk. I to dosłownie. W związku z tym, mając dziewiętnaście lat i szansę na drugie życie, postanawia wyruszyć w podróż.  W trakcie przygotowań poznaje przystojnego i uroczego Becka. Chłopak bez wahania postanawia wziąć udział w podróży Abby i jak nietrudno się domyśleć, chemia pomiędzy nimi doprowadzi do wielu niespodziewanych wydarzeń.
Powieść wciągnęła mnie od pierwszej strony. Lekki i przyjemny styl sprawiał, że bez trudny dałam się porwać opowiadanej przez autorkę historii, a ta pomimo tego, że nie jest może niczym odkrywczym, to jednak potrafiła mnie zaskoczyć i autentycznie zaciekawić losami bohaterów.

Jeśli chodzi o ich kreację, to mamy tutaj dwójkę głównych bohaterów i kilkoro drugoplanowych, z których jedna postać okazuje się niezwykle ważna dla fabuły.
O Abby dowiadujemy się najwięcej, bo pierwszoosobowa narracja jest z jej punktu widzenia.  Wiemy więc o niej praktycznie wszystko, autorka ukazuje ją czytelnikowi bardzo dobrze, jej myśli, uczucia, lęki, troski, nadzieje i marzenia. Wraz z nią poznajemy również Becka, jest to stopniowe odkrywanie jego charakteru, osobowości i tego co początkowo skrywał.
Podobał mi się taki sposób ich ukazania, nawet pierwszoosobowa narracja mi nie przeszkadzała.
Początkowo bywały takie momenty, gdy na zachowanie Abby przewracałam oczami z odrobiną irytacji. Ale gdy lepiej ją poznałam,  zrozumiałam skąd wynikają takie a nie inne działania czy decyzje. Autorka potrafiła pokazać dlaczego w danej sytuacji Abby zachowała się w określony sposób i wiecie co? Ja to kupuję. To było sensowne i wynikało z pewnych wydarzeń z jej przeszłości.
Tutaj należą się ukłony pani Grey, za stworzenie fajnej bohaterki, ciekawej i takiej, którą da się polubić.

Fabuła powieści jest naprawdę ciekawa. To mieszkanka powieści obyczajowej i młodzieżówki  okraszona sporą dawką humoru i szczyptą erotyzmu. Nie zabrakło w niej jednak poważniejszych tematów, których ukazanie wyszło autorce bardzo dobrze. Erotyzmu jest w książce w sam raz,  akurat tyle,  aby podkreślić uczucia, które się rodzą w bohaterach i pokazać wyjątkowość postaci Abby.
Zresztą relacje pomiędzy Abby i Beckiem są ukazane w bardzo dobry sposób, bez przerysowania i zbytniej ckliwości.
Z jednej strony są czymś naprawdę wyjątkowym, z drugiej ma się wrażenie jakby się czytało o perypetiach osób, które się zna z sąsiedztwa. Ich historia tchnie prawdziwością.
W dodatku  lekki obraz rodzącego się uczucia przeplata się z bardzo trudnym tematem, który autorka nakreśliła wyjątkowo dobrze. Bez emocjonalnego szantażu potrafiła wzbudzić we mnie ogrom emocji, które wycisnęły mi łzy z oczu.

„Z całego serca” to z jednej strony lekka historia miłości, z drugiej to pokazanie, że nie ma w życiu nic pewnego,  że warto podążać za głosem serca i nie odkładać życia i realizacji marzeń na później.
Powieść ciekawi, bawi, intryguje, wzrusza, smuci, może doprowadzić do łez.
Potrafi również skłonić do refleksji nad swoim życiem i tym jak nim kierujemy i czy doceniamy wszystko dobro, które nas spotyka.
Jestem zaskoczona tym jak bardzo „Z całego serca” mi się spodobała. I na pewno chętnie sięgnę po kolejne powieści autorki.
Polecam.



poniedziałek, 1 lipca 2019

"Cress" Marissa Meyer. Trzeci tom Sagi Księżycowej

Trzeci tom wspaniałej Sagi Księżycowej, czyli „Cress”, to kolejne spotkanie z szaloną wizją autorki
na temat kolejnej baśni – tym razem na warsztat wpada Roszpunka.
Tytułowa Cress zostaje zmuszona do pracy dla okrutnej Królowej Levany w celu odszukania Cinder, Scarlet, Wilka i Thorne'a. Dziewczyna jest samotna, umieszczona w statku wciąż przebywającym w kosmosie, a nieszczęście ściągnął na nią fakt, że jest niebywale zdolną hakerką.
Mimo zakazu, nawiązuje kontakt z Cinder i prosi o pomoc w ucieczce, w zamian oferując swoją pomoc w walce z Levaną.
W taki sposób Cress dołącza do Cinder, Scarlet, Wilka i Thorne'a i staje się częścią ich drużyny.

Na początku muszę napisać jedno – jakie to było dobre!

Cinder i Scarlet to książki, które skradły moje serce, a ich główne bohaterki pokochałam od razu.
Nie wiedziałam czy skromnej i nieśmiałej Cress również uda się ta sztuka, ale mój brak wiary w talent pani Meyer powinien zostać ukarany, bo jej wersja Roszpunki zachwyciła mnie tak samo jak inne bohaterki sagi.

Cress jako postać ogromnie różni się od Cinder i Scarlet. Nie ma tej charyzmy co Cinder i hardości co Scarlet. Jest subtelna, nieśmiała, skromna i niepewna siebie. Długi czas, który spędziła w samotności w kosmosie sprawił, że kontakty z ludźmi są dla niej ciężkim tematem.
Ale Cress się nie poddaje. I to jest w niej piękne. Mimo, że się boi, że nie ma odwagi pozostałych bohaterek, to walczy ze swoimi lękami i pełna obaw, ale i wewnętrznej determinacji zrobi wszystko, aby ochronić przyjaciół i wraz z nimi walczyć z Levaną.
W związku z tym – powiedzcie sami, jak nie pokochać takiej bohaterki. Która się nie poddaje pomimo paraliżującego jej strachu i pokonuje swoje słabości.
Kreacja bohaterów to mocna strona książek Marissy Meyer, choć oczywiście nie jedyny plus jej powieści.

Akcja „Cress” mknie do przodu w zawrotnym tempie, jednocześnie autorka nie urywa w połowie wątków, nie gubi się w wydarzeniach, fabuła jest spójna i nieziemsko ciekawa.
Pojawiają się niespodziewane zwroty akcji i zaskakujące wydarzenia. Gdy już mi się wydawało, że wiem jak to wszystko się rozegra, byłam po raz kolejny zaskakiwana przez autorkę.

Cudowne połączenie klasycznych bajek z kosmosem, androidami i statkami kosmicznymi daje zaskakująco dobre efekty.
Opowieść, którą snuje autorka jest nietuzinkowa i fascynująca. Zostawia konkurencję daleko w tyle i powiem szczerze, że to chyba jedna z najlepszych młodzieżówek w swoim gatunku, jakie dane mi było przeczytać.
Dałam się wciągnąć w świat wykreowany przez Marissę Meyer i przepadłam w nim na amen.

Marissa Meyer ma bardzo dobry styl. Pisze lekko, cudownie plastycznym językiem. Do tego w swoich książkach w idealnych proporcjach pomieszała wątki romantyczne z wartka akcją i niesamowitymi przygodami, okraszając je humorem, sarkazmem i baśniowym klimatem.
Kopciuszek w kosmosie? Czerwony Kapturek zakochany w Wilku? Oczywiście, że tak!
U pani Meyer sprawdza się to idealnie i daje wspaniałe efekty.

Cała Saga Księżycowa zasłużenie zbiera tyle pochwał i świetnych recenzji, to naprawdę wspaniałe książki i niesamowita przygoda. A wplecenie w fabułę nawiązań do znanych i lubianych baśni okazało się strzałem w dziesiątkę.
Ogromnie zachęcam Was do sięgnięcia po Sagę Księżycową.
To szalona i brawurowa przygoda na ziemi i w kosmosie, to wspaniali bohaterowie, których nie sposób nie pokochać i opowieść, która zapada w serce.


czwartek, 27 czerwca 2019

"Cedyno" trzeci tom serii Wysłannicy Melissy Darwood

„Cedyno” to trzeci tom serii Wysłannicy Melissy Darwood. Czytałam poprzednie części,  pierwszy
tom mi się podobał, drugi mnie zachwycił, a więc odnośnie trzeciego miałam wysokie wymagania.
Akcja dzieje się po tym jak Zuzka wraca z Guerry. Dziewczyna nie potrafi zapomnieć o ludziach, którzy tam niewyobrażalnie cierpią, stopniowo więc w jej głowie rodzi się plan wyswobodzenia więźniów. Zdaje sobie sprawę, że sama tego nie zrobi, a jej poszukiwania sprzymierzeńców owocują poznaniem Ludzi Cedyno, tajemniczych i obdarzonych niesamowitymi zdolnościami, którym przewodzi charyzmatyczny Jordan.
Spotkanie Guardianów z Ludźmi Cedyno da niesamowite efekty i doprowadzi do wydarzeń, których nikt się nie spodziewał.

Sięgając po trzeci tom serii, kompletnie nie wiedziałam czego się po tej książce spodziewać. Autorka w tej serii już nie raz mnie zaskakiwała i również teraz byłam przygotowana na to, że dam się zaskoczyć.
Wśród znanych nam już bohaterów – prócz tytułowych Ludzi Cedyno – pojawia się nowa postać,  Lea. Młoda dziewczyna, która była wolontariuszką w lokalnym schronisku, a teraz, odkąd wykupił je Gabriel, jest jego etatowym pracownikiem.
I to właśnie Lea i tajemniczy Jordan są „parą”, wokół której w tym tomie toczy się akcja.
Oczywiście nie zabrakło tak dobrze znanych już czytelnikom bohaterów, pojawiają się wszyscy, których autorka stworzyła w poprzednich tomach.

Jeśli chodzi o kreację postaci, to są one zawsze dopracowane, ciekawie ukazane, nietuzinkowe. Doskonale ich poznajemy, bo Melissa Darwood na to pozwala czytelnikowi, dzięki czemu można się do nich przywiązać, polubić ich, zrozumieć ich motywacje i przyczyny takich a nie innych wyborów.
Mimo sporej ilości nowych bohaterów, autorka nie zapomniała również o tych, których dobrze już znamy i potrafiła w zaskakujący sposób kierować ich losem.
Są tak samo ważni dla fabuły, jak bohaterowie pierwszoplanowi i często pojawiają się na kartach powieści. Nie stoją w miejscu, rozwijają się, zmieniają. To postacie z krwi i kości, mają swoje słabości, wady, marzenia.

Lekki styl i plastyczny język sprawiają, że książkę czyta się bardzo dobrze. Nie trudno wyobrazić sobie wszystko o czym opowiada autorka. Do tego Melissa Darwood ma talent do pisania o uczuciach, emocjach. Przychodzi jej to bardzo naturalnie, nie ma w tym sztuczności i egzaltacji. Czytając o uczuciowych problemach i perypetiach bohaterów ma się wrażenie, że to osoby, które moglibyśmy spotkać na swojej drodze, w swoim otoczeniu.
Tak jak pisałam wcześniej, kreacja bohaterów to zdecydowanie talent pisarki.

„Cedyno” zaskoczyła mnie nie raz. To książka, która wciąga, zamyka w kokonie przyjemności z czytania i nie wypuszcza aż do ostatniego słowa.
Jedyny minus to taki, że szybko się kończy i człowiek czuje niedosyt i chęć dłuższego pozostania w świecie bohaterów.
Mam nadzieję, że to nie jest ostatnie spotkanie z Guardianami i Ludźmi Cedyno. Zresztą zakończenie jest takie, że bez problemu mogę sobie wyobrazić o czym mógłby opowiadać kolejny tom.

Cała seria Wysłannicy, to opowieść o miłości, walce dobra ze złem, walce ze swoimi słabościami i kroczeniu dobrą drogą.
Każda z książek Melissy Darwood jest niejednoznaczna, każda ma w sobie drugie dno i przesłanie. Cedyno nie różni się w tym zakresie od innych powieści autorki.
Byłam zaskoczona pewnymi wydarzeniami i tym w jakim kierunku rozwinęła się fabuła, ale nie ukrywam, że przypadło mi to do gustu. I mimo, że każdy z trzech tomów serii, to niewątpliwie opowieść o miłości, to odnajdziecie w nich dużo więcej, niż romans.
Mam nadzieję, że kolejny tom serii powstanie. Polubiłam ten świat i tych bohaterów, ciężko by mi było rozstać się z nimi już tak definitywnie.

niedziela, 23 czerwca 2019

"Łowca Tygrysów" Paullina Simons

Julian wiedzie udane życie w Los Angeles. Ma pracę, wiernego przyjaciela, dziewczynę. Wszystko to
zmienia się gdy na scenie teatru w Nowym Jorku, zamiast Nicole Kidman występuje jej dublerka – Josephine.
Kobieta przykuwa uwagę Juliana, a gdy spotyka ją w LA, całe życie mężczyzny ulega zmianie.
Namiętny związek z Josephine nabiera intensywności, Julian się oświadcza, ale los bywa przewrotny i tuż przed ślubem dochodzi do tragedii.
Załamany Julian decyduje się na przeprowadzkę do Londynu, gdzie szuka powracającej do niego we śnie ukochanej, aż w końcu dostanie szansę na podróż, której nie tyczą się ograniczenia czasu i miejsca.

Gdy na stronie autorki zobaczyłam, że napisała nową trylogię, aż mi serce zatrzepotało z radości. Jestem wielką fanką twórczości Paulliny Simons, nie tylko jej (uwielbianego przeze mnie) Jeźdźca Miedzianego, ale i innych powieści.
Byłam ogromnie ciekawa co tym razem mi zaoferuje pochodząca z Rosji pisarka, spodziewałam się chyba wszystkiego, ale na pewno nie tego co dostałam.

Akcja powieści rozwija się powoli. Poznajemy głównego bohatera, dostajemy strzępy informacji o jego przeszłości, poznajemy również jego przyjaciół, którzy pomimo, że są bohaterami drugoplanowymi, odegrają ważną rolę w tej opowieści.
Najmniej dowiadujemy się o Josephine. I to nie tylko my, ale i Julian, który zakochany absolutnie, praktycznie niczego nie wie o swojej ukochanej.
Sposób kreowanie bohaterów jest dla mnie wyjątkowo udany, jakbym słuchała opowieści o ludziach, którzy żyją gdzieś obok mnie. Są w moim odczuciu tak prawdziwi, że ciężko chwilami było mi uwierzyć, że to tylko fikcja.

Jeśli chodzi o styl pisania, to niezmiennie jest on przesiąknięty tą typową dla pisarzy zza naszej wschodniej granicy melancholią.
I mimo elementów fantastycznych (podróż w czasie), to książka zachwycała mnie opowieścią o człowieku, wielkiej miłości, szczęściu i tak samo wielkiej rozpaczy, która potrafi popchnąć na skraj szaleństwa.
Pani Simons pisze w bardzo plastyczny sposób, nietrudno sobie wyobrazić wszystko o czym opowiada. W taki sam sposób opowiada o uczuciach, są niezwykle obrazowo opisane, przekonywujące, poruszające.
Mimo, że akcja nie gna na złamanie karku, to tak bardzo wciągnęłam się w lekturę, że ciężko mi było odłożyć powieść mimo późnej pory.

Jeśli ktoś spodziewa się powieści takiej samej jak Jeździec Miedziany, to może się rozczarować.
To całkowicie inna powieść, i nie chodzi tylko o to, że w „Łowcy tygrysów” mamy elementy fantastyki.
Po prostu to zupełnie inne opowieści, w których co innego jest na pierwszym planie, a elementem wspólnym jest miłość tak wielka, że człowiek zakochany nie cofnie się przed niczym, aby odzyskać ukochaną osobę.

Tak jak już wspominałam, akcje nie jest szalenie dynamiczna, choć są pewne momenty, że mocno przyspiesza. A sama historia, to jakby dwie opowieści o miłości w jednym.
Dodatkowo sporo w niej nawiązań do sztuki (Josephine jest aktorką teatralną), a z racji podróży w czasie sporo ciekawostek historycznych.
Jak sama autorka pisze na końcu, nie wszystko jest zgodne z historycznymi faktami, ale dla mnie nie miało to znaczenia. Opowiadana przez nią historia miłości jest urzekająca i totalnie mnie oczarowała.

Sam motyw podróży w czasie jest bardzo fajnie opisany. Nie odczuwałam żadnego dysonansu poznawczego, wydarzenia rozgrywające się w naszym świecie i czasie nie kłóciły się z elementami fantastyki. To połączenie wyszło autorce bardzo naturalnie, samą mnie to w sumie zaskoczyło.
Książka przesiąknięta jest melancholią i nostalgią. Pełno w niej emocji, nie tylko tych pozytywnych.
Polubiłam ogromnie Juliana i jego przyjaciela Ashtona, za to nie przypadła mi do gustu postać Josephine. Sama nie wiem dlaczego, może chodziło o to, że postrzegałam ją jako totalną egoistkę?
Mimo wszystko byłam ogromnie ciekawa, jak autorka pokieruje wydarzeniami i przyznam, że mocno mnie zaskoczyła.
„Łowca Tygrysów” to wg mnie książka wyjątkowa, melancholijna, chwilami smutna, pełna uczuć i emocji.
To historia wyjątkowej miłości i mężczyzny, który nie cofnie się przed niczym, aby odzyskać swoją ukochaną.


niedziela, 16 czerwca 2019

"Księżyc jest pierwszym umarłym" Karina Bonowicz

„Według legendy, wiele stuleci temu czwórka przyjaciół została wygnana z rodzinnej wioski, gdyż ludzie lękali się ich czarów. Rozeszli się w cztery strony świata, ale zadziwiającym zbiegiem okoliczności i tak wszyscy dotarli w to samo miejsce – do czarciego kamienia. Tam wywołali diabła i dobili z nim targu... Ich potomkowie przez wieki odczuwali skutki tego paktu i bezskutecznie próbowali się z niego wywikłać.”

Tak brzmi część opisu książki. Nigdy nie zamieszczam oficjalnych opisów, ale tym razem musiałam
to zrobić, bo jako fanka Sagi o Ludziach Lodu Margit Sandemo, moja pierwsza  myśl po przeczytaniu powyższego była „o kurczę, czyżby polska SoLL”?
Jak łatwo się domyślić, zachłannie rzuciłam się na książkę, gdy tylko trafiła w moje ręce, a tam… cóż za zaskoczenie, bo mimo jednego zbieżnego motywu z SoLL, to jednak „Księżyc jest pierwszym umarłym” Kariny Bonowicz jest absolutnie niepowtarzalną historią, w dodatku niesamowicie wciągającą.

Główną bohaterką jest Alicja, siedemnastolatka, która właśnie straciła rodziców i jedzie z Warszawy do zapomnianego przez boga i ludzi Czarcisława pod opiekę ciotki Tatiany.
Czarcisław to miasto gdzie obok zdobyczy techniki, ludzie wierzą również w zabobony, ludowe legendy i podania, a na pólkach obok antybiotyku znajdują się również leki robione wg starych ludowych receptur.
Nastolatce z Warszawy ciężko to wszystko zaakceptować, a gdy się dowiaduje, że jest jednym z „tych” potomków, jej życie jeszcze bardziej wywraca się do góry nogami.
Autorka bardzo fajnie kreśli swoich bohaterów, nie tylko Alicję, ale i pozostałą resztę obdarzonych „przekleństwem”, Nikodema, Olgę i Borysa, Nataszę oraz jej ciotkę Tatianę. O jednych już w tym tomie dowiadujemy się więcej, niektórzy wciąż otoczeni są aurą tajemniczości. Niemniej jednak, każde z nich jest czytelnikowi przedstawione na tyle, na ile wymaga tego fabuła.
A ta jest niezwykle ciekawa, wciągająca i trzymająca w napięciu.

Wśród Czarcisławskich lasów poznajemy pełną plejadę słowiańskich istot (strzygonie, nocnice, guślnice), mamy możliwość poznać trochę słowiańskiej mitologii i dać się jej oczarować.
Autorka pisze lekko, z humorem i pazurem, naprawdę książkę czyta się wybornie i nie sposób się przy tym nudzić.
Mimo, że akcja nie zawsze rwie z kopyta, to każdą kolejną stronę wręcz połykałam. Są tu bowiem tajemnice, stara klątwa, którą niektórzy chcą złamać, a inni wręcz przeciwnie.
Nikt tu nie jest tym kim się wydaje, a już w kwestii zaufania, to najlepiej nie ufać nikomu.

Lekkie pióro i przyjemny styl to dodatkowe atuty tej powieści, bo głównym wg mnie jest sama historia. Ciekawa, wciągająca, intrygująca, nieprzewidywalna, pełna zaskakujących zwrotów akcji.
I choć są pewne rozwiązania, do których mogłabym się przyczepić (ale się nie przyczepię, bo całościowo nie wpłynęły negatywnie na mój odbiór powieści), to książka okazała się świetną lekturą i jestem pod jej dużym wrażeniem.

I mimo, że powieść jest typową młodzieżówką, a ja o tym okresie życia zapomniałam już dawno, to przy pierwszym tomie cyklu „Gdzie diabeł mówi dobranoc” bawiłam się znakomicie i dałam się porwać opowieści, którą zaserwowała mi Karina Bonowicz. Ta książka wg mnie jest dla każdego, kto lubi nieszablonowe historie okraszone humorem i tajemnicą, zaskakujące,  napisane lekko i dopracowane. Bez znaczenia jest wiek, zabawa przy czytaniu jest świetna, bohaterów da się lubić i nawet lekko oszołomiona (a przy tym czasem zachowująca się głupio) Alicja wzbudziła we mnie sympatię.
Czytając „Księżyc jest pierwszym umarłym” nie sposób oprzeć się wrażeniu, że to dopiero wprowadzenie do cyklu i w kolejnych tomach akcja jeszcze bardziej się rozkręci.
Jestem o tym przekonana i już zaczynam oczekiwanie na kolejny tom.
Spodziewałam się, czy raczej miałam nadzieję na dobrą książkę, a tu okazało się, że w swoje ręce dostałam książkę świetną.
Szczerze polecam „Księżyc jest pierwszym umarłym”. Jeśli tylko lubicie słowiańskie klimaty, tajemnice, klątwy i niespodziewane zwroty akcji, to ta książka jest dla was.

czwartek, 13 czerwca 2019

"Jezioro Cieni" Maria Zdybska

Dawno temu w moje ręce wpadła książka „Wyspa mgieł” Marii Zdybskiej. Tematyka i opis mocno
zachęcały, więc jak już nadszedł jej czas, chętnie dałam się porwać opowieści.
I wiecie, okazało się, że to jedna  z TYCH książek, wobec których człowiek okazuje się niezwykle surowy w ocenie, i mimo, że nie wszystkie jej elementy się podobają, to książka ma cholernie duży potencjał i czuje się w kościach, że kolejny tom zwyczajnie musi być lepszy.
Tak właśnie było podczas mojego pierwszego spotkania z autorką. Byłam surowa, czepiałam się, wymagałam więcej, bo wiedziałam, że Maria Zdybska ma talent.
Gdy niedawno ukazał się drugi tom trylogii Krucze Serce, czyli „Jezioro cieni” byłam już mocno zniecierpliwiona czekaniem na premierę i ciekawa losów Lirr i Raidena.
Więc gdy książka wreszcie do mnie trafiła, moje oczekiwania poszybowały do góry jak Adam Bielecki na ośmiotysięcznik.
Krótko mówiąc – wygłodniała jak harpia rzuciłam się na Jezioro cieni, a co z tego wynikło, o tym poniżej.

Akcja powieści rozpoczyna się tam, gdzie się mniej więcej zakończyła w pierwszym tomie. Lirr i Raiden skazani na siebie szukają sposobu, aby pozbyć się łączącej ich więzi.  Spotyka ich przy tym wiele niesamowitych przygód i wydarzeń, które na zawsze zmienią ich relacje.
Wiele się w tej książce dzieje, pojawia się sporo nowych postaci, ale nie ma co ukrywać,  akcja kręci się dookoła Lirr i Raidena. Najbardziej cieszy zdecydowanie większa obecność tego ostatniego, a smuci nieobecność Mildy, którą szczerze pokochałam w poprzednim tomie.
Tutaj należą się autorce srogie baty za to, że tak haniebnie ukryła postać Mildy.
Brak tej cudownej postaci Maria Zdybska zrekompensowała mi trochę obecnością nowego bohatera – czyli barwnego i rubasznego Mikko.
Och bogowie, jaka to cudowna postać! Czytając o nim oczywiście miałam swoje skojarzenia i porównania Mikko do pewnego bohatera z filmu, ale nie ma tu żadnej kalki czy kopiowania. Mikko jest świetnym powiewem świeżości w świecie, który stworzyła autorka, dodał mu barw i humoru.

Jeśli chodzi o głównych bohaterów, to na wielki ukłon zasługuje pani Zdybska za rozwój postaci Lirr, który nie trudno zauważyć.
Z bohaterki, które denerwowała mnie swoim motaniem się i niemożnością podjęcia jakiejkolwiek sensownej decyzji, Lirr zmieniła się w osobę  dojrzałą, nabrała doświadczenia i sporo zdrowego rozsądku.
Maria wycelowała złoty środek pomiędzy buńczucznością Lirr a jej nowo nabyta dojrzałością. Nie ma w niej przegięcia w żadną stronę, przestała irytować i nie pozostało mi nic innego, jak szczerze ją polubić.
Bez obawy jednak, Lirr to nadal przybrana córka pirata, która przeklina w wymyślny sposób, którą targają emocje (zwłaszcza przez pewnego maga) i która ma w sobie huragan sprzecznych uczuć. A jednak znać w niej zmianę, która zaszła pod wpływem wydarzeń, jakie stały się jej udziałem.
Jeśli chodzi o Raidena, to poznajemy go ciut lepiej. Autorka zdradza nam kilka tajemnic, ale nie liczcie na to, że rozgryziecie tego skrytego bohatera tak od razu.
Niezmiennie sarkastyczny, trzeźwo myślący i tajemniczy mag z uśmiechem Hana Solo to zdecydowanie jedna z moich ulubionych postaci męskich i co to dużo mówić, uwielbiam łotra.
Tak na marginesie dodam, że za pewne fabularne rozwiązania mogłabym panią Marię Zdybską ukatrupić, gdyby nie fakt, że chcę żeby tom trzeci się jednak ukazał.
Bo ostrzegam wszystkich lojalnie – zakończenie wbija w fotel (czy tam łóżko, krzesło, podłogę – zależy gdzie czytacie książki) i pozostawia z otwartą buzią i myślą kołatającą się w głowie „ALE JAK TO?!?”.

Kolejną zmianą na plus jest styl autorki. Już w Wyspie mgieł był bardzo przyjemny, tym bardziej jak na debiut. W drugim tomie widać ogromny progres jeśli chodzi o szlifowanie stylu i sposobu pisania.
Powieść napisana jest lekko, niezwykle obrazowo, przez co cudownie przemawia do wyobraźni.
Czytanie Jeziora cieni to była dla mnie ogromna przyjemność i nie nudziłam się ani przez chwilę.
Bardzo dobrze jest również ukazana relacja pomiędzy Lirr a Raidenem, ich więź, wzajemna fascynacja i emocje, które obojgiem targają.
Wszystko to opisane jest bez zbędnej ckliwości i lukrowatości. Jest pomiędzy tą dwójką niesamowita więź i chemia, która bardzo mi się podobała i mimo, że liczyłam na inne rozwiązania, to jednak to co zaserwowała mi autorka przypadło mi do gustu.

Czy warto było czekać na kontynuację książki, którą człowiek krytykował?
Tak!
Bo byłam pewna, że drugi tom może być tylko lepszy. Bo czułam w kościach, że ta historia ma niesamowity potencjał, a Marię Zdybską los obdarzył talentem, którego nie zawaha się użyć jak Thanos kamieni nieskończoności.
Uczciwie mogę teraz przyznać, że moje oczekiwania i podejrzenia okazały się w 100% trafne i „Jezioro cieni” okazało się powieścią bardzo dobrą, dopracowaną i niesamowicie wciągającą.
Gratuluje autorce talentu i rozwoju i cieszę się, że w jej głowie zalęgła się ta historia, którą postanowiła się z czytelnikami podzielić.

niedziela, 9 czerwca 2019

"Przebudzenie zmarłego czasu" Powrót. Stefan Darda


"Szczęśliwi umarli, którzy odeszli. Niech bóg zmiłuje się nad tymi, którzy odejść nie mogą"

Kuba wychodzi z więzienia, w którym spędził, niesłusznie skazany, trzy lata. Spod więzienia ma go
odebrać wujek Olgierd Lang, mieszkający w  Przemyślu.
Ale Olgierd się nie zjawa, a niedługo potem Kuba dostaje informację, że popełnił on samobójstwo.
Mężczyźnie ciężko uwierzyć w to co się stało, więc jedzie do Przemyśla, gdzie nie tylko zajmuje się organizacją pogrzebu wujka, ale zostają wciągnięty w wir wydarzeń związanych z wyjątkowo tajemniczym przedmiotem – gemmą przemyską (dla zainteresowanych link do wiki: Gemma przemyska).
List pożegnalny Olgierda zasiewa w Kubie trochę niepewności, a kolejne wydarzenia sugerują, że jest w tej tragicznej śmierci więcej niejasności, niż mogło mu się wydawać.

Przyznaję, że „Przebudzenie zmarłego czasu” to moje pierwsze spotkanie z autorem. Od dawna czytałam wiele pozytywnych wypowiedzi na temat jego twórczości i tak się złożyło, że w końcu trafiłam na jego książkę.
Akcja powieści wciągnęła mnie od razu. Mimo, że jest niespieszna i rozwija się powoli, to jednak autor sprawnie kluczył wokół wątku samobójstwa Olgierda i jego powiązania z gemmą, co powodowało, że szybko zaczęłam szukać w powieści powiazań pomiędzy wydarzeniami  z pozoru z nią niezwiązanymi.
Dałam się wciągnąć w opowiadaną przez autora opowieść, zaciekawić, zaintrygować i sprawić, że chwilami czułam lekki powiew grozy.
Podobał mi się styl i sposób prowadzenia narracji. Powieść napisana jest lekko, a autor bardzo plastycznie opisuje obraz przemyśla i jego historię.
Było kilka momentów, gdy autor mocno rozpisał się na temat wydarzeń, które wydają się mało ważne dla opowiadanej historii, ale mimo to nie nudziłam się podczas czytania ani przez chwilę.

Jeśli chodzi o bohaterów, to zabrakło mi możliwości lepszego ich poznania. Autor skupia się na głównym bohaterze i rozpoczęciu kilku wątków, które mogą mieć spore znaczenie dla fabuły. Mimo wszystko, patrząc na to, że „Przebudzenie zmarłego czasu” to dopiero pierwsza część tej historii, nie jest to dla mnie wadą, bo podejrzewam, że będziemy ich lepiej poznawać wraz z kolejnymi tomami. A jest kogo, bo prócz Kuby Domaradzkiego, pojawia się jeszcze jego licealna miłość Justyna, pan Ludwik, który pracował z Olgierdem, interesujący January, tajemnicza pani Róża. Czuję, że każde z nich odegra ważną rolę w tej historii, a zapewne jeszcze autor mnie czymś zaskoczy, tak jak to miało miejsce podczas zakończenia tego tomu.

Sama tajemnica jest dopiero na początku swojej drogi. Autor niewiele zdradza czytelnikowi, a że powieść jest objętościowo dość skromna (ma zaledwie317 stron), to dla mnie jest to wprowadzenie do tej opowieści i spodziewam się, że kolejny tom wrzuci mnie już w sam środek wydarzeń.
Jeśli chodzi natomiast o klimat, to do mnie on przemówił wyjątkowo mocno.
Bo wiecie, niby nic się nie dzieje,  niby wszystko jest w normie, ale już czuć, że coś się zbiera dookoła Kuby, że coś nadciąga i nie będzie to nic przyjemnego.
Mam swoje podejrzenia jak rozwinie się ta historia, ale patrząc na „Przebudzenie zmarłego czasu” jest spora szansa, że autor znów mnie zmyli.
W powieści mamy mieszankę kryminału, horroru i powieści obyczajowej. Ja odnosiłam wrażenie, że najmniej jest w tym tomie horroru, choć zakończenie sugeruje, że tak „lekko” w kolejnym  już nie będzie i nie jeden raz poczuję dreszcz lęku i chęć obejrzenia się przez ramię.

Czy „Przebudzenie zmarłego czasu” podobała mi się?
Tak.
I to nawet bardziej niż się spodziewałam. Unikam powieści (poza fantastyką) pisanych przez naszych rodzimych autorów, a pan Darda swoją powieścią udowodnił mi, że postępuję niesłusznie.
Tak więc liczę, że kolejny tom przygód Jakuba Domaradzkiego  ukaże się niedługo, bo jestem ogromnie ciekawa jak rozwinie się ta opowieść i czy choć część moich podejrzeń okaże się trafiona.

środa, 5 czerwca 2019

"Oko pustyni" Richard Schwartz

Seria Tajemnica Askiru Richarda Schwartza spodobała mi się od pierwszego tomu. Właśnie ukazał
się trzeci, czyli „Oko pustyni” który gdy tylko wpadł w moje ręce, został przeze mnie wręcz pochłonięty.
Akcja rozpoczyna się tam, gdzie zakończyła się w tomie drugim, a jeśli ktoś nie pamięta co się w nim działo, to książka rozpoczyna się krótkim podsumowaniem wcześniejszych wydarzeń.
Uważam, że to świetny pomysł, mimo, że pamiętałam większość fabuły z poprzednich tomów.

Wydarzenia w tym tomie nadal rozgrywają się wśród piasków pustyni, czyli Besarajnie. Nasi bohaterowie będą musieli zmierzyć się z pewną tajemnicą, zostaną również wplątani w polityczne rozgrywki, w które bardzo nie chcieli być wplątani.
Na ich drodze pojawi się również bezlitosny i potężny nekromanta, pewien gryf i bogowie, którzy postanowią zamanifestować swoją obecność.
Wszystko to sprawia, że książka wciąga niesamowicie i nie sposób się od niej oderwać. W dodatku widać, że autor ma plan na swoją serię, który konsekwentnie realizuje, w fabule nie ma niespójności ani dziur, akcja pomimo tego, że bardzo wartka, nie gubi żadnych wątków.
Lekkie pióro i dobry styl sprawiają, że czytanie to przyjemność i łatwo zatracić się w wykreowanym przez autora świecie.

Bohaterowie, których powołał do życia w swojej powieści pisarz niezmiennie dają się lubić i przyznaję, że bardzo się do nich przywiązałam.
Wciąż najbardziej lubię Zakorę i Havalda, ale moje serce skradł również Armin, który jak chyba każdy skrywa swoje tajemnice.
Był taki moment, gdy obawiała się, że walkę z wrogiem, tajemnicę Askiru i misję drużyny Havalda przysłoni całkowicie lukrowaty wątek miłosny, ale o bogowie – myliłam się!
Autor bardzo umiejętnie wplótł go w fabułę i choć uczucia damsko-męskie odgrywają ważną rolę w życiu bohaterów, wątki te nie przysłaniają pozostałych elementów fabuły, które krok po kroku są rozwijane.

Mimo, że bardzo dużo się dzieje w Oku pustyni, to odnosiłam wrażenie, że ten tom to taka cisza przed burzą. Ale i tutaj dałam się zaskoczyć, zmylić i sprowadzić na manowce.
To co wydawało mi się pewnikiem, oczywiście się nie wydarzyło, autor za to skutecznie mnie zaskoczył rozwojem wydarzeń.
Wszystkie wątki się ze sobą splatają i łączą, choć wiadomo, że do końca tej przygody zostało jeszcze wiele stron do przeczytania. Stron, na które czekam niecierpliwie, bo strasznie jestem ciekawa co w kolejnych tomach wymyśli autor.
Dodatkowo pisarz pokazuje czytelnikowi jak funkcjonuje Besarajn, jego kulturę i zależności geopolityczne.

Poziom Oka pustyni jest taki sam jak poprzednich tomów, książka niczym nie ustępuje swoim poprzedniczkom.
Wartka akcja, spójna fabuła, intrygujące tajemnice do odkrycia, świetni bohaterowie i niespodziewane zwroty akcji – wszystko to znajdzie czytelnik w Oku pustyni.
Wszystkie trzy tomy, to klasyczne fantasy, pełne przygód, magii i przepowiedni. Czytanie tego i poprzednich tomów sprawiło mi dużo przyjemności i pozwoliło na zanurzenie się w świecie wykreowanym przez Richarda Schwartza.