wtorek, 24 maja 2016

"Miecze Cesarza" tom pierwszy Kronik Nieciosanego Tronu.


„Miecze Cesarza” to pierwszy tom Kronik Nieciosanego Tronu.
Książkę tą kupiłam pod wpływem impulsu, nie czytając o niej wcześniej, nie sprawdzając opinii.

Akcja rozpoczyna się od śmierci Cesarza Imperium Annuryjskiego.
Daleko od stolicy, w której mieszka jego córka Adare, żyją i szkolą się jego dwaj synowie.
Kaden wśród mnichów, jest szkolony na następcę tronu. Valyn w elitarnej jednostce Kettralu szkoli się na dowódcę Skrzydła.
Każdy z braci jest z dala od stolicy Annuru, ale spisek zawiązany przeciwko Cesarzowi i jego rodowi, sięgnie i po nich.

Brian Staveley stworzył pełną rozmachu i niespodziewanych zwrotów akcji powieść.
Bardzo ciekawie nakreślił swoich bohaterów, skupiając się głownie na cesarskich synach.
Świat stworzony przez autora jest bogaty, ciekawy, przedstawiony dokładnie, ale bez przydługawych opisów i zanudzania czytelnika szczegółami.
Wszystkie legendy i wierzenia są przekazywane ciekawie i interesująco.
W swój świat pisarz wprowadza czytelnika bez pośpiechu, dawkując mu informacje o Cesarstwie, wierzeniach, bogach, religiach, prawach rządzących imperium i przeszłości cesarskiej rodziny.
Ale akcja się nie ciągnie, bynajmniej. Jest wartka, wciągająca i poprowadzona bardzo sprawnie, mimo, że poznajemy ją z perspektywy trójki dzieci Cesarza.
Styl autora jest lekki, powieść napisana jest bardzo przystępnym językiem, dzięki czemu czyta się bardzo szybko.


Mogłabym się rozpisać nad wszystkimi zaletami i wadami tej książki. Ale napiszę krótko – jest naprawdę dobra.
Fabuła Mieczy Cesarza, to niby nic odkrywczego, ale jednak daje pewien powiew świeżości i nowości, jest spójna i wciągająca.
I mimo pewnych schematów, typu mordercze treningi obu braci, brutalnych wręcz przełożonych czy nauczycieli, to uważam, że jest to potrzebny rozdział w tej powieści, aby móc zrozumieć dlaczego bohaterowie stali się tym kim się stali, skąd w nich siła, umiejętności i dodatkowe zdolności, wykraczające daleko poza te, które posiadają nawet najlepiej wyszkoleni żołnierze.
To co wydaje się oczywiste na pierwszy rzut oka, wcale takim nie jest. Wrogowie czyhający na życie cesarskich dzieci są dobrze ukryci  i zdeterminowani w działaniu. Mają potężnych sojuszników i nie wiadomo kto jest faktycznie wrogiem, a kto sprzymierzeńcem.

Autor kilka razy, sprawnie wprowadza czytelnika w błąd, tylko po to, żeby go zaskoczyć rozwiązaniem tajemnicy.
Oczywiście, niewiele zostaje nam wyjawione w pierwszym tomie. Niektóre tajemnice doczekały się wyjaśnienia tylko po to, żeby ukazać następne, jeszcze bardziej ciekawe.

Bardzo spodobał mi się wątek pradawnej rasy Csestriimów, istot, które dały życie człowiekowi.
Coś, co było przez wielu uznawane za legendę, czy wymarłą rasę, okazało się rzeczywistym zagrożeniem, po wielu wiekach po raz kolejny stających przeciwko człowiekowi.

W powieści nie brakuje również magii. Nie jest ona jednak domeną czarodziejów czy magów, a krwiopijców.
Nie, wbrew nazwie, nie są to wampiry w klasycznym wydaniu.
To osoby, które potrafią czerpać moc z różnych przedmiotów, rzeczy, czy emocji innych ludzi.
W całym cesarstwie są tępieni i mordowani – ludzie się ich boją z powodu mocy jaką dysponują.
Jedynym miejscem, gdzie są chętnie widziani – to właśnie szeregi żołnierzy Kettralu. I aby zachować życie, to tam właśnie się kierują, gdy ich sekret wychodzi na jaw.
Tajemniczą i intrygującą postacią jest również Tan – nauczyciel Kadena, którego przeszłość pozostaje wciąż tajemnicą.

Wciągnęłam się w świat wykreowany przez autora.
Polubiłam jego bohaterów, tych głównych i drugoplanowych.
Książkę czytałam z ogromną przyjemnością, bo fabuła mimo, że rozbudowana, to ani przez chwilę nie nudziła i mimo sporej objętości (632 strony) potrafiła zaciekawić, wciągnąć i sprawić, że z niecierpliwością przewracałam kolejne strony.

Co dla mnie bardzo ważne, Brian Staveley utrzymał idealną równowagę pomiędzy polityką, spiskami i zdradami, a magią, zagrożeniem ze strony Csestriimów oraz całą fantastyczną częścią fabuły.
Dzięki temu stworzył powieść wielobarwną, napisaną z niezwykłym rozmachem, spójną akcją i historią, która wciąga okrutnie.
W książce nie ma również wątku miłosnego - choć uczucie to nie jest obce niektórym bohaterom - co uważam za duży plus.


Wiele godzin przeznaczonych na sen, poświęciłam na czytanie Mieczy Cesarza.
Nie żałuję ani jednej minuty, mimo opadających powiek w pracy i ciągłego ziewania przez cały dzień.
Bo są książki, dla których warto zarwać noc.
Miecze Cesarza, to właśnie jedna z nich.



* Zdjęcie prezentowane na tym blogu jest własnością autora. Wykorzystywanie i kopiowanie zdjęć bez mojej zgody jest zabronione
(Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).




środa, 18 maja 2016

"Kapitan Ameryka. Wojna Bohaterów" Marvelowskie widowisko z ulubionymi bohaterami



Od premiery Kapitana Ameryka. Wojna Bohaterów minęło już trochę, a ja dopiero teraz znalazłam czas, aby pójść do kina.
Z tym filmem wiązałam duże nadzieje. Nowi bohaterowie, konflikt pomiędzy Avengersami.
Sprawiło to, że apetyt na dobre widowisko miałam ogromny.
Czy Marvelowi udało się go zaspokoić tym filmem?
Oczywiście…

Kapitan Ameryka. Wojna bohaterów, to jak dla mnie bardziej film o Avengersach niż o Kapitanie. Nie gra on głównych skrzypiec, nie jest postacią dominującą w filmie. Plamę pierwszeństwa kradnie mu nie kto inny jak Iron Men.
I mimo łączącej tych bohaterów przyjaźni, to właśnie zasadnicza różnica w  ich poglądach, doprowadzi do tytułowego starcia pomiędzy Avengersami.

Cały film, to nic innego jak kwintesencja komiksu. Mamy więc spektakularne efekty specjalne, szybką akcję, widowiskowe walki.
A już wisienką na torcie jest walka podzielonych Avengersów na płycie lotniska w Niemczech.
Tam moc walczy z mocą, w czysto komiksowym stylu.

Poziom gry aktorskiej jak zawsze wysoki, fajna muzyka, która świetnie komponuje się z obrazem. I mimo, że film jest dość długi, to nie było czasu ani na nudę, ani na choćby jedno spojrzenie na
zegarek.




Muszę przyznać, że podzieleni Avengersi, walczący sami ze sobą, to pomysł, który kompletnie nie przypadł mi do gustu. Polubiłam tą pełną humoru i przyjacielskich relacji grupę superbohaterów z poprzednich filmów i nie chciałam aby cokolwiek się w tym temacie zmieniło.
Ale chylę czoło przed Marvelem, za taki kierunek losów swoich bohaterów.
Dzięki temu, stali się oni bardziej ludzcy, podatni na emocje i uczucia.
To już nie tylko osoby z niesamowitymi mocami, to równocześnie ludzie, którzy są targani wątpliwościami co do efektów swoich czynów, wyrzutami sumienia, z którymi próbują sobie radzić na swój sposób.

Kapitan Ameryka. Wojna bohaterów,  mimo niekwestionowanego komiksowego stylu, sprytnie przemyca kilka ważniejszych tematów, niż tylko siła mięśni czy potęga mocy.
To pytania o to, gdzie leży granica, która oddziela Avengersów od walki w obronie ludzkości, a walki za wszelką cenę, bez względu na koszty,  poruszenie tematu uczciwości, szczerości i zawiedzionego zaufania wśród przyjaciół.
Jak również poświęcenie jednego przyjaciela dla drugiego, oraz walki z chęcią zemsty, która zaślepia.

Film zapewnił mi pewną dawkę humoru, trochę wzruszeń i kilka niespodziewanych zwrotów akcji.
Marvel bardzo płynnie i z dobrym skutkiem wprowadził do świata Avengersów nowych bohaterów.
Czarna Pantera, Spiderman, Ant-Man.
Dzięki nim film zyskał powiew świeżości.
Co mnie wyjątkowo zaskoczyło, oczywiście pozytywnie, to Spiderman. Jak dla mnie, ten młody chłopak, który pojawia się na ekranie na nie dłużej niż 15 minut, całkowicie kradnie reszcie bohaterów scenę walki, której odbiera trochę powagi i patosu, wprowadzając  jednocześnie sporą dawkę humoru.

Nie będę ukrywała, że nowi bohaterowie pozytywnie mnie zaskoczyli, świetnie wpasowali się w fabułę, wprowadzili pewną świeżość i sporo zamieszania. Polubiłam ich i mam nadzieję, że zobaczę ich wszystkich w kolejnych Avengersach.

Cały film to dla mnie świetna rozrywka, typowo w Marvelowskim stylu. Nie jest to kino wybitne, ale w swoim gatunku sprawdza się idealnie, dostarczając mi niezapomnianych wrażeń podczas seansu.
Wszystko, czego się spodziewałam po filmie na podstawie komiksu, dostałam.
Było głośno, widowiskowo, z humorem, z ulubionymi bohaterami, z szybką akcją i spektakularnymi efektami specjalnymi. Do tego porywająca muzyka i szczypta smutku, że coś się nieodwracalnie skończyło w relacjach pomiędzy bohaterami.
Zdradzę za to, że zakończenie daje mi pewną nadzieję, że to jednak nie jest koniec Avngersów w takiej formie, którą polubiłam.

Na koniec dodam, że po zakończeniu filmu dostajemy dwie sceny dodatkowe. Więc warto poczekać chwilę i zobaczyć, co też tym razem będzie chciał nam zaserwować Marvel.

*zdjęcia pochodzą ze strony www.filmweb.pl







piątek, 13 maja 2016

Książkowe zakupy

Dziś odebrane. Pobiegłam do kiosku ruchu jeszcze przed pracą, bo nie mogłam się doczekać.
Tym razem klimat tylko fantasy i postapo.
Łabędzi Śpiew już przeczytany, pisałam o obydwu częściach na blogu. Ale nie miałam swojego egzemplarza pierwszego tomu, a książki te są tak dobre, że na pewnie do nich wrócę.




* Zdjęcie prezentowane na tym blogu jest własnością autora. Wykorzystywanie i kopiowanie zdjęć bez mojej zgody jest zabronione
(Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).


niedziela, 8 maja 2016

"Obietnica krwi" tom pierwszy Trylogii Magów Prochowych. Brian McClellan




Niedawno z okazji dnia książki w Empiku można było kupić 3 książki w cenie 2.
Nie mogłam przepuścić takiej okazji i pomaszerowałam do księgarni.
Długo błądziłam pomiędzy półkami, nie mogą się na nic zdecydować, a to co chciałam, było już wykupione.
Wtedy mój wzrok padł na powieść „Obietnica Krwi” Briana McClellan. Wcześniej nie słyszałam o tym autorze ani o żadnej jego książce.
Zerknęłam na notkę o pisarzu, a tam informacja, że to kolega po piórze Brandona Sandersona.
Taka rekomendacja mnie przekonała, ale że jestem już ostrożna przy rekomendacjach innych autorów na okładkach książek, to zakupiłam tylko pierwszy tom trylogii.
No tak, zapomniałam dodać, że Obietnica Krwi to pierwszy tom Trylogii Magów Prochowych.

Jak się można domyślić – wyjątkowo żałuję, że zakupiłam tylko tom pierwszy, bo teraz muszę zamówić kolejne dwa, a to oznacza czekanie. Czyli coś, co nie wychodzi mi za dobrze.

Tyle tytułem wstępu.

Akcja Obietnicy Krwi rozpoczyna się od przewrotu w kraju, na gilotynę trafia król wraz z rodziną oraz ogrom arystokracji,  a władzę obejmuje wojsko pod wodzą marszałka polnego Tamasa. Życie traci również królewska Kamaryla, czyli magowie – Uprzywilejowani – którzy służą i chronią króla.
Tamas – jak i jego syn Taniel – są prochowymi magami, mają rzadki dar,  który nie podoba się Uprzywilejowanym.

Opowieść w tej książce jest prowadzona właśnie z perspektywy Tamasa i Taniela i to oni są głównymi bohaterami powieści.
Oczywiście w książce Briana McCellan nie brakuje ciekawych bohaterów drugoplanowych, którzy zaczynają odgrywać coraz ważniejszą rolę w całej historii.
Autor kreśli swoich bohaterów w bardzo dobry sposób.
Poznajemy ich stopniowo, odkrywamy ich tajemnice, pragnienia, wady i zalety.
Pisarz tworzy swój świat bardzo sprawnie, a magia jaka posługują się mieszkańcy tegoż, to powiew świeżości na tle innych tego typu książek.
Oczywiście nie samą magią zapełnione są karty tej powieści.
Mamy więc politykę, spiski, zdrady, walki wojska z rojalistami na ulicach Adopestu oraz wciągający wątek misji na którą wyrusza Taniel. Jest również realne ryzyko wojny z sąsiednim krajem, który od dawna spogląda łakomym okiem na Adro.
 Bardzo fajnym i ciekawym wątkiem w powieści jest prowadzone na zlecenie Tamasa śledztwo, którego podejmuje się detektyw Adamat. Jest to wątek, który wbrew pierwszemu wrażeniu, odegra bardzo ważną role w powieści, a sam detektyw to interesująca postać.

Na tle głównych wątków, autor porusza takie tematy jak skomplikowane relacje ojca z synem, chęć zemsty, trudne wybory pomiędzy honorem a bezpieczeństwem rodziny, przyjaźni, która może kosztować życie oraz zdrada najbliższych, z którą trzeba sobie radzić.
Dzięki temu, książka „żyje” i wciąga tak bardzo, że mimo świtu za oknem i wizją rychłej pobudki do pracy, nie sposób się od niej oderwać.

Autor ma bardzo dobry styl, lekkie pióro, przedstawia swój świat i bohaterów obrazowo i dokładnie. Przy tym jednak nie zanudza rozwlekłymi opisami i wewnętrznymi monologami bohaterów.
Jest to wg mnie ogromny plus tej powieści i ogromny talent pisarza.

W Obietnicy Krwi pojawia się kilka, wydawałoby się, mało ważnych i zapomnianych przez autora wątków. Jestem przekonana, że to właśnie one będą rozwijane w kolejnych tomach.
Powieść kończy się z ogromnym przytupem. Wiadomo co będzie siłą napędową drugiego tomu. Oczywiście ja mam swoje podejrzenia, co jeszcze odegra ważną rolę w tej historii.

I szczerze mówiąc już nie mogę się doczekać, aż zamówione pozostałe dwa tomy do mnie trafią (a jak już wspomniałam, czekanie nie jest moją najsilniejszą stroną).

Podsumowując:
Wielobarwna historia, świetni i wyraziści bohaterowie, których po prostu się lubi, bardzo ciekawy sposób ukazania magii, niespodziewane zwroty akcji, tajemnice, bogowie i dawne przepowiednie, trudne przyjaźnie, bolesne zdrady.
Tym przepełniona jest ta powieść. I to wszystko mnie zachwyciło i wciągnęło.

Na koniec muszę się jednak do czegoś przyznać. Otóż przez kilka pierwszych rozdziałów byłam prawie przekonana, że to książka nie dla mnie.
No bo co może być ciekawego dla kobiety w wojskowych przewrotach czy ulicy spływającej krwią z gilotyny – a tym właśnie rozpoczyna się ta powieść.
Na szczęście mam pewną wadę, otóż jak już zacznę czytać jakąkolwiek książkę, to muszę ją doczytać do końca. No tak już mam i koniec.
I w tym przypadku jestem bardziej niż szczęśliwa, że ową wadę posiadam, bo gdybym nierozważnie odłożyła Obietnicę Krwi na półkę, nie czytając jej dalej, to ominęłaby mnie niesamowita przygoda i wspaniała lektura.


* Zdjęcie prezentowane na tym blogu jest własnością autora. Wykorzystywanie i kopiowanie zdjęć bez mojej zgody jest zabronione
(Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).







piątek, 6 maja 2016

Kolejny stosik książek

Dziś odebrany kolejny stosik książek do przeczytania.
Tym razem zamówienie było w dyskoncie Aros - jednej z moich ulubionych księgarni internetowych.
Lubię  czytać książki o różnej tematyce, nie pogardzę nawet dobrym romansem.
Tym razem wyczekiwana przeze mnie kontynuacja Ostatniego Imperium Sandersona, niezawodna Joanna Chmielewska, Klub Dumas - tą książkę już czytałam, ale jest tak dobra, że postanowiłam kupić swoją.
Poza tym dwie lekki książki na odstresowanie i coś nowego - Miecze Cesarza.
Czyli jest co czytać w maju.



* Zdjęcie prezentowane na tym blogu jest własnością autora. Wykorzystywanie i kopiowanie zdjęć bez mojej zgody jest zabronione
(Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

poniedziałek, 2 maja 2016

"Dziedzictwo Królów" C.S. Friedman.


Dziedzictwo Królów, to finałowy tom Trylogii Magistrów autorstwa C.S. Friedman.
Nie ukrywam, że ciekawość przeciągnęła mnie przez całą książkę niesamowicie szybko.
Ciężko napisać coś więcej o tym tomie, tak aby nie zdradzić fabuły z tomów poprzednich.
Mimo to spróbuję, bo książka zrobiła na mnie tak duże wrażenie – jak cała trylogia zresztą – że czuję nieodpartą potrzebę aby wyrzucić z siebie mój zachwyt.

Finałowy tom trylogii wyjawia czytelnikowi wiele swoich tajemnic. Zabiera na walkę z Duszożercami, pozwala poznać najmroczniejsze sekrety Magistrów i obserwować ogromną przemianę Salvadora – Wielkiego Króla.
To również ciągła walka Kamali o to, aby kasta Magistrów zaakceptowała ją jako jedną ze swoich, a tym samym, aby dziewczyna nie musiała się ukrywać i zachowała życie.

Akcja książki jest bardzo wartka, mimo kilku zwolnień, które dają możliwość odetchnięcia i rozwiązania kolejnych zagadek, które zaserwowała nam w poprzednich tomach autorka.
C.S. Friedman ma lekkie pióro, bardzo dobry styl pisania, jej plastyczne opisy świata w którym dzieje się akcja Dziedzictwa Królów sprawiają, że miałam wrażenie, jakbym  widziała to wszystko co opisuje na własne oczy.

W trzecim tomie spotykamy wszystkich bohaterów z tomu drugiego. Ostateczna walka z Duszożercami stała się faktem, a jej uczestnicy wiedzą, że mają tylko jedną szansę aby zadać miażdżący cios tym stworzeniom i nie dopuścić do ich rozmnożenia.
Na czele krucjaty przeciwko Duszożercom staje Salvator i jest to bardzo ciekawy wątek. Wielki Król, syn zabitego Dantona, przechodzi ogromną przemianę w ostatnim tomie.  Z fanatycznego wyznawcy wiary w Stworzyciela, niedopuszczającego do siebie niczego co jest niezgodne z dogmatami jego relogii, staje się wytrawnym politykiem, wielkim wojownikiem oraz władcą, który zaczyna widzieć coś więcej niż swoje Pokutnicze wierzenia.
I mimo, że Salvator zrobił na mnie duże wrażenie jako postać, to nie potrafiłam go polubić.
Było w nim zbyt wiele z fanatyka potępiającego wszystko co nie było zgodne z jego wiarą, nie mogłam się przemóc i darzyć do sympatią.
Kibicowałam jego poczynaniom, szanowałam za niezachwianą wiarę w jego boga, podziwiałam chęć poświęcenia dla dobra królestwa. Ale polubić nie zdołałam.

Wręcz przeciwnie miała się sprawa z innymi bohaterami. Kamala, Colivar, Ramirus, Królowa Wiedźma, Gwynofar. To postacie, które mimo wielu wad i nierzadko mało pozytywnych motywów swoich działań, polubiłam najbardziej.
Na uznanie zasługuje przede wszystkim Siderea, jest to bardzo ciekawa postać, barwna, inteligentna, a jej więź z Królową Duszożerców przedstawiony jest w niesamowity sposób.

Autorka bardzo ciekawie kierowała losami swoich bohaterów. Nie oszczędzała nikogo, nawet najpotężniejsi Magistrowie dostali za swoje i cierpieli jak zwykli ludzie.
Ważyły się losy całego świata, co poskutkowało nietypowymi sojuszami, walką ramię w ramię ludzi i Magistrów. 

Prócz walki z Duszożercami, mamy w trzecim tomie (jak i w całej trylogii) sporo polityki, spisków, knowań, tajemnych sojuszy oraz zdrady, których nikt się nie spodziewał. Jest też sporo nawiązań  do religii i wiary, która jest głównym źródłem mocy lyr i Strażników oraz Pokutników. 
Autorka zaskakuje czytelnika wieloma ciekawymi zwrotami akcji. Wreszcie dowiadujemy się skąd się wzięli Magistrowie, czym w rzeczywistości jest ich Prawo oraz co to jest Gniew. 
W sposób malowniczy autorka ukazywała czytelnikowi magię, którą posługiwali się Magistrowie i czarownicy/czarownice.
Świat, który stworzyła jest barwny, ciekawy i zróżnicowany. 
Wszystkie wątki rozpoczęte w poprzednich tomach są wyjaśnione i zakończone.
Zakończenie bardzo mnie usatysfakcjonowało. Nie spodziewałam się go w takiej formie, ale podoba mi się i sprawiło, że szeroko się uśmiechałam czytając ostatnie zdania powieści.

Dziedzictwo Królów – jak cała trylogia Magistrów – to bardzo dobre fantasy. Ciekawe, wciągające, świetnie napisane.
To intersujący bohaterowie, którzy w swojej duszy mają światło i mrok, dobro i zło. 
Fabuła jest niesamowicie interesująca, całość czyta się szybko i z ogromną przyjemnością.
Ciekawy świat, sporo niespodziewanych zwrotów akcji i wydarzeń, które mocno zaskakują czytelnika.
Nie ma podczas lektury czasu na nudę, już autorka o to zadbała. I zrobiła to po mistrzowsku, przykuwając moja uwagę na długie godziny, zabierając mnie w niesamowitą podróż do świata Magistrów i Duszożerców.

Muszę się przyznać, że Trylogia Magistrów czekała na mojej półce blisko rok, abym po nią sięgnęła.
I mimo, że w tym czasie przeczytałam dużo dobrych książek z tego gatunku, to żałuję po te książki C.S. Friedman sięgnęłam po tak długim czasie od zakupu.
Ten błąd się już więcej nie powtórzy i po kolejne powieści tej autorki sięgnę od razu jak tylko wpadną mi w ręce.

*zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl



środa, 27 kwietnia 2016

"Raven" Sylvain Reynard


Sylvain Reynard zasłynęła/zasłynął trylogią „Piekło Gabriela”. Jest to opowieść o niełatwej miłości pomiędzy profesorem Emmersonem a jego studentką z pewną dawką erotyzmu, a wszystko na tle miłości do sztuki i Dantego.
Co do samej autorki/autora, to jest to dość tajemnicza persona – nie wiadomo nawet czy to kobieta czy mężczyzna.
Aby łatwiej było mi napisać opinię o innej książce tegoż autora/autorki – zakładam, że to kobieta.


Raven – bo o tej książce chcę opowiedzieć, to opowieść, która rozgrywa się we Florencji. 
Jej główną bohaterką jest Raven Wood , niepełnosprawna kobieta,  zajmująca się renowacją starych obrazów w galerii Uffizi.
Zbieg okoliczności sprawia, że zostaje napadnięta i pobita. Napastnicy próbują ją również zgwałcić, co udaremnia tajemniczy mężczyzna, ratując tym samym kobiecie życie.

Od tego wydarzenia już nic nie będzie takie samo w życiu Raven. Kobieta znika na tydzień, po czym budzi się w swoim mieszkaniu i niczego nie pamięta. W dodatku jej kalectwo znika, a ona sama okazuje się być piękną kobietą.
W pracy nikt jej nie poznaje, a co gorsze, dochodzi do zuchwałej kradzieży kolekcji bezcennych ilustracji Boticellego. I to w tym czasie, gdy zniknęła Raven i niczego z tego okresu nie pamięta.
W samotne życie dziewczyny wkracza jej tajemniczy wybawca i wywróci jej cały świat do góry nogami.

Brzmi intrygująco? 
Brzmi, oczywiście, że tak.

No bo jak ma nie intrygować tajemniczy wybawca, który okazuje się wampirem. I to starym, potężnym i oczywiście przystojnym.

Autorka zaskoczyła mnie sięgnięciem po tematykę z gatunku paranormal romans. Choć nie ukrywam, że bardzo ciekawa byłam jak sobie z tym poradzi.
Jednak mimo tak drastycznej zmiany gatunku, fascynacja dziełami Boticellego oraz Dantego jest tak samo wyraźna jak w poprzednich książkach autorki i odgrywa ważną rolę w całej historii.

Niestety to co dodało uroku fabule w poprzednich książkach autorki, w Reven  zupełnie się  nie sprawdziło.
Nijak w przedstawionej  fascynacji bohaterów dziełami Boticellego nie mogłam się doszukać miłości do sztuki, ani jakichkolwiek emocji z nią związanych.
Był to dla mnie wątek nudny i bez wyrazu.

Sam pomysł na zuchwałą kradzież dzieł Boticellego, a tym samym splątanie się losów Raven i jej wampirzego wybawcy  jest bardzo fajny. 
Niestety kontynuacja tego wątku autorce nie wyszła.
Zagrożenie ze strony policji wydawało się przesadzone w kontekście braku podejmowania jakichkolwiek działań przez tychże, względem Raven.
Podobne odczucia miałam jeśli chodzi o zagrożenie ze strony wampirów.  Niby było, niby realne , ale zabrakło mi grozy i lęku jaką powinna odczuwać Raven. 
Tymczasem dziewczyna biega nocą po Florencji, a relikwię otrzymaną od Williama, która ma  ją chronić przed atakiem wampirów, traktuje jak świecidełko z odpustu, mimo, że już raz uratowała jej życie.
Wzajemne przyciąganie Raven i Williama jest nijakie.  Autorka pisze o fascynacji, pożądaniu, rodzącym się uczuciu.
Pisze o tym, ale kompletnie tego nie czuć.
 I znów – niestety – powraca jak bumerang porównanie do Piekła Gabriela, w którym to właśnie uczucia i emocje, które przeżywali bohaterowie były siłą napędową całej trylogii. 
W Raven tego zabrakło i to jest mój największy zarzut wobec tej książki.
Sama historia jest ciekawa i mogłaby być bardzo wciągająca, gdyby tylko nie zabrakło w niej głębi i uczuć.



Sposób ukazania drugiego oblicza Florencji – tego  wampirzego – wyszedł autorce bardzo dobrze.
Czytelnik miał możliwość poznania tego fascynującego miasta i dowiedzenia się na jego temat wielu ciekawostek.
Głównymi bohaterami są Raven i William i to na nich skupia się cała uwaga autorki.
Raven to nie rozchichotana małolata, która na widok wampira podskakuje z radości. To dorosła kobieta, mądra i poukładana. 
Tajemniczy wybawca dziewczyny – Książę/William, to nie świecący w słońcu młodzieniec, a mężczyzna obciążony doświadczeniami wielu wieków życia, bezlitosny morderca, wielbiciel sztuki.
Niestety o ile William okazuje się dość  interesującą postacią, o tyle Raven wydawała mi się mało interesująca, a chwilami również irytująca.
Niektóre jej zachowania wołały o pomstę do nieba i były zaprzeczeniem niewątpliwej inteligencji tej kobiety.

Książkę przeczytałam szybko. Język, którym posługuje się autorka jest piękny, jej wiedza z dziedziny sztuki jest ogromna, tak samo jak zauważalna fascynacja Florencją.
Najbardziej zaciekawił mnie wątek, który niestety został potraktowany przez autorkę trochę po macoszemu – spisku mającego na celu zgładzenie Księcia. 
Podejrzewam, że ten wątek autorka rozwinie w kolejnej części swojej nowej trylogii.

Książka trochę mnie rozczarowała. Spodziewałam się przepojonej uczuciami i emocjami powieści, z paranormalnym tłem. 
Dostałam poprawną historię miłości pomiędzy śmiertelniczką a wampirem, na tle Florencji i obrazów Boticellego.
Niestety tylko poprawną, gdyż mimo starań autorki, główna bohaterka nie przekonała mnie do siebie, a intrygująca postać Williama, to za mało aby wywołać fascynację lekturą.

Czy sięgnę po kolejny tom? Zapewne. Tak już mam, że jak zaczynam czytać jakąś serię, to muszę ją dokończyć.
Liczę przy tym, że tom drugi okaże się bardziej wciągający niż Raven.


*zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl




wtorek, 26 kwietnia 2016

"Skrzydła Gniewu" Pasjonujący drugi tom Trylogii Magistrów autorstwa C.S. Friedman



Drugi tom trylogii Magistrów za mną.
Nie mogę powiedzieć, że szybko się czytało. Tą książkę się wręcz pochłaniało.

S.C. Friedman stworzyła bardzo ciekawy świat oraz wyrazistych i pełnokrwistych bohaterów.
Sam pomysł na Magistrów, złodziei życiowej energii zwykłych ludzi jest bardzo ciekawy.
A w drugim tomie autorka daje nam do zrozumienia, że nie wszystkie tajemnice Magistrów są już czytelnikowi znane.

Akcja tego tomu trylogii Magistrów jest bardzo dynamiczna i nie zwalnia nawet na chwilę.
Autorka nie ma litości dla swoich bohaterów i ogromnie nimi poniewiera.
Świat ludzi ponownie stanął na krawędzi zagłady, czasu jest mało, a Duszożercy robią wszystko, aby w końcu, po latach wygnania na zimną północ, przełamać Gniew – barierę, która trzymała ich z dala od terenów zamieszkiwanych przez ludzi.

Muszę przyznać, że nie spodziewałam się aż tak dobrej kontynuacji pierwszego tomu. Miałam trochę obaw, czy Skrzydła Gniewu dorównają poziomowi Uczty Dusz.
Cieszę się, że moje obawy okazały się całkowicie nieuzasadnione.
Skrzydła Gniewu bowiem, okazała się jeszcze lepsza niż jej poprzedniczka.

S.C. Friedman zaskoczyła mnie wiele razy podczas lektury. Na niektóre jej decyzje aż zgrzytałam zębami ze złości. Inne były dla mnie ciekawymi zwrotami akcji.
Ale jakbym nie reagowała na rozwój fabuły i prowadzenie postaci – autorka robi to po mistrzowsku.

Nie ma w tej (ani w poprzedniej) książce ani grama słodyczy, miłosnych trójkątów czy wzdychania do przystojnego wojownika, mimo, że główna bohaterka jest młodą dziewczyną.
Kamala to twarda kobieta, która mimo posiadania mocy Magistrów, pozostała w głębi duszy sobą – skrzywdzoną dziewczyną.
Magistrzy, to nie dobroduszni staruszkowie z siwymi brodami.  To cyniczni i egoistyczni pasożyci, którzy nie zrobią niczego, z czego nie będą mieli własnej korzyści.
Bardzo spodobał mi się również rozwój postaci Królowej Wiedźmy. Nie spodziewałam się, że jej osoba odegra tak ważną rolę w tej historii.
W tym tomie dowiadujemy się też więcej o samych Duszożercach, czym są, jaką mocą dysponują i do czego dążą.

Autorka w drugim tomie pozwoliła spotkać się wszystkim tym postaciom, które jak się okazuje, odegrają najważniejszą rolę w jej opowieści.
 Połączyli oni swe  siły we wspólnej walce przeciwko Duszożercom. Walce, która rozegra się w ostatnim  tomie trylogii.

Na tle tego zagrożenia, rozgrywa się też inna walka. To rozgrywki pomiędzy Kamalą i Magistrami. Dziewczyna za wszelką cenę dąży do tego, aby po ujawnieniu faktu, że jest pierwszą kobietą – Magistrem, zapewnić sobie bezpieczeństwo wśród swojej kasty.
Knowania,  kłamstwa, oszukiwanie, manipulacje…  Tego wszystkiego będzie musiała użyć Kamala, aby w końcu wyjawić kim jest.
Czy jej wysiłki nie pójdą na marne, czytelnik przekona się w ostatnim tomie trylogii.

Pisarka ma lekkie pióro. Po mistrzowsku prowadzi akcję, kreśli swoich bohaterów.
Jej historia jest wciągająca i trzymająca w napięciu. Nie sposób się domyślić jak może się skończyć ta opowieść, bo już wiele razy S.C. Friedman pokazała, że zaskakiwanie czytelnika, to jej specjalność.
W świecie, który stworzyła, nic nie jest pewne. A śmierć zagląda w oczy nawet zdawałoby się nieśmiertelnym Magistrom.
Tajemnice z przeszłości, tak skrzętnie skrywane przez lata, w obliczu zagrożenia musiały ujrzeć światło dzienne, raniąc przy tym wiele osób.
Tak jak pisałam, S.C. Friedman bynajmniej nie oszczędza swoich bohaterów. Za to dokłada im z wyjątkową lubością kolejne kłody pod nogi.

W tej książce (tak samo jak w poprzedniej) zachwyca mnie wszystko. I mimo, że nie wszystko rozwiązania, które zastosowała autorka przypadły mi do gustu, to muszę uczciwie przyznać, że idealnie pasują do rozwoju akcji i opowiadanej historii.

Skrzydła Gniewu to świetne fantasy, pasjonujące, zachwycające, wciągające.
To nieszablonowa opowieść z bohaterami z krwi i kości.
Nic nie jest tu tylko dobre, albo tylko złe.
Świat, który stworzyła S.C. Friedman ma wiele odcieni szarości i autorka umiejętnie pokazuje je swojemu czytelnikowi.

.

*zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl






wtorek, 19 kwietnia 2016

"Marcowe fiołki" Sarah Jio. Lekka i wciągająca opowieść o burzliwej miłości i odnajdywaniu swojej drogi.



Marcowe fiołki miała być lekką, kobiecą literaturą na jeden wieczór, taką do poczytania przy dobrej kawie.
Ot taka książka po której niczego wielkiego się nie ma co spodziewać, niewymagająca lektura.

I choć książka ta faktycznie okazała się typową literaturą kobiecą, to wbrew moim oczekiwaniom okazała się również  bardzo ciekawa i wciągająca, z tajemnicą rodzinną sprzed kilkudziesięciu lat w tle.

Książka opowiada o miesiącu z życia Emily, która po rozwodzie postanawia pojechać na wyspę w odwiedziny do swojej ukochanej ciotki Bee.
Już pierwszej nocy odkrywa w szufladzie szafki nocnej pamiętnik tajemniczej Esther, która na jego kartach opowiada historię swojej burzliwej miłości do Elliota oraz dramatycznych wydarzeń, które będą następstwem tego uczucia.
Próbując odkryć kim była Esther, bohaterka zacznie odkrywać rodzinne tajemnice, a w jej własnym życiu zacznie się nowy rozdział…

Od razu się przyznam, że lubię czasem przeczytać dobrze napisany romans i powzruszać się w trakcie lektury.
Tego właśnie oczekiwałam od książki Sarah Jio, a muszę przyznać, że dostałam trochę więcej.
Bowiem opowiedziana przez nią historia, to pełna pasji historia niespełnionej miłości Esther, Elliota i dramat tych, którzy ich kochali. 
Wszyscy bohaterowie zostali skonstruowani bardzo dobrze, to ludzie z krwi i kości. Popełniają błędy, poddają się emocjom, kochają i nienawidzą.

Odkrywanie tajemnic z przeszłości bardzo dobrze uzupełniało opowieść o Emily, która próbowała ułożyć sobie od nowa życie po rozwodzie i wyleczyć rany, które spowodowała zdrada męża.

Akcja książki toczy się dość leniwie, ale fabuła jest tak ciekawa, że książkę czyta się bardzo dobrze.
Autorka w przekonujący sposób oddała klimat wyspy oraz niespieszny rytm życia w wyspiarskich warunkach.
Miałam możliwość dobrego poznania Emily, zrozumieć jak się czuła i z czym musiała sobie poradzić. 

Książka nie jest przesłodzona ani naiwna. Bohaterowie są ciekawi, a autorka pokazała, że każdy skrywa jakieś sekrety.
Sarah Jio ma lekkie pióro, lektura była przyjemna i kolejne strony szybko mijały.
Nie sposób było nie kibicować Emily w jej działaniach mających na celu rozwiązanie tajemnicy z przeszłości, rodzącemu się uczuciu i jej próbom powrotu do pisania.
Co ważne, główna bohaterka nie jest irytująca, nie podejmuje dziwnych i całkowicie nielogicznych decyzji, jak to często bywa w tego typu literaturze.
Jest fajną młodą kobietą, której świat zawalił się na głowę, a która mimo to nie poddaje się i pragnie znów żyć pełnią życia, lecząc ból i złamane serce.

I mimo, że Marcowe fiołki, to nie jest wybitna literatura, to jest to dobrze napisana książka, z ciekawymi bohaterami, wciągającą fabułą i nutką tajemnicy, którą chce się odkryć wraz z Emily.
To książka, z którą spędza się udany wieczór i nie odkłada się jej aż do ostatniej strony.
Bo największą zaletą Marcowych fiołków jest to, że wszystkie emocje w tej książce wydają się naturalne, a bohaterowie prawdziwi.
Nie ma tu żadnych górnolotnych i patetycznych wypowiedzi, które mają wyciskać łzy z oczu czytelnika, grając na jego uczuciach.
Wzruszenia w tej książce dostarcza czytelnikowi sama historia, którą opowiada autorka. 
A robi to na tyle dobrze, że z pewnością sięgnę po kolejne jej książki, gdy będę chciała przeczytać wciągającą historię o miłości. 


* Zdjęcie prezentowane na tym blogu jest własnością autora. Wykorzystywanie i kopiowanie zdjęć bez mojej zgody jest zabronione
(Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).




niedziela, 17 kwietnia 2016

"Córka Piekarza" Sarah McCoy



Córka Piekarza, autorstwa Sarah McCoy, to poruszająca historia dwóch kobiet.
Opowieść toczy się dwutorowo.
Na przełomie lat 1944/1945 poznajemy Elsie, siedemnastoletnią córkę piekarza, żyjącą w Niemczech i uwikłaną w dramatyczne wydarzenie kończącej się wojny i porażki Niemiec.
Współcześnie poznajemy Rebę – dziennikarkę, która chce przeprowadzić pogodny wywiad z Elsie, która od lat mieszka w USA i prowadzi wraz z rodziną piekarnię. Wywiad ma być o tradycjach bożonarodzeniowych w Niemczech. 
Spotkanie to stanie się początkiem wielkiej przyjaźni, a Rebie do siłę do zmierzenia się ze swoją przeszłością i skrywanymi w duszy demonami.

Zacznę od tego, że powieść jako całość, oceniam bardzo dobrze. Autorka ma lekkie pióro, potrafi obrazowo opisać otaczającą bohaterów rzeczywistość.
Natomiast co do poszczególnych historii, to mnie zafascynowała opowieść o Elsie, jej rodzinie i nazistowskim oficerze, których ich chroni, a który sam nie jest wolny od wewnętrznych demonów.
Autorka porusza w niej bardzo trudne tematy krwawych i okrutnych rządów Nazistów, terroru gestapo i tego, jak ogromna propaganda wpływała na obywateli Niemiec. 
Autorka subtelnie, ale niczego nie ukrywając, przedstawia czytelnikowi prawdę o tamtych czasach, o mordach dokonywanych przez gestapo i SS na obywatelach Niemieckich, o zastraszaniu, brutalności, gwałtach i okrucieństwie.
Nikt nie mógł czuć się bezpieczny, także rodzina Elsie.
Dziewczyna przeżyje dramatyczne chwile, mimo młodego wieku, będzie musiała stawić czoło sytuacjom, które mogą zabić w człowieku wszystko i go zniszczyć.
Zostanie zmuszona do szybkiego wejścia w dorosłość, a jej niewinność i dobroć zostanie wystawiona na najwyższą próbę.

Cała historia Elsie i jej rodziny jest fascynująca, wciągająca, pełna napięcia i emocji. Polubiłam ta wrażliwą dziewczynę, jej matkę i ojca. Bardzo ciekawy jest też wątek siostry Elsie – Hazel. Dziewczyna trafia do ośrodka, w którym młode Niemki rodziły czystej krwi aryjskie dzieci. Mimo braku szokujących szczegółów, autorka bardzo dobrze opisuje rzeczywistość i to czym faktycznie były takie ośrodki.

Cała warstwa historyczna, wraz z bardzo dobrze wykreowanymi bohaterami i ich fikcyjną historią, sprawiała, że ciężko było się oderwać od książki.

I może dlatego historia Reby wydawała mi się mniej fascynująca i wciągająca. Brakowało mi w niej dramatyzmu, który cechowały wydarzenia z życia Elsie.
Trochę to krzywdzące dla historii Reby, bo na tle okrucieństw i dramatu II Wojny Światowej, problemy żyjącej współcześnie Reby musiały być mniej wyraziste i wydawać się mniej ważne.
Reba zmaga się z samobójstwem ojca, jego chorobą. Wewnętrzny lęk paraliżuje ją i doprowadza do momentu, gdy już nie wie kim naprawdę jest. Dopiero przyjaźń z Elsie i jej córką, pomoże jej poukładać sobie życie na nowo, odnowić więzi z rodziną i wreszcie odnaleźć swoje miejsce na ziemi.
Reba to ciekawa postać. Była dla mnie symbolem zagubienia we współczesnym świecie i poszukiwania swojej drogi i lęku przed tym co może nas zranić.
Polubiłam ją i ciekawiły mnie jej losy.
Mimo to, opowieść o niej, tak jak pisałam wcześniej, wydawała mi się trochę bezbarwna, jakby wszystkie emocje autorka włożyła w opowieść o Elsie i dla Reby niewiele ich już pozostało.
Nie mogę napisać, że historia Reby jest gorsza, bo byłoby to kłamstwo.
Jest za to spokojniejsza, nie towarzyszą jej żadne dramatyczne wydarzenia, nie wywołuje silnych uczuć.
Całość jednak dobrze się ze sobą splata, uzupełnia i sprawia, że Córka Piekarza jest pasjonującą lekturą, wciągającą, poruszającą trudne tematy, ale podającą je czytelnikowi w subtelny sposób.
Bohaterki tej książki będą zmuszone podjąć wiele trudnych decyzji, walczyć o swoje szczęście, a walka ta nie będzie bynajmniej łatwa.

Powieść Sarah McCoy bardzo mi się spodobała. Na pewno sięgnę po kolejne jej książki i liczę na to, że dostanę tak samo pełne emocji i ciekawych bohaterów powieści.

* Zdjęcie prezentowane na tym blogu jest własnością autora. Wykorzystywanie i kopiowanie zdjęć bez mojej zgody jest zabronione
(Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).





piątek, 15 kwietnia 2016

"Siewca Wojny" Brandon Sanderson






Siewca Wojny, to pierwsza książka Brandona Sandersona, którą przeczytałam.
I właśnie od niej zaczęło się moje uwielbienie dla tego pisarza.

W swojej powieści autor przedstawia czytelnikowi całkowicie nowy świat. Świat w którym rządzi magia, ludzie, którzy po śmierci powracają jako bogowie – czyli Powracający oraz polityka.

Poznajemy losy czterech osób i to z ich perspektywy czytelnik śledzi akcję książki: Siri, jej siostrę Vivenne, Dar Pieśni, który jest Powracającym  oraz Vashera i jego miecz Szpon Nocy.

Jedna z sióstr w ramach polityczny układów dwóch królestw, zostaje przeznaczona na żonę Susebronowi,  który jest Królem – Bogiem  potężnego  Hallandren.
Ma to być starsza z sióstr. Ale w ostatniej chwili król Dedelin zmienia zdanie i zamiast wysłania j Vibenny, która była do swojej roli przygotowywana całe życie, wysyła młodszą, niepokorną Siri.

Ta zmiana będzie początkiem niesamowitych wydarzeń, do których dojdzie w Hallander, gdzie skrzyżują się losy wszystkich bohaterów.


Muszę powiedzieć, że moje pierwsze spotkanie z Sandersonem było bardzo udane. Mimo początkowych trudności w połapaniu się w złożoności stworzonego przez autora świata, dość szybko wciągnęła mnie akcja i zaciekawili bohaterowie.

Typowe dla tego pisarza jest to, że dość długo wprowadza swoich czytelników w wykreowany przez siebie świat oraz zapoznaje ze swoimi bohaterami.
Ale dzięki temu, gdy akcja nabiera już rozpędu, to nie ma problemu ze zrozumieniem „o co w tym wszystkim chodzi”.

Ciekawa magia, tak różna od tej, którą znałam z innych książek fantasy, sprawia, że powieść jest czymś świeżym i wyjątkowym.
Fabuła jest spójna, pióro aktor ma bardzo dobre. Ciężko było mi uwierzyć, że to jedna z pierwszych książek napisanych przez Sandersona.

Polubiłam wszystkich bohaterów, mocno im kibicowałam. Moją największą sympatię i ciekawość wzbudził Vasher oraz jego Szpon Nocy. Byłam bardzo ciekawa jego przeszłości, choć autor mocno skąpił czytelnikowi informacji na ten temat. Zżerała mnie ciekawość, z jakiego powodu Vasher i jego miecz wzbudza aż taki lęk wśród ludzi.

Siewca Wojny, to w odbiorze bardzo pozytywna powieść.
Pomimo zdrad, knowań i spisków, niebezpieczeństw.
Jest w tej książce coś, co sprawia, że byłam przekonana, że wszystko skończy się dobrze.
Mimo, że  niektóre decyzje i poczynania bohaterów wywoływały we mnie zgrzytanie zębami z irytacji, to nie psuły obrazu postaci i nie zniechęcały do nich.

Gdy książka została wydana, było to jednotomowe fantasy. Teraz pisarz pracuje nad kontynuacją.
Nie ukrywam, że bardzo mnie to ucieszyło.
Polubiłam świat i bohaterów Siewcy Wojny i bardzo chętnie przeczytam o och dalszych losach. Zwłaszcza, że  w Słowach Światłości pojawia się nawiązanie do Siewcy Wojny, co skutecznie zwiększyło moją ciekawość w związku z kontynuacją powieści.

Podsumowując.
Siewca Wojny to bardzo dobra powieść fantasy, z ciekawie skonstruowanymi bohaterami i niespodziewanymi zwrotami akcji.
Autor stworzył swój własny rodzaj magii, ideologii oraz cały świat, w którym dzieje się akcja.
Nic w tej książce nie jest oczywiste, przyjaciel może okazać się największym wrogiem, a to co wydawało się dobre, okrutną pułapką.

Dziękuję mojej szczęśliwej gwieździe, że trafiłam na tą książkę w czasie, gdy Brandon Sanderson nie był w Polsce praktycznie wcale znany.
Dzięki temu, w ciemno sięgałam po każdą jego kolejną książkę, ciesząc się świetną lakturą.

*zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl



niedziela, 10 kwietnia 2016

"Pożar" Brandon Sanderson


Stalowe Serce nie żyje.
To utwierdza Mścicieli w przekonaniu, że nawet potężnego Epika można zabić.
I rozpoczyna się polowanie.

Po zabiciu Stalowego Serca, David nie spoczywa na laurach, ale bez wytchnienia szuka sposobów na eliminację kolejnych Epików.
Splot różnych wypadków sprawia, że wraz z Profesorem i Tią jedzie do Babilaru, gdzie rządzi potężna Epik -  Regalia.
Jadą tam, aby się z nią zmierzyć i ją wyeliminować.
David ma jeszcze jeden powód, który skrzętnie ukrywa. Chce udowodnić, że Megan nie jest zła, a jej zdrada nie jest tym, czym się na pozór wydaje.
Niestety nie wszystko idzie zgodnie z planem, a czym więcej dziwnych i niezrozumiałych wydarzeń, tym bardziej w Davidzie narastają wątpliwości i rodzą się pytania, które będą domagały się odpowiedzi.
Chłopak dokona niesamowitych odkryć, a tajemnice, które uda mu się wyjaśnić, wstrząsną całym jego światem.

Muszę powiedzieć, że Pożar – czyli drugi tom serii Mściciele Brandona Sandersona, rozpoczyna się z mocnym przytupem.
Autor wrzuca nas w sam środek pędzącej akcji i nie zwalnia ani na chwilę.

Po lekturze Stalowego Serca byłam przekonana, że wiem w jakim kierunku będzie się rozwijać seria Mściciele. No cóż. Byłam w błędzie.
Autor zaskoczył mnie swoimi pomysłami, rozwojem akcji i rozwiązaniami jakie zaserwował czytelnikowi w Pożarze.
Akcja książki ani na chwilę nie zwalnia, ciągle coś się dzieje. A czym dalej, tym fabuła robi się ciekawsza i zaskakująca.
David to młody chłopak i autor świetnie to ukazał, tworząc jego postać. Nieprzemyślane decyzje, brawura, w pewien sposób naiwność i heroizm. Wszystko to, plus młodzieńcze zauroczenie, sprawia, że to bohater z krwi i kości,  którego nie sposób nie polubić.

Książkę czyta się wyjątkowo dobrze i przyjemnie. Pan Sanderson ma świetny styl, a wciągająca fabuła sprawia, że koleje strony znikają w zastraszającym tempie.

Wydawać by się mogło, że Pożar to lekka lektura, skierowana do młodszego czytelnika.
Wbrew pozorom tak nie jest. Autor umiejętnie wplata w fabułę kilka pytań na poważne tematy. W sercu Davida pojawią się wątpliwości, które zmuszą go do zweryfikowania swoich dotychczasowych poglądów na temat Epików, ich natury i postępowania oraz działania Mścicieli.

Już po lekturze Stalowego Serca pisałam, że ta książka pod pewnymi względami przypomina mi trochę uniwersum Marvela, z jego super bohaterami.
Nie inaczej było podczas czytania tej książki. Może to zasługa obecności Epików z ich super mocami , niemniej jednak dla mnie to bardzo podobny klimat.
I bynajmniej nie jest to dla mnie wada – wręcz przeciwnie.

Bardzo spodoba mi się, że mimo rozwiązania niektórych zagadek, autor nie podał czytelnikowi wszystkiego jak na tacy, a każda z rozwiązanych zagadek, spowodowała, że pojawiły się kolejne tajemnice do rozpracowania.
Zakończenie książki jest naprawdę spektakularne. Mogę śmiało powiedzieć, że wprawiło mnie w zdumienie i pozostawiło pod wielkim wrażeniem pomysłowości autora.
Oczywiście sprawia również, że z niecierpliwością będę czekała na kolejny tom serii.

Pożar, to bardzo dobra kontynuacja Stalowego Serca. Jest świetnie napisana, akcja jest dynamiczna i prowadzona  bardzo sprawnie. Fabuła jest wciągająca i zaskakująca.
Autor często daje czytelnikowi przysłowiowego „prztyczka w nos” i gdy już się wydaje, że domyślamy się co zaraz się wydarzy – oczywiście wydarza się coś całkowicie innego.
Okazuje się, że w świecie pod rządami Epików nie wszystko jest takie, jak się wydaje na pierwszy rzut oka.


To kolejna książka tego autora, która mnie zachwyciła. Z czystą przyjemnością sięgnę po kolejne tomy serii Mściciele, jak również po każdą inną książkę Brandona Sandersona.
Do tej pory przeczytałam wszystkie książki tego pana, które ukazały się w Polsce i nie zawiodłam się na żadnej.

*zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytać.pl