niedziela, 26 czerwca 2016

"Dom na jeziorze" Sarah Jio.


Dom na jeziorze, to druga powieść Sarah Jio, którą przeczytałam. Pierwsza – Marcowe fiołki – przypadła mi do gustu (pisałam o niej tutaj Marcowe Fiołki)

Akcja powieści rozpoczyna się, gdy główna bohaterka – Ada – po śmierci męża i córki, postanawia uciec przed cierpieniem i z Nowego Jorku przeprowadza się na mieszkalną barkę na jeziorze w Seattle.
Tam poznaje sąsiada Alexa oraz próbuje rozwikłać tajemnicę zniknięcia dawnej mieszkanki barki – Penny.

Akcja powieści toczy się dwutorowo, współcześnie – opowiadając losy Ady i Alexa oraz w latach pięćdziesiątych, gdy na barce mieszkała Penny, młoda żona znanego artysty.

Same historie dwóch kobiet są ciekawe, choć zdecydowanie bardziej podobała mi się ta o losach Penny. Była ciekawsza, wciągająca, intrygująca, zważywszy, że kobieta zaginęła pewnej nocy i nie udało się ustalić, co się z nią stało.
Jej małżeństwo z Dexem, znanym artystą, wbrew pozorom nie było szczęśliwe, a zakazana miłość, doprowadziła do jej zniknięcia.

Współcześnie Ada, która nie radzi sobie ze stratą najbliższych, stara się poukładać od nowa swoje życie. Znaleźć cel i sens istnienia, uporać się z poczuciem winy i straty.
Oraz dać sobie szansę na nową miłość.

Autorka dość sprawnie kreśli losy swoich bohaterek. Pokazuje obraz dwóch kobiet, których życie nie potoczyło się tak jak to sobie wymarzyły. Które zmagają się z osamotnieniem, stratą. Które szukają swojego miejsca na świecie i celu w życiu. A nade wszystko, chcą kochać i być kochane.

Książka napisana jest ładnym językiem i mimo, że opowiada o trudnych przeżyciach, to tchnie optymizmem i wiarą w to, że po każdej tragedii można jeszcze odnaleźć szczęście, jeśli mocno się tego chce.

Niestety mam jeden ogromny zarzut w stosunku do Domu na jeziorze. Jest nim powielenie schematu Marcowych fiołków.
I nie chodzi tu o samą fabułę, a o zastosowane rozwiązanie.
Tak więc, mamy kobietę po przejściach, która ucieka do nowego miejsca, aby dojść do siebie. Mamy tajemnicę sprzed lat, którą próbuje rozwiązać. Mamy nowego mężczyznę, którego spotyka, a który w ten czy inny sposób jest w tą tajemnicę zaplątany.
Mamy dwutorowe prowadzenie akcji, współcześnie i sprzed lat.
No i zakończenie, łudząco podobne w obu książkach.

Czytając Dom na jeziorze, miałam cały czas wrażenie, że mimo innego umiejscowienia akcji, nowych bohaterów i innej tajemnicy do rozwikłania – czytam tą samą książkę.

Zabrakło mi również trochę akcji w historii Ady. Opowieść toczy się bardzo spokojnie, wręcz za spokojnie. Gdyby nie historia Penny, to mogłabym się nudzić podczas lektury.

Jestem trochę rozczarowana tą książką, więc nie wiem czy i kiedy sięgnę po kolejne pozycje tej autorki.
Dom na jeziorze miał duży potencjał, według mnie niewykorzystany. Może gdybym tą książkę przeczytała jako pierwszą tej autorki, to moje odczucia po lekturze byłyby inne.
Niestety powielony schemat jeśli chodzi o konstrukcję opowieści mocno zaszkodził tej książce.
Autorka ma talent do opowiadania o uczuciach, więc liczę na to, że kolejna jej powieść, będzie się zdecydowanie różniła od swoich poprzedniczek.

*zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl



poniedziałek, 20 czerwca 2016

Trylogia "Ostatnie Imperium" Brandon Sanderson. Zachwycająca opowieść...





Mało jest wielbicieli fantasy, którzy w ciągu ostatniego roku czy dwóch, nie słyszeli nic o książkach Brandona Sandersona.
Głównie dzięki dwóm pierwszym tomom Archiwum Burzowego Światła.
Ale zanim ukazała się Droga Królów, Sanderson wydał już kilka książek.
Między innymi Trylogię Ostatnie Imperium, czyli Z Mgły Zrodzony, Studnia Wstąpienia oraz Bohater Wieków.
I to o wrażeniach po lekturze tej trylogii chciałam dziś napisać.

Pierwszy tom – Z Mgły Zrodzony, rozpoczyna się od historii Ostatniego Imperatora – tyrana, który rządzi cesarstwem od setek lat. Przeciwko jego uciskowi i rządom staje grupka złodziei pod przywództwem Kelsiera, którzy posiadają allomantyczne moce oraz Vin, młodziutka Zrodzona z mgły.
Razem spróbują zabić Ostatniego Imperatora, dając wolność skaa.
Jedyne, czego nie przewidują, to fakt, że śmierć Ostatniego Imperatora, to będzie dopiero początek problemów, a nie ich rozwiązanie…

Jak to zwykle bywa u pana Sandersona, historia rozkręca się dość długo. Autor wprowadza czytelnika w swój świat i prawa nim rządzące. Przedstawia swoich bohaterów i ich historie.
Ale gdy już powie na początku wszystko, co czytelnik powinien wiedzieć – ostro rusza z kopyta.
I robi to doprawdy w zachwycającym stylu.

Cała historia jest niezwykle spójna, nie ma słabych stron, ani gorszych czy nudnych momentów. Dzieje się tak za sprawą ciekawych bohaterów, lekkości pióra i fabuły, która jest niesamowicie wciągająca.
Nie sposób przewidzieć jak rozwiążą się tajemnice, które serwuje Sanderson. On ma tak niesamowitą wyobraźnię, że ciężko za nim nadążyć, a już o domyśleniu się jak potoczy się akcja, nie ma co myśleć.
I zapewne dlatego Ostatnie Imperium jest lekturą tak porywającą.
Widowiskowe sceny walki Vin z Inkwizytorami czy innymi Zrodzonymi z mgły, nowe oblicze magii i mocy, całkiem nowy świat, w którym wszystko jest na swoim miejscu i nie ma ani grama przedobrzenia ani jakichkolwiek niedorzeczności.
To wszystko sprawiło, że zakochałam się w tej trylogii – i co muszę od razu przyznać – w innych książkach tego autora również.

Nie sposób było nie polubić bohaterów. Każdy z nich ma swój niepowtarzalny styl i odmienny charakter. Mimo tego, że tak różni, są idealnie ze sobą zgrani, połączeni przyjaźnią i wspólnym celem.
Nie dało się nie zachwycać filozoficzną naturą Elenda, wojowniczą naturą Vin, zblazowaniem Breezea, opanowaniem i mądrością Sazeda.
A to nie wszyscy bohaterowie, którzy zachwycają w tej trylogii.
Bardzo podobało mi się ukazanie wątku miłosnego. Przede wszystkim dlatego, że nie jest on tylko „zapychaczem” w fabule, ale odgrywa niezwykle ważną rolę w całej trylogii, i nie mam tu na myśli przyciągnięcia uwagi spragnionych romansu czytelników.
A dodatkowo nie jest głównym wątkiem, ale uczuciem pokazanym z niezwykłą subtelnością i wyczuciem.
Do tego spora dawka poczucia humoru, odpowiednia ilość filozofii, trochę przemyśleń na temat istoty wiary i religii. Ale przede wszystkim nadzieja i zaufanie.


Sposób pisania pana Sandersona jest tak sugestywny, że byłam całkowicie pochłonięta przez świat jaki stworzył i porwana przez historię, którą opowiadał na kartach swoich książek.
Wszystko wydawało mi się tak prawdziwe, jakbym czytała o czymś, co miało szansę się wydarzyć w przeszłości.

Ostatnie imperium, to napisana z rozmachem, pełna niesamowitych zwrotów akcji, pełnowymiarowych bohaterów i niesamowitego świata trylogia, która porywa i zachwyca.
Dodatkowo zakończenie, którego się nie spodziewałam, pełne emocji i wzruszeń. 
Całość trzymała w napięciu do ostatniej strony, ostatniego zdania.
Po tak spektakularnym zakończeniu, pozostał żal, że opowieść się skończyła, że to za szybko i nie taki finał, jakiego bym chciała, choć idealnie pasujący do opowiadanej historii.

A gdy szczegóły fabuły zblakną  już w mojej pamięci, to będzie dobry moment, aby po raz kolejny sięgnąć po Z Mgły Zrodzonego, aby znów przeżyć niesamowite przygody i dać się porwać oszałamiającej opowieści. 


* Zdjęcie prezentowane na tym blogu jest własnością autora. Wykorzystywanie i kopiowanie zdjęć bez mojej zgody jest zabronione
(Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).



piątek, 17 czerwca 2016

Książkowe zakupy


Wreszcie przyszła paczka.
Na letnie wieczory, lekkie lektury. Jeśli Droga Cienia przypadnie mi do gustu - a wiele osób polecało mi tą trylogię - to już wiem, co zakupię podczas następnego buszowania po internetowych księgarniach.


Tym razem zakupy zrobione w Aros - dyskont książkowy - tanie książki



* Zdjęcie prezentowane na tym blogu jest własnością autora. Wykorzystywanie i kopiowanie zdjęć bez mojej zgody jest zabronione
(Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).



poniedziałek, 6 czerwca 2016

" Stacja Jedenaście" Emily St. John Mandel



Stacja Jedenaście, to książka, którą polecało mi sporo osób, a różne recenzje na blogach wychwalały.
Skusiła mnie tematyka i nie ukrywam, że liczyłam na coś nowego, świeżego w gatunku postapokalipsy.
Dlaczego się rozczarowałam? O tym poniżej.

Akcja książki zaczyna się od pogromu ludzkości z powodu wirusa gryp gruzińskiej – jak nazwano wyjątkowo morderczą odmianę grypy.
Wirus zabija około 90% ludzi na całym świecie. Cała cywilizacja się rozpada, znika internet, elektryczność, paliwo. Miasta popadają w ruinę, a ludzie po pierwszych latach chaosu, zaczynają życie na nowo, zamieszkując w małych miasteczkach i osadach.
Oczywiście świat stał się bardzo niebezpiecznym miejscem. Rozprzestrzeniła się anarchia i przemoc.

W tym świecie, 20 lat po wybuchu epidemii, podróżuje utartymi szlakami wędrowna grupa artystów „Symfonia”, dając koncerty i wystawiając sztuki Szekspira.
Próbują tym samym utrzymać w sobie i innych człowieczeństwo, które w zniszczonym i wyludnionym świecie jest zagrożone.
Pewnego dnia, dojeżdżają do miasta St. Deborah Przy Wodzie, a tam spotykają niebezpiecznego Proroka. Człowieka zdolnego do wszystkiego.


Akcja książki biegnie dwutorowo. Autorka opowiada historię kilku bohaterów niedługo przed wybuchem epidemii oraz 20 lat po jej wygaśnięciu.
Ludzie ci, choć w większości ze sobą niezwiązaniu, okażą się w pewien sposób połączeni poprzez swoją przeszłość.
Przez całą powieść autorka skacze pomiędzy przeszłością, a teraźniejszością. Niestety nie są to płynne przeskoki, czasem wręcz zastanawiałam się, czy one w jakiś sposób łączą się z historią opowiadaną w czasie teraźniejszym.

Podobał mi się wątek podróżującej grupy aktorów i muzyków, przez zniszczony i wyludniony świat.
Ciekawie również rozpoczął się wątek spotkania z Prorokiem w mieście St. Deborah Przy Wodzie i czekałam na jego rozwinięcie. Autorka położyła duży nacisk na ten wątek, nakreśliła pełne niepokoju i niebezpieczeństwa tło, a następnie spłyciła jego rozwiązanie do jednej strony. Rozczarowało mnie takie potraktowanie tego tematu, bo Prorok był jedną z najciekawszych postaci w tej książce.

Również sam wątek Symfonii został jak dla mnie niewykorzystany. Miał ogromny potencjał. Autorka mogła pokazać za jego pomocą jak wyglądało życie 20 lat po zagładzie. Niestety, niczego się nie dowiedziałam, prócz kilku luźnych wspomnień z innych miast, opisanych kilkoma zdaniami.

Dużo czasu autorka poświęca temu, co się działo przed wybuchem epidemii.  Najważniejszym elementem historii, jest słynny aktor Arthur, który - jak się okazało - jest czynnikiem łączącym wszystkie wątki z przeszłości i teraźniejszości.
Co ciekawe, aktor ten umiera na scenie w nocy, gdy wirus przepuszcza atak na całą ludzkość. Mimo to, będzie młia duży wpływ na bohaterów, którzy przeżyją epidemię.

Co mnie mocno „uwierało” w tej historii?
Zdecydowanie chaos. Ciągłe przeskoki z przeszłości do teraźniejszości, odbierały akcji ciągłość i siłę przekazu.
Tym bardziej, że w większości wspomnienia dotyczyły osób, które nie przeżyły uderzenia epidemii.
Nie potrafiłam przez to przejąć się losami żadnych bohaterów.
Wydarzenia dziejące się w teraźniejszości, wydawały mi się nijakie. Akcja toczyła się pomału, jak mały strumyczek w letni dzień, gdzie ja oczekiwałam, że porwie mnie jak wzburzona rzeka.
Zabrakło mi w tej powieści emocji, jakichkolwiek.
Nie udało mi się przywiązać do bohaterów, ani jakoś szczególnie ich polubić, bądź znielubić.
Dla mnie po prostu byli. Nic więcej.
Nie czułam strachu bohaterów przed Prorokiem, nie czułam ich osamotnienia i tęsknoty za dawnym światem.

Natomiast co mi się podobało w Stacji Jedenaście, to dość obrazowe oddanie obrazu społeczeństwa u schyłku cywilizacji. Pędzący świat, wszelkie osiągnięcia nauki i techniki.
Korporacyjne życie, blichtr i blask sławy Hollywood,  skupianie się ludzi na tym co posiadali, a nie na tym co czuli, na samym życiu.

Czytając Stację Jedenaście, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że o tym wszystkim już gdzieś czytałam.
W głowie kołatało mi się kilka tytułów z tego samego gatunku, z podobnymi wątkami. I choć motyw wędrownej trupy aktorów i muzyków jest czymś nowym, to akurat ten wątek nie został w pełni wykorzystany.
Powieść reklamowana była jak melancholijna, niesamowicie przejmująca, wzruszająca, wyjątkowo realistycznie przedstawiająca życie przed i po epidemii.

Nie zgadzam się z takim opisem. Właśnie tego mi w tej powieści zabrakło, tych wszystkich emocji, tego przedstawienia życia po przejściu epidemii.
Zakończenie Stacji Jedenaście, to otwarta furtka. Daje pewną nadzieję na przyszłość i szansę dla pozostałych przy życiu ludzi.
I jest to najlepszy moment w całej książce. Jest w nim niepewność, lęk, ale i nadzieja i rodzący się entuzjazm i chęć do życia.

Stacja Jedenaście nie jest książką złą. Nie jest niestety również książką dobrą.
Jest poprawna, chwilami ciekawa.  Ale mimo wszystko, to jednak trochę za mało, aby mnie zachwycić.


*zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl






piątek, 3 czerwca 2016

"Demelza" tom drugi Sagi rodu Poldarków. Winston Graham



Demelza, to drugi tom Sagi rodu Poldarków.
Każdy, komu spodobał się tom pierwszy, na pewno zachwyci się również kontynuacją losów Rossa, Demelzy i ich rodziny.

Książka ma w sobie niesamowity klimat Kornwalii.
Są deszcze, mgły, niespokojne morze. Jest zadufana w sobie arystokracja,  pierwsze pokolenie dorobkiewiczów, którzy chcą udowodnić, że to majątek się liczy, a nie pochodzenie. Jest też bardzo dobrze poprowadzony wątek górników, osadników i reszty ubogiego społeczeństwa.
Są nowe dramaty, małe radości.

W tej części autor poświęca sporo czasu Demelzie, jej próbie radzenia sobie wśród arystokracji, jako żona jednego z nich.
Jednocześnie nie zaniedbuje innych bohaterów, wręcz przeciwnie – szykuje im kilka niespodzianek i życiowych zakrętów.

Winston Graham w sposób niezwykle realistyczny kreśli sylwetki swoich bohaterów. Sprawnie wprowadza do swojej historii nowe  postacie, które w pewnej chwili odgrywają ważniejszą rolę, niż mogło się początkowo wydawać.

Świetnie oddane są realia życia na  XVIII wiecznej prowincji.  Niepokoje niższych warstw społecznych, widma głodu górników, którzy stracili pracę, chorób i epidemii, które atakowały niespodziewanie.
Ale również mocno ukrywane przez arystokrację zawiedzione nadzieje, romanse, walkę o przetrwanie w trapionym kryzysem państwie.


Na tle  XVIII  wiecznej Kornwalii, śledzimy losy Rossa i Demelzy, ale również pozostałych członków rodziny Poldarków. Francisa, Elizabeth i Verity.
Autor pozwala czytelnikowi dobrze poznać swoich bohaterów, ich namiętności i pragnienia, skrzętnie skrywane pod przykrywką dobrego wychowania i konwenansów.
Pod powierzchownością chłodu i opanowania, bohaterowie zmagają się z burzliwymi uczuciami, podejmując decyzje, które będą rzutować nie tylko  na całe ich dalsze życie, ale również wpłyną na pozostałych członków rodziny i przyjaciół.

Urzekło mnie w tej książce to, jak autor ukazał uczucie, które połączyło Rossa i Demelzę. Małżeństwo, które rozpoczęło się niejako z obowiązku, krok po kroku zmieniło się w związek oparty na prawdziwej miłości.
Wciągnął świat ukazany przez Winstona Grahama. Może dlatego, że autor nie przedstawia go w różowych barwach, nie idealizuje.
Wręcz przeciwnie, ukazuje całą brutalną prawdę o tamtych czasach, pokazując, że tylko nieliczni mogli żyć w blasku przyjęć i dobrobytu. A nawet to – patrząc na losy niektórych bohaterów – nie gwarantowało im szczęścia czy zadowolenia ze swojego życia.


Autor odkrywa przed czytelnikiem zepsucie i fałsz panujący wśród arystokracji. Jednocześnie obrazowo pokazuje życie prostych ludzi, wśród biedy i walki o każdy dzień.

A co najważniejsze – udowadnia, że niezależnie od pochodzenia i majątku, wszyscy jego bohaterowie, to ludzie z krwi i kości. Popełniający błędy, mający marzenia i pragnienia. Targani silnymi emocjami, kochający i nienawidzący.

Nie wiem do końca, co tak bardzo zachwyciło mnie w Demelzie (jak również w poprzedniej części Sagi rodu Poldarków). Wydaje mi się, że to wyjątkowo realistyczne odmalowanie tamtych czasów, niesamowity klimat Kornwalii, niespieszna narracja, która jednak nie nudzi, za to pełna jest dramatycznych wydarzeń i niespodziewanych zwrotów akcji.
Ciekawe są również wątki mówiące o ówczesnej medycynie, metodach leczenia i kuracjach. Udało się to za sprawą nowego bohatera – lekarza, który mam nadzieję, będzie się pojawiał w kolejnych tomach.

Czytając Demelzę miałam wrażenie, że gdy tylko zamknę oczy, będę mogła zobaczyć plaże, drogi, pola. Autor bardzo plastycznie opisał otaczającą bohaterów przyrodę, robiąc to z wyczuciem i umiarem.
Mimo nieśpiesznej narracji, akcja sprawnie idzie do przodu.
Nie nudziłam się ani przez chwilę, oczarowana światem, który przedstawił mi Winston Graham.

Stacja BBC nakręciła serial na podstawie dwóch pierwszych tomów Sagi (można o nim przeczytać tutaj: Poldark. Wichry losu ), ale ja go jeszcze nie widziałam, gdyż zawierał fabułę Demelzy, a nie chciała sobie psuć lektury.
Za to teraz, gdy Demelza już za mną, niewątpliwie nadszedł czas na seans.

* Zdjęcie prezentowane na tym blogu jest własnością autora. Wykorzystywanie i kopiowanie zdjęć bez mojej zgody jest zabronione
(Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).








środa, 1 czerwca 2016

"Jesienna Republika" Brian McClellan. Tom finałowy Trylogii Magów Prochowych


Jesienna Republika – finałowy tom Trylogii Magów Prochowych – już za mną.
Autor zakończył swoją opowieść z wielkim przytupem.

Akcja Jesiennej Republiki nabrała ogromnego rozpędu. Rozpoczyna się zaraz po zakończeniu Krwawej Kampanii. Powrót Tamasa, wojna z Kezem, nowe zagrożenie w stolicy. Ucieczka Taniela Dwa Strzały przez nasłanymi przez zdrajców żołnierzami. Śledztwo inspektora Adamata, która wyjawi zagrożenie, jakiego nikt się nie spodziewał. 

Książka jest naszpikowana akcją, nie ma słabszych momentów. Autor sprawnie kieruje fabułą, wyjaśniając tajemnice, kończąc rozpoczęte wątki.
Robi to w sposób stopniowy, aby nie zdradzić wszystkiego od razu.
Mimo, że tom trzeci jest naszpikowany walkami, starciami wojsk, jak i magii, to autor nie pomija wątków osobistych swoich bohaterów.
Nie poświęca im dużo czasu, co uznaję za ogromny plus, ale są one dobrym dopełnieniem fabuły i sprawiają, że bohaterowie są jakby bardziej ludzcy.

Wszystko, co podobało mi się w poprzednich dwóch tomach, w finałowym jest nie tylko na takim samym poziomie, ale i jeszcze lepsze.
Sama historia mnie porwała i wciągnęła do swojego świata.
Autor ma lekkie pióro, styl, który mi osobiście bardzo przypadł do gustu.

Mimo, że nie jest to literatura wybitna, to wg mnie jest to bardzo dobre fantasy, lekkie, wciągające.
Nie ma zbytniego patosu i przesłodzenie. Flaki to flaki, krew to krew.
No i zakończenie.
Dla mnie bardzo dobre, spektakularne, dynamiczne, ale nie rozwleczone aż do przesady.  W dodatku finałowa walka została tak plastycznie opisana, że miałam wrażenie, że ją oglądam, a nie tylko o niej czytam.
Nie ma typowego happy endu, a problemy trapiące kraj po przewrocie nie zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Mimo to, byłam pod wrażeniem tego, w jaki sposób autor zakończył swoją trylogię i przyznam się, że czułam się usatysfakcjonowana takim a nie innym zakończeniem.

Mam nadzieję, że autor powróci do stworzonego przez siebie świata i umieści w nim inna historię. 
Szkoda by było, gdyby zmarnował się taki fajny potencjał, jak magia prochowa, Kościane Oko, czy Uprzywilejowani.
Jednocześnie bardzo się cieszę, że nie jest to kolejna niekończąca się seria, gdzie człowiek czyta, czyta i końca nie widać.

Brian McClellan stworzył ciekawy kontrast pomiędzy różnymi rodzajami magii. Z jednej strony spektakularna magia Uprzywilejowanych, z drugiej niby niepozorna, całkowicie nie widowiskowa, ale mająca ogromną moc, magia prochowa.
Do tego praktycznie całkowicie zapomniana magia Kościanego Oka, która jak się okazuje, mogła mierzyć się z mocą, którą władali bogowie.

Dzięki takiemu rozwiązaniu, starcia osób władających różnymi rodzajami magii, były interesujące i nieprzewidywalne.

Podsumowując, Jesienna Republika, to pełna akcji, walk i starć, finałowa część Trylogii Magów Prochowych.
Autor nie daje swoim bohaterom ani chwili wytchnienia, akcja pędzi do przodu, a rozwiązanie niektórych tajemnic, może mocno zaskoczyć. 

Cała trylogia to świetna rozrywka, od której ciężko się oderwać i którą mogą z czystym sumieniem polecić, jako wyśmienite spędzenie czasu w świecie fantasy.

Trylogia Magów Prochowych to debiut jej autora - Briana McClellana.
Przyznaję, debiut bardzo udany. Z pewnością sięgnę po kolejne książki tego autora i mam wewnętrzne przekonanie, że się nie rozczaruję.

Z ciekawostek dodam, że Brian McClellan  uczył się u Brandona Sandersona, który prowadził zajęcia z kreatywnego pisania na Brigham Young University, co dla mnie jest najlepszą rekomendacją.



* Zdjęcie prezentowane na tym blogu jest własnością autora. Wykorzystywanie i kopiowanie zdjęć bez mojej zgody jest zabronione
(Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).


niedziela, 29 maja 2016

"Krwawa Kampania" Tom drugi Trylogii Magów Prochowych. Brian McClellan



Krwawa Kampania, to drugi tom trylogii Magów Prochowych.
Akcja rozpoczyna się zaraz po zakończeniu Obietnicy Krwi.

Taniel, po zabiciu (jak mu się wydaje) boga, wybudza się ze śpiączki.  Tamas wyrusza na wojnę z Kezem, która już jest nieunikniona, a Adamat próbuje uratować żonę i pokonać lorda Vetesa.

Nie chcę się rozpisywać na temat fabuły, bo raz, że tego nie lubię, a dwa, że każdy może sam przeczytać opis na okładce książki.
Ale o jednym chcę napisać, a mianowicie o Tanielu. Młody chłopak, który strzelił i zabił? Boga Kresimira, którego wezwała Julene. Autor zaczął powieść od niego właśnie.
Co pokazał? Słabość, załamanie, poddanie się. Bo to właśnie stało się z Tanielem. Z powodu starcia z Kresimirem, stracił wolę walki i życia. Popadł w narkotykowe oszołomienie, które nie przyniosło mu niestety ulgi.
Zwątpienie i załamanie, które dotknęło Taniela, pokazuje, że nie jest on żadnym herosem, a pomimo swoich zdolności, tylko człowiekiem.
Człowiekiem, który cierpi, krwawi gdy się go zrani i ma swoje słabości.
Dzięki temu, w dalszej części książki, zdecydowanie bardziej doceniałam i podziwiałam tego bohatera.

Bo trzeba napisać, że to właśnie Taniel, Tamas i Adamat, zdecydowanie wysunęli się na pozycje głównych bohaterów w powieści.

Akcja Krwawej Kampanii jest bardzo dynamiczna i szybko mknie do przodu. Śledzimy ją z perspektywy Tamasa, Taniela i Adamata właśnie.
Nie dopatrzyłam się w tej powieści żadnych potknięć, nielogiczności ani przerysowanego heroizmu wśród bohaterów.
To, że władają magią, nie oznacza, że są niepokonani. A ich sukcesy, są zasługa ich osobowości i umiejętności.

Historia opowiadana przez autora jest spójna, wciągająca i świetnie przedstawiona.  Brian McClellan sprawnie wpycha swoich bohaterów w kolejne zdrady i niespodziewane sytuacje. Stawia przed nimi kolejnych wrogów, których często trudno jest odróżnić od przyjaciół.
Zachowuje również idealną harmonię pomiędzy magią a polityką. Te świetnie zachowane proporcje, zachwyciły mnie już w pierwszym tomie.
W Krwawej Kampanii, tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że autor doskonale wie, co robi i świadomie w taki, a nie inny sposób kieruje swoja opowieścią.

W  tym tomie spotkało mnie kilka zaskakujących zwrotów akcji. I to takich, których absolutnie się nie spodziewałam.
Niektórzy drugoplanowi bohaterowie zyskują na znaczeniu i otrzymują nowe role w tej opowieści.
Już pierwszy tom trylogii uważałam za bardzo dobry, tym bardziej jestem pod wrażeniem talentu autora, bo tom drugi nie dość, że trzyma wysoki poziom, to jeszcze podnosi poprzeczkę przed finałową Jesienną Republiką.

Co jeszcze przypadło mi do gustu w książkach Briana McClellan, to fakt, że jego bohaterowie nie są wyidealizowani. Ciężko powiedzieć o nich, że są z gruntu dobrzy, przyświecają im tylko wzniosłe idee, nie popełniają błędów, a wszystko co robią, robią w imię wyższych celów.
Oczywiście są to bohaterowie pozytywni, ale mają swoje ciemne strony i takie zakamarki w sercu, w których królują mniej chwalebne pobudki i motywacje.

Nie zmienia to jednak faktu, że bardzo polubiłam postacie wykreowane przez autora. Więc trochę się obawiam o ich finalne losy, bo autor jest dość nieprzewidywalny w swoich zamiarach co do nich.

Trzeci tom trylogii właśnie czytam. Z jednej strony nie mogę się doczekać końca, aby dowiedzieć się, co takiego zaserwuje mi Brian McClellan, z drugiej strony jednak czuję już niepokój, bo to będzie koniec tej pasjonującej przygody.
A nie ma co ukrywać, że opowieść o prochowych magach, to kawał dobrego fantasy. Świetnie napisanego, wciągającego i sprawiającego, że na długie godziny człowiek zapomina, że znajduje się na planecie ziemia, a nie w Adopeście.


* Zdjęcie prezentowane na tym blogu jest własnością autora. Wykorzystywanie i kopiowanie zdjęć bez mojej zgody jest zabronione
(Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

czwartek, 26 maja 2016

"Samotna Gwiazda" Paullina Simons.



Paulina Simons zasłynęła dzięki swojej Trylogii Jeźdźca Miedzianego.
Jako Rosjanka, która wyemigrowała wraz z rodzicami do USA, gdy miała 10 lat, w swoich powieściach potrafi w niesamowity sposób opowiadać o silnych uczuciach.
Jej książki są poruszające, pełne emocji.
Nie inaczej jest w przypadku jej najnowszej powieści „Samotna Gwiazda”.

Jest to historia czwórki młodych amerykanów, Chloe, Hannah, Blake i jego brata Masona, którzy po ukończeniu liceum pragną wybrać się w podróż do Barcelony. Jednak rodzice Chloe nie chcą się na to zgodzić. Z pomocą dziewczynie przychodzi jej babka, ale ma jeden warunek.
Dziewczyna musi najpierw - wraz z przyjaciółmi - udać się do Łotwy i tam odwiedzić jej dawno niewidzianą rodzinę, a następnie do Polski, aby złożyć kwiaty przy zbiorowej mogile ofiar w Treblince.

I właśnie od tego zaczyna się cała opowieść.
Już sama Europa jest dla młodych amerykanów czymś niesamowitym, a byłe państwa komunistyczne to dla nich całkowita egzotyka.
Zatłoczone i brudne pociągi, stare, rozklekotane autobusy. Dziwna dania, brak telefonów w każdym domu i wciąż wszechobecne echa przeszłości, widoczne na każdym kroku.
Do tego dochodzą sekrety, które skrywa każdy z czwórki młodych ludzi, sekrety, które gdy wyjdą na jaw, mogą na zawsze rozerwać łączące ich więzi.

Podczas jazdy pociągiem po Łotwie, Chloe – która jest główną bohaterką książki – poznaje  Johnny’ego . Poznaje go i od tej chwili nic już nie będzie takie samo, bo miłość tych dwojga młodych ludzi zmieni wszystko.
Johnny to tajemniczy młody człowiek, z niesamowitym talentem wokalnym, ujmującą osobowością i oczach, w których można zatonąć.
Nie zdradza praktycznie niczego ze swojej przeszłości, choć od razu widać, że również skrywa wiele sekretów. Zna dobrze kraje nadbałtyckie, historię II Wojny Światowej i wszystkich obozów zagłady zbudowanych przez nazistów.
To właśnie ta wiedza sprawi, że cała czwórka zgodzi się na wspólny wyjazd do Polski, aby Johnny pokazał im Treblinkę i Auschwitz…
Chloe zapała do Johnny’ego uczuciem wbrew sobie i temu, że w ich eskapadzie bierze udział jej chłopak Mason. Zakochuje się miłością wszechogarniającą, gwałtowną i na całe życie. A co najważniejsze – ze wzajemnością.

Gdy zaczynałam czytać Samotną Gwiazdę, spodziewałam się romansu.
Czy go dostałam? I tak i nie.
Tak – bo miłość pomiędzy Chloe a Johnnym to niewątpliwie szalony romans dwojga młodych kochanków.
Nie – bo to przede wszystkim poruszająca opowieść o wchodzeniu w dorosłość, o trudnych wyborach, o niszczącej sile kłamstw. A przed wszystkim o poszukiwaniu własnej drogi, pogodzeniu się z przeszłością i próbie zmierzenia się z własnymi demonami.

Paulina Simons opowiedziała pełną uczuć historię. Wspaniale nakreśliła swoich bohaterów, ich charaktery, ukryte motywy. To ludzie z krwi i kości, pełni sprzecznych uczuć, pragnień, strachu i lęku.

Chloe i Johnny nie mają wiele czasu. Ona musi wrócić do domu, a on musi się zgłosić do jednostki wojskowej, gdzie ma się szkolić na żołnierza i wyjechać do Afganistanu.
Ale te kilka dni, które uda im się spędzić razem, zmienią życie całej grupy już na zawsze.
 Historia jest ogromnie poruszająca, przepełniona emocjami tak silnymi, że po zakończeniu lektury, ciężko mi było przestać myśleć o bohaterach tej powieści.
Dodatkowo, autorka poruszyła trudny temat, jakim jest Holocaust. Zrobiła to z perspektywy młodych amerykanów, którzy nigdy nie mieli styczności z tym tematem,  a skala zagłady, która miała miejsce podczas II wojny Światowej, była dla nich czymś, o czym jedynie słyszeli w szkole.

Całą akcję czytelnik śledzi z perspektywy wszystkich bohaterów, dlatego ma się możliwość dokładnego poznania uczuć, myśli i spostrzeżeń ich wszystkich.

Powieść napisana jest pięknym językiem.  Autorka wydziela małe porcje informacji o przeszłości Johnny’ego, przez co powieść ma w sobie dużą dawkę tajemnicy i wielu znaków zapytania.
Sprawnie prowadzi narrację i tak kieruje akcją, że potrafi mocno zaskoczyć czytelnika.

Paulina Simons w swojej najnowszej książce pokazuje, że pod powierzchnią radości i beztroski jaką daje młodość, kryją się złamane serca, decyzje, z których żadna nie jest dobra, kłamstwa i strach przed ich wyjawieniem.
Ale autorka daje czytelnikowi również nadzieję, że życie zawsze ofiarowuje nam drugą szansę – ważne jest tylko, czy potrafimy ją wykorzystać.

Co najbardziej urzekło mnie nie tylko w tej powieści, ale i w wielu innych tej autorki, to wyczuwalna tęsknota za czymś, co minęło nieodwracalnie. Tęsknota i pewien smutek, melancholia.
Rodzina Paulliny Simons przeżyła wojnę i blokadę Leningradu. I mimo, że wyemigrowali do USA, to w ich sercach na zawsze pozostała tęsknota za dawną ojczyzną i czymś, co bezpowrotnie utracili.
 Wydaje mi się, że to odcisnęło swoje piętno na ich duszach, gdyż w wielu swoich książkach, autorka w większym lub mniejszym stopniu wraca do tematu II Wojny Światowej.

To nie jest lekka książka o grupce młodych ludzi i ich sercowych rozterkach.
 Mimo młodego wieku bohaterów, historia, którą opowiada Paulina Simons nie jest infantylna czy płytka.
Młody wiek, nie uchronił bohaterów tej powieści od trudnych doświadczeń, złamanych serc i nierównej walki z przeszłością.

Powieść mnie zachwyciła.
Zachwyciła i poruszyła.
Sprawiła, że czytałam całą noc i nie potrafiłam jej odłożyć.
Nie podobało mi się zakończenie.
Nie podobało aż do bólu.
Co nie zmienia faktu, że zakończenie idealnie pasujące do tej powieści. Jest na wskroś prawdziwe, przejmujące, wywołujące całą lawinę uczuć.

Ciężko mi ochłonąć po tak emocjonującej lekturze. Ale już teraz wiem, że to jedna z tych książek, do których będę wracać już zawsze.


* Zdjęcie prezentowane na tym blogu jest własnością autora. Wykorzystywanie i kopiowanie zdjęć bez mojej zgody jest zabronione
(Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).









środa, 25 maja 2016

Książkowe zakupy ciąg dalszy...

Maj się kończy, więc w tym miesiącu zapewne będą to ostatnie zakupy książkowe.
Tym razem dwie powieści obyczajowe.



* Zdjęcie prezentowane na tym blogu jest własnością autora. Wykorzystywanie i kopiowanie zdjęć bez mojej zgody jest zabronione
(Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).


wtorek, 24 maja 2016

"Miecze Cesarza" tom pierwszy Kronik Nieciosanego Tronu.


„Miecze Cesarza” to pierwszy tom Kronik Nieciosanego Tronu.
Książkę tą kupiłam pod wpływem impulsu, nie czytając o niej wcześniej, nie sprawdzając opinii.

Akcja rozpoczyna się od śmierci Cesarza Imperium Annuryjskiego.
Daleko od stolicy, w której mieszka jego córka Adare, żyją i szkolą się jego dwaj synowie.
Kaden wśród mnichów, jest szkolony na następcę tronu. Valyn w elitarnej jednostce Kettralu szkoli się na dowódcę Skrzydła.
Każdy z braci jest z dala od stolicy Annuru, ale spisek zawiązany przeciwko Cesarzowi i jego rodowi, sięgnie i po nich.

Brian Staveley stworzył pełną rozmachu i niespodziewanych zwrotów akcji powieść.
Bardzo ciekawie nakreślił swoich bohaterów, skupiając się głownie na cesarskich synach.
Świat stworzony przez autora jest bogaty, ciekawy, przedstawiony dokładnie, ale bez przydługawych opisów i zanudzania czytelnika szczegółami.
Wszystkie legendy i wierzenia są przekazywane ciekawie i interesująco.
W swój świat pisarz wprowadza czytelnika bez pośpiechu, dawkując mu informacje o Cesarstwie, wierzeniach, bogach, religiach, prawach rządzących imperium i przeszłości cesarskiej rodziny.
Ale akcja się nie ciągnie, bynajmniej. Jest wartka, wciągająca i poprowadzona bardzo sprawnie, mimo, że poznajemy ją z perspektywy trójki dzieci Cesarza.
Styl autora jest lekki, powieść napisana jest bardzo przystępnym językiem, dzięki czemu czyta się bardzo szybko.


Mogłabym się rozpisać nad wszystkimi zaletami i wadami tej książki. Ale napiszę krótko – jest naprawdę dobra.
Fabuła Mieczy Cesarza, to niby nic odkrywczego, ale jednak daje pewien powiew świeżości i nowości, jest spójna i wciągająca.
I mimo pewnych schematów, typu mordercze treningi obu braci, brutalnych wręcz przełożonych czy nauczycieli, to uważam, że jest to potrzebny rozdział w tej powieści, aby móc zrozumieć dlaczego bohaterowie stali się tym kim się stali, skąd w nich siła, umiejętności i dodatkowe zdolności, wykraczające daleko poza te, które posiadają nawet najlepiej wyszkoleni żołnierze.
To co wydaje się oczywiste na pierwszy rzut oka, wcale takim nie jest. Wrogowie czyhający na życie cesarskich dzieci są dobrze ukryci  i zdeterminowani w działaniu. Mają potężnych sojuszników i nie wiadomo kto jest faktycznie wrogiem, a kto sprzymierzeńcem.

Autor kilka razy, sprawnie wprowadza czytelnika w błąd, tylko po to, żeby go zaskoczyć rozwiązaniem tajemnicy.
Oczywiście, niewiele zostaje nam wyjawione w pierwszym tomie. Niektóre tajemnice doczekały się wyjaśnienia tylko po to, żeby ukazać następne, jeszcze bardziej ciekawe.

Bardzo spodobał mi się wątek pradawnej rasy Csestriimów, istot, które dały życie człowiekowi.
Coś, co było przez wielu uznawane za legendę, czy wymarłą rasę, okazało się rzeczywistym zagrożeniem, po wielu wiekach po raz kolejny stających przeciwko człowiekowi.

W powieści nie brakuje również magii. Nie jest ona jednak domeną czarodziejów czy magów, a krwiopijców.
Nie, wbrew nazwie, nie są to wampiry w klasycznym wydaniu.
To osoby, które potrafią czerpać moc z różnych przedmiotów, rzeczy, czy emocji innych ludzi.
W całym cesarstwie są tępieni i mordowani – ludzie się ich boją z powodu mocy jaką dysponują.
Jedynym miejscem, gdzie są chętnie widziani – to właśnie szeregi żołnierzy Kettralu. I aby zachować życie, to tam właśnie się kierują, gdy ich sekret wychodzi na jaw.
Tajemniczą i intrygującą postacią jest również Tan – nauczyciel Kadena, którego przeszłość pozostaje wciąż tajemnicą.

Wciągnęłam się w świat wykreowany przez autora.
Polubiłam jego bohaterów, tych głównych i drugoplanowych.
Książkę czytałam z ogromną przyjemnością, bo fabuła mimo, że rozbudowana, to ani przez chwilę nie nudziła i mimo sporej objętości (632 strony) potrafiła zaciekawić, wciągnąć i sprawić, że z niecierpliwością przewracałam kolejne strony.

Co dla mnie bardzo ważne, Brian Staveley utrzymał idealną równowagę pomiędzy polityką, spiskami i zdradami, a magią, zagrożeniem ze strony Csestriimów oraz całą fantastyczną częścią fabuły.
Dzięki temu stworzył powieść wielobarwną, napisaną z niezwykłym rozmachem, spójną akcją i historią, która wciąga okrutnie.
W książce nie ma również wątku miłosnego - choć uczucie to nie jest obce niektórym bohaterom - co uważam za duży plus.


Wiele godzin przeznaczonych na sen, poświęciłam na czytanie Mieczy Cesarza.
Nie żałuję ani jednej minuty, mimo opadających powiek w pracy i ciągłego ziewania przez cały dzień.
Bo są książki, dla których warto zarwać noc.
Miecze Cesarza, to właśnie jedna z nich.



* Zdjęcie prezentowane na tym blogu jest własnością autora. Wykorzystywanie i kopiowanie zdjęć bez mojej zgody jest zabronione
(Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).




środa, 18 maja 2016

"Kapitan Ameryka. Wojna Bohaterów" Marvelowskie widowisko z ulubionymi bohaterami



Od premiery Kapitana Ameryka. Wojna Bohaterów minęło już trochę, a ja dopiero teraz znalazłam czas, aby pójść do kina.
Z tym filmem wiązałam duże nadzieje. Nowi bohaterowie, konflikt pomiędzy Avengersami.
Sprawiło to, że apetyt na dobre widowisko miałam ogromny.
Czy Marvelowi udało się go zaspokoić tym filmem?
Oczywiście…

Kapitan Ameryka. Wojna bohaterów, to jak dla mnie bardziej film o Avengersach niż o Kapitanie. Nie gra on głównych skrzypiec, nie jest postacią dominującą w filmie. Plamę pierwszeństwa kradnie mu nie kto inny jak Iron Men.
I mimo łączącej tych bohaterów przyjaźni, to właśnie zasadnicza różnica w  ich poglądach, doprowadzi do tytułowego starcia pomiędzy Avengersami.

Cały film, to nic innego jak kwintesencja komiksu. Mamy więc spektakularne efekty specjalne, szybką akcję, widowiskowe walki.
A już wisienką na torcie jest walka podzielonych Avengersów na płycie lotniska w Niemczech.
Tam moc walczy z mocą, w czysto komiksowym stylu.

Poziom gry aktorskiej jak zawsze wysoki, fajna muzyka, która świetnie komponuje się z obrazem. I mimo, że film jest dość długi, to nie było czasu ani na nudę, ani na choćby jedno spojrzenie na
zegarek.




Muszę przyznać, że podzieleni Avengersi, walczący sami ze sobą, to pomysł, który kompletnie nie przypadł mi do gustu. Polubiłam tą pełną humoru i przyjacielskich relacji grupę superbohaterów z poprzednich filmów i nie chciałam aby cokolwiek się w tym temacie zmieniło.
Ale chylę czoło przed Marvelem, za taki kierunek losów swoich bohaterów.
Dzięki temu, stali się oni bardziej ludzcy, podatni na emocje i uczucia.
To już nie tylko osoby z niesamowitymi mocami, to równocześnie ludzie, którzy są targani wątpliwościami co do efektów swoich czynów, wyrzutami sumienia, z którymi próbują sobie radzić na swój sposób.

Kapitan Ameryka. Wojna bohaterów,  mimo niekwestionowanego komiksowego stylu, sprytnie przemyca kilka ważniejszych tematów, niż tylko siła mięśni czy potęga mocy.
To pytania o to, gdzie leży granica, która oddziela Avengersów od walki w obronie ludzkości, a walki za wszelką cenę, bez względu na koszty,  poruszenie tematu uczciwości, szczerości i zawiedzionego zaufania wśród przyjaciół.
Jak również poświęcenie jednego przyjaciela dla drugiego, oraz walki z chęcią zemsty, która zaślepia.

Film zapewnił mi pewną dawkę humoru, trochę wzruszeń i kilka niespodziewanych zwrotów akcji.
Marvel bardzo płynnie i z dobrym skutkiem wprowadził do świata Avengersów nowych bohaterów.
Czarna Pantera, Spiderman, Ant-Man.
Dzięki nim film zyskał powiew świeżości.
Co mnie wyjątkowo zaskoczyło, oczywiście pozytywnie, to Spiderman. Jak dla mnie, ten młody chłopak, który pojawia się na ekranie na nie dłużej niż 15 minut, całkowicie kradnie reszcie bohaterów scenę walki, której odbiera trochę powagi i patosu, wprowadzając  jednocześnie sporą dawkę humoru.

Nie będę ukrywała, że nowi bohaterowie pozytywnie mnie zaskoczyli, świetnie wpasowali się w fabułę, wprowadzili pewną świeżość i sporo zamieszania. Polubiłam ich i mam nadzieję, że zobaczę ich wszystkich w kolejnych Avengersach.

Cały film to dla mnie świetna rozrywka, typowo w Marvelowskim stylu. Nie jest to kino wybitne, ale w swoim gatunku sprawdza się idealnie, dostarczając mi niezapomnianych wrażeń podczas seansu.
Wszystko, czego się spodziewałam po filmie na podstawie komiksu, dostałam.
Było głośno, widowiskowo, z humorem, z ulubionymi bohaterami, z szybką akcją i spektakularnymi efektami specjalnymi. Do tego porywająca muzyka i szczypta smutku, że coś się nieodwracalnie skończyło w relacjach pomiędzy bohaterami.
Zdradzę za to, że zakończenie daje mi pewną nadzieję, że to jednak nie jest koniec Avngersów w takiej formie, którą polubiłam.

Na koniec dodam, że po zakończeniu filmu dostajemy dwie sceny dodatkowe. Więc warto poczekać chwilę i zobaczyć, co też tym razem będzie chciał nam zaserwować Marvel.

*zdjęcia pochodzą ze strony www.filmweb.pl