czwartek, 14 lipca 2016

"Świt Czarnego Słońca" C.S. Friedman. Tom pierwszy Trylogii Zimnego Ognia


Świt Czarnego Słońca, to pierwszy tom Trylogii Zimnego Ognia autorstwa C.S. Friedman.
Miałam już do czynienia z książkami tej autorki (Trylogia Magistrów, o której poszczególnych tomach pisałam na blogu), byłam „przygotowana” na to co zastanę na kartach tej książki.
I dałam się zaskoczyć.

Akcja książki toczy się na Ernie, planecie, którą zasiedlili ludzie w ramach podróży kosmicznych.
Aby móc korzystać z mocy planety i nagiąć ją choć trochę do swoich celów, musieli poświęcić wszystkie zdobycze techniki, żyjąc jak w 17 wieku na ziemi.
 Erną rządzi fae – moc, która daje potęgę magii, ale również niszczy i zabija. I nie da się jej kontrolować, ani ujarzmić – jedynie w ograniczony sposób korzystać z jej zasobów.
Kilka wydarzeń sprawia, że czwórka różnych ludzi, kapłan wiary w jedynego boga - Damien (wiara „przywieziona” z ziemi), adeptka magii -Cianni , która została ograbiona ze swoich zdolności, jej przyjaciel  i asystent - zen oraz upadły Prorok - Gerard, który zaprzedał się mocy fae mroku – wyruszają na pełną niebezpieczeństw wyprawę, aby odzyskać moc adeptki Cianni oraz pokonać zło, które próbuje zagrozić Ernie i jej mieszkańcom.

Fabuła powieści nie jest może czymś niepowtarzalnym oraz świeżym, ale sposób prowadzenia akcji i jej rozwój, sprawiają, że to pasjonująca lektura. Dodatkowo autorka potrafi stworzyć niesamowity klimat i bardzo obrazowo ukazać emocje, jakie targają bohaterami.
Początkowo ciężko było mi się odnaleźć w akcji. Wstęp do tej historii nie obfituje w informacje, mające przybliżyć czytelnikowi  motywy działania bohaterów czy reguły panujące na Ernie.
Jest wręcz przeciwnie, więc tak gdzieś do 70 strony dość mocno byłam pogubiona w tym jak funkcjonuje stworzony przez autorkę świat, jak działa magia oraz czym jest moc fae.
Na szczęście czym dalej, tym wszystko jest lepiej wyjaśnione, a akcja staje się coraz bardziej dynamiczna i wciągająca.

Bohaterowie przedstawienie przez C.S. Friedman, są ludźmi z krwi i kości. Mają swoje słabości i pragnienia. Prócz pokazania ich charakterów i osobowości, autorka zadaje kilka pytań o to, do czego zdolny jest się posunąć człowiek, gdy pragnie potęgi i władzy w świecie, który jest obcy, na nowej planecie, gdzie nie ma sądów, więzień czy rozwiniętej cywilizacji. A magia jest na wyciągnięcie ręki.
W sposób fascynujący pokazuje również relacje jakie połączą Damiena z Gerardem, jak kapłan będzie zmuszony do wyboru „mniejszego zła”, aby móc pokonać to większe i uratować Cianni. 
Mimo, że polubiłam wszystkich bohaterów,  w myśl zasady mówiącej,  że zło jest bardziej pociągające i wyraziste, Damien wydawał mi się mniej interesujący niż tajemniczy i potężny Gerard, który niewątpliwie jest stworzeniem złym do szpiku kości.
Tym bardziej doceniam umiejętności autorki, które sprawiły, że kibicowałam mu we wszystkich jego poczynaniach.

Autorka pokazała, że natura ludzka jest niezmienna i mimo tysiąca lat zamieszkiwania Erny, ludzie zdążyli pokazać, że prócz wiedzy i umiejętności, z zmieni przywieźli ze sobą również rządzę władzy i potęgi, próbując jednocześnie podporządkować sobie plemiona tubylców.
Świat wykreowany przez autorkę jest naprawdę niesamowity.
Na kartach książki autorka dokonała fascynującego połączenia fantasy z sc-fiction, a to wszystko okraszone sporą dawką teologii i pytania o naturę zła.

Na Ernie  mieszają się  ze sobą  światy demonów, religii, czarów, ludzi i siły która to wszystko kontroluje – fae.
I mimo pewnych początkowych trudności, ten koktajl przypadł mi bardzo do gustu. 
Świt Czarnego Słońca niejako zamyka opowiadaną historię, więc jeśli komuś nie przypadł do gustu styl autorki, ani nie wciągnął stworzony przez nią świat, to śmiało może zakończyć czytanie na tym tomie.
Lecz jeśli to co stworzyła C.S. Friedman przypadło czytelnikowi do gustu, to są jeszcze dwa tomy trylogii, po które ja niewątpliwie sięgnę.

Na koniec wspomnę jeszcze o okładce – jest ona okrutnie brzydka. Bardziej odpycha od sięgnięcia po  książkę, niż przyciąga. Gdybym wcześniej nie miała styczności z książkami tej autorki – to nie wiem, czy sięgnęłabym po tą.
W dodatku w tłumaczeniu pojawiło się trochę literówek. Na szczęście  nie są one tak częste, aby przeszkadzały w lekturze.

Podsumowując, warto sięgnąć po tą pozycję. Autorka stworzyła ciekawy świat i sprawnie połączyła fantasy z sc-fiction.  To nie tylko lekka opowieść o przygodach grupki bohaterów walczących ze złem.
To kilka pytań o moc wiary, natury zła oraz wyborów stojących w całkowitej sprzeczności z tym w co się wierzy.
Polecam.

*zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl



poniedziałek, 11 lipca 2016

Książkowe zakupy lipiec

Dziś przyszły, zdążyłam odebrać jeszcze przed pracą (dziękuję za kioski Ruchu czynne od 6 rano).
Zakupy tym razem zrobione w  AROS. Dyskont książkowy
Dziecko Odyna to pierwszy tom trylogii, Brent Weeks to pozostałe dwa tomy trylogii Nocnego Anioła ( moja opinia o pierwszym tomie tutaj: Droga Cienia)



* Zdjęcie prezentowane na tym blogu jest własnością autora. Wykorzystywanie i kopiowanie zdjęć bez mojej zgody jest zabronione
(Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

wtorek, 5 lipca 2016

"Eden. Nowy początek" Mia Sheridan. Poruszająca kontynuacja losów Caldera i Eden


Książkę „Eden.  Nowy początek” otrzymałam, jako egzemplarz recenzencki od Grupy Wydawniczej HELION, za co bardzo dziękuję.
Planowana data wydania to  3 sierpień 2016
Link do książki w księgarni internetowej tutaj:Eden. Nowy początek


Eden. Nowy początek, to bezpośrednia kontynuacja losów Caldera i Eden. 
Akcja rozpoczyna się w miejscu, w którym zakończyła się pierwsza część.
Zarówno Calder jak i  Eden są przekonani, że to drugie zginęło podczas powodzi w Akadii.
I mimo, że – jak się okazuje – mieszkają w tym samym mieście, musi minąć aż trzy lata, aby znów mogli się spotkać i dowiedzieć, że to drugie żyje.

Mia Sheridan ma talent do tworzenia ciekawych bohaterów,  pełnych uczuć i emocji. I nie inaczej jest w tej książce.
Mimo iż od ponad trzech lat Calder i Eden żyją w normalnym świecie, ich życie wcale nie jest proste i łatwe.
Oboje walczą z demonami przeszłości, boją się przyznać, że przeżyli zbiorowe samobójstwo w Akadii, unikają policji. 

Autorka bardzo sugestywnie ukazała uczucie wyobcowania i samotności, które wciąż odczuwają Calder, Eden i Xander.
Przeszłość nie pozwala im o sobie zapomnieć, Caldera męczy poczucie winy i rozpacz, że nie potrafił uratować Eden.
Próbuje jakoś ułożyć sobie życie, ale dopiero malarstwo pozwala mu na krótkie chwile wytchnienia.
To właśnie dzięki swojej sztuce, uda mu się spotkać z Eden.

Akcja powieści koncentruje się głównie na Eden i Calderze. Narracja prowadzona jest z perspektywy ich obojga.
Autorka pokazuje jak oboje walczą z koszmarami z przeszłości, jak próbują ułożyć sobie życie we dwoje, jak starają się odnaleźć swoje miejsce w świecie.
Dodatkowo, oboje pragną poznać swoje korzenie, przeszłość i pochodzenie.
O ile Eden dość łatwo uzyskuje informacje o swojej rodzinie, o tyle aby poznać pochodzenie Caldera, będą musieli oboje wybrać się w podróż, aby odkryć skrzętnie skrywane przez Hectora tajemnice.

Mia Sheridan prócz obrazu życia w sekcie, pokazała również, w jaki sposób wpłynęła ona na dalsze życie bohaterów.
Mimo zła, które wyrządził Hector, mimo manipulacji ludźmi, to dla Caldera, Eden i Xandera, Acadia była jedynym domem jaki mieli i jaki znali i do jakiego przynależeli. 
Fizyczne wyrwanie się ze szponów sekty okazało się tylko połową sukcesu. Dużo więcej trudu i siły, będzie  od nich wymagać psychiczne uwolnienie się od Acadii i jej wpływu.
I właśnie tą walkę bardzo dobrze ukazała autorka.
Ta strona powieści najbardziej mi się spodobała, była przejmująca, wywoływała wiele emocji.

Trzeba pamiętać, że mimo trudnego tematu, książka jest niewątpliwie opowieścią o miłości
Wśród wszystkiego co działo się z życiem bohaterów, to właśnie wzajemna miłość stanowiła ich największą siłę, dawała nadzieję i mobilizowała do walki o lepszą przyszłość.
Sporo w „Eden. Nowy początek” jest scen erotycznych, ale opisanych z wyczuciem i okraszonych ogromną miłością głównych bohaterów. Nie ma scen seksu tylko po to aby były. Miłość fizyczna jest kontynuacją uczucia jakie połączyło Caldera i Eden. 

Autorka posługuje się pięknym językiem, powieść potrafi oczarować  mimo dość niespiesznie prowadzonej akcji.
Mia Sheridan nie boi się pokazać dobra w swoich bohaterach, nie odbiera im niewinności, jaką posiadali, gdy żyli w Acadii. Mimo, że chwilami Calder i Eden mogą wydawać się nieco naiwni, to wcale nie działa to na niekorzyść ich postaci. Wręcz przeciwnie.
Autorka dzięki takiemu zabiegowi pokazuje czytelnikowi, jak ogromny wpływ na człowieka potrafi mieć sekta.  Jak bardzo jeden człowiek może wpłynąć na umysł  drugiego człowieka i jak przemożny wpływ wywrzeć na działania i życie innych ludzi – w przypadku Hectora, doprowadzić prawie 200 osób do zbiorowego samobójstwa.

Zanim sięgnęłam po Eden. Nowy początek, miałam pewne obawy, czy po emocjonujących wydarzeniach w pierwszej części, ta nie wyda mi się nijaka. 
Absolutnie tak nie jest.
Prócz opowieści o uczuciu,  autorka zaserwowała czytelnikowi również wątek poszukiwania korzeni Caldera oraz rozwikłania tajemnicy przeszłości Hectora.
Autorka w swoich książkach nie boi się poruszać trudnych tematów, ale opisuje je w sposób subtelny i z wyczuciem.
Mi odpowiada taki sposób opowiadania historii, więc na pewno sięgnę po kolejne książki tej pisarki.
Mam cichą nadzieję, że autorka napisze książkę o Xanderze, bo wg mnie zasługuje on na swoją indywidualną historię.

*zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl



niedziela, 3 lipca 2016

"Calder. Narodziny odwagi" Mia Sheridan


Książkę „Calder. Narodziny odwagi” otrzymałam, jako egzemplarz recenzencki od Grupy Wydawniczej HELION, za co bardzo dziękuję.
Link do książki w księgarni internetowej tutaj:  Caldar. Narodziny Odwagi

„Calder. Narodziny odwagi” to historia Caldera oraz Eden. Rozpoczyna się, gdy na teren Akadii , terenu, który zamieszkują członkowie apokaliptycznej  sekty, przybywa jako ośmioletnia dziewczynka Eden.
Przywódcą sekty jest Hector. Twierdzi on, że bogowie kontaktują się z nim, głosi przepowiednię, która obwieszcza, że świat zaleje wielka powódź, aby oczyścić go z grzechu.
Ta sama przepowiednia mówi, że to właśnie Eden, po uzyskaniu pełnoletniości, ma zostać żoną Hectora i poprowadzić wraz z nim społeczność Akadii do nieba – zwanego przez nich Elizjum.
Mała Eden – mimo, iż bardzo pilnowana – zdoła zaprzyjaźnić się z Calderem, a z biegiem lat ich przyjaźń zamieni się w miłość.

Akcja książki praktycznie w całości rozgrywa się w Akadii, w przeciągu dziesięciu lat. Śledzimy ją z perspektywy Caldera i Eden. Poznajemy zasady panujące w sekcie, ich przekonania i przepowiednię, której podporządkowane jest ich życie.
Autorka sprawnie kreśli losy swoich bohaterów, od czasu gdy byli dziećmi, aż do ich pełnoletniości.
Dobrze poznajemy głównych bohaterów, ich marzenia, pragnienia, wątpliwości, a w końcu ich miłość.
Obraz życia sekty, mimo, że nie jest pokazany w sposób wstrząsający, to jest bardzo sugestywny i przejmujący. Autorka w poruszający sposób pokazuje czytelnikowi, w jaki sposób Hector manipuluje mieszkańcami Akadii, jak ci ludzie, którzy przecież żyli niegdyś w normalnym świecie, zgadzają się na wszystko, czego wymaga od nich ich przywódca, wierząc mu ślepo i całkowicie.
Bardzo dobrze są też ukazane wątpliwości, które ogarniają Caldera, Eden i Xandera – przyjaciela Caldera – w kwestii funkcjonowania sekty oraz wizji rychłej zagłady, którą głosi Hector.
Bardzo poruszający jest też sposób ukazania rodzącego się uczucia pomiędzy głównymi bohaterami. Ich nieśmiałość, niepewność, wstyd i skromność. 
Ich wewnętrzna walka z przekonaniem, że miłość, którą czują jest czymś złym i grzesznym, a oni sami robią coś złego, jest bardzo dobrze ukazana.
Ich miłość jest niewinna i słodka, choć nie pozbawiona namiętności i pożądania.
Jest też uczuciem zakazanym, które nie miało prawa się zrodzić.
I mimo, że dla każdego czytelnika może się wydawać, że Calder i Eden są zbyt naiwni, właśnie taki ich obraz mi się podobał, gdyż dobrze pokazywał, w jakim świecie żyją  bohaterowie, jak bardzo są wyizolowani od normalnego świata.

Akcja książki nie pędzi na złamanie karku, ale jest spójna, ciekawa, nie raz zaskakuje swoimi zwrotami.
Jest w niej napięcie i dreszcz niepewności co do przyszłych losów bohaterów. Są zawirowania i wizja zbliżającego się niebezpieczeństwa.
Autorka sięgnęła po tematykę dość trudną i specyficzną. Jej bohaterowie żyją w hermetycznym świecie, pozbawienia wszystkiego co nam towarzyszy do lat – ciepłej wody w kranie, antybiotyków, telewizji, elektryczności czy zwyczajnej ubikacji. Ludzie mieszkający w Akadii mają tylko to, co dostarczyła im natura i tylko z tych rzeczy mogą korzystać.
Ich życie to praca i oczekiwanie na wielką powódź.
Tym większy mam podziw do umiejętności Mii Sheridan. Stworzyła bardzo wiarygodny obraz sekty i życia jej członków.


Mimo takiej, a nie innej tematyki, Calder. Narodziny odwagi, to niewątpliwie romans, opowieść o sile miłości, determinacji i pragnieniu szczęścia. 
To historia o poświęceniu, przyjaźni i uczuciu, które sprawia, że człowiek odnajduje w sobie siłę, jakiej się nie spodziewał.
Powieść jest napisana pięknym językiem, czyta się ją szybko i z dużym zainteresowaniem.
Historia, którą opowiada autorka jest wciągająca i trzymająca w napięciu.
Tematyka, którą porusza autorka, to nie jest coś nieprawdopodobnego.
Wiele razy czytałam informacje o różnych sektach i niebezpieczeństwie z nimi związanymi. 
Autorka dobrze poradziła sobie z tym tematem. 

Caldar. Narodziny odwagi to kolejna po Bez słów (pisałam o niej tutaj: Bez słów )
powieść tej autorki, i kolejna, która zrobiła na mnie dobre wrażenie.
Zakończenie powieści, to zaproszenie do kolejnego tomu, który ma się ukazać już w sierpniu:

* Zdjęcie prezentowane na tym blogu jest własnością autora. Wykorzystywanie i kopiowanie zdjęć bez mojej zgody jest zabronione
(Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).


piątek, 1 lipca 2016

"Droga Cienia" tom pierwszy Trylogii Nocnego Anioła. Brent Weeks


Droga Cienia, to pierwszy tom Trylogii Nocnego Anioła.

Napiszę na wstępie, że całą trylogię poleciło mi sporo ludzi, byłam więc bardzo pozytywnie do niej nastawiona.
Pełna entuzjazmu zabrałam się za lekturę i… utknęłam.
Ale od początku.

Młody chłopak, a w zasadzie jeszcze dziecko, z najgorszych slumsów, dostaje się na szkolenie do najwybitniejszego płatnego mordercy Durzo Blinta, dzięki  czemu sam ma się stać wirtuozem w sztuce zabijania.
Mordercze treningi, nauka, zmiana tożsamości, surowe reguły, bezwzględne kary.
Mija 10 lat, a Merkuriusz – obecnie Kylar Stern – wyrasta na zabójczo skutecznego siepacza. Jedyne co go martwi, to brak uaktywnienia się jego Talentu (magii), który towarzyszy każdemu siepaczowi.

Autor – Brent Weeks – stworzył bardzo ciekawy i interesujący świat, ciekawy rodzaj magii, bezwzględne i brutalne życie na ulicy i wśród ulicznych gangów, świat arystokracji, królewskiego dworu.
Przedstawił czytelnikowi sporo fajnych i dobrze nakreślonych bohaterów, tych pierwszoplanowych, jak i tych drugoplanowych.
Rzucił kilka tajemnic do rozwikłania, niby mimochodem wprowadził trochę niepewności , co do losów głównych bohaterów i tego, czy dożyją kolejnego rozdziału.
A wszystko to opisał lekkim piórem i w sposób wciągający.
Ale…
No właśnie, mam dwa „ale”.
Pierwsze to  zbyt duża jak dla mnie ilość polityki, dworskich intryg, spisków wszystkich razem i każdego z osobna.
W królestwie rządzi Król, arystokracja, przestępcza grupa Sa’kage. Oczywiście każda z tych sił, ma swoje plany i dążenia, całkowicie sprzeczne z dążeniami innych.
Autor zagłębia się w politykę tak bardzo, że jest to zdecydowanie dominujący wątek w całym tomie.
Akcja zaczyna się skupiać wokół królewskiego dworu i tak już pozostaje. Na szczęście, w drugiej połowie autor tak prowadzi akcję, ze pojawia się i magia i stara przepowiednia, spektakularne pojedynki, niespodziewane zwroty akcji i wyjaśnienie niektórych tajemnic.
Dzięki temu z czystym sumieniem mogę napisać, że po przebrnięciu przez pierwszą połowę, fabuła wzbogaca się o inne elementy i robi się ciekawsza.

Moje drugie „ale” w tej powieści, dotyczy niepotrzebnego rozwlekania akcji w pierwszej połowie. Wiele szczegółów, które serwuje autor, w dalszej części książki nie ma większego wpływu na fabułę. Coś co można opisać w kilku rozdziałach, rozciąga się na ponad  200 stron, przez co lektura nie sprawiała mi zbytniej przyjemności, a momentami była nawet nużąca.
Ale, że jestem dość uparta jeśli chodzi o czytanie książek do końca (nawet tych, które mnie nie zachwycają), to po „przemęczeniu się” przez słabszą pierwszą połowę powieści, dostałam od autora w bardzo dobrą drugą część, aż do trzymającego w napięciu zakończenia.

Jednak wbrew tym zastrzeżeniom, książka mi się podobała. Druga połowa nabiera rozpędu, akcja nabiera szybkiego tempa, Kylar rozwikłuje kilka skrzętnie skrywanych tajemnic, pojawiają się fajni nowi bohaterowie, którzy wcześniej pojawiają się tylko na krótką chwilę na kartach powieści. W końcu dowiaduję się więcej na temat Talentów i magii ogólnie.
Większość wątków zaczyna się ze sobą łączyć i prowadzić do zaskakującego zakończenia pierwszego tomu trylogii.
O czym muszę jeszcze wspomnieć, to wątki miłosne w książce. Uważam, że są bardzo fajnie ukazane, nienachalnie i subtelnie, mimo, że odgrywają ważną rolę w fabule. 
Ważne dla mnie jest również to, że w całej książce nie ma idealizowania żadnego z bohaterów. Świat, który przedstawia autor ma swoje jasne i ciemne strony, ale wiele w nim odcieni szarości, a granica pomiędzy dobrem i złem jest bardzo cienka i płynna.

Liczę na to, że autor zaskoczy mnie w drugim tomie trylogii i mniej czasu poświęci na politykę. Jestem ciekawa jak potoczą się losy bohaterów, jak rozwinie się wątek magii i Nocnego Anioła.
Świat, który stworzył Brent Weeks, to zdecydowanie intrygujące miejsce i  mimo słabego początku, dam mu kolejną szansę na zachwycenie mnie w drugim tomie.

*zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl









niedziela, 26 czerwca 2016

"Dom na jeziorze" Sarah Jio.


Dom na jeziorze, to druga powieść Sarah Jio, którą przeczytałam. Pierwsza – Marcowe fiołki – przypadła mi do gustu (pisałam o niej tutaj Marcowe Fiołki)

Akcja powieści rozpoczyna się, gdy główna bohaterka – Ada – po śmierci męża i córki, postanawia uciec przed cierpieniem i z Nowego Jorku przeprowadza się na mieszkalną barkę na jeziorze w Seattle.
Tam poznaje sąsiada Alexa oraz próbuje rozwikłać tajemnicę zniknięcia dawnej mieszkanki barki – Penny.

Akcja powieści toczy się dwutorowo, współcześnie – opowiadając losy Ady i Alexa oraz w latach pięćdziesiątych, gdy na barce mieszkała Penny, młoda żona znanego artysty.

Same historie dwóch kobiet są ciekawe, choć zdecydowanie bardziej podobała mi się ta o losach Penny. Była ciekawsza, wciągająca, intrygująca, zważywszy, że kobieta zaginęła pewnej nocy i nie udało się ustalić, co się z nią stało.
Jej małżeństwo z Dexem, znanym artystą, wbrew pozorom nie było szczęśliwe, a zakazana miłość, doprowadziła do jej zniknięcia.

Współcześnie Ada, która nie radzi sobie ze stratą najbliższych, stara się poukładać od nowa swoje życie. Znaleźć cel i sens istnienia, uporać się z poczuciem winy i straty.
Oraz dać sobie szansę na nową miłość.

Autorka dość sprawnie kreśli losy swoich bohaterek. Pokazuje obraz dwóch kobiet, których życie nie potoczyło się tak jak to sobie wymarzyły. Które zmagają się z osamotnieniem, stratą. Które szukają swojego miejsca na świecie i celu w życiu. A nade wszystko, chcą kochać i być kochane.

Książka napisana jest ładnym językiem i mimo, że opowiada o trudnych przeżyciach, to tchnie optymizmem i wiarą w to, że po każdej tragedii można jeszcze odnaleźć szczęście, jeśli mocno się tego chce.

Niestety mam jeden ogromny zarzut w stosunku do Domu na jeziorze. Jest nim powielenie schematu Marcowych fiołków.
I nie chodzi tu o samą fabułę, a o zastosowane rozwiązanie.
Tak więc, mamy kobietę po przejściach, która ucieka do nowego miejsca, aby dojść do siebie. Mamy tajemnicę sprzed lat, którą próbuje rozwiązać. Mamy nowego mężczyznę, którego spotyka, a który w ten czy inny sposób jest w tą tajemnicę zaplątany.
Mamy dwutorowe prowadzenie akcji, współcześnie i sprzed lat.
No i zakończenie, łudząco podobne w obu książkach.

Czytając Dom na jeziorze, miałam cały czas wrażenie, że mimo innego umiejscowienia akcji, nowych bohaterów i innej tajemnicy do rozwikłania – czytam tą samą książkę.

Zabrakło mi również trochę akcji w historii Ady. Opowieść toczy się bardzo spokojnie, wręcz za spokojnie. Gdyby nie historia Penny, to mogłabym się nudzić podczas lektury.

Jestem trochę rozczarowana tą książką, więc nie wiem czy i kiedy sięgnę po kolejne pozycje tej autorki.
Dom na jeziorze miał duży potencjał, według mnie niewykorzystany. Może gdybym tą książkę przeczytała jako pierwszą tej autorki, to moje odczucia po lekturze byłyby inne.
Niestety powielony schemat jeśli chodzi o konstrukcję opowieści mocno zaszkodził tej książce.
Autorka ma talent do opowiadania o uczuciach, więc liczę na to, że kolejna jej powieść, będzie się zdecydowanie różniła od swoich poprzedniczek.

*zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl



poniedziałek, 20 czerwca 2016

Trylogia "Ostatnie Imperium" Brandon Sanderson. Zachwycająca opowieść...





Mało jest wielbicieli fantasy, którzy w ciągu ostatniego roku czy dwóch, nie słyszeli nic o książkach Brandona Sandersona.
Głównie dzięki dwóm pierwszym tomom Archiwum Burzowego Światła.
Ale zanim ukazała się Droga Królów, Sanderson wydał już kilka książek.
Między innymi Trylogię Ostatnie Imperium, czyli Z Mgły Zrodzony, Studnia Wstąpienia oraz Bohater Wieków.
I to o wrażeniach po lekturze tej trylogii chciałam dziś napisać.

Pierwszy tom – Z Mgły Zrodzony, rozpoczyna się od historii Ostatniego Imperatora – tyrana, który rządzi cesarstwem od setek lat. Przeciwko jego uciskowi i rządom staje grupka złodziei pod przywództwem Kelsiera, którzy posiadają allomantyczne moce oraz Vin, młodziutka Zrodzona z mgły.
Razem spróbują zabić Ostatniego Imperatora, dając wolność skaa.
Jedyne, czego nie przewidują, to fakt, że śmierć Ostatniego Imperatora, to będzie dopiero początek problemów, a nie ich rozwiązanie…

Jak to zwykle bywa u pana Sandersona, historia rozkręca się dość długo. Autor wprowadza czytelnika w swój świat i prawa nim rządzące. Przedstawia swoich bohaterów i ich historie.
Ale gdy już powie na początku wszystko, co czytelnik powinien wiedzieć – ostro rusza z kopyta.
I robi to doprawdy w zachwycającym stylu.

Cała historia jest niezwykle spójna, nie ma słabych stron, ani gorszych czy nudnych momentów. Dzieje się tak za sprawą ciekawych bohaterów, lekkości pióra i fabuły, która jest niesamowicie wciągająca.
Nie sposób przewidzieć jak rozwiążą się tajemnice, które serwuje Sanderson. On ma tak niesamowitą wyobraźnię, że ciężko za nim nadążyć, a już o domyśleniu się jak potoczy się akcja, nie ma co myśleć.
I zapewne dlatego Ostatnie Imperium jest lekturą tak porywającą.
Widowiskowe sceny walki Vin z Inkwizytorami czy innymi Zrodzonymi z mgły, nowe oblicze magii i mocy, całkiem nowy świat, w którym wszystko jest na swoim miejscu i nie ma ani grama przedobrzenia ani jakichkolwiek niedorzeczności.
To wszystko sprawiło, że zakochałam się w tej trylogii – i co muszę od razu przyznać – w innych książkach tego autora również.

Nie sposób było nie polubić bohaterów. Każdy z nich ma swój niepowtarzalny styl i odmienny charakter. Mimo tego, że tak różni, są idealnie ze sobą zgrani, połączeni przyjaźnią i wspólnym celem.
Nie dało się nie zachwycać filozoficzną naturą Elenda, wojowniczą naturą Vin, zblazowaniem Breezea, opanowaniem i mądrością Sazeda.
A to nie wszyscy bohaterowie, którzy zachwycają w tej trylogii.
Bardzo podobało mi się ukazanie wątku miłosnego. Przede wszystkim dlatego, że nie jest on tylko „zapychaczem” w fabule, ale odgrywa niezwykle ważną rolę w całej trylogii, i nie mam tu na myśli przyciągnięcia uwagi spragnionych romansu czytelników.
A dodatkowo nie jest głównym wątkiem, ale uczuciem pokazanym z niezwykłą subtelnością i wyczuciem.
Do tego spora dawka poczucia humoru, odpowiednia ilość filozofii, trochę przemyśleń na temat istoty wiary i religii. Ale przede wszystkim nadzieja i zaufanie.


Sposób pisania pana Sandersona jest tak sugestywny, że byłam całkowicie pochłonięta przez świat jaki stworzył i porwana przez historię, którą opowiadał na kartach swoich książek.
Wszystko wydawało mi się tak prawdziwe, jakbym czytała o czymś, co miało szansę się wydarzyć w przeszłości.

Ostatnie imperium, to napisana z rozmachem, pełna niesamowitych zwrotów akcji, pełnowymiarowych bohaterów i niesamowitego świata trylogia, która porywa i zachwyca.
Dodatkowo zakończenie, którego się nie spodziewałam, pełne emocji i wzruszeń. 
Całość trzymała w napięciu do ostatniej strony, ostatniego zdania.
Po tak spektakularnym zakończeniu, pozostał żal, że opowieść się skończyła, że to za szybko i nie taki finał, jakiego bym chciała, choć idealnie pasujący do opowiadanej historii.

A gdy szczegóły fabuły zblakną  już w mojej pamięci, to będzie dobry moment, aby po raz kolejny sięgnąć po Z Mgły Zrodzonego, aby znów przeżyć niesamowite przygody i dać się porwać oszałamiającej opowieści. 


* Zdjęcie prezentowane na tym blogu jest własnością autora. Wykorzystywanie i kopiowanie zdjęć bez mojej zgody jest zabronione
(Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).



piątek, 17 czerwca 2016

Książkowe zakupy


Wreszcie przyszła paczka.
Na letnie wieczory, lekkie lektury. Jeśli Droga Cienia przypadnie mi do gustu - a wiele osób polecało mi tą trylogię - to już wiem, co zakupię podczas następnego buszowania po internetowych księgarniach.


Tym razem zakupy zrobione w Aros - dyskont książkowy - tanie książki



* Zdjęcie prezentowane na tym blogu jest własnością autora. Wykorzystywanie i kopiowanie zdjęć bez mojej zgody jest zabronione
(Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).



poniedziałek, 6 czerwca 2016

" Stacja Jedenaście" Emily St. John Mandel



Stacja Jedenaście, to książka, którą polecało mi sporo osób, a różne recenzje na blogach wychwalały.
Skusiła mnie tematyka i nie ukrywam, że liczyłam na coś nowego, świeżego w gatunku postapokalipsy.
Dlaczego się rozczarowałam? O tym poniżej.

Akcja książki zaczyna się od pogromu ludzkości z powodu wirusa gryp gruzińskiej – jak nazwano wyjątkowo morderczą odmianę grypy.
Wirus zabija około 90% ludzi na całym świecie. Cała cywilizacja się rozpada, znika internet, elektryczność, paliwo. Miasta popadają w ruinę, a ludzie po pierwszych latach chaosu, zaczynają życie na nowo, zamieszkując w małych miasteczkach i osadach.
Oczywiście świat stał się bardzo niebezpiecznym miejscem. Rozprzestrzeniła się anarchia i przemoc.

W tym świecie, 20 lat po wybuchu epidemii, podróżuje utartymi szlakami wędrowna grupa artystów „Symfonia”, dając koncerty i wystawiając sztuki Szekspira.
Próbują tym samym utrzymać w sobie i innych człowieczeństwo, które w zniszczonym i wyludnionym świecie jest zagrożone.
Pewnego dnia, dojeżdżają do miasta St. Deborah Przy Wodzie, a tam spotykają niebezpiecznego Proroka. Człowieka zdolnego do wszystkiego.


Akcja książki biegnie dwutorowo. Autorka opowiada historię kilku bohaterów niedługo przed wybuchem epidemii oraz 20 lat po jej wygaśnięciu.
Ludzie ci, choć w większości ze sobą niezwiązaniu, okażą się w pewien sposób połączeni poprzez swoją przeszłość.
Przez całą powieść autorka skacze pomiędzy przeszłością, a teraźniejszością. Niestety nie są to płynne przeskoki, czasem wręcz zastanawiałam się, czy one w jakiś sposób łączą się z historią opowiadaną w czasie teraźniejszym.

Podobał mi się wątek podróżującej grupy aktorów i muzyków, przez zniszczony i wyludniony świat.
Ciekawie również rozpoczął się wątek spotkania z Prorokiem w mieście St. Deborah Przy Wodzie i czekałam na jego rozwinięcie. Autorka położyła duży nacisk na ten wątek, nakreśliła pełne niepokoju i niebezpieczeństwa tło, a następnie spłyciła jego rozwiązanie do jednej strony. Rozczarowało mnie takie potraktowanie tego tematu, bo Prorok był jedną z najciekawszych postaci w tej książce.

Również sam wątek Symfonii został jak dla mnie niewykorzystany. Miał ogromny potencjał. Autorka mogła pokazać za jego pomocą jak wyglądało życie 20 lat po zagładzie. Niestety, niczego się nie dowiedziałam, prócz kilku luźnych wspomnień z innych miast, opisanych kilkoma zdaniami.

Dużo czasu autorka poświęca temu, co się działo przed wybuchem epidemii.  Najważniejszym elementem historii, jest słynny aktor Arthur, który - jak się okazało - jest czynnikiem łączącym wszystkie wątki z przeszłości i teraźniejszości.
Co ciekawe, aktor ten umiera na scenie w nocy, gdy wirus przepuszcza atak na całą ludzkość. Mimo to, będzie młia duży wpływ na bohaterów, którzy przeżyją epidemię.

Co mnie mocno „uwierało” w tej historii?
Zdecydowanie chaos. Ciągłe przeskoki z przeszłości do teraźniejszości, odbierały akcji ciągłość i siłę przekazu.
Tym bardziej, że w większości wspomnienia dotyczyły osób, które nie przeżyły uderzenia epidemii.
Nie potrafiłam przez to przejąć się losami żadnych bohaterów.
Wydarzenia dziejące się w teraźniejszości, wydawały mi się nijakie. Akcja toczyła się pomału, jak mały strumyczek w letni dzień, gdzie ja oczekiwałam, że porwie mnie jak wzburzona rzeka.
Zabrakło mi w tej powieści emocji, jakichkolwiek.
Nie udało mi się przywiązać do bohaterów, ani jakoś szczególnie ich polubić, bądź znielubić.
Dla mnie po prostu byli. Nic więcej.
Nie czułam strachu bohaterów przed Prorokiem, nie czułam ich osamotnienia i tęsknoty za dawnym światem.

Natomiast co mi się podobało w Stacji Jedenaście, to dość obrazowe oddanie obrazu społeczeństwa u schyłku cywilizacji. Pędzący świat, wszelkie osiągnięcia nauki i techniki.
Korporacyjne życie, blichtr i blask sławy Hollywood,  skupianie się ludzi na tym co posiadali, a nie na tym co czuli, na samym życiu.

Czytając Stację Jedenaście, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że o tym wszystkim już gdzieś czytałam.
W głowie kołatało mi się kilka tytułów z tego samego gatunku, z podobnymi wątkami. I choć motyw wędrownej trupy aktorów i muzyków jest czymś nowym, to akurat ten wątek nie został w pełni wykorzystany.
Powieść reklamowana była jak melancholijna, niesamowicie przejmująca, wzruszająca, wyjątkowo realistycznie przedstawiająca życie przed i po epidemii.

Nie zgadzam się z takim opisem. Właśnie tego mi w tej powieści zabrakło, tych wszystkich emocji, tego przedstawienia życia po przejściu epidemii.
Zakończenie Stacji Jedenaście, to otwarta furtka. Daje pewną nadzieję na przyszłość i szansę dla pozostałych przy życiu ludzi.
I jest to najlepszy moment w całej książce. Jest w nim niepewność, lęk, ale i nadzieja i rodzący się entuzjazm i chęć do życia.

Stacja Jedenaście nie jest książką złą. Nie jest niestety również książką dobrą.
Jest poprawna, chwilami ciekawa.  Ale mimo wszystko, to jednak trochę za mało, aby mnie zachwycić.


*zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl






piątek, 3 czerwca 2016

"Demelza" tom drugi Sagi rodu Poldarków. Winston Graham



Demelza, to drugi tom Sagi rodu Poldarków.
Każdy, komu spodobał się tom pierwszy, na pewno zachwyci się również kontynuacją losów Rossa, Demelzy i ich rodziny.

Książka ma w sobie niesamowity klimat Kornwalii.
Są deszcze, mgły, niespokojne morze. Jest zadufana w sobie arystokracja,  pierwsze pokolenie dorobkiewiczów, którzy chcą udowodnić, że to majątek się liczy, a nie pochodzenie. Jest też bardzo dobrze poprowadzony wątek górników, osadników i reszty ubogiego społeczeństwa.
Są nowe dramaty, małe radości.

W tej części autor poświęca sporo czasu Demelzie, jej próbie radzenia sobie wśród arystokracji, jako żona jednego z nich.
Jednocześnie nie zaniedbuje innych bohaterów, wręcz przeciwnie – szykuje im kilka niespodzianek i życiowych zakrętów.

Winston Graham w sposób niezwykle realistyczny kreśli sylwetki swoich bohaterów. Sprawnie wprowadza do swojej historii nowe  postacie, które w pewnej chwili odgrywają ważniejszą rolę, niż mogło się początkowo wydawać.

Świetnie oddane są realia życia na  XVIII wiecznej prowincji.  Niepokoje niższych warstw społecznych, widma głodu górników, którzy stracili pracę, chorób i epidemii, które atakowały niespodziewanie.
Ale również mocno ukrywane przez arystokrację zawiedzione nadzieje, romanse, walkę o przetrwanie w trapionym kryzysem państwie.


Na tle  XVIII  wiecznej Kornwalii, śledzimy losy Rossa i Demelzy, ale również pozostałych członków rodziny Poldarków. Francisa, Elizabeth i Verity.
Autor pozwala czytelnikowi dobrze poznać swoich bohaterów, ich namiętności i pragnienia, skrzętnie skrywane pod przykrywką dobrego wychowania i konwenansów.
Pod powierzchownością chłodu i opanowania, bohaterowie zmagają się z burzliwymi uczuciami, podejmując decyzje, które będą rzutować nie tylko  na całe ich dalsze życie, ale również wpłyną na pozostałych członków rodziny i przyjaciół.

Urzekło mnie w tej książce to, jak autor ukazał uczucie, które połączyło Rossa i Demelzę. Małżeństwo, które rozpoczęło się niejako z obowiązku, krok po kroku zmieniło się w związek oparty na prawdziwej miłości.
Wciągnął świat ukazany przez Winstona Grahama. Może dlatego, że autor nie przedstawia go w różowych barwach, nie idealizuje.
Wręcz przeciwnie, ukazuje całą brutalną prawdę o tamtych czasach, pokazując, że tylko nieliczni mogli żyć w blasku przyjęć i dobrobytu. A nawet to – patrząc na losy niektórych bohaterów – nie gwarantowało im szczęścia czy zadowolenia ze swojego życia.


Autor odkrywa przed czytelnikiem zepsucie i fałsz panujący wśród arystokracji. Jednocześnie obrazowo pokazuje życie prostych ludzi, wśród biedy i walki o każdy dzień.

A co najważniejsze – udowadnia, że niezależnie od pochodzenia i majątku, wszyscy jego bohaterowie, to ludzie z krwi i kości. Popełniający błędy, mający marzenia i pragnienia. Targani silnymi emocjami, kochający i nienawidzący.

Nie wiem do końca, co tak bardzo zachwyciło mnie w Demelzie (jak również w poprzedniej części Sagi rodu Poldarków). Wydaje mi się, że to wyjątkowo realistyczne odmalowanie tamtych czasów, niesamowity klimat Kornwalii, niespieszna narracja, która jednak nie nudzi, za to pełna jest dramatycznych wydarzeń i niespodziewanych zwrotów akcji.
Ciekawe są również wątki mówiące o ówczesnej medycynie, metodach leczenia i kuracjach. Udało się to za sprawą nowego bohatera – lekarza, który mam nadzieję, będzie się pojawiał w kolejnych tomach.

Czytając Demelzę miałam wrażenie, że gdy tylko zamknę oczy, będę mogła zobaczyć plaże, drogi, pola. Autor bardzo plastycznie opisał otaczającą bohaterów przyrodę, robiąc to z wyczuciem i umiarem.
Mimo nieśpiesznej narracji, akcja sprawnie idzie do przodu.
Nie nudziłam się ani przez chwilę, oczarowana światem, który przedstawił mi Winston Graham.

Stacja BBC nakręciła serial na podstawie dwóch pierwszych tomów Sagi (można o nim przeczytać tutaj: Poldark. Wichry losu ), ale ja go jeszcze nie widziałam, gdyż zawierał fabułę Demelzy, a nie chciała sobie psuć lektury.
Za to teraz, gdy Demelza już za mną, niewątpliwie nadszedł czas na seans.

* Zdjęcie prezentowane na tym blogu jest własnością autora. Wykorzystywanie i kopiowanie zdjęć bez mojej zgody jest zabronione
(Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).








środa, 1 czerwca 2016

"Jesienna Republika" Brian McClellan. Tom finałowy Trylogii Magów Prochowych


Jesienna Republika – finałowy tom Trylogii Magów Prochowych – już za mną.
Autor zakończył swoją opowieść z wielkim przytupem.

Akcja Jesiennej Republiki nabrała ogromnego rozpędu. Rozpoczyna się zaraz po zakończeniu Krwawej Kampanii. Powrót Tamasa, wojna z Kezem, nowe zagrożenie w stolicy. Ucieczka Taniela Dwa Strzały przez nasłanymi przez zdrajców żołnierzami. Śledztwo inspektora Adamata, która wyjawi zagrożenie, jakiego nikt się nie spodziewał. 

Książka jest naszpikowana akcją, nie ma słabszych momentów. Autor sprawnie kieruje fabułą, wyjaśniając tajemnice, kończąc rozpoczęte wątki.
Robi to w sposób stopniowy, aby nie zdradzić wszystkiego od razu.
Mimo, że tom trzeci jest naszpikowany walkami, starciami wojsk, jak i magii, to autor nie pomija wątków osobistych swoich bohaterów.
Nie poświęca im dużo czasu, co uznaję za ogromny plus, ale są one dobrym dopełnieniem fabuły i sprawiają, że bohaterowie są jakby bardziej ludzcy.

Wszystko, co podobało mi się w poprzednich dwóch tomach, w finałowym jest nie tylko na takim samym poziomie, ale i jeszcze lepsze.
Sama historia mnie porwała i wciągnęła do swojego świata.
Autor ma lekkie pióro, styl, który mi osobiście bardzo przypadł do gustu.

Mimo, że nie jest to literatura wybitna, to wg mnie jest to bardzo dobre fantasy, lekkie, wciągające.
Nie ma zbytniego patosu i przesłodzenie. Flaki to flaki, krew to krew.
No i zakończenie.
Dla mnie bardzo dobre, spektakularne, dynamiczne, ale nie rozwleczone aż do przesady.  W dodatku finałowa walka została tak plastycznie opisana, że miałam wrażenie, że ją oglądam, a nie tylko o niej czytam.
Nie ma typowego happy endu, a problemy trapiące kraj po przewrocie nie zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Mimo to, byłam pod wrażeniem tego, w jaki sposób autor zakończył swoją trylogię i przyznam się, że czułam się usatysfakcjonowana takim a nie innym zakończeniem.

Mam nadzieję, że autor powróci do stworzonego przez siebie świata i umieści w nim inna historię. 
Szkoda by było, gdyby zmarnował się taki fajny potencjał, jak magia prochowa, Kościane Oko, czy Uprzywilejowani.
Jednocześnie bardzo się cieszę, że nie jest to kolejna niekończąca się seria, gdzie człowiek czyta, czyta i końca nie widać.

Brian McClellan stworzył ciekawy kontrast pomiędzy różnymi rodzajami magii. Z jednej strony spektakularna magia Uprzywilejowanych, z drugiej niby niepozorna, całkowicie nie widowiskowa, ale mająca ogromną moc, magia prochowa.
Do tego praktycznie całkowicie zapomniana magia Kościanego Oka, która jak się okazuje, mogła mierzyć się z mocą, którą władali bogowie.

Dzięki takiemu rozwiązaniu, starcia osób władających różnymi rodzajami magii, były interesujące i nieprzewidywalne.

Podsumowując, Jesienna Republika, to pełna akcji, walk i starć, finałowa część Trylogii Magów Prochowych.
Autor nie daje swoim bohaterom ani chwili wytchnienia, akcja pędzi do przodu, a rozwiązanie niektórych tajemnic, może mocno zaskoczyć. 

Cała trylogia to świetna rozrywka, od której ciężko się oderwać i którą mogą z czystym sumieniem polecić, jako wyśmienite spędzenie czasu w świecie fantasy.

Trylogia Magów Prochowych to debiut jej autora - Briana McClellana.
Przyznaję, debiut bardzo udany. Z pewnością sięgnę po kolejne książki tego autora i mam wewnętrzne przekonanie, że się nie rozczaruję.

Z ciekawostek dodam, że Brian McClellan  uczył się u Brandona Sandersona, który prowadził zajęcia z kreatywnego pisania na Brigham Young University, co dla mnie jest najlepszą rekomendacją.



* Zdjęcie prezentowane na tym blogu jest własnością autora. Wykorzystywanie i kopiowanie zdjęć bez mojej zgody jest zabronione
(Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).