wtorek, 5 kwietnia 2016

„Bez słów” Mia Sheridan








Bree Prescot to dwudziestoparoletnia kobieta, która przeżyła tragedię.
Opanowana przez strach i wyrzuty sumienia, postanowia wyjechać z rodzinnego miasta i zaszyć się w małej miejscowości Pelioni, w domu nad jeziorem.
Tam przypadkowo poznaje młodego mężczyznę, który zaczyna ją fascynować.
W rozmowie ze starszą sąsiadką, dowiaduje się, że tym mężczyzną jest Archer Hale – chłopak, który dawno temu, w wypadku stracił rodziców, wujka oraz głos…

Tak zaczyna się opowieść o dwójce młodych ludzi dotkniętych nieszczęściem, zmagających się z lękiem, samotnością i nietolerancją.
Archer w wypadku stracił nie tylko rodziców, wujka i głos. Stracił coś więcej, zaufanie do ludzi, beztroskie dzieciństwo, społeczną akceptację.

Pelion to małe miasteczko, gdzie wszyscy wszystko wiedzą, każdy zna wszystkie plotki na temat innych mieszkańców.
Nie inaczej było w przypadku rodziców Archera, oraz jego wujka Connora. O jednej rzeczy tylko nikt nie wiedział, o tym co wydarzyło się naprawdę, gdy doszło do wypadku, w którym chłopak stracił głos.

Bree zafascynowana Archerem, postanawia się do niego zbliżyć i na powrót przywrócić mu wiarę w ludzi. A mieszkańcom Pelion uzmysłowić, że chłopak jest inteligentny, wrażliwy i prócz braku głosu, normalnym młodym człowiekiem.
Tak zaczyna się miłosna historia Bree i Archera.

Opowieść, którą snuje autorka to nie tylko zwykłe love story. To historia ludzi, którzy mimo młodego wieku doświadczyli koszmaru, którzy każdego dnia zmagają się z własnymi lękami, poczuciem winy, nieufnością i ogromną samotnością.
Próbują się odnaleźć w świecie, w którym spotkała ich krzywda, zaufać ponownie i otworzyć się na miłość.
Do historii miłości, autorka dodała również rodzinny sekret Archera oraz trudne relacje z kuzynem i jego matką. Mężczyzna będzie musiał zmierzyć się z przeszłością,  co do której sądził, że pogrzebał ją na zawsze.

Muszę przyznać, że książka pani Sheridan, mimo iż niewątpliwie kierowana jest do młodego czytelnika,  to książka naprawdę dobra.
Jej bohaterowie mimo młodego wieku, to ciekawie skonstruowane postacie. Bree jest nad wiek dojrzała, potrafi zadbać o siebie, nie oczekuje ciągłego głaskania po głowie i prowadzenie za rękę przez życie.
Archer to dorosły mężczyzna, ale z powodu swojej izolacji, kompletnie niepotrafiący odnaleźć się w społeczeństwie. Wyobcowany, niepewny z poczuciem, że z powodu swojej niepełnosprawności jest kimś gorszym…
To właśnie Bree będzie osobą, która wyciągnie Archera z jego samotni i pomoże mu w walce o normalność.
Nie obędzie się bez błędów i potknięć, ale dzięki temu, historia młodych ludzi wydaje się prawdziwa.

Autorka zmierzyła się z trudnym tematem. Niepełnosprawność, nietolerancja, rany na duszy.
To wszystko w tej książce jest. Uważam, że Mia Sheridan poradziła sobie z tym tematem dobrze. Nie ślizga się po powierzchni problemów Archera i Bree. Zagłębia się w ich dusze, potrafi przekazać czytelnikowi emocje jakich doświadczają.
Jej opowieść nie jest bezbarwna, a bohaterowie płascy. To ludzie z krwi i kości.
I mimo, że bez wątpienia jest to opowieść o miłości, z nutką erotyzmu, to autorce udało się połączyć te elementy z ważnym przesłaniem o wyobcowaniu w społeczeństwie osób niepełnosprawnych, ich zmaganiach z samotnością i brakiem poczucia własnej wartości.
Akcja powieści nie pędzi na złamanie karku, ale książkę czytało się szybko. Sprawili to ciekawi bohaterowie i interesująca fabuła.
Sceny erotyczne nie były główną osią fabuły, miały swój cel i dzięki nim autorce udało się pokazać czytelnikowi ogrom samotności Archera i jego nieznajomość świata.
Każde wydarzenie w tej powieści ma znaczenie, nic nie dzieje się na siłę, a fabuła nie jest tłem do wyeksponowania wątku erotycznego, wręcz przeciwnie.

Zapewne dlatego „Bez słów” tak przypadło mi do gustu, że autorka nie zrobiła z seksu osi swojej powieści. Skoncentrowała się na ludziach, ich losach,  wyborach i decyzjach.

Polubiłam głównych bohaterów. Wraz z Bree czekałam aż Archer zaufa jej na tyle, aby opowiedzieć swoją historię.
Mia Sheridan ma lekkie pióro, język powieści jest prosty, ale przepełniony emocjami. Mimo, że autorka niespiesznie snuje swoją opowieść, to akcja zgrabnie mknie do przodu.

Ciekawe, choć nie ukrywam, że pewnie nastawione na zużycie wielu chusteczek, jest zakończenie. Gdy siedziałam zaskoczona, przyswajając sobie właśnie przeczytane zdania, autorka dała mi prztyczka w nos mówiąc „o nie, drogi czytelniku, nie ma tak łatwo”.

Książkę oceniam jak jedną z lepszych o takiej tematyce. Autorce udało się poruszyć ważne tematy, nie umniejszając ich, łącząc z wątkiem miłosnym i erotycznym.
Jej bohaterowie, to ludzie z krwi i kości, historia jest wciągająca i poruszająca.
Dla zwolenniczek tego typu literatury, jest to książka godna polecenia.

*zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytać.pl







niedziela, 3 kwietnia 2016

Apokalipsa według Michała Gołkowskiego czyli "Komornik"



Komornik Michała Gołkowskiego zaciekawił mnie odkąd pierwszy raz zobaczyłam zapowiedź tej książki.
Nie bardzo wiedziałam czego się spodziewać po tym pisarzu, bo nie czytałam innych jego książek.
I muszę przyznać, że w kwestii zapoznania się, Komornik spisał się na medal.

Akcja powieści zaczyna się od wyjątkowo niemiłego wydarzenia.
Nadeszła przepowiadana przez biblię Apokalipsa. Wszystko co najgorsze dotknęło przeludnioną ziemię…
No właśnie – przeludnioną. W związku z tym zagłada nie przebiegła tak sprawnie, jak Góra się spodziewała.
Ludzie ginąć nie chcieli, wszystkie składniki zagłady nie do końca spełniły swoje zadanie.
Więc aby wybić ludzi do zera, a tym samym zrealizować zakładaną przez Apokalipsę eksterminację całej ludności, Góra powołała na swoje usługi tzw. Komorników.
Ludzi, którzy zostali obdarzeni magią, bronią i na zlecenie Góry dokonywali egzekucji.

W takich okolicznościach przyrody, czytelnik poznaje Ezekiela Siódmego, legalnie działającego Komornika na usługach Góry.
I zaczyna wraz z nim przemierzać część zniszczonej i wypalonej słońcem planety.
Część, gdyż po tym jak ziemia się zatrzymała, połowa kuli ziemskiej została pozbawiona słońca.
A tam gdzie nie było słońca, zaczął panować Cień i Rewers – czyli istoty Cienia. W ten rejon nie zapuszczali się nawet Aniołowie, o Komornikach czy zwykłych ludziach nie wspominając.
I tak wraz z głównym bohaterem, strona po stronie, czytelnik zagłębia się w świat po Apokalipsie. Poznajemy lepiej Ezekiela, prawa rządzące obecnie ziemią i resztkami ludzi.

Świat jaki ludzie znali dopadł koniec. Bynajmniej nie jest to happy end…Nie ma w nim niczego „happy”, za to wszystko jest „end”.
Wszystko w świecie po Apokalipsie jest zbrukane, zniszczone, sponiewierane. Cudowne niebo oraz piękni i dobrzy Aniołowie okazali się bujdą. Rzeczywistość pokazała coś zgoła przeciwnego.

Muszę przyznać, że powieść zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie, wciągnęła mnie akcji, spodobał mi się sposób ukazanie Ezekiela. Nie jest on twardzielem o dobrym sercu. To brutalny zabójca, który ma świadomość tego kim jest i co robi.  Jest pozbawiony złudzeń, a rodzaj wykonywanego „zawodu” wymaga od niego dystansu i niejako wymusza samotność, bo nigdy nie wiadomo, na kogo dostanie zlecenie. Mimo wszystko nie jest wyprany z uczuć, po prostu egzystuje w takiej rzeczywistości, jaką zgotowała ludziom Góra.
Przyznam się szczerze, że trochę przypominał mi Wiedźmina Geralta.
Język powieści jest bardzo dosadny, nieobce są w nim wulgaryzmy. Ezekiel nie ma za grosz szacunku do Anioła, który jest jego zwierzchnikiem i nie bije przed nim pokłonów.
Niektóre zwroty akcji bardzo mnie zaskoczyły, humor prezentowany w powieści mnie bawił, podoba mi się język jakiego autor używa w swojej powieści.Wyjątkowo pasuje on do tego co czytelnik zastaje na kartach Komornika.
I mimo, że tytułowy Komornik, to nie jest postać tak do końca i tylko dobra, to nie sposób było go nie polubić.
Podobał mi się jego sarkazm i ironia.
Fabuła wbrew pozorom wcale nie jest prosta jak budowa cepa, wręcz przeciwnie.
Autor umieszcza w swojej powieści kilka wyjątkowych smaczków, niby mimochodem zadaje kilka ciekawych pytań, póki co pozostawionych bez odpowiedzi…

Tym samym zaciekawił mnie na tyle, że na pewno sięgnę po kolejne tomy przygód Komornika.
Bo to kawał wyśmienitego fantasy.
Bardzo dobrze napisana powieść, ze świetnie skonstruowanym głównym bohaterem, ciekawą fabułą i wartką akcją.
Czytając Komornika świetnie spędziłam czas, a to w lekturze chodzi.


* Zdjęcie prezentowane na tym blogu jest własnością autora. Wykorzystywanie i kopiowanie zdjęć bez mojej zgody jest zabronione
(Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).






piątek, 1 kwietnia 2016

"Mrok i mgła" Stefan Türschmid. Niesamowite połączenie historii i fikcji.





Mrok i Mgła, autorstwa Stefana Türschmid, to historia młodej mieszkanki Leningradu, wychowanej na ideałach komunistycznych. Dziewczyny, która znajdzie się w centrum czystek Stalina, doświadczy wojny, blokady Leningradu, oraz straci wszelkie złudzenia co do rzeczywistości, w której żyje.
A to w co tak wierzyła – komunistyczne ideały – okaże się najgorszym co mogło spotkać ją i Związek Radziecki.


Nie można powiedzieć o tej książce, że to tylko losy młodej dziewczyny w ZSRR w przededniu wojny, jej trakcie i po jej zakończeniu.
Główna bohaterka jest w tej książce niejako tłem, które pozwala autorowi na pokazanie piekła, jakiego doświadczali w ZSRR jej obywatele, zwykli ludzie.
Akcja książki jest prowadzona dwutorowo. W jednym wątku śledzimy losy Soni, siedemnastoletniej komunistki, pochodzącej z przykładowej komunistycznej rodziny. W drugim wątku śledzimy losy Stalina, jego poczynania, decyzje, paranoje.
Książka zaczyna się od momentu pierwszej miłości Soni, oraz zlecenia przez Stalina morderstwa Kirowa – który wg niego był zagrożeniem dla sprawowania przez niego władzy - w 1934 roku.

Akcja szybko mknie do przodu. Stalin rozpoczyna wielką czystkę, tzw. lata wielkiego terroru, gdy miliony jego prawdziwych i całkowicie wyimaginowanych wrogów traci na jego zlecenie życie, a wraz z nimi ich rodziny.
Sonia w wielkiej czystce traci rodziców i ukochanego. Wydarzenia , których staje się świadkiem i których doświadcza na własnej skórze, sprawiają że, zaczyna wątpić w to w co tak wierzyła - Stalina i komunizm.

Autor dość obrazowo pokazuje czytelnikowi mechanizmy partyjne ZSRR, obłąkanie Stalina, jego okrutne i krwawe rządy. Działania NKWD, zastraszanie społeczeństwa. W książce padają mniej więcej takie słowa, że Stalin upodlił społeczeństwo, zmusił ich do donosów, wyrzekania się rodziny i bliskich. Zmusi każdego obywatela do zrobienia czegoś, co złamało mu duszę.
Dzięki postaci Soni czytelnik jest w stanie to zaobserwować.
Losy Stalina i wątek prowadzony z jego perspektywy jest świetniepokazany.
Autor pełnymi garściami czerpie z dostępnych o Stalinie informacji i wspomnień.
Wątek Soni to w 100% fikcja literacka, ale nie zmienia to faktu, że jest ciekawy, wciągający i pasjonujący.
W tej książce fikcja literacka po mistrzowsku splata się z historią – tą prawdziwą, niezakłamaną, przejmującą czytelnika grozą i wprawiającą w osłupienie.
Przeskoki od wątku Stalina do Soni i odwrotnie, są bardzo płynne i nie powodują pogubienia się w fabule.
Bardzo mi się podobał taki sposób prowadzenia akcji książki.

Stefan Türschmid bardzo dobrze nakreślił swoich bohaterów, świetnie oddał klimat tamtych lat. Lat strachu, głodu, lęku o życie swoje i swojej rodziny każdego mieszkańca Związku Radzieckiego.
Bardzo dobrze pokazał również przemianę jaka powoli zachodziła w Soni.
Nie sposób było nie polubić bohaterów książki. Tych pierwszoplanowych i drugoplanowych. A sprawne połączenie fikcji i prawdziwych wydarzeń sprawiło, że książkę czytało się z ogromnym zaciekawieniem.

Dla kogoś, kto nigdy nie interesował się historią rządów Stalina i o tych czasach wie tylko tyle, że były - ta powieść będzie na pewno świetnym sposobem aby się dowiedzieć więcej, w dodatku w bardzo dobrej formie. Dla reszty, która wie więcej o czasach stalinizmu, będzie to świetne spędzenie czasu z bardzo dobrą książką.

Mimo ogromu zbrodni popełnionych przez Stalina, wciąż mało się o tym mówi, jakby to, że Stalin wymordował miliony ludzi było niewidoczne, skoro zrobił to na przestrzeni wielu lat, a nie śladem Hitlera w rok czy dwa.

To nie jest lekka książka. To jest bardzo dobra, wciągająca książka, ale tematyka, która porusza jest ciężka i szokująca. To nie jest romans na tle wojny, czy lekka powieść obyczajowa. To powieść łącząca fakty  historyczne oraz fikcję literacką, ukazująca ogrom zbrodni lat stalinizmu w ZSRR.
W końcu to  trochę powieść obyczajowa z nutką delikatnego romansu.

Autor w taki sposób przedstawia swoją opowieść, że na długo zapada ona w pamięć. Jest to jedna z lepszych książek o takiej tematyce, które czytałam. Jestem pod jej ogromnym wrażeniem i wiem, że jeszcze do niej wrócę.


*zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl

piątek, 25 marca 2016

„Uczta dusz” Celia Friedman. Tom pierwszy Trylogii Magistrów



„Uczta dusz” Celia Friedman

Uczta Dusz, to pierwszy tom Trylogii Magistrów.
Książka ta dość długo leżała na mojej półce, bo zawsze miałam coś innego do przeczytania. Aż nadszedł ten dzień, gdy sięgnęłam po nią.
I nie żałuję.

Akcja Uczty Dusz dzieje się w świecie podzielonym na kilka krain, w których najpotężniejszymi osobami są Magistrzy – czarnoksiężnicy, władający nieograniczoną mocą i nieśmiertelnością. Żyją tam również czarownice i czarownicy, którzy również władają magią. Ale każdy czar i użycie przez nich magii skraca ich życie.
Dzieje się tak, gdyż magia pochodzi z duszy człowieka, który nią włada. A wykorzystana w całości prowadzi człowieka do śmierci.
Dzieje się tak z każdą czarownicą i czarownikiem, ale nie z Magistrami. Oni posiedli sekret wiecznego życia. Również korzystają z magii duszy – tyle, że innych ludzi.
Jest to najpotężniej strzeżona tajemnica Magistrów, do których dostęp mają tylko mężczyźni.
W przeciągu wieków uznali oni bowiem, że żadna kobieta nie ma możliwości aby stać się Magistrem.
Do czasu pojawienia się Kamali…

Kamala to młoda dziewczyna, którą matka sprzedawała jako prostytutkę. Dziewczyna wyczuła w sobie moc i postanowiła wbrew wszystkiemu zostać Magistrem.
Dzięki pomocy innego Magistra udaje się jej tego dokonać, ale cena jaką za to zapłaci będzie bardzo wysoka.
W dodatku dawno zapomniane Zło budzi się znów do życia i zaczyna zagrażać wszystkim krainom ludzi.
Nad tym aby to zło nie powróciło, czuwają wojownicy z rodów Protektorów – ludzie zamieszkujący zimną i surową północ.
Ale nawet oni nie będą w stanie przewidzieć tego co nadejdzie.

Muszę powiedzieć, że początek Uczty Dusz zupełnie mnie nie wciągnął. Czytałam niejako z obowiązku, gdyż nigdy nie zostawiam niedokończonych książek.
Cieszę się z tej mojej przywary, bo akcja zdecydowanie się rozkręciła, a fabuła okazała się niesamowicie ciekawa i wciągająca.
Prócz Kamali i jej nauczyciela, pojawiają się inni bardzo ciekawi i fajni bohaterowie, a autorka sprawnie prowadzi akcję, wciągając czytelnika w wykreowany przez siebie świat.
Bohaterowie, których stworzyła Celia Friedman to pełnokrwiści ludzie, są wyraźni, popełniają błędy.  Bardzo fajnym zabiegiem jest to, że autorka nie stworzyła obozów „dobra i zła”. Pokazała swój świat w jego pełnej krasie z jego jasnymi i ciemnymi stronami, a swoich bohaterów z pełną paletą ich zalet i wad.
Magistrowie, to nie dobroduszni czarodzieje. To pasożyty drenujący innych ludzi z mocy i doprowadzający ich do śmierci, po to aby samemu żyć wiecznie i posiadać nieograniczoną niczym magię.
Kamala – główna bohaterka – nie jest potulną dziewczyną, która jest zagubiona i niepewna.
To twarda dziewczyna, które została ogromnie skrzywdzona przez najbliższych, a życie jej nie rozpieszczało.
To dziewczyna mierząca się z problemami, a nie uciekająca przed nimi.
Da się ją lubić i jej kibicować. I mimo, że nie wszystkie jej poczynania wzbudziły mój zachwyt, to jednak polubiłam tą wyjątkową dziewczynę.
Polubiłam też bohaterów drugoplanowych, ale jeśli o nich chodzi, to czuję, że odegrają znaczną rolę w kolejnym tomie.
Nie mogę się już tego doczekać, bo autorka zaostrzyła tym zabiegiem apetyt na kolejne tomy.

Dziś trudno o dobrą powieść fantasy. Wśród królujących wszędzie „młodzieżówek” ciężko znaleźć coś dla starszego czytelnika.
Tym bardziej doceniam Ucztę Dusz, o której śmiało mogę napisać, ze to kawał dobrego fantasy, bez cukierkowatości, bez miłosnych trójkątów i młodzieńczych dylematów.
To bardzo ciekawy świat, fajni i wyraziści bohaterowie, sprawnie prowadzona akcja i wyjątkowo zaskakujące zakończenie.
Czytałam z wielką przyjemnością, zwłaszcza, że autorka ma lekkie pióro. W książce nie ma dłużyzn ani zbyt rozwlekłych opisów, za to jest sporo niespodziewanych zwrotów akcji, które niejednokrotnie zaskakują czytelnika.
Celia Friedman dokładnie przedstawia nam swój świat i prawa nim rządzące, więc czytelnik jest w pełni przygotowany na wydarzenia, które rozgrywają się na kartach tej książki.
A patrząc na zakończenie Uczty Dusz, można się spodziewać, że kolejny tom będzie jeszcze ciekawszy.

*zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl








poniedziałek, 14 marca 2016

"Miasteczko Salem" Stephen King. "Odejdź Danny Glick'u"


"Odejdź Danny Glick'u"



Akcja książki dzieje się w Salem - fikcyjnym miasteczku w stanie Maine.
Zwykłe prowincjonalne miasteczko, gdzie czas płynie powoli, a ludzie żyją spokojnie.
Do czasu, gdy sprowadza się tam tajemniczy  nieznajomy i otwiera antykwariat.
Nieznajomemu towarzyszy zło,  w postaci wampirów.
Ale nie tych miłych i uprzejmych dla staruszek.
Wampiry Kinga, to okrutne bestie, przesiąknięte żądzą krwi i potrzebą mordowania.
W tym właśnie czasie do miasteczka przyjeżdża pisarz Ben Mears, aby zmierzyć się z koszmarem  z dzieciństwa i napisać nową książkę.
Splot różnych wypadków sprawi, że on i kilkoro innych osób, stanie do walki z rosnącym w siłę złem.
Walki o życie i o dusze.

Miasteczko Salem, to dla mnie książka przerażająca. Klimat grozy, która stworzył autor jest niesamowity.
Każdy cień, skrzypnięcie podłogi, czy złamanie gałązki powodował u mnie dreszcze lęku podczas czytania.
King opisywał narastający lęk i poczucie zagrożenia tak sugestywnie, że jestem pewna, że gdyby podczas czytania coś uderzyło w szybę mojego okna, to mogłabym skończyć z zawałem serca.

Jak to u tego autora bywa, początek książki to bardzo dobre wprowadzenie w fabułę oraz dokładne nakreślenie bohaterów.
Dzięki temu miałam wrażenie, że dobrze znam wszystkie postacie, ich motywacje oraz skrywane głęboko lęki i pragnienia.

Akcja z każdą stroną nabiera rozpędu, a atmosfera w sennym Salem robi się coraz bardziej mroczna.
Niby nic się nie zmieniło, ktoś dawno nie widział sąsiada, ktoś nie przyszedł do pracy z powodu grypy.
A jednak lęk, który ogarnia mieszkańców jest aż namacalny, choć oni sami nie wiedzą czego tak naprawdę się boją.
O tym co w rzeczywistości dzieje się w Salem wie kilka osób: Ben Mears,  Matt Burke, Susan Norton, Mark Petrie, Dr James Cody i ojciec Donald Callahan.
To właśnie oni będą musieli zmierzyć się z wampirami oraz swoimi słabościami.
To od nich będzie zależała przyszłość Salem. I będę w swej walce osamotnieni.

Książka jest napisana fenomenalnie. To wg mnie jedna z najlepszych – jeśli nie najlepsza – książka Stephena Kinga.
Wspaniale oddany klimat grozy i strachu, świetnie nakreśleni bohaterowie. Niesamowicie poprowadzona akcja i wciągająca fabuła.
Nic w Miasteczku Salem nie jest oczywiste ani proste. Zło jest realne i wydaje się niepokonane.
Bohaterowie, to nie herosi, ale ludzie z krwi i kości. Odczuwają strach, mają wątpliwości.
W tej książce bohaterem jest mały chłopiec, a wielkim przegranym? Tego zdradzić nie mogę.

Pisarz nie oszczędza swoich bohaterów.  Niczego im nie ułatwia, a decyzje , które podejmują nie zawsze okazują się słuszne.

Autor niesamowicie odmalował portret mieszkańców Salem – ludzi, którzy mimo podejrzeń, że w mieście dzieje się coś złego, nie są w stanie zaakceptować prawdy, wypierają ją ze swojej świadomości. A jedyne działania na jakie są w stanie się zdobyć, to dokładne pozamykanie drzwi i okien, gdy zapada zmrok.

Miasteczko Salem, to świetny horror. Nie ma w tej książce słabszych momentów. Jest genialna od początku do samego końca.
Zakończenie – co akurat u Kinga nietypowe – jest bardzo dobre. Zaskakuje, ale nie rozczarowuje.
Ta książka na długo zapada w pamięć i wywołuje dreszcze  i poczucie, że jest się obserwowanym.
A chyba o to chodzi w horrorze.

Zdjęcie jakie wybrałam do tego wpisu, pochodzi z pierwszego wydania książki w Polsce. Moim zdaniem jest to zdecydowanie najlepsze wydanie Miasteczka Salem.

*zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl



czwartek, 3 marca 2016

Szklany Miecz. Victoria Aveyard




Przyznaję, że na kontynuację dobrej Czerwonej Królowej czekałam dość niecierpliwie.
Po tak dobrych wrażeniach po lekturze pierwszego tomu, byłam pewna, że Szklany Miecz będzie równie dobrą książką, jeśli nie lepszą.
Byłam tego pewna.
I rozczarowałam się jak dawno mi się nie zdarzyło…

Drugi tom trylogii Victorii Aveyard rozpoczyna się od brawurowej ucieczki Mare i Cala z wojownikami Czerwonej Gwardii.
Udaje im się dostać do bezpiecznej kryjówki.
Niestety nie jest to gwarantem ich bezpieczeństwa. Splot różnych wypadków sprawia, że Mare, jej brat i kilka innych osób, na własną rękę zaczynają szukać ludzi podobnych do Mare, Czerwonych z umiejętnościami Srebrnych, aby ustrzec ich przed śmiercią z rąk nowego króla i zachęcić do przyłączenia się do ruchu oporu.
Król Mavenow bezlitośnie tropi Mare i Cala oraz Nowych (jak nazywani są Czerwoni z umiejętnościami Srebrnych). Nie zna litości i zrobi wszystko, aby ich schwytać, organizuje zasadzki, morduje, torturuje.


Muszę przyznać, że Victoria Aveyard w drugim tomie postawiła na akcję i dynamikę. Ucieczki, walki, pułapki. Tym wszystkim przepełniona jest książka.
Akcja nie tylko mknie do przodu, ona pędzi sprintem. Wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie.

Niestety to chyba jedyny plus Szklanego Miecza.
Bowiem autorka zrobiła coś, co wydawało mi się niemożliwe.
Zepsuła główną postać tak bardzo, że już bardziej się nie dało. Z fajnej, choć zagubionej dziewczyny, która zmagała się z sytuacją w jakiej się znalazła, walczącej o swoje życie i wolność, Victoria Aveyard zrobiła młodą dziewczynę, która przez całą książkę użala się nad sobą, robiąc z siebie na zmianę męczennicę, biedną zdradzoną dziewczynkę lub hardą Nową bez litości.
Mare całą książkę powtarza, że nikomu nie wierzy i nie ufa. Robi to non stop, przy każdej możliwej okazji. Jest to tak wyeksponowany element fabuły, że w pewnym momencie nie mogłam już patrzeć na kolejne zdanie, w którym po raz kolejny była zawarta ta informacja.

Kolejnym minusem jest poprowadzenie wątku romantycznego. O ile w pierwszym tomie był on fajnie wpleciony w fabułę, subtelnie, o tyle w drugim tomie jest on zwyczajnie niestrawny. Mare wciąż tęskni za Mavenowem, który ją zdradził, jednocześnie manipulując Calem w imię swoich  uczuć do niego i tego, że zwyczajnie jest jej potrzebny w walce.
Wciąż rozpamiętuje, kim był Mavenow, choć wie, że była to tylko przykrywka i oszustwo, jednocześnie trzymając na dystans Cala. Trochę dziwny trójkąt miłosny, podany w tak nijakiej formie, że aż nie chce się o nim czytać. Brak w nim również jakichkolwiek emocji.

Niestety narracja jest nadal pierwszoosobowa z punktu widzenia Mare, co pozwala autorce na ciągłe pisanie o każdym przemyśleniu i dylemacie jakich doświadcza Mare.
O ile do pewnego stopnia jest to potrzebne – w końcu Mare, zwykła dziewczyna z niezwykłymi mocami zabiła na arenie Srebrnych i nie potrafi sobie z tym poradzić - o tyle autorka nie potrafiła znaleźć granicy, która wewnętrzną walkę z samą sobą jaką toczy Mare, odgrodziłaby od ciągłego użalania się nad sobą głównej bohaterki.
Niestety Mare stała się postacią, która zaczęła mnie tak irytować, że straciłam do niej całą sympatię jaką miałam podczas lektury Czerwonej Królowej.
Autorka zrobiła z niej wiecznie użalające się, niedojrzałe dziewczę, oczekujące zrozumienia i nikomu nieufające.

Jedyny plus tak haniebnego zepsucia głównej bohaterki, to fakt, że postacie drugoplanowe i Cal zyskują więcej wyrazistości .

Wydawca umieścił takie zdanie w opisie książki:
„Mare musi też zmierzyć się z mrokiem, który ogarnął jej duszę. Czy sama stanie się potworem, którego próbuje pokonać?”

Uważam, że ten wątek w książce autorce się nie udał. Ba! Zepsuła go całkowicie. Nie znalazłam mroku w duszy Mare, jedynie ciągłe poczucie bycia męczennicą, przez którą giną ludzie.
Mare w moim odczuciu nie staje się potworem, a jedynie irytującą i żałosną dziewczyną, która sama nie wie czego chce.

Jedyne co choć minimalnie ratuje tą książkę, to postacie drugoplanowe i Cal oraz kilka ostatnich rozdziałów książki.
Chłopak nadal jest tajemnicą, widać wyraźnie, że uczucie jakim darzy Mare wpływa na jego decyzje. Czyny do których zmusiła go jego macocha dręczą go bez przerwy, jednak pozostaje on ciekawą postacią, której nie sposób nie lubić.
Jednak mimo uczuć jakie żywi do Mare i on stracił całą swoją wyrozumiałość wobec niej, jej poczynań i decyzji.
Mam nadzieję, że to jest sygnał skierowany do czytelnika, że autorka celowo tak zmieniła postać Mare i w trzecim tomie będzie można pozytywnie się zaskoczyć.

Niestety lektura Szklanego Miecza była dla mnie męcząca. Ciągła irytacja na zachowanie głównej bohaterki zabiła całą przyjemność z lektury i ciekawej fabuły.
Nieustające użalania się na swój los przez Mare miażdżąco zdominowało książkę, skutecznie spychając inne elementy fabuły w cień.
Sięgnę po finałowy tom trylogii, ale z dużą dozą nieufności (o proszę, udzieliła mi się ta nieufność od Mare chyba), mając nadzieję, że autorka nie pójdzie tą drogą, którą zaprezentowała mi w Szklanym Mieczu, a raczej rozwinie to co stworzyła w Czerwonej Królowej.

*zdjęcie pochodzi ze strony www. lubimyczytac.pl

poniedziałek, 29 lutego 2016

Pieśń Krwi. Anthony Ryan



Gdy kupiłam tą książkę, nie przeczytałam ani jednej opinii ani recenzji na jej temat.
Wiedziałam tylko, że to pierwszy tom trylogii Kruczy Cień.

Akcja rozpoczyna się, gdy Vaelin Al Sorna ma tylko dziesięć lat, a jego ojciec porzuca go przed żelazną bramą Szóstego Zakonu.
Zakonu, który ma z niego zrobić wyśmienitego wojownika, który w służbie Zakonu będzie bronił Wiary i Królestwa.
Chłopcy w Szóstym Zakonie (wszystkich zakonów jest właśnie sześć, każdy szkoli swoich uczniów w innej dziedzinie) są poddawani wycieńczającemu treningowi, a po każdym roku szkolenia i nauki muszą przejść kolejną – niekiedy brutalną i zawsze niebezpieczną – próbę.
Gdy przejdą wszystkie próby, będą mogli walczyć w imieniu Szóstego Zakonu i Wiary.

Vaelin nie jest w stanie zrozumieć, dlaczego jego ojciec oddał go do Zakonu, ale znienawidzi go za to na wiele długich lat. Odpowiedzi na dręczące go pytania pozna po długim czasie, a i tak nie dowie się wszystkiego.
Vaelin i jego bracia z Zakonu, którzy rozpoczęli wraz z nim nauki, stają się jednymi z najlepszych wojowników. Biorą razem udział w walkach, bitwach i potyczkach z innowiercami. Nie raz uratują sobie wzajemnie życie, wyciągną z tarapatów i opresji.

Autor stworzył bardzo ciekawy świat, królestwa i społeczeństwa. Postawił na różnorodność, zwłaszcza wiary i religii.
Co ciekawe, każde z królestw nie toleruje odmiennych wierzeń, tych którzy nie wierzą w „ich boga” nazywają heretykami i nierzadko ścigają i mordują.
Ale najbardziej ściganymi ludźmi są ci, których oskarża się o kontakty z Ciemnością – jak w królestwie Vaelina nazywa się magię.

Początek książki zaczyna się dość „standardowo”. Mały chłopiec, pod wpływem treningów zmienia się w młodego mężczyznę i wyśmienitego wojownika.
Jego sława zaczyna go wyprzedzać, a o jego dokonaniach w walce krążyć legendy.

Bardzo szybko jednak czytelnik przekonuje się, że nic w tej książce nie jest „standardowe”.
Tajemnice wszystkich Zakonów, umiejętności, które mogą zagrozić życiu oraz polityczne rozgrywki Króla, w które zostaje uwikłany Vaelin, sprawiają, że książka szybko odsłania przed czytelnikiem swoją wyjątkowość.
I mimo, że Szósty Zakon może kojarzyć się z zakonem Templariuszy, to nawet jeśli autor się na nim wzorował, to świetnie wykorzystał jego legendę, aby stworzyć z Szóstego Zakonu miejsce niesamowite i intrygujące.
Bohaterowie Pieśni Krwi, nawet ci drugoplanowi, są wyjątkowo ciekawi. Nie sposób nie polubić Vaelina oraz jego kompanów z Zakonu.
Anthony Ryan bardzo ciekawie poprowadził akcję. Nic nie dzieje się za szybko, ani za wolno. Gdy już odsłonił kawałek tajemnicy, zaraz pojawia się kolejna.
W wyważony sposób wprowadza do fabuły wątek nadprzyrodzony, dawkując go w odpowiednich proporcjach, aby czytelnika zaciekawić i zaintrygować.

Losy Vaelin i jego kompanów, to nie miła i przyjemna opowieść o bohaterskich czynach młodych wojowników.
To historia wyszkolonych dzięki brutalnemu treningowi młodych mężczyzn, a każdy z nich nosi w duszy ciężar przeszłości.
To opowieść o braterskich więzach mężczyzn, których nie łączą więzy krwi, a niesamowite więzy przyjaźni, które nie zważają na to, z jakiej warstwy społecznej wywodzą się młodzi adepci Szóstego Zakonu.
Pieśń Krwi, to brutalne i brudne fantasy. To opisy bitew , walk, śmierci.

Jestem pod wrażeniem stworzonego przez autora uniwersum. Podobają mi się Zjednoczone Królestwa, w skład których wchodzą cztery różne kariny (lenna).
Fabuła jest bardzo ciekawa i wciągająca. Akcja rozkręca się stopniowo, ale im dalej tym jest ciekawiej i szybciej.
Podoba mi się również pomysł na magię – Ciemność -  i to jaki do niej stosunek mają poszczególne lenna.
Mimo, iż początek książki wydaje się być dość częstym motywem w książkach fantasy, to im dalej tym wyraźniej widać, że autor miał swój pomysł na stworzony przez siebie świat i bohaterów.
Polubiłam bohaterów Pieśni Krwi, tych głównych, jak i tych drugoplanowych.
Podoba mi się tajemnica zakonów, na rozwiązanie której pewnie przyjdzie mi jeszcze długo poczekać.
Mam jednak nadzieję, że Anthony Ryan już jest w trakcji pisania kolejnego tomu swojej trylogii, bo przyznam, że z niecierpliwością czekam na dalsze losy Vaelina Al Sorny i jego kompanów z Szóstego Zakonu.


* zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl




niedziela, 21 lutego 2016

"Ross Poldark" Winston Graham. Niesamowicie poruszający pierwszy tom sagi rodziny Poldarków.




Ross Poldark autorstwa Winstona Grahama, to pierwsza część wielotomowej sagi rodzinnej Poldarków.
Akcja rozpoczyna się w 1783 roku, gdy młody Ross Poldark, ranny na wojnie, wraca do rodzinnej posiadłości w Kornwalii.
Witają go trzy wstrząsające wydarzenia.
Pierwszym z nich jest śmierć jego ojca, drugim zrujnowany stan rodzinnej posiadłości oraz trzecie i najmocniej odbijające się na Rossie – fakt, że jego ukochana zaręczyła się z jego najbliższym kuzynem.
Kumulacja tych wydarzeń sprawia, że Ross, aby dojść do siebie, koncentruje się na doprowadzeniu do lepszego stanu domu i otaczające go ziemie. Do pomocy ma tylko dwójkę starszych służących, których uwielbienie do mocnych trunków doprowadziło do takiej ruiny majątek po śmierci ojca Rossa.
Mijają kolejne tygodnie i miesiące. Ross ciężko pracuje, unika swojego kuzyna i jego młodej żony Elizabeth. Próbuje uleczyć złamane serce i jakoś żyć.
Podczas wizyty na targu, ratuje od pobicia kilkunastoletnią dziewczynę i jej szczeniaka. Dziewczyna jest córką górnika – alkoholika, który ma ciężką rękę i nie żałuje razów swojej córce.
Ross pod wpływem impulsu zabiera ją do swojego domu i zatrudnia jak pomoc kuchenną.
To wydarzenia na zawsze zmieni życie Rossa i dziewczyny, która ma na imię Demelza.

Książka Winstona Grahama  zauroczyła mnie swoim niespiesznym prowadzeniem akcji. Autor w ciekawy sposób nakreślił swoich bohaterów oraz oddał realia tamtych czasów. Pokazał wszystkie warstwy społeczne, od arystokracji, nowobogackich, po pracujących dla bogaczy górników i parobków.
Nakreślił szeroki obraz społeczeństwa tamtej epoki, ukazując jego dobre i złe oblicze.
Z ciekawostek mogę dodać, że w sposób naprawdę ciekawy autor pokazał metody leczenia przez ówczesnych medyków.
Coś co nam się dziś nie mieści w głowie i wiemy, że jest szkodliwe dla zdrowia, wtedy było uznawane za szczyt postępu w medycynie.

Tak jak napisałam, akcja książki toczy się pomału, co nie oznacza, że jest nudna.
Wprost przeciwnie.
Autor nie szczędzi swoim bohaterom niespodziewanych przeciwności losu, dramatów i trudnych decyzji.
Na szczęście nie zasypuje ich tylko nieszczęściami, więc i szczęśliwe wydarzenia spotykają bohaterów.
Ukazuje życie, jakie wiodła arystokracja i nowobogaccy, ich fałsz, obłudę i przekonanie, że są lepsi od tych stojących niżej w hierarchii społecznej. Uświadamia czytelnikowi, że w ówczesnych czasach to nazwisko i pochodzenia decydowało o wartości człowieka, a nie jego cechy charakteru i czyny.
Wyjątkiem okazuję się Ross i jego kuzynka Verity.
I o ile Verity nie ma szans na życie z człowiekiem, którego pokochała i musi poddać się naciskom rodziny, o tyle Ross żyje według własnych zasad, nie zważając na plotki czy ostracyzm swojej klasy.

Muszę przyznać, że nie spodziewałam się aż tak dobrej książki. To świetnie skonstruowana powieść obyczajowa z subtelnie prowadzonym wątkiem romantycznym. Bardzo wnikliwa analiza społeczeństwa tamtej epoki,  niesprawiedliwości podziałów społecznych i wyzysku najbiedniejszych. To również fascynujący obraz ówczesnego sposobu życia, zwyczajów, tradycji.

Bohaterowie, których stworzył autor, to ludzie z krwi i kości. W żaden sposób nie zostali wyidealizowani. Podejmują błędne decyzje, ich serca krwawią, gdy doświadczają cierpienia. Starają się naprawiać błędy i żyć.
Żyć, kochać i być szczęśliwymi.

Jestem na tyle zafascynowana losami Rossa, jego rodziny, przyjaciół oraz wrogów, że z przyjemnością sięgnę po kolejny tom z serii, który ma się ukazać już w maju 2016 roku.


* zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl

sobota, 20 lutego 2016

"Porwana Pieśniarka" Daniele L. Jensen





Porwana Pieśniarka autorstwa Daniele L. Jensen, to pierwszy tom trylogii Klątwy.
Piękna okładka i opis z tyłu książki zaciekawiły mnie i zachęciły do kupna i lektury.
Od razu się przyznam, że opis nie sugerował, że to książka młodzieżowa.
A taką niewątpliwie jest Porwana Pieśniarka.
Gdy się zorientowałam, że to książka dla młodszego czytelnika, akcja zrobiła się już na tyle ciekawa, że chciałam czytać dalej.

Główna bohaterka – Cecile – ma 17 lat i jest szkolona na śpiewaczkę operową. W dniu swoich urodzin, gdy niedługo ma wyjechać do matki (również śpiewaczki), zostaje porwana i dostarczona do wnętrza góry, w której od pięciu stuleci żyją, uwięzione przez klątwę czarownicy Trolle.
Trolle , to rasa inteligentnych, nadludzko silnych stworzeń, władających potężną magią.
A że są również pięknie, to taki mały dodatek.
Nie mogę opuszczać góry, wewnątrz której zbudowali swoje miasto Trollus.  Żyją w wiecznym mroku, a ich jedyną nadzieją na wyjście na światło dzienne, jest realizacja przepowiedni.
Przepowiedni, która mówi, że tylko ludzka kobieta, z którą połączy się syn króla trolli, zdejmie klątwę i uwolni trolle z ich więzienia.
Tą kobietą wg nich jest Cecile, a królewskim synem Tristan.
Młodzi ludzie zostają sobie poślubieni, a cała społeczność wstrzymuje oddech, czekając na spektakularne zdjęcie klątwy.
Dziewczyna wiedząc, że nie ma szans na ucieczkę postanawia poczekać, aby wykorzystać odpowiedni moment i uciec z niewoli.


Wbrew stereotypom, trolle to nie brudne i bezmyślne stworzenia rodem z Władcy Pierścieni.
To stworzenia inteligentne, uzdolnione. Mają czucia, marzenia, troski i radości. Tak jak ludzie.
Od ludzi odróżnia ich niewiele, magia, wygląd, okrucieństwo ich arystokracji.
Trolle tworzą społeczność tak samo jak ludzie.
Więc jest król, rodzina królewska, arystokracja, klasa średnia i służący. A każdy mieszaniec – czyli potomek trolla i człowieka – jest wg niektórych czymś gorszym niż śmieć pod ich butami.

Podoba mi się pomysł na pokazanie trolli. Podoba mi się również  fabuła. Niestety główni bohaterowie mają po 17 lat i o ile Tristan wydaje się być dojrzalszy jak na swój wiek, o tyle Cecile  – przynajmniej początkowo – irytowała mnie swoją bezmyślnością i infantylnością.
Z czasem się to zmieniło, a dziewczyna stała się zdecydowanie ciekawszą postacią.
Wątek rodzącego się uczucia pomiędzy dziewczyną i Tristanem początkowo był mało wyrazisty. Po prostu uczucie się pojawia i jest. Dopiero z czasem autorka nadaje mu głębi. Wydaje mi się, że przyczyną tego może być fakt, że na początku książki, akcja pędzi w niesamowitym tempie. Wszystkie wydarzenia następują po sobie bardzo szybko, przez co i bohaterowie i akcja wydają się być płaskie i powierzchowne.

Na szczęście w pewnym momencie wszystko zwalnia, a autorka zaczyna więcej uwagi poświęcać wykreowanemu przez siebie światu i bohaterom.
Nie tylko para głównych bohaterów nabiera pewnej wyrazistości, ale również postacie drugoplanowe.
Cecile nawiązuje przyjaźnie, poznaje sytuację uciskanych mieszańców oraz podłość i okrucieństwo arystokracji. Zostaje wplątana w knowanie, spiski i polityczne rozgrywki.
Zaczyna darzyć sympatią i szacunkiem mieszańców, którzy cierpią pod panowaniem arystokratycznych rodów, postanawia również, że będzie dążyła do zdjęcia klątwy za wszelką cenę, aby umożliwić im życie na wolności.

Muszę przyznać, że pierwsza połowa książki, mimo iż ciekawa, to jednak nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia.
Wszystko było poprawne. I tylko poprawne.
Natomiast druga połowa zdecydowanie mnie zaskoczyła pozytywnie. Autorka wprowadziła kilka niespodziewanych zwrotów akcji, w ciekawy sposób rozwinęła wątek uczucia pomiędzy młodymi małżonkami. Na szczęście rodząca się miłość, nie staje się dominującym elementem książki.
Fabuła nabrała pewnej głębi i stała się bardzo wciągająca.
A dodatkowo Cecile nieoczekiwanie rozwiązuje pewne tajemnice, dzięki czemu nie tylko ma szansę zdjąć klątwę z Trollus, ale również odkrywa, że sama jest czarownicą i posiada moc.

Książka, mimo, że to literatura kierowana do trochę starszej młodzieży, przypadła mi do gustu.
To dobry kawał fantasy, z bardzie ciekawie wykreowanym światem i fajnymi bohaterami.
Autorka nie idealizuje trolli, nie ukrywa ich okrucieństwa. Pokazuje, że nierzadko pod piękną powierzchownością, ukrywa się zły charakter i brak serca. Ukazuje również, że rządza władzy, bogactwa i panowania nad słabszymi, to nie tylko domena ludzi.

Książką czytało mi się bardzo dobrze, Daniele L. Jansen ma lekkie pióro i potrafi w malowniczy sposób opisać stworzony przez siebie świat i rządzące nimi reguły.
Pomimo dość nijakiego początku, zbyt szybko galopującej akcji i pewnych zachować Cecile, które wywoływały u mnie zgrzytanie zębami, autorka poprowadziła akcję w sposób ciekawy, pozwoliła pozytywnie zmienić się swoim bohaterom, czym wynagrodziła czytelnikowi swoje początkowe potknięcia.
A zakończenie sugeruje, że kolejny tom ma szansę mocno zaskoczyć czytelnika.
I choć to literatura młodzieżowa – a z tym wiekiem pożegnałam się już dość dawno temu – to na pewno sięgnę po kontynuację Porwanej Pieśniarki.
Bo to dobra rozrywka, niewymagająca wielkiego skupienia, ciekawa historia, bohaterowie, których się lubi, wątek romantyczny, który nie jest zbyt nachalny i nie zagarnia dla siebie całej fabuły.
Moim zdaniem lektura tej książki to przyjemnie spędzony czas i historia do której czytelnik będzie chciał wrócić, więc z przyjemnością sięgnie po koleje tomy.


*zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl





wtorek, 16 lutego 2016

"Łabędzi Śpiew" Robert McCammon. Epopeja grozy



Co się stanie, gdy w pewnym momencie najważniejsi ludzie na świecie wcisną „czerwony guzik”?
Odpowiedź jest oczywista. Stanie się to, co opisał w swojej książce Robert McCammon…

Łabędzi Śpiew to przepełniona emocjami, wizja świata po wyniszczającej wojnie atomowej.
Wydana w latach 80’ w USA, u nas pojawiła się dopiero w ubiegłym roku.
To połączenie powieści drogi, postapokaliptycznej wizji świata, mistycyzmu i walki dobra ze złem.
Walka ta jest zdecydowanie jednym z ważniejszych elementów w książkach, zwłaszcza w drugim tomie.
Oba tomy napisane są z wielkim rozmachem. Autor opowiada  historię bardzo przekonująco.
Nie wprowadza wielu bohaterów, skupia się na trzech grupach, od czasu do czasu pozwalając pojawić się jakimś drugoplanowym postaciom, które szybko znikają z kart powieści.


W pierwszym tomie autor przedstawia czytelnikom głównych bohaterów,  sam moment wybuchu wojny atomowej pomiędzy USA a Związkiem Radzieckim, postać głównego adwersarza, pierwsze miesiące po unicestwieniu prawie całej ludności oraz środowiska naturalnego w  kraju.
Ta część to również powieść drogi i walki o przeżycie w zniszczonym świecie.

Drugi tom zaczyna się siedem lat po wydarzeniach z pierwszego tomu. Początkowo to również jest powieść drogi – do czasu gdy wszyscy głowni bohaterowie docierają tam, gdzie mieli dotrzeć, aby wreszcie doszło do nieuniknionej konfrontacji.
Ciekawie pokazany jest główny adwersarz. Mimo, że czytelnik szybko domyśla się kim – lub czym – on jest, to w całej książce nie pada jego imię. On sam będzie nazywał siebie różnymi imionami lub Przyjacielem.

Autor do życia w postapokalipstycznym świecie dodał elementy nadprzyrodzone, dzięki czemu jego powieść zyskała niepowtarzalny klimat .
Bardzo sprawnie posługuje się tym wątkiem, nie jest on przerysowany ani nachalny. Wzbogaca za to fabułę, pozwala na użycie wielu nawiązań do religii czy Boga, ukazuje zło które jest ukryte w ludziach za fasadą spokojnej powierzchowności.

Łabędzi Śpiew mnie zachwycił, oczarował, wciągnął. Bohaterowie tej powieści, to ludzi, którzy znaleźli się w niezwykłych okolicznościach przez przypadek i zrządzenie losu. Nie sposób było nie polubić większości z nich.
Robert McCammon w sposób przekonujący pokazuje czytelnikowi jak ekstremalne warunki wydobywają z ludzi wszystko co najgorsze, a brak kary za zbrodnie sprawia, że zaczynają przekraczać wszelkie granice. Oraz jak ważne jest, aby nie tracić nadziei i wiary w lepsze jutro i nie poddawać się.
Dodatkowo brak słońca i nieskażonej wody sprawia, że pozostali przy życiu mieszkańcy USA są atakowani przez różne choroby. Zaczyna również brakować pożywienia, co tylko potęguje marazm i upodlającą wegetację.


W obu tomach nie ma miejsca na nudę. Z każą kolejna stroną akcja nabiera rozpędu i nie zwalnia już końca drugiego tomu.
Nieunikniona konfrontacja głównych bohaterów, jak również walka dobra ze złem sprawia, że nie sposób się od powieści oderwać, aż do zaskakującego zakończenia.
Autor nie wyjaśnia wszystkiego, część zagadek pozostawia do własnej interpretacji czytelnikowi, na przykład kim był Przyjaciel, czym był znaleziony przez Siostrę pierścień, kim była Swan i skąd pochodziła jej moc. Dostajemy pewne wskazówki, natomiast udzielenie odpowiedzi na te pytania autor pozostawia czytelnikowi.

Robert McCammon nie szczędzi swoim bohaterom niebezpieczeństw, ciągłej obecności śmierci i nieustającego zagrożenia.
Skażenie ziemi i powietrza sprawia, że pozostali przy życiu ludzie stracili nadzieję, że jeszcze kiedyś będą mogli żyć jak przed wojną atomową, a świat będzie bezpiecznym miejscem.
Do końca nie wiadomo, czy autor pozwoli światu się odrodzić, a ludziom odzyskać to co utracili.

Łabędzi Śpiew często jest porównywany do Bastionu S. Kinga. Uważam, że niesłusznie. To całkowicie inne historie, choć maja kilka elementów wspólnych. Najważniejszym na pewno jest to, że obie te książki są świetne, a historie w nich opowiedziane niesamowicie wciągające.

*zdjęcie pochodzi ze strony www.booklips.pl





sobota, 6 lutego 2016

„Zanim się pojawiłeś” Jojo Moyes. Śmiech przez łzy…








Książka zaczyna się dość niepozornie, dwudziestosześcioletnia Lou traci pracę w kawiarni. Gdy nie może znaleźć nowej, w akcie desperacji przyjmuje posadę opiekunki trzydziestopięcioletniego Willa.
Mężczyzna na wskutek wypadku został sparaliżowany (porażenie czterokończynowe), a jego rodzice prócz wykwalifikowanego pielęgniarza, zatrudniają również Lou jako towarzystwo i opiekę dla syna.
Mimo trudnych początków, czyli wzajemnej niechęci Lou i Willa,  rodzi się między nimi uczucie, które wpłynie na ich życie.
Will nie chce wieść bolesnej wegetacji, a Lou ma pół roku, aby mu pokazać, że życie nawet z jego chorobą, ma swoje szczęśliwe chwile.

Nie można odmówić autorce poruszenia bardzo trudnego tematu. Każdy z nas choć raz pomyślał o tym, jak przerażająca jest wizja całego życia spędzonego w bezruchu i byciu zdanym na nieustającą pomoc innym, bez możliwości decydowania o samym sobie.
A tak właśnie czuje się Will, który ma tylko możliwość poruszania głową i ledwie odczuwalnie jedną dłonią.
Z mężczyzny, który czerpał z życia pełnymi garściami, w ciągu jednej chwili stał się człowiekiem, który stracił nadzieję, a jego jedynym marzeniem jest, aby jego cierpienie się skończyło.
Mimo, że temat jest trudny, to Jojo Moyes poradziła sobie z nim wspaniale.
Bardzo dobrze nakreśliła psychologiczną stronę powieści, dzięki czemu nie jest to ckliwy romans, a niesamowicie poruszająca historia o sile uczucia, życiu jako wartości samej w sobie, oraz pogodzeniu się z losem i decyzjami, z którymi zmagać nie powinien się nikt.


Czytając „Zanim się pojawiłeś” doświadczałam wielu różnych emocji. Od śmiechu, poprzez frustrację, gniew, aż po łzy.
Każdy kolejny dzień, który Lou spędzała z Willem sprawiał, że coraz mocniej ich lubiłam. Autorka świetnie nakreśliła głównych bohaterów oraz tych drugoplanowych – rodzinę Lou oraz Willa. Pokazywała ich wady, smutki i trudności, z którymi zmagali się każdego dnia.
Rodzina Lou z biedą, lękiem przed utratą pracy, a rodzina Willa z jego chorobą, rozpadem małżeństwa oraz decyzjami Willa, na które nie mieli wpływu.

Mimo wielu momentów, które wywoływały uśmiech czy wręcz śmiech, książka jako całość jest przejmująco smutna.
Pokazuje, że nie da się oszukać rzeczywistości, sprawić, żeby choroba była lżejsza, a życie z nią łatwiejsze.

Książka mnie oczarowała, zachwyciła, wzruszała, rozśmieszała. Na końcu doprowadziła do łez, po to, aby wstrząsnąć mną mocny i krzyknąć prosto w twarz „doceniaj życie, doceniaj każdy jeden dzień”.
„Zanim się pojawiłeś” to jedna z tych książek, które sprawiają, że człowiek śmieje się, jednocześnie płacząc. Daje czytelnikowi taki ładunek emocji, że czasem ciężko było je wszystkie w sobie pomieścić.
Zapada w pamięć i jeszcze długo po zakończeniu lektury nie mogłam przestać myśleć Lou i Willym.

*zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl



czwartek, 4 lutego 2016

"Przejście" Justin Cornin w post apokaliptycznej opowieści rodem z najgorszych koszmarów.





Przejście. Justin Cornin (tom 1 Trylogii Przejścia)

Wirus odkryty w boliwijskiej dżungli, przywieziony do USA.
Tajne eksperymenty w bazie wojskowej na dwunastu skazańcach oraz sześcioletniej dziewczynce.
Następuje wielka rozpierducha i cała dwunastka sieje pogrom w całej Ameryce mordując kogo się da, a co dziesiątą osobę zarażając wirusem.
Armagedon w pełnej krasie.
Zdecydowanie.

Ktoś mógłby powiedzieć, że to już było.
Bo i Stephen  King pisał o zagładzie ludzkości w Bastionie i Robert McCammom w Łabędzim Śpiewie.
Co więcej obaj panowie opowiedzieli swoją wizję zagłady iście po mistrzowsku.

Mimo to jednak, warto sięgnąć po Przejście, bo autor nie napisał niczego wtórnego. Ma swój pomysł na armagedon i dobrze sobie radzi z jego realizacją.

Wirus, który tak „beztrosko” testuje wojsko na dwunastu skazanych na śmierć przestępcach, ma im przedłużyć życie i zwiększającym siłę fizyczną. Niestety ubocznym skutkiem jego działania jest przemiana ludzi w wampiry…
Bez obaw, nie te świecące na słońcu, ani uczłowieczone, zakochane jednostki.
Autor przedstawia wampiry – nazwane później wirole – jako stworzenia wyjątkowo krwiożercze, z ponadprzeciętną siłą oraz szybkością. Wirole nie posiadają magicznych umiejętności, choć dzięki swojej sile, wytrzymałości i szybkości, potrafią wzbijać się w powietrze i atakować z góry.
Wojsko planuje wykorzystać nowy gatunek, jako broń biologiczną, odporną na zranienia czy broń chemiczną.
Bo wirola nie tak łatwo zabić, choć nie jest to niemożliwe, zwłaszcza przy ich nadwrażliwości na światło.

Ale jest wyjątek.
Tym wyjątkiem jest mała dziewczynka – Amy – której zostaje również podany wirus.
Wirus, który sprawia, że Amy się zmienia, ale nie w potwora.

Książka dzieli się na dwie części.
Pierwsza dzieje się w czasach obecnych, opowiada w jaki sposób doszło do powstania wiroli i do ich wydostania się z ośrodka wojskowego.
Opowiada historię agenta FBI Wolfgasta, który dyskretnie przywozi wybraną dwunastkę skazańców do bazy.
Jego ostatnią misją jest przywiezienie Amy. Świadomość, co wojsko chce zrobić z małą dziewczynką, budzi w agencie wewnętrzny sprzeciw. Postanawia ocalić dziecko i wraz z Amy uciec, niestety zostają złapani, a wirus podany dziecku.
Gdy przemienieni skazańcy wydostają się na wolność, to właśnie agent Wolfgast wywozi Amy z ośrodka. Ukrywa się z dziewczynką wysoko w górach, przeczekując tam pierwszy rok rozprzestrzeniania się wampirów po Ameryce.
Dba o dziewczynkę i akceptując jej odmienność, którą spowodował wirus.

Druga część rozpoczyna się prawie 100 lat po wybuchu epidemii. Ludzkość to garstka ludzi, ukryta w wojskowej bazie na szczycie góry, otoczona wielkimi murami. W nocy bazę oświetlają ogromne reflektory, powstrzymując wirole przed dostaniem się do środka.
Ludzie nie mają samochodów, pralek, suszarek. Prąd, docierający do akumulatorów z odległej o dzień drogi elektrowni, potrzebny jest do oświetlana nocą bazy.
Niestety akumulatory są coraz słabsze, a ludziom grozi mrok i całkowita bezbronność wobec czającego się w mroku zagrożenia.
Pewnej nocy, pod bramą bazy, zjawia się samotna dziewczyna. Zauważa to stojąca na straży Alicia, która ryzykuje życiem, wychodząc poza mury aby ją uratować.
Tą dziewczyną jest nastoletnia Amy.
To wydarzenie jest katalizatorem wydarzeń, które doprowadzają do tego, że Alicia, Amy i jeszcze kilka osób opuszcza bezpieczną bazę i wyrusza w daleką i niebezpieczną podróż do Kolorado – miejsca gdzie sto lat wcześniej zaczęła się epidemia.


Przejście to dość spora objętościowo książka. Ale absolutnie nie powinno to nikogo odstraszyć, bo czyta się ją wyjątkowo szybko. A to za sprawą wartkiej akcji i serii niesamowitych przygód jaka przytrafia się wędrującej do Kolorado grupce ludzi.
Prócz Alici i Amy jest tam Peter, Michael, Caleb, Sara (siostra Michela) oraz Hollis.
Cała grupa podąża śladem sygnału radiowego z Kolorado, który odkrył Michael. Są przekonani, że znajdą tam pomoc dla pozostałych w bazie ludzi, którym grozi ciemność i wirole.

Podróż szybko przekształca się w walkę o przetrwanie. Autor nie daje swoim bohaterem za dużo wytchnienia od wiroli oraz innych niebezpieczeństw.
Książka jest przesiąknięta strachem przed nocą i wampirami.
Mało jest miejsc, gdzie bohaterowie mogą poczuć się bezpiecznie gdy zapadnie zmrok, odpocząć i nabrać sił przed dalszą drogą.

Historia opowiadana przez Justina Corina jest bardzo rozbudowana, autor poświęca sporo czasu drugoplanowym bohaterom i ich historiom. Wiele czasu dostają również nasi bohaterowie na swoje swoje przemyślenia, dylematy, obawy.
Przez to momentami powstają dość długie przerywniki w akcji, historia gwałtownie zwalnia. Nie mogę powiedzieć, aby były to nudne momenty w książce, wręcz przeciwnie, niemniej jednak odciągały mnie one od głównego wątku i bohaterów.

Autor ma niewątpliwie talent do tworzenia nastroju grozy i lęku. Bardzo obrazowo pokazuje czytelnikowi Amerykę po apokalipsie oraz próby radzenia sobie z ciągłym zagrożeniem, pozostałej przy życiu garstki ludzi.
Zwłaszcza, że są oni przekonani, że na kontynencie nie pozostał  żaden inny żyjący człowiek prócz nich.

Fabuła jest niesamowicie ciekawa, podoba mi się sposób ukazania wampirów oraz wizja świata po rozprzestrzenienia się wirusa.
Autor nie zdradza czytelnikowi co działo się z Amy przez prawie sto lat, dlaczego wirus nie zadziałał na nią jak na pozostałych zakażonych.
Zapewne dowiem się tego z kolejnych tomów trylogii.
Postacie są ciekawe, dobrze skonstruowane. Może polubić każdego z głównych bohaterów, zrozumieć ich decyzje i motywy.

O niektórych wydarzeniach dowiadujemy się z dzienników, które pisały dwie osoby. Jedną z nich jest nazywana przez wszystkich Ciocią, krewna Petera. Opisuje ona czas, gdy po wybuchu epidemii, wojsko ewakuowało z miast dzieci i wywiozło je pociągiem do bazy w Kalifornii.
Druga osoba to Sara, biorąca udział w podróży do Kolorado wraz z Peterem i resztą.
Takie rozwiązanie na przedstawienie niektórych wydarzeń, może sugerować, że wirole nie pokonały całkowicie ludzi, a ludzkość dostała szansę aby się odrodzić.

Czy tak się faktycznie stanie, dowiem się z kolejnych tomów, po które na pewno sięgnę.
A książkę Przejście polecam każdemu, kto lubi tematykę post apokaliptyczną, przedstawioną w ciekawy sposób opowieść.
Tak jak zapewniał S. King – od książki trudno było mi się oderwać i czytałam ją z ogromną przyjemnością.

*zdjęcie pochodzi ze strony  www.lubimyczytac.pl