środa, 11 stycznia 2017

"Gdzieś tam w szczęśliwym miejscu" Anna McPartlin. Kolejna wspaniała powieść pisarki

Anne McPartlin poznałam rok temu, dzięki jej wspaniałej powieści  OSTATNIE DNI KRÓLIKA
Niedawno ukazała się w Polsce kolejna powieść pisarki „Gdzieś tam w szczęśliwym miejscu  i co oczywiste, od razu musiałam ją zakupić.


Tym razem autorka opowiada nam historię Masie oraz jej rodziny, syna, córki i chorej na demencję matki.
Masie nie miała łatwego życia,najpierw zostaje zmuszona do wyjścia za mąż za mężczyznę który ją zgwałcił na pierwszej randce, choć kobieta w pełni to sobie uświadamia dopiero dekadę po tym czynie. Następstwem tego będzie wiele lat przemocy fizycznej i psychicznej.
Do tego postępująca choroba matki, która była dla niej podporą i pomocą oraz dwójka dzieci w wieku nastoletnim, z ich problemami, które okażą się dużo bardziej poważne, niż kobieta mogłaby się spodziewać.

„Gdzieś tam…” różni się trochę od „Ostatnich dni Królika” ale tylko jeśli chodzi o tematykę i poruszone w tej powieści tematy i problemy.
Cała powieść bowiem jest tak samo dobra jak jej poprzedniczka, napisana pięknym językiem, poruszająca trudne i złożone problemy, jakimi niewątpliwie są przemoc w rodzinie, próby pogodzenia się z własną tożsamością seksualną oraz odbudowanie poczucia własnej wartości i wiary w swoje możliwości.
Bohaterowie powołani do życia przez Anne McPartlin są wyraziści i autentycznie. Autorka pisze tak obrazowo, że odnosiłam wrażenie, że opowiada mi historię z sąsiedztwa, a nie wymyśloną przez siebie fabułę powieści.

Historia Masie smuci, wzrusza, chwilami przeraża. Ale bynajmniej nie trąci naiwnością. Wręcz przeciwnie. Jest przejmująca i poruszająca, wywołuje całą masę emocji, śmiechu, łez, wzruszenia.
Wątek śmierci jej syna ma w sobie pewną dozę kryminalnego ujęcia tematu, ale absolutnie nie odcina się od całej fabuły, jest idealnie w nią wpleciony.
Autorka, mimo że porusza trudne tematy, to nie stroni od poczucia humoru . Wiele razy uśmiechałam się podczas lektury, choć przez zdecydowaną większość byłam poruszona i zatroskana.

Anna McPartlin napisała wspaniałą w swej wymowie książkę, która pozostawia w czytelniku trwały ślad.
To poruszający obraz rodziny, miłości, wsparcia, poświęcenia, ale również strachu, lęku przed odrzuceniem, wstydu.
Szczerze mówiąc, gdzieś tak w połowie książki, zwątpiłam w prawdziwość podanego na okładce opisu oraz informacji, że syn Masie umarł.
Autorka tak sprawnie prowadziła jego wątek, że byłam przekonana, że nie mógł on tak po prostu umrzeć, że pisarka celowo wprowadza mnie w błąd, bowiem śmierć Jeremy’ego wcale nie jest taka oczywista.

„Gdzieś tam w szczęśliwym miejscu” to ogromnie wartościowa powieść.  Chylę czoła przed pisarką, za jej talent, wyobraźnię i umiejętność pisania w poruszający sposób o trudnych tematach.
Poruszający, ale nie przesłodzony czy zbyt ckliwy.
To jest wg mnie ogromna sztuka. Poruszyć serce czytelnika opisaną historią bez ckliwych momentów nastawionych na wywoływanie łez.
Tą sztukę pisarka posiadła, a że jej kariera pisarska trwa od ponad 10 lat, to liczę, że w niedługim czasie jej kolejne powieści zawitają na czytelniczy rynek w Polsce.



poniedziałek, 9 stycznia 2017

"Lord Wieży" Anthony Ryan. Tom drugi trylogii Kruczy Cień.

„Lord Wieży” to drugi tom trylogii Kruczy Cień.
Długo przyszło mi na nią czekać, a nie jestem osobą cierpliwą.

Akcja powieści rozpoczyna się z mocnym przytupem,  mniej więcej tam gdzie kończy się tom pierwszy PIEŚŃ KRWI.
Autor rozszerza grono bohaterów, w prowadza nowe postacie. Narracja jest prowadzona  z punktu widzenia czterech osób – Vaelina, Revy, Lyrny i Frentisa.
Główny bohater wraca do kraju po latach niewoli i od razu wpada w wir knowań w Królestwie. Musi stawić czoło nie tylko czyhającym na niego mordercom, ale także inwazji Volarian i pierwszemu etapowi realizacji planu zakrojonego na ogromna skalę przez tajemniczego Sojusznika.

Akcja powieści jest bardzo dynamiczna. Autor ani na chwilę nie zwalnia, więc wydarzenia następują po sobie bardzo szybko.
Nowi bohaterowie sprawnie wpasowują się w świat wykreowany w pierwszym tomie, a ich znaczenie dla fabuły jest duże.  Nie są to tylko epizodyczne wzmianki, tylko postacie, które odgrywają ważną rolę w tym tomie, a patrząc na zakończenie powieści, tak samo ważne będą w kolejnym.
Podobało mi się również ponowne wprowadzenie do fabuły postaci z pierwszego tomu, co do których byłam przekonana, że mieli za zadanie odegrać swoją rolę w Pieśni Krwi i zniknąć z kart powieści.


Anthony Ryan nie wyjaśnia wszystkiego, niektóre wątki z pierwszego tomu nie doczekują się rozwiązania. Natomiast autor w udany sposób wprowadza kilka nowych niewiadomych, dzięki czemu nie do końca wiadomo, jak potoczy się akcja, co zaoferuje czytelnikowi fabuła.
Zwłaszcza zakończenie powieści daje szerokie pole manewru dla wyobraźni autora i sprawia, że oczekiwanie na finałowy tom trylogii będzie dość niecierpliwe.

Gdybym miała napisać, co konkretnie podoba mi się w Lordzie Wieży, to chyba nie potrafiłabym wymienić konkretnych pozytywów. Zwyczajnie cała powieść przypadła mi do gustu.
Choć jak dla mnie na duży plus zasługuje dobrze utrzymana równowaga pomiędzy trzema składnikami: polityką, walkami a magią.
Zwłaszcza ten ostatni wątek doczekał się sporego rozwinięcia w stosunku do poprzedniego tomu, co zdecydowanie mi się spodobało.
Nie spodziewałam się niektórych rozwiązań, byłam zaskoczona niektórymi wydarzeniami.
Książka ma przeszło 900 stron, ale ani przez chwilę się nie nudziłam podczas lektury.
Nie próbowałam doszukiwać się nielogiczności w fabule, czy innych potknięć autora. Jeśli takowe były, ja ich nie wyłapałam.
Zwyczajnie cieszyłam się z historii, jaką ma do opowiedzenia Anthony Ryan.

Uważam, że Lord Wieży nie ustępuje w niczym swojej poprzedniczce, a zakończenie podpowiada w jakim kierunku będzie toczyła się akcja w trzecim tomie.
Wszystkie wydarzenia z drugiego tomu kształtują głównych bohaterów, naznaczają ich, hartują.
Sprawiają, że będą oni w stanie zmierzyć się z wrogiem i stanąć z nim do wyrównanej walki.
Walki, która będzie się toczyła nie tylko na miecze, ale również na magię.

Zastrzeżenia co do Lorda Wieży mam dwa – ale nie względem samej powieści, tylko do Wydawnictwa Papierowy Księżyc. Po pierwsze – zbyt dużo czasu pomiędzy wydaniem tomu pierwszego a drugim.
Niestety, ale sporo faktów zapomniałam, nie pamiętałam również znaczenia niektórych bohaterów.
Musiałam posiłkować się internetem i kartkowaniem Pieśni Krwi, żeby móc odnaleźć się w fabule.
Drugie zastrzeżenie mam do korekty powieści.  Fatalna jest jej jakość. Sporo literówek, braki niektórych słów, które potrafiły całkowicie zmienić znacznie niektórych zdań.
Było tego sporo i irytowało podczas czytania.
Za to Papierowy Księżyc ma u mnie ogromny minus.
Na plus zasługuje za to ładna okładka i jakość papieru. Tutaj się postarano.

Liczę na to, że tom trzeci ukaże się niebawem. Tak aby nie trzeba było przekartkowywać Lorda Wieży żeby połapać się w fabule.
Finałowy tom trylogii został wydany w 2015 roku. Oczekuję, że wydawnictwo nie będzie czekało 2 lata, aby wypuścić go na polski rynek.
Lorda Wieży polecam, tak samo jak polecałam Pieśń Krwi.
To wciągająca lektura, kawał dobrego fantasy.
Jest w tych książkach wszystko to, co sprawia, że wraz z bohaterami przeżywa się fascynujące przygody, a od książki trudno się oderwać.

niedziela, 1 stycznia 2017

"Naznaczona" Anne Bishop. IV tom serii INNI

"Naznaczona", to czwarty tom serii INNI Anne Bishop.
Długo przyszło mi na nią czekać, ale uważam, że warto było.

W tym tomie akcja nie koncentruje się przede wszystkim na wątku Meg i Simona, ale na wojnie pomiędzy ludźmi a terra indigena.
Walka, którą rozpoczynają członkowie ruchu Ludzie przede i nade wszystko sprowadzi śmiertelne konsekwencje na wszystkich ludzi. Konsekwencje w postaci Starszych – pazurów i kłów Namid, którzy nadejdą z dzikich terenów i wezmę okrutny odwet na każdym człowieku, który skrzywdził terra indigena.

Akcja powieści dzieje się równocześnie w kilku miejscach, wioskach Intuitów oraz dziedzińcu w Lakeside.
W odpowiedzi na działania LPiNW, Starsi wraz z żywiołami szykują się do zagłady ludzkości. Tylko nielicznym uda się przetrwać nadciągającą burzę.
Właśnie na tych przygotowaniach, tych działaniach i wydarzeniach koncentruje się autorka.
Naznaczona różni się trochę od swoich poprzedniczek. Przede wszystkim z powodu z powodu prowadzenia narracji. Śledzimy akcję nie tylko z perspektywy Meg i Simona, ale również innych bohaterów.
Autorka wprowadza kilka całkiem nowe postaci, które mam nadzieję, zagoszczą w świecie INNYCH na dłużej i odegrają większą rolę, niż tylko krótki epizod.

Pomysł na takie, a nie inne prowadzenie fabuły bardzo mi się spodobał. Autorka całkowicie zmieniła znany z poprzednich części świat,  wszystko co będzie się działo w tomie piątym, będzie następstwem obecnych wydarzeń w dosłownym tego słowa znaczeniu.
Starsi postanowili odebrać ludziom tereny na których żyli, a ci którzy przeżyli zagładę, będą musieli odnaleźć się w całkiem nowych realiach i żyć wedle zasad terra indigena.
Wszystko co dzieje się w powieści jest dobrze przemyślane przez autorkę. Akcja nie gna na załamanie karku, ale jest dynamiczna  i nie sposób się nudzić podczas lektury.
W książce nie brakuje również nietuzinkowego humoru.
Bawiły mnie do łez momenty, gdy zmiennokształtni z konsternacją próbowali zrozumieć zachowanie ludzi. Doprowadzało to do wielu śmiesznych sytuacji, co z kolei powodowało, że powieść czytało się jeszcze lepiej.

Naznaczona nie jest gorsza od swoich poprzedniczek. Jest trochę inna, ale wydaje mi się, że to celowy zabieg autorki.
Gdyby nie ta zmiana, cała seria byłaby tylko opowieścią o poznaniu się Meg i Sioman i perypetiach związanych z ich znajomością.
Ale to właśnie czwarty tom zmienia wszystko. Sprawia, że czytelnik dowiaduje się, że ta para może stać się częścią większego planu, zamiarów Starszych, których nikt się nie spodziewał i które mogą zaskoczyć wszystkich – a już najbardziej samych zainteresowanych.
Autorka obrazowo ukazuje to w zakończeniu. W tym przypadku nie bawi się w subtelności i niedopowiedzenia. Karty do proroctw Meg jasno pokazują w jakim kierunku będzie szła akcja w kolejnym tomie.

Bohaterowie stworzeni przez Anne Bishop są ciekawi i intrygujący.
Zwłaszcza żywioły mnie zachwyciły. Nieokiełznana siła jaką sobą reprezentują, niesamowity wygląd oraz bezwzględność sprawiały, że to jedni z ciekawszych bohaterów w Naznaczonej.
Wraz ze Starszymi odgrywają bardzo ważna rolę w powieści.
Wiele wątków, które zostały rozpoczęte w poprzednich tomach nie doczekało się jeszcze wyjaśnienia. Dodatkowo autorka wplotła w fabułę kilka nowych. To sprawia, że tom piąty zapowiada się bardzo intrygująco.
Mam tylko nadzieję, że nie będę musiała na niego czekać tak długo jak na Naznaczoną.
Nie wiem czy opóźniające się wydanie tomu IV było spowodowane zmianą tłumacza (wg słów wydawnictwa spowodowane to było chorobą poprzedniej tłumaczki), ale liczę, że teraz premiera tomu V odbędzie się zdecydowanie szybciej.
Jeśli chodzi o tłumaczenie – czuć różnicę pomiędzy poprzednimi tomami a Naznaczoną.
Ale uważam, że nowa tłumaczka podołała niełatwemu zadaniu, jakim niewątpliwie jest przejęcie serii w środku (z dostępnych informacji wynika, że INNI mają się składać z pięciu tomów).

Szczerze polecam Naznaczoną. To ciekawa i wciągająca lektura. Daje czytelnikowi sporo wskazówek co do fabuły kolejnego tomu, jednocześnie zostawiając ogromne pole do popisu dla wyobraźni autorki, bo jak już pokazała Anne Bishop, jej pomysłowość jest nieograniczona.

Na koniec dodam, że Naznaczona to ostatnia książka przeczytana przeze mnie w 2016 roku.
Nowy rok, nowy czas na kolejne lektury.
Na półce czeka ich już spora ilość, tak więc – do dzieła!






niedziela, 25 grudnia 2016

"PAX" Sara Pennypacker, Jon Klassen. Piękna i poruszająca powieść.

PAX to poruszająca opowieść o chłopcu i jego lisie. A może o lisie i jego chłopcu?


Peter ratuje malutkiego liska od śmierci i zabiera do domu. Od tego czasu są nierozłączni.
Do momentu, gdy ojciec chłopca zaciąga się do wojska, a syna odwozi do domu dziadka. Oczywiście bez Paxa, tego porzuca na skraju drogi...
Tak rozpoczyna się historia dwójki nierozłącznych do tej pory przyjaciół...

Peter jeszcze tej samej nocy ucieka z domu dziadka i postanawia wrócić do Paxa, który nigdy nie żył na wolności.
Miłość chłopca do lisa gna go do przodu, a tęsknota za przyjacielem i strach o niego sprawiają, że Peter nie cofnie się przed niczym,aby wrócić do Paxa.
Jednocześnie autorka pokazuje, co dzieje się z lisem. Jak czeka na swojego chłopca, jak tęskni, jak próbuje odnaleźć się wśród nieznanego mu do tej pory życia na wolności.

Książka jest napisana pięknym językiem. Mimo, że może się wydawać iż to powieść dla dzieci, to tak nie jest.
To historia, w której poruszone są tematy zdrady, rozpaczy po śmierci najbliższych, tęsknoty i prób radzenia sobie z życiem po traumatycznych przeżyciach.
Pisarka ukazuje czym jest prawdziwa przyjaźń i jak należy o nią dbać. Mówi, że nie wolno porzucać i zdradzać przyjaciół, że zawsze jest jakieś rozwiązanie, tylko trzeba chcieć je znaleźć.
Pokazuje wreszcie, że zawsze można naprawić błędy i wynagrodzić zranione uczucia i krzywdy.
PAX to poruszająca historia. Już pierwsze kilka stron wywołało u mnie łzy i poruszyło do głębi.
Książkę czyta się bardzo szybko, bo autorka ma lekkie pióro i potrafi wciągnąć czytelnika w wykreowany przez siebie świat już od pierwszych zdań.

Polecam tą powieść czytelnikom w każdym wieku. Historia opowiada o ponadczasowych wartościach, a robi to w poruszający sposób.
Na koniec wspomnę tylko, że w powieści są piękne ilustracje, które idealnie oddają klimat historii Petera i Paxa.


*zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl

wtorek, 20 grudnia 2016

Łotr 1. Gwiezdne Wojny - historie. Przygodo przybywam!

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce…
Nie, powrót! Nie tak dawno, bo godzinę temu i nie tak daleko, bo w pobliskim Heliosie, udało mi się wreszcie dotrzeć na seans nowego filmu ze świata Gwiezdnych Wojen.
Łotr 1 – bo o nim dziś mowa, to historia grupy rebeliantów, którzy udają się na misję wykradzenia planów Gwiazdy Śmierci.
Okres, w którym dzieje się ta przygoda, to czas pomiędzy epizodem III a IV.

Film rozpoczyna się od pokazania widzowi tła powstawania Gwiazdy Śmierci oraz wprowadzenia nowych bohaterów.
Jak to w GW – dzieje się wiele, szybko i głośno.
Disney bardzo się postarał aby wizualna strona filmu była na najwyższym poziomie i przyznaję, że wyszło mu to świetnie.

Zaczęłam pisać o kolejnych elementach filmu, ale wykasowałam cały tekst. Dlaczego?
Bo chciałabym napisać o czymś, co dla mnie jest najważniejsze.
O emocjach i wrażeniach, jakie towarzyszyły mi podczas oglądania filmu.
A tych przeżyłam prawdziwą powódź.

Gwiezdne Wojny darzę nieprzemijającą miłością. Najbardziej kultowe i ulubione są pierwsze trzy epizody, ale każda z nowszych części trafiła na moją listę ulubionych.
Obawiałam się trochę Łotra 1, nie wiedziałam czego się spodziewać, nic nie czytałam, aby nie wpaść na spoilery.
Co otrzymałam?
Niesamowicie wciągająca historię z cudownym klimatem GW, z pędzącą akcją, wizualnie wspaniałą, sporą dawką humoru, a to wszystko w niesamowicie pięknej oprawie muzycznej.
Co do muzyki – był jeden moment, gdy byłam pewna, że właśnie zaczyna się utwór Don’t cry for me Argentina , ale na szczęście to było tylko kilkusekundowe podobieństwo na początku.
Fabuła była spójna, jeśli film zawiera jakieś „nielogiczności”, to ja ich nie wyłapałam, zachwycona tym co widziałam na ekranie.
Zresztą, doszukiwanie się nielogiczności, w filmie z gatunku Sci-Fi, jest dla mnie samo w sobie chybionym pomysłem.

Podczas całego seansu, czułam się jak dziecko, które nadal wierzy w św. Mikołaja i właśnie otrzymało od niego wór pełen prezentów. Czułam niesamowitą radochę, niczym nieskrępowane szczęście, że mogę po raz kolejny przeżyć przygodę w ulubionym świecie, z nowymi i starymi bohaterami.
Bo co ważne, w filmie prócz plejady nowych twarzy, pojawia się kilku starych bohaterów.
Nie będę oszukiwać, że nie czekałam na Lorda Vadera.
Oczywiście, że czekałam! I to niecierpliwie.
I poczułam ogromne wzruszenie, gdy po raz pierwszy pojawił się na ekranie, a z głośników popłynął odgłos  jego świszczącego oddechu.
Dostałam gęsiej skórki na rękach, gdy w jego dłoniach pojawił się miecz świetlny.
Każdy, nawet najdrobniejszy szczegół nawiązujący do „starych” GW powodował, że moje serce robiło fikołka.
Gwiezdne Wojny po raz pierwszy oglądałam jako małe dziecko i cząstka tego dziecka została we mnie do dziś, ciesząc się ogromnie z powrotu do świata stworzonego przez G. Lucasa.

Łotr 1 to świetna rozrywka. Pozwala przenieść się w odległą galaktykę, przeżyć niesamowite przygody, poczuć tą dziecięcą radość i uniesienie.
Oczywiście film nie ustrzegł się amerykańskiego patosu, ale na szczęście nie ma go zbyt wiele. Bohaterowie o których opowiada, to nie idealni i kryształowi ludzie. To postacie z krwi i kości, z wyrzutami sumienia, popełniający błędy.
W filmie nie ma rycerzy Jedi , ale czuć ich obecność, czuć, że moc jest i tylko czeka, aby się ukazać.

Zapewne widzowie Łotra 1 podzielą się na dwie grupy. Jedni – wierni fani GW – będą cieszyć się z powrotu do ulubionego świata i całą sagę traktować jak fenomen, który od wielu lat wpływa na wyobraźnię wielu ludzi.
Druga grupa, to ludzie dla których Łotr 1 będzie tylko kolejnym filmem, który ma zarobić kasę bazując na dawnej świetności GW, pełen naiwności i przekombinowania.
Ta druga grupa będzie doszukiwać się dziur w scenariuszu, braku logiki, wszystkiego czego jest za dużo lub za mało w tym filmie.

Ja zaliczam się do grupy pierwszej, dla której Łotr 1, jak i cała saga Gwiezdnych Wojen, to coś więcej niż film.
To powrót do dzieciństwa, do niczym niezmąconej radości z seansu, to wreszcie niezapomniani bohaterowie i ulubione sceny.
Jest tylko jeden ogromy minus – na kolejny film znów musze czekać rok.
Niech moc będzie z Wami!

*zdjęcia pochodzą ze strony www.filmweb.pl





wtorek, 13 grudnia 2016

Książkowe zakupy grudzień

Grudzień to dla mnie niezaprzeczalnie czas prezentów, tych ofiarowywanych i tych otrzymywanych.
Nie zmienia to jednak faktu, że zakupy książkowe być muszą.
Tak więc, w grudniu dwie przesyłki - obie z mojego ulubionego AROS- dyskont książkowy

W pierwszej przesyłce, która odebrałam po Mikołajkach znalazł się długo wyczekiwany drugi tom trylogii Kruczy Cień, czyli Lord Wieży.


Drugą paczkę odebrałam dziś rano, a w niej trzy książki fantasy oraz dwie obyczajowe. W tym szeroko polecany PAX.
Nowy rok zbliża się wielkimi krokami. Następne zakupy zapewne już w 2017! Ale kto wie jakie niespodzianki znajdę pod choinką?


niedziela, 11 grudnia 2016

"Powietrze, którym oddycha" Brittainy C. Cherry. Lekka i przyjemna lektura na wieczór

Z Britainy C. Cherry miałam już styczność, a to za sprawą jej poprzedniej powieści „Kochając pana Danielsa”. Książka była dość ciekawa, ale nie zachwyciła mnie, więc szybko o niej zapomniałam.
„Powietrze, którym oddycha” kupiłam jako lek na smutek, kompletnie nie łącząc nazwiska pani Cherry z tą powieścią.
Gdy doczytałam już, że to kolejna książka pisarki, odłożyłam ją na półkę na czas niekreślony.  
Aż nadszedł ten weekend, a ja nie mogąc się zdecydować, co chcę czytać, dałam tej powieści szansę.

Akcja powieści rozpoczyna się, gdy Elizabeth wraz córką Emmą, wraca po prawie rocznym pobycie u matki do swojego domu. Domu, z którego uciekła po śmierci męża.
Gdy jest już prawie na miejscu, pod koła jej auta wbiega pies. Zaraz za psem pojawia się jego właściciel, który prócz tego, że jest okropnym gburem, to kocha swojego zwierzaka.
Elizabeth zawozi oboje do weterynarza, mimo że mężczyzna potraktował ją bardzo nieuprzejmie.
Gdy zmęczona dociera wreszcie do domu, okazuje się, że gburowaty nieznajomy, to jej nowy sąsiad.
Bliższa znajomość wyjaśni, że tak samo jak ona,  Tristan stracił najbliższych i nie potrafi sobie z tą stratą poradzić.

Powiem szczerze, że spodziewałam się kolejnej ckliwej powieści, przesłodzonej i odrobinę za bardzo skierowanej do młodzieży.
Jakie było moje zdziwienie, gdy zaczęłam czytać.
Bowiem książka ta, to świetne połączenie trudnego tematu radzenia sobie ze śmiercią najbliższych, wyrzutami sumienia, utratą wiary w sens istnienia z poczuciem humoru, optymizmem i wątkiem kryminalnym.
Oczywiście jest to powieść o miłości, więc gra ona główne skrzypce, ale autorka dołączyła również wątek szalonej i zwariowanej przyjaciółki Elizabeth, dzięki której nie raz śmiałam się głośno podczas lektury, tajemniczego właściciela sklepu z magicznym asortymentem oraz nierzadko niełatwymi relacjami z rodziną.
Prócz motywu radzenia sobie z bólem, pisarka dość obrazowo pokazała również realia życia w małym miasteczku.
Akcja powieść jest dynamiczna i nie zwalnia ani na chwilę.
Autorka ma lekkie pióro i łatwo przyswajalny styl, który pasuje do tego typu powieści. Co ważne, nie ma w książce dłużyzn i rozwleczonych wewnętrznych monologów bohaterów.
Dzięki temu oraz sporej dawce humoru, książkę czyta się bardzo dobrze.

Bohaterowie, których B.C. Cherry powołała do życia, są dobrze nakreśleni. Nie sposób ich nie polubić. Zwłaszcza Elizabeth, która ma niewyparzony język, zdrowe podejście do siebie i swoich potknięć.
Mimo, że od początku wiadomo jakie będzie zakończenie, to wcale nie umniejsza to przyjemności z lektury.
„Powietrze, którym oddycha” to książka, która ma uprzyjemnić wieczór ciekawą historią, fajnymi bohaterami i zapewnić strawę romantycznej części kobiecych dusz.
Jeśli o to chodzi – powieść ta spisała się idealnie.

Mój jedyny zarzut wobec tej powieści, to momentami zbytnia ckliwość. Rozumiem nasycenie książki emocjami, zwłaszcza, że opowiada historię dwójki naznaczonych tragedią ludzi.
Ludzi, którzy z lękiem próbują od nowa nauczyć się żyć i kochać.
Niemniej jednak były takie momenty, że przewracałam oczami z irytacją.
Może gdybym czytała dużo książek z tego gatunku, to niżej oceniłabym tą powieść. Tak jednak nie jest, więc uczciwie mogę polecić „Powietrze, którym oddycha” wielbicielom gatunku i osobom, które chcą spędzić przyjemny wieczór na lekkiej i wciągającej lekturze.




środa, 7 grudnia 2016

Mikołajki i książkowe prezenty

Nie znam osoby kochającej czytanie książek i nie lubiącej otrzymywać tychże w prezencie.
Ja również uwielbiam książkowe prezenty.
W tym roku Mikołaj nie zawiódł i na mojej półce cztery nowe książki, które otrzymałam wczoraj.
Od kilku lat (choć to może mało ma wspólnego z niespodzianką) robię najbliższym listę książek, jakie bym chciała dostać w grudniu.
Bo prócz Mikołaja i Gwiazdki, w tym miesiącu mam również urodziny. Tak więc są aż trzy okazje, grzechem byłoby ich nie wykorzystać.
A piąta książka - ta, którą zamówiłam sobie w prezencie sama, już do mnie jedzie. Ale o tym psssst...


wtorek, 6 grudnia 2016

"Kolekcjonerka perfum" Kathleen Tessaro. Powieść pełna tajemnic i przepychu danych lat...

„Kolekcjonerka perfum” to książka, która urzekła mnie swoją okładką. Mimo, że nie ocenia się książek po okładce, nie mogłam się oprzeć i zakupiłam powieść.
Oczywiście nie bez znaczenia był również opis książki, który sugerował świat elegancji i szyku lat dwudziestych, tajemnice do odkrycia, a to wszystko z delikatnym wątkiem miłosnym.
Czy otrzymałam to, czego się spodziewałam?
Tym razem tak.

Akcja powieści dzieje się dwutorowo. Opowiada historię Evy, która rozpoczyna się w roku 1927, oraz losy Grace, które dzieją się w powojennym Londynie i Paryżu w roku 1955.
Historia rozpoczyna się od dwóch wydarzeń, które wstrząsną całym światem Grace – informacja o otrzymanym spadku od kompletnie obcej Evy oraz zorientowaniu się, że mąż Grace ma romans.
To ostatnie wydarzenie będzie impulsem dla kobiety do wyjazdu do Paryża i wraz z adwokatem zajmującym się sprawą spadku, podjęcia prób odtworzenie przeszłości Evy.

Autorka w swojej powieści tworzy ciekawy i wiarygodny obraz obu swoich bohaterek, a ich historie są ciekawe i wciągające.
Prosty język sprawia, że czyta się bardzo szybko, jednocześnie zabierając czytelnika w niesamowity świat przepychu, wytworności,  cudownych zapachów perfum.
Kathleen Tessaro w bardzo sugestywny sposób ukazuje życie wyższych sfer Londynu i Paryża, pokazuje uwodzicielskie kobiety, wielkie namiętności.
Jednocześnie nie stroni od ukazanie roli kobiety w społeczeństwie w powojennych latach.  To właśnie z tym zmaga się Grace w swoim nieudanym małżeństwie, spętana konwenansami i oczekiwaniami.

Historie obu kobiet przedstawiane są naprzemiennie. Im więcej dowiadujemy się o przeszłości Evy, tym bardziej wciągająca staje się powieść. Jej życie było ciężkie i często naznaczone cierpieniem.
A gdy jej tajemnice zostają wyjawione, czytelnik dowiaduje się, jak wiele ta kobieta przeszła, co ją napędzało i było motorem jej działania.
Opowieść o Grace, to obraz kobiety, która walczy o swoje miejsce w świecie. Która ma swoje marzenia i pragnienia, ale w świecie zdominowanym przez mężczyzn, gdzie kobieta ma jasno określoną rolę, nie widzi szansy na ich realizację.
Mimo przeciwności losu, Grace nie podda się, nie cofnie w swoich poszukiwaniach, mimo, że całe jej życie wywróci się do góry nogami.

Powieść Kathleen Tessaro mnie zauroczyła. To lekka historia, choć nie stroniąca od trudnych tematów.
Napisana jest w obrazowy sposób, dzieje się w świecie, którego już nie ma.
To historia dwóch silnych kobiet i krętych ścieżek ich życia.
Jest w tej książce tajemnica, trochę przepychu, elegancji dawnych lat, próby odnalezienia własnej tożsamości i bardzo subtelny wątek miłosny.
Całość okraszona historią tworzenia wyjątkowych i niepowtarzalnych perfum.

Polecam ta książkę. To wciągająca lektura, którą czyta się szybko i z wielkim zainteresowaniem.
Nie znałam wcześniej tej pisarki, ale na pewno zapoznam się z jej innymi książkami, licząc na to, że zauroczą mnie tak samo jak „Kolekcjonerka perfum”.



piątek, 2 grudnia 2016

"Władczyni Mroku" K.C. Hiddenstorm.

Książkę „Władczyni Mroku” otrzymałam jako egzemplarz recenzencki od autorki  K.C. Hiddenstorm za co bardzo dziękuję! Powieść, to debiut literacki autorki i musze przyznać, że dość udany.
Ale od początku.


Mroczna Władczyni, to opowieść o uczuciu łączącym Lucyfera i Lilith.
Na wskutek zdrady i spisku, zostaje ona porwana z piekieł i wysłana na ziemię jako zwykła śmiertelniczka, która nie pamięta nic ze swojego życia u boku ukochanego.
Zrozpaczony Lucyfer rozpoczyna poszukiwania utraconej ukochanej i od tego rozpoczyna się akcja.

Na początku chcę zaznaczyć, że Władczyni Mroku, to nie powieść skupiająca się na motywie miłosnych rozterek i dylematów w co się ubrać na randkę z potencjalnym ukochanym.
Autorka mimo, że koncentruje się na miłości Lucyfera i Lilith, to nie ogranicza się tylko do tego jednego wątku.
W powieści sporo miejsca zajmują również wydarzenia w piekle oraz niebie, spiski, knowania, walka sił dobra z siłami zła.
Choć jeśli chodzi o podział na dobro i zło, to w Mrocznej Władczyni nie jest on jednoznaczny, a autorka w taki sposób przedstawia wydarzenia w powieści, że nic nie jest ani jednoznacznie białe lub czarne. Uznaje to za duży plus powieści.
Kolejna rzeczą, która podoba mi się w tej historii, to podejście do bohaterów. Lucyfer i Lilith, to bohaterowie źli, którzy po zbuntowaniu się przeciwko bogu, stali się jego antagonistami.
Nie ma po co doszukiwać się w nich dobra, bo zwyczajnie go w nich nie ma. Jedynym  dobrem, które się w nich znajduje, jest łącząca ich miłość.
Podoba mi się takie ukazanie głównych bohaterów, tak inne od schematycznego „jestem zły/zła, ale tak w skrytości serca, to jednak jestem dobry/dobra”.
W powieści K.C. Hiddenstorm nie ma powielania tego schematu i uważam, że to największa zaleta tej książki. Zło jest silne i potrafi wygrywać.
Kolejnym plusem jaki muszę przyznać, to poczucie humoru. Bywało sporo momentów, gdy śmiałam się głośno z poczynań i przemyśleń  głównej bohaterki.
A gdy już przy niej jestem – tzn. Megan/Lilith – to od razu napiszę, że to barwna postać, pełna sprzeczności, nie bojąca się używać dosadnego języka oraz nie żałująca sobie alkoholu, gdy ma na to ochotę.
Natomiast Lucyfer, to wg mnie ciekawie ukazany bohater tragiczny, piękny, śmiertelnie niebezpieczny, bez litości i wyrzutów sumienia żyjący od wieków w swoim królestwie.
Jeśli chodzi o jego wygląd, nie trudno się domyśleć, że autorka jest zafascynowana aktorem  Tomem Hiddleston, bo tak właśnie Lucyfer wygląda.


Autorka ma ciekawy styl, gdybym miała zaryzykować, to napisałabym, że wzorowany mocno na stylu Stephena Kinga.
Co ważne, uważam, że ma również niesamowitą wyobraźnię i ciekawe spojrzenie na kwestie dobra i zła.
Potrafiła stworzyć ciekawą fabułę, zgrabnie ubrać ją w słowa i przedstawić w bardzo obrazowy sposób.
Pochwała należy się również twórcy okładki. Bardzo mi się spodobała, przyciąga spojrzenie i idealnie oddaje klimat powieści.

Niestety Władczyni Mroku nie ustrzegła się  przed minusami.
Największym jak dla mnie, jest przegadanie powieści.
Bohaterowie mają wiele swoich przemyśleń i retrospekcji, o których autorka obszernie się rozpisuje. Przez to akcja wytraca swój impet, czytelnik wybija się trochę z aktualnych wydarzeń.
Jak pisałam powyżej, sposób pisania wydaje mi się podobny do stylu S.Kinga – przy czym u niego jest idealnie zachowana równowaga jeśli chodzi o akcję w stosunku do wewnętrznych monologów bohaterów. Natomiast K.C. Hiddenstorm trochę przedobrzyła i niestety za dużo w niej dygresji, momentami zbyt rozwlekłe opisy.
Drugim minusem, choć zdecydowanie mniej znaczącym, jest nadużywanie określenia „mroczny”. Mroczne rysunki, mroczne piosenki, mroczny klimat, mroczny wygląd.
Z tak dużą wyobraźnią pisarka mogła się pokusić o kilka synonimów.

Całą powieść oceniam zdecydowanie pozytywnie.
Ciekawy pomysł, dobrze poprowadzona akcja, niebanalne podejście do tematu dobra i zła. A co najważniejsze – brak powielania schematów.
Gdyby jeszcze wyeliminować zbytnie przegadanie, to byłaby powieść rewelacyjna, a tak otrzymujemy fajna i wciągającą opowieść o sile miłości, odnajdywaniu swojego przeznaczenia i nieustającej od eonów walce dobra ze złem.

Jeśli K. C. Hiddenstorm napisze kolejną powieść, zapewne po nią sięgnę, bo uważam, że autorka ma ogromny potencjał na zostanie świetną pisarką.





sobota, 26 listopada 2016

"Potomkowie" Tosca Lee. Zawiła intryga, wciągająca tajemnica...

„Potomkowie”, to powieść, której autorką jest nagradzana Tosca Lee.
Opowiada o dziewczynie – Emily – która poddaje się zabiegowi wymazania pamięci, aby móc zacząć nowe życie, na uboczu, w samotności.
Jedyne co wiąże ją z przeszłością, to list, który zostawia sama sobie, a w którym przestrzega siebie, aby nie próbowała grzebać w swojej przeszłości, nie starała się odzyskać wspomnień i dowiedzieć jak wyglądały ostatnie dwa lata jej życia.
Od tego zależne jest życie jej samej i najbliższych jej osób (mimo, że ich nie pamięta).

Od tego momentu rozpoczyna się powieść i cała akcja.
Emily zostaje napadnięta, a chłopak który ratuje jej życie wyjaśnia jej, że pochodzi z rodu Elżbiety Batory, tzw. Krwawej Hrabiny – największej morderczyni wszech czasów.
Jej wrogiem jest członek Dziedziców –  potomków rodzin pokrzywdzonych przez Elżbietę.  Ich celem jest wymordowanie wszystkich potomków Krwawej Hrabiny. Temu zadanie poświęcają całe swoje życie, do tego są szkoleni od najwcześniejszych lat życia. Nazywają się Łowcami i nie spoczną, póki nie zamordują ostatniego  krewnego znienawidzonej Elżbiety.

Nie będę pisała więcej, aby nie zdradzić fabuły i nie zepsuć frajdy z odkrywania przeszłości Emily (fakt, Emily to nie jest prawdziwe imię bohaterki).
Autorka w swojej powieści umieściła postać Elżbiety Batory, której życie fascynuje mnie od dawna. Właśnie to skłoniło mnie do sięgnięcia po tą książkę, mimo, że unikam literatury young adult.
Oczywiście historia Krwawej Hrabiny jest mocno ubarwiona na potrzeby powieści, mimo to Elżbieta z kart książki, to fascynująca postać.

Co do bohaterów współczesnych, to prócz Emily jest jeszcze Luka, Claudia i Piotrek. Każde z nich – prócz Luki – to Potomek. Wspólnie będą pomagać Emily dowiedzieć się, co takiego wymazała ze swojej pamięci i ponownie wprowadzą ją w świat Potomków i Łowców.
Bardzo fajnym pomysłem okazało się umiejscowienie akcji  w Europie, przede wszystkim na Chorwacji, ale również w innych miejscach, które są powiązane z Elżbietą Batory.
Autorka nie żałuje czytelnikowi historycznych faktów i ciekawostek. W sposób obrazowy opisuje mało znane kraje i miejsca.
Misternie tworzy intrygę i tajemnicę. Fabuła powieści pełna jest dramatycznych ucieczek, pościgów, wątpliwości, kto jest prawdziwym wrogiem, a kto tylko udaje przyjaciela.
Oczywiście nie zabrakło również wątku romantycznego, ale nie jest on dominujący w tej historii.
Na początku książki był taki moment, że wiele wskazywało na to, że autorka poprowadzi swoja historię utartym szlakiem miłosnych trójkątów i sercowych rozterek.
Na szczęście tak się nie dzieje, a akcja powieści koncentruje się na tajemnicy i przeszłości, którą bohaterka musi odkryć na nowo, gdy w jej życie wkracza morderca i przeszłość od której nie udało się jej uciec.

Muszę przyznać, że po tylu pozytywnych opiniach, spodziewałam się zdecydowanie lepszej książki.
Czekałam na wielkie ACH i OCH i całkowite zatracenie się w lekturze.
Niestety nie otrzymałam tego, co nie oznacza, że Potomkowie to zła książka.
To bardzo ciekawie napisana powieść, z zawiłą intrygą, wciągającą tajemnicą i pędzącą akcją.
Głowna bohaterka nie jest rozkapryszoną nastolatką, tylko kobietą wchodzącą w dorosłość, która w imię ochrony najbliższych, jest w stanie poświęcić siebie i swoją pamięć.
Autorka nie ustrzega się niestety kilku nielogiczności, jak na przykład wymazywanie sobie pamięci, zostawienie listu kategorycznie zakazującego odkrywanie własnej przeszłości, a miesiąc po zabiegu rzucenie się w wir wydarzeń mających tą przeszłość przypomnieć.
Takich „kwiatków” nie ma za wiele, więc można na nie przymknąć oko, choć mi początkowo przeszkadzała tak rażąca niekonsekwencja głównej bohaterki.

Bohaterowie, których powołała do życia autorka, to ciekawe postacie. Początkowo nie dowiadujemy się o nich zbyt za wiele, pomału odkrywamy ich charaktery i osobowość.
Mimo, że fabuła powieści nie jest niczym odkrywczym, to jednak autorka ustrzegła się powielania schematów, a uczynienie Elżbiety Batory głównym elementem  historii, jest powiewem świeżości w gatunku YA.
Tosca Lee ma lekkie pióro, potrafi plastycznie opisywać odwiedzane przez bohaterów miejsca i w sposób umiejętny połączyć historyczne fakty z literacką fikcją.
Do tego kilka razy udało się jej mnie zaskoczyć i tak zmylić, że nie spodziewałam się kompletnie niektórych rozwiązań.
Choć powieść nie wzbudziła we mnie ogromnych emocji, to czytałam ją z przyjemnością i dużym zainteresowaniem.
Przeszłość Emily mnie intrygowała i nie mogłam się doczekać, aż poznam kolejne elementy układanki.
Oczywiście, jako że Potomkowie, to dopiero pierwszy tom serii, to autorka nie zdradza nam za wiele i jest jeszcze sporo do odkrycia.
Z przyjemnością sięgnę po kolejny tom (który ma się ukazać w lutym 2017, wg informacji jakie uzyskałam), bo  lektura Potomków, to przyjemnie spędzone godziny na lekkiej i wciągającej historii  oraz fajne oderwanie się od rzeczywistości.






środa, 23 listopada 2016

Książkowe zakupy listopad - kolejna paczka

Tym razem skromnie w porównaniu do poprzednich zakupów w tym miesiącu.
Jedna książka z gatunku science fiction . 
Polecana i zachwalana  7EW Neal Stephenson
Książkę zakupiłam w wyjątkowo atrakcyjnej cenie w sklepie internetowym Wydawnictwa MAG - Księgarnia MAG


Natomiast na kiermaszu na rzecz bezdomnych zwierzaków upolowałam dwie książki M. L. Kossakowsiej. Dwa tomy Zakonu krańca świata.