niedziela, 17 grudnia 2023

"Księga Azraela" Amber V. Nicole

 "Księga Azraela" Amber V. Nicole, to kolejna książka od Wydawnictwo Nowe


Strony, którą ostatnio przeczytałam.

Chciałam ją przeczytać odkąd zobaczyłam jej opis na goodreads i nawet miałam ją kupioną na Kindlu, ale skoro mój ulubiony Wydawca postanowił ją wydać w PL, poczekałam.

Opis sugerował rozgrywającą się w magicznej krainie akcję skupiającą się na starciu śmiertelnych wrogów, poszukiwaniu tajemniczego artefaktu, który może przynieść zagładę całego świata i bogu, który odszedł dawno temu, a teraz zostaje zmuszony do powrotu.

I w dużym skrócie - wszystko się zgadza. Poza tym, że to nie magiczna kraina, podobna do czasów średniowiecza, a klasyczne, soczyste urban fantasy. Powiedzieć, że się zdziwiłam, to jak nie powiedzieć nic. Ale czy byłam rozczarowana? 

Absolutnie nie! Książka pochłonęła mnie od pierwszej strony i tak zostało do samego końca. 

Opowieść o LiamieSamkielu - zwanym Pogromcą Świata i jego odwiecznym wrogu Diannie, która jest prastarą bestią wciągnęła mnie całkowicie. Byłam zaskoczona jak bardzo spodobał mi się ta opowieść, jak ciekawie autorka stworzyła swój świat, który jakby wpasował się w ten, który znamy. Wszystko tutaj było logicznie uzasadnione, choć chwilami czuć było, że to debiut, bo akcja była trochę nierówna,  ale pomimo tego, to debiut bardzo udany. 

Książka jest objętościowo ogromna, ponad 700 stron, ale nie odczuwa się tego, bo historia wciąga, zaskakuje, mamy tu takie zwroty akcji, że ciężko się oderwać od czytania. I jest tu oczywiście romans, ale to prawdziwy slow burn romans, bo bohaterowie nie skaczą do łóżka po dwóch rozdziałach. Romans rozwija się powoli i przechodzi etapy od wroga, do sojusznika, poprzez przyjaciół, do miłości. I wszystko to jest pięknie opisane.

Ta historia jest krwawa, brutalna i niczego nie owija w bawełnę, ale również jest napisana ładnie, bez wulgarności i przesady. Relacje pomiędzy siostrami, czy przyjaciółmi są pięknie opisane i wzruszają. Podobało mi się w tej książce wszystko, choć były momenty, gdy była ciut przegadana. Nie jest to jakaś wielka wada, a dzięki temu w drugi tom będzie  bardzo łatwo wejść.

Kiedy tom 2 u nas? Wydawca zapowiada pierwszą połowę 2024 roku, a wersja angielska jest już dostępna.

Książkę bardzo polecam. Tak ogólnie, a już dla fanów urban fantasy szczególnie. 

czwartek, 7 grudnia 2023

"Dom Ruin i Korzeni" Erin A. Craig.

 "Dom Ruin i Korzeni" Erin A. Craig.

Książka wspaniała, a o której jest zaskakująco cicho.


Jakiś czas temu przeczytałam Dom Soli i Łez i byłam totalnie oczarowana baśniowością, magią i pięknem tej opowieści. Dlatego szalenie ucieszyłam się, że wychodzi u nas jej kontynuacja. 

Zacznę od tego, że "Dom Ruin i Korzeni" opowiada o losach innej siostry, akcja rozgrywa się po upływie sporej ilości lat od wydarzeń w pierwszym tomie. I choć pozostałe bohaterki pierwszej części są tu jedynie wspomniane, to warto jednak zacząć czytać od początku, bo to wydarzenia z pierwszej części będą punktem wyjścia do wydarzeń w drugim tomie. 

Historia opowiada o Verity, najmłodszej siostrze, która widzi duchy, choć o tym nie wie. Aby uciec od przytłaczającej opieki starszej siostry, przyjmuje niespodziewane zlecenie namalowania portretu syna księcia. Dziewczyna opuszcza dom i trafia do Bloem, gdzie poznaje swojego "modela" Aleksandra, jednocześnie krok po kroku zostaje uwikłana w mroczne wydarzenia, które rozegrają się w jego domu. 

Powieść Erin A. Carig czaruje od pierwszej strony. To przepięknie napisana gotycka powieść, gdzie nic nie jest tym na co wygląda, tajemnice się mnożą, niebezpieczeństwo jest coraz większe, a chora ambicja doprowadza to ogromnej tragedii. Przyznaję, autorka przez całą powieść wodziła mnie za nos, a i na sam koniec pozostawiła w stanie szoku i niedowierzania. Swoich bohaterów nakreśliła wspaniale, tak manipulowała akcją, że nie sposób było zgadnąć kto tu jest tym dobrym, a kto złym. Wszystko w tej książce jest na swoim miejscu, wszystko jest w idealnych proporcjach. Mamy tu całą paletę emocji, które towarzyszyły mi podczas czytania od pierwszej do ostatniej strony. Ta książka, gdybym miała ją podsumować jednym zdaniem, jest absolutnie cudowna. Dlatego nie rozumiem, czemu o niej tak cicho, czemu tak mało się o niej mówi. Gorąco ją polecam. Dawno nie czytałam tak przepięknie napisanej opowieści - tutaj na ogromną pochwałę zasługuje tłumaczka, pani Joanna Lipińska - i bardzo czekam na kolejne książki autorki. Liczę na to, że ukażą się wszystkie, bo w zalewie bylejakości, te książki to prawdziwe perełki.

niedziela, 19 listopada 2023

"Two Twisted Crowns" Rachel Gillig

 Niedawno skończyłam czytać książkę, na którą ogromnie czekałam. 

"Two Twisted Crowns" Rachel Gillig. 


Jest to druga i zarazem ostatnie część historii Elspeth, Ravyna i tajemniczego Koszmara, skrywającego się w umyśle dziewczyny. Pierwsza część totalnie mnie oczarowała, nowym stystemem magicznym, niesamowicie wciągającą historią i pięknie napisanym wątkiem romantycznym. Dlatego obawiałam się "klatwy drugiego tomu" i mimo, że nie mogłam się doczekać, z lekką niepewnością sięgnęłam po tom drugi.

Czy moje obawy były słuszne? 

Absolutnie nie! 

Książka wciągnęła mnie od pierwszej strony i choć jest trochę inna niż jej poprzedniczka, zostałam tak samo oczarowana.

Jakie są różnice?

Po pierwsze, narracja prowadzona jest z trzech punktów widzenia, Elspeth, Ravyna i - co było zaskoczeniem - Elma. Od razu spodobał mi się ten zamysł, tym bardziej z powodu wydarzeń jakie mają w książce miejsce. Było to świetne rozwiązanie, aby czytelnik wiedział wszystko, a i Elm jest moją ulubioną postacią na równi z Elspeth i Ravynem.

Po drugie - wątek romantyczny jest inny. Autorka nie koncentrowała się na jego fizyczności, ale skupiła się bardziej na emocjach bohaterów, co dla mnie (zwłaszcza, że jak pisałam, dostaliśmy wgląd w myśli bohaterów) było wspaniałe i niesamowicie poruszające.

Po trzecie, wprowadziła wątek Elma, który dostał jako trzeci  rolę pierwszoplanową, co uważam, że świetny ruch, bo to niesamowicie ciekawa postać, która skrywała w sobie zbyt wiele, aby pozostać w tle.

Język jakim napisana jest powieść, jest bogaty i takie, miękki, otulający (dla osób początkujących w czytaniu po angielsku - jak ja - dodam, że świetnie się czyta oba tomy i nie nastręczają one dużo trudności). Akcja jest wartka, ale nie skupia się tylko na gonieniu do przodu, jest tu tak wiele treści, są momenty, gdy mamy wgląd w przeszłość i dostajemy odpowiedzi na wiele pytań.

Wątki się ze sobą łączą, misterna intryga zacieśnia swe maci wokół bohaterów i w końcu docieramy do finału, który dla mnie jest niesamowicie napakowany emocjami i poruszający. Byłam oczarowana i zachwycona. Autorka pokazała, że nie trzeba pisać dosadnie o wszystkim, aby pokazać uczucia, namiętności i miłość. Jestem zakochana w jej dylogii i każdą kolejna powieść kupuję w ciemno.

W polsce tą dylogię  Rachel Gillig wydaje Wydawnictwo Nowe Strony, za co jestem im niesamowicie wdzięczna i oczywiście Polskie wydanie pierwszego tomu już do mnie idzie (pozdrawiam was Bonito ;) ).

Dawno nie czytałam powieści, w której wszystko, dosłownie wszystko by mi się podobało. 

Polecam całym mym czytelniczym sercem tą dylogię, a sama niecierpliwie wypatruję informacji o nowych książkach autorki. 

niedziela, 12 listopada 2023

"Nocny Cień" Keri Lake

 Po przeczytaniu "Władcy Soli i Kości" chętnie sięgnęłam po kolejną wydaną u


nas książkę Keri Lake, czyli pierwszy tom dylogii Nightshade "Nocny Cień". Dodatkowo zachęcający był fakt, że mamy tu mix fantastyki (bo demony, anioły, nefilim i kraina "życia po śmierci"), romansu i wszystko mocno podlane spicy scenami. 

Książka objętościowo jest duża, bo ma ponad 600 stron. Akcja rozpoczyna się z przytupem, a historia opowiadana jest dwutorowo, w przeszłości i teraźniejszości, a każdej linii czasowej mamy 2 punkty widzenia, bohatera i bohaterki. 

Początek był dla mnie zaskakująco nierówny, tzn. podobała mi się historia z przeszłości, ale ta w teraźniejszości jakoś nie wciągała mnie za bardzo. I trwało to całkiem długo, zanim "zaskoczyło".

Potem już obie linie czasowe były ciekawe i wciągające. Sama historia jest intrygująca, nie brakuje tu pikantnych scen, przemocy i naprawdę wielu tajemnic, które czekają  na rozwikłanie. I o ile we Władcy Soli i kości wszystkie wątki gładko się ze sobą splatały, a ciąg przyczynowo-skutkowy był płynny, tak w Nocnym Cieniu mamy kilka dość mocnych szarpnięć i nie wszystko szło ta płynnie. Na szczęście były to rzadkie potknięcia i nie wpłynęły na mój ogólny odbiór powieści, a ten jest całkiem dobry.

Autorka ma naprawdę dobry styl pisania, pisze obrazowo, potrafi stworzyć nie tylko wyraziste postacie, ale i całe tło dla nich niezwykle plastycznie. Mimo tych potknięć, o których wspomniałam, wszystko finalnie się ze sobą splata i łączy, wątki zmierzają do jednego punktu kulminacyjnego i naprawdę w pewnej chwili ciężko jest książkę odłożyć, bo zwyczajnie chce się wiedzieć, co będzie dalej.

Sama autorka pisze, że pierszy szkic książki był katastrofą i włożyła w jej napisanie ogrom pracy. I rzeczywiście, jak na tak rozbudowaną fabułę, z dwiema liniami czasowymi, dwoma punktami widzenia w każdej i stworzeniem nowego świata, to uważam, że wyszło jej to nad wyraz dobrze. 

Niektóre sceny seksu było, no cóż, ciut krindżowe, ale człowiek uśmiechnął się pod nosem i czytał dalej, bo sama fabuła nadrabiała nawet to.

Jestem ciekawa kontynuacji. Książka kończy się w takim momencie, że w drugiej części może się wydarzyć dosłownie wszystko.


niedziela, 5 listopada 2023

"Studium zatracenia" Ava Reid

 "Studium zatracenia" Ava Reid.


Ta książka przewijała mi się na różnych czytelniczych stronach, ale jakoś nie czułam chęci aby po nią sięgnąć. Przypuszczam, że to była kwestia opisu, sugerował - przynajmniej dla mnie - historię, która mogła mi się nie spodobać. Na szczęście była osoba, której książkowe wybory często są zgodne z moimi, zaczęła ją czytać i powiedziała "o rany, to jest wspaniałe" no i się skusiłam.

I dzięki niej nie ominęła mnie absolutnie wspaniała lektura.

"Studium zatracenia" to pozornie opowieść o dwójce rywalizujących ze sobą studentów, przebywających w domu zmarłego, wybitnego (wręcz narodowego) pisarza, każde realizujące inny projekt. Effy ma stworzyć projekt przebudowy domu pisarza, a Preston, aby skatalogować jego listy i inne zapiski. Bo co ważne, największą i najbardziej kochaną powieścią autora jest historia Baśniowego Króla i dziewczyny, która zakochała się w nim i jednocześnie pokonała go. Effy od dawna nawiedzają wizje Baśniowego Króla, ale nikt jej nie wierzy. Czy w domu, gdzie jego historia jest żywa, dziewczyna będzie mogła odkryć jego tajemnice?

Zacznę od tego, że powieść klasyfikowana jest jako gotycka i ja tu się w  100% zgadzam! Ta historia ocieka wręcz mrokiem, tajemnicami i niepokojem. Przepiękny i ogromnie plastyczny język tylko dodają książce uroku, tutaj oczywiście należą się ukłony dla osoby tłumaczącej powieść. Sama historia pełna jest niepokoju, czytelnik nie wie co jest prawdą, a co być może tylko wyobraźnią Effy. Do tego wątek romantyczny jest niezwykle subtelny, delikatny i potęguje wszystkie emocje, których w tej powieści nie brakuje.

Ale "Studium zatracenia" to nie tylko historia tajemniczego domu, zagadek z przeszłości i tajemnic. To też niesamowicie poważny wątek dotyczący molestowania i przedmiotowego traktowania kobiet, odbierającego im możliwość decydowania o sobie. Ale co ważne, wątek ten jest opisany bardzo subtelnie, z ogromnym wyczuciem i bez przytłaczania nim fabuły. Wszystko w tej książce łączy się ze sobą, wątki się splatają, czasami niby są bez związku, ale to tylko pozory, bo finalnie, okazuje się, że nie ma w tej książce ani jednego zbędnego wątku, ani jednego zbędnego słowa. Powieść jest magiczna, przecudowna i zapada głęboko w serce. Jestem nią oczarowana i oczywiste jest, że muszę zakupić wersję papierową, bo dla mnie to jedna z tych książek, do których będę wracać. Liczę na to, że Wydawnictwo Nowe Strony wyda kolejne powieści autorki.

piątek, 3 listopada 2023

"Belladonna" Adalyn Grace

 "Belladonna" Adalyn Grace. 


Historia dziewczyny, która nie tylko nie mogła umrzeć, ale i widziała śmierć we własnej, intrygującej osobie. Gdy w domu, do którego trafia - domu jej rodziny - zaczynają się dziwne wydarzenia, Signa zrobi wszystko aby odkryć prawdę. O Śmierci, o rodzinie i samej sobie.

Nie ukrywam, uwielbiam motyw, gdzie Śmierć ma ludzką postać i jest jednym z bohaterów. Dlatego Belladonna od razu pochwyciła moją uwagę. Nie mogąc się doczekać, kupiłam książkę w oryginale, zaczęłam czytać i... utknęłam na 1/4 i ani rusz do przodu. Nie byłam pewna, czy to mój niewystarczający angielski czy książka sama w sobie, ale postanowiłam ją odłożyć i poczekać na polskie wydanie.

A gdy się pojawiło, kupiłam ebooka i zaczęłam czytać.

Początek, który przeczytałam po angielsku, odebrałam tak samo po polsku. Ale poczułam się zaintrygowana i czytałam dalej. 

Nie powiem, książka rozkręciła się, akcja nabrała tempa, tajemnica wciąż czekała na odkrycie, a postacie, które wykreowała autora były ciekawe. Oczywiście Śmierć z marszu stał się moim ulubionym bohaterem i wszystkie momenty, gdy się pojawiał czytałam na jednym wydechu. Sama główna bohaterka była ciekawa i interesująca, a wątek samotności dość barwnie malowany przez autorkę był poruszający.

Więc czy książkę uważam za dobrą?

Tak. To była dobra lektura, ale tylko dobra. Spodziewałam się fajerwerków, wielkiego TADAM i oszałamiającego wątku miłosnego.Teoretycznie to wszystko dostałam, ale bez tego OCH, które wyrywałoby mi się z ust podczas czytania. Zabrakło mi również tej otoczki gotyckiego klimatu, niby powinien być, ale jakoś go nie czułam. Za to zakończenie i wyjaśnienie tajemnic było satysfakcjonujące, choć cliffhanger  na końcu nie wprawił mnie dobry humor 😉

Czy sięgnę po drugą część? 

Szczerze mówiąc nie wiem, na pewno poczekam na więcej opinii gdy już się pojawi.

niedziela, 11 czerwca 2023

Gorąco polecam, czyli "Wespertyna" oraz "Pokrzywa i kość"

 Od długiego czasu mam kryzys czytelniczy. W sumie to może nie do końca


kryzys, tylko problem z wyborem książek z gatunku szeroko pojętej fantastyki. Na rynku większość tego co się wydaje to YA, a ja już jestem w takim wieku, że problemy nastolatek jakoś do mnie nie przemawiają. Oczywiście są wyjątki, ale cóż, generalnie nie mam już chęci o czytaniu o kolejnej-nym wybrańcu w wieku 17 lat, obdarzonym mocami, które właśnie odkrywa, albo o wkurzonej książniczce, której źle w pałacu, więc z niego ucieka, albo uczennicy/uczniu maga, który okazuje się jedynym, który może zbawić/uratować świat. 

Nie mam nic przeciwko tym schematom, pod warunkiem, że są dobrze poprowadzone i osadzone w ciekawym świecie, z dobrze nakreślonymi postaciami. A o to niestety od dłuższego czasu ciężko.

I gdy już naprawdę miałam "załamanie" w moje ręce wpadły dwie nowości, które sprawiły, że odzyskałam wiarę w fantastykę dla takich "starych ramoli" jak ja ;)

Pierwsza powieść, wydana przez Wydawnictwo SQN to "Pokrzywa i kość" autorstwa T. Kingfisher.

O bogowie, jak ja się cudownie przy tej książce bawiłam. 

Po pierwsze, bohaterowie mają lat 30 +. Po drugie brak tu typowych schematów, dziur w fabule, nielogiczności czy urywania wątków. Co więcej, mimo, że sama powieść jest napisana lekko, z humorem, to porusza kilka trudnych tematów, ale robi to tak dobrze, że nie mamy wrażenia, że tam nic tylko dramat popędzany rozpaczą. Bohaterowie są cudowni, wszyscy <3 W tej powieści wg mnie nie ma słabych stron. Zakochałam się i już czekam na kolejne powieści autorki.


Druga książka, to wyczekiwana przeze mnie "Wespertyna" Margaret Rogerson wydana przez Wydawnictwo Vesper 

Czytałam "Magię cierni" tej autorki i byłam więcej niż zadowolona, więc z radością sięgnęłam po kolejną jej powieść. I tu zaznaczę, że główna bohaterka ma bodaj 18/19 lat (nie pamiętam dokładnie), ale wiek nie utkwił mi w głowie, bo totalnie nie ma przełożenia na zachowanie bohaterki, jej decyzje. Świat stworzony przez autorkę jest mega ciekawy, akcja zaskakująca, a bohaterowie są tak po prostu świetni. Bawiłam się podczas czytania cudownie. Nic mnie nie denerwowało, nic nie uwierało, wątki się pięknie łączyły, tajemnice były odkrywane stopniowo, wszystko razem dało cudowną opowieść, od której nie potrafiłam się oderwać. 

I jeśli pojawiłoby się więcej takich YA, bo tak jest klasyfikowana ta powieść, to ja chętnie po nie sięgnę.


Całym mym czytelniczym sercem polecam obie powieści. To był dla mnie powiew świeżości i naprawdę dobre lektury, a autorki trafiają wysoko na liście moich "naj".


niedziela, 28 maja 2023

Kilka pytań do... Marii Zdybskiej

 Maria Zdybska, pisarka, autorka książek z szeroko pojętego gatunku fantastyki.


Niedawno - w marcu br. - miała miejsce premiera jej najnowszej powieści "Księga Wszystkich Imion".
Z tego tytułu postanowiłam autorkę trochę podręczyć i zadać jej kilka pytań...
Zapraszam do mini wywiadu z Marią Zdybską.

JA:  Miesiąc temu ukazała się Twoja najnowsza powieść „KWI”. Opinie czytelników są pozytywne, ale mnie ciekawi, co Ty o niej myślisz? Jakie emocje towarzyszyły Ci podczas pisania tej powieści?

MZ: Mam wrażenie, że „Księga Wszystkich Imion” siedziała gdzieś w tych głębokich, mrocznych zakamarkach mojej pisarskiej duszy od dłuższego czasu i czekała na swój moment. Za jej pisanie zabrałam się robiąc przerwę w serii „Irkalla”, a więc po ukończeniu „Pani Siedmiu Bram” ale przed pracą nad jej kontynuacją „Panią Zgliszcz”, którą ukończyłam całkiem niedawno.

Czas pisania tej powieści zbiegł się jednocześnie z dość trudnym okresem, który częściowo związany był z szalejącą pandemią, a częściowo z moimi osobistymi przejściami. Cały mój niepokój, cały strach i sporo negatywnych emocji udało mi się przepracować właśnie przelewając je na karty tej historii. Może właśnie dlatego jest mi niezwykle bliska. Pozytywne opinie o KWI są dla mnie czymś naprawdę wyjątkowym. Cieszę się każdym dobrym czytelniczym słowem i pielęgnuję w sobie to wspaniałe uczucie wdzięczności, które daje bardzo dużo dobrej energii.

JA: Niedawno ogłosiłaś na swoim fb, że skończyłaś pisać kontynuację P7B, czyli Panią Zgliszcz. Jesteś zadowolona z tekstu i samej historii? 

MZ: O rany... to jest taki moment, kiedy moje emocje i ocena tekstu są maksymalnie rozchwiane! Z jednej strony bardzo się cieszę, że udało się skończyć ten projekt i jestem z niego nieskromnie mówiąc, niezwykle zadowolona, ale... zdaję sobie sprawę z faktu, że dla pisarza taka radość to zwykle emocja krótkotrwała, bo większość z nas w jakimś stopniu boryka się z trudnościami ze złapaniem odpowiedniej perspektywy do własnej twórczości i prędzej czy później dopada nas, niepewność - ujmując sprawę dyplomatycznie (a czarna rozpacz, jeśli mamy trzymać się faktów!_

Mogę jednak obiecać, że „Pani Zgliszcz” domyka wszystkie wątki pierwszego tomu, że nurza się w kolejnych mitologicznych warstwach i pokazuje kilka bardzo interesujących lokacji. W tym tomie znacznie lepiej poznacie też Kassiela.

JA: Fani Twojej twórczości doskonale wiedzą, że uwielbiasz wszelkie mitologie i nawiązujesz do nich w swoich książkach. Ale czy był jakiś moment, jeden, można powiedzieć, przełomowy, który sprawił, że pokochałaś mity i ich wszelkie odsłony?

MZ: Ha! Tak! Kiedy byłam w wieku mocno przedszkolnym tata organizował dla mnie i dla mojego brata pokazy „domowego kina”, posługując się jednym z tych topornych projektorów bajek na kliszach, które zaczynały potwornie śmierdzieć, kiedy rozgrzewały się zbyt mocno. Jedną z naszych ulubionych „produkcji” była bajka o dwunastu pracach Herkulesa. Mój tata miał niezwykły talent do niezwykle żywiołowej narracji tych bajek i założę się, że to właśnie wtedy zaszczepił mi miłość do mitologii. Te wszystkie bóstwa, potwory, herosi, fantastyczne światy... Nie mogłam się im oprzeć. Moje uwielbienie dla Gwiezdnych Wojen także zawdzięczam tacie, więc to chyba musiało być przeznaczenie. Kocham fantastykę!

JA: Zwierzaki :D W KWI pojawiają się ogary piekielne. W trylogii KS jest kruk. Lubisz umieszczać „Zwierzęce” postacie w swoich opowieściach?

MZ: Oczywiście, że lubię! Zwierzęcy towarzysz jednego z bohaterów zawsze dodaje mu głębi i pozwala na ciekawsze pokazanie jego osobowości. Zwierzęta mają też często bardzo konkretne znaczenie mitologiczne i symbolikę, którą lubię się bawić. Tak było z krukiem w „Kruczym sercu” ale tak też jest z demonicznymi psami w „Księdze Wszystkich Imion”.

JA: Klasycznie... Jakie kolejne plany pisarskie i dlaczego jest to Duncan? ;)

Trochę biję się z myślami decydując się na kolejność tekstów nad którymi będę pracować. Obecnie wszystko jest w ruchu, wszystko jest możliwe. Nie jestem z tych, którzy piszą kilka książek jednocześnie, więc decyzja co do bieżącego projektu zapadnie niebawem. I być może będzie to „Duncan” (chociaż czytelnicy pewnie nie mają pojęcia o kim mowa!).

(mój dopisek: HAŃBA IM jeśli faktycznie tak jest! )

JA: Która postać z Twoich książek jest Ci najbliższa? Dlaczego?

MZ: Ooo... bardzo trudne pytanie. Przeczytałam niedawno takie mądre zdanie, że pisanie książek jednocześnie polega na tworzeniu kłamstwa, snuciu opowieści, które się nie wydarzyły, a zarazem jest formą głębokiego ekshibicjonizmu. I sądzę, że jest w tym dużo prawdy, każda z moich postaci coś ode mnie dostała, czasami jakąś emocję, jakieś przeżycie, coś, co ją ukształtowało, niekiedy upodobania, albo manieryzmy. W tym znaczeniu każda jest więc dla mnie bardzo bliska, ale... jeśli miałabym wybierać tę jedną jedyną to sądzę, że najbliżej mi do Lirr. Świetnie rozumiem jej rozdarcie, jej życiowe pogubienie i jej samotność. Jest postacią niedoskonałą, wkurzającą, ale ma też swój czas na rozwój i na powolne, bolesne dojrzewanie.

JA:  I na koniec. Czym dla Ciebie jest pisanie książek?

MZ: Oddychaniem. Koniecznością. Sposobem na przetrwanie w realnym świecie.


Mam nadzieję, że tą krótką rozmową autorka zachęciła Was do sięgnięcia po swoje powieści, co i ja gorąco czynię. 


czwartek, 9 lutego 2023

"What beauty there is" Cory Anderson

 Gdy zaczynałam czytać „What Beauty There Is”  Cory Anderson, nie miałam


pojęcia czego się po książce spodziewać. Zaintrygował mnie wstęp do pierwszego rozdziału, który rozpoczyna się (jak się okazało, jak każdy kolejny) od rozmyślań głównej bohaterki, Avy.
A gdy już zostałam zaintrygowana, wciągnęłam się na maxa.

Zacznę od tego, że dla mnie „What Beauty There Is” to nie jest książka, przez którą da się „przelecieć”. To lektura, która wymagała ode mnie skupienia, wyłapywania szczegółów i detali, które składały się na niesamowicie wciągającą i poruszającą opowieść.
Mamy tu bowiem pełną paletę emocji, które sprawiają, że od książki ciężko się oderwać. Historia jest z gatunku tych ciężkich i nie chodzi mi tylko o sporą brutalność, która się pojawia, ale bardziej o ciężar emocjonalny właśnie.
Strach przeplata się tu z desperacją i nadzieją, że przecież musi się udać.

Ta desperacja głównego bohatera jest wręcz namacalna, a ciosy, które zbiera, te od ludzi i od życia, sprawiają, że tym mocniej mu się kibicuje, nawet jeśli jego działania nie są moralnie jednoznaczne. Dlaczego? 
Bo robi to w obronie kogoś, kto sam siebie nie obroni, bo życie i tak już mu zbyt mocno dokopało. 

Książka napisana jest lekko, ale bardzo obrazowo. Fabuła płynie wartkim strumieniem, ale nie ma się wrażenie pośpiechu, ani nachalnego pędzenia do finału. Opowieść toczy się swoim tempem, które jest idealne.
Podobało mi się w tej książce wszystko, od nakreślenia bohaterów, po ukazanie wszelkich relacji pomiędzy postaciami, tło wydarzeń, które rozgrywają się na naszych oczach. W książce jest podział na tych dobrych i tych złych, ale granica pomiędzy jednymi, a drugimi jest płynna.  Ta niejednoznaczność zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. 

Wszystko w tej opowieści się ze sobą łączy, a finał spina wszystkie wątki solidną klamrą. I choć zakończenie jest w pewien sposób otwarte, to dla mnie jest ono idealnym zwieńczeniem tego, co się w tej historii wydarzyło.
I choć powieść bywa dość często ponura, to autorka nie pozbawiła bohaterów szansy, z której dostają możliwość skorzystać. Czy tak się stało, o tym przekonajcie się sami czytając „What Beauty There Is”, do czego gorąco zachęcam.

To jest naprawdę dobra lektura i trzymająca w napięciu opowieść.

Polecam.



piątek, 27 stycznia 2023

"Rzeka zaklęta" Rebecca Ross

 „Rzeka zaklęta” autorstwa Rebecci Ross, to prawdziwie magiczna opowieść


napisana w baśniowym klimacie. To historia nie tylko Jacka i Adairy, ale i wyspy Cadence, na której oboje się urodzili i wychowali. Wyspy podzielonej na pół przez dwa zwaśnione klany i wielowiekową nienawiść.
Akcja powieści rozpoczyna się, gdy mieszkający na kontynencie i studiujący na uniwersytecie Jack wraca na wyspę odpowiadając na wezwanie przywódcy swego klanu. Sprawa jest poważna, na wyspie giną małe dziewczynki, a w Jacku i jego muzyce jest nadzieja, że pomoże je odnaleźć. Ale nie tylko ta złowieszcza zagadka czeka na wyspie. Jest tam również Adaira, z którą w młodości chłopak konkurował, a która teraz porusza jego serce. Jak rozwiąże się tajemnica porwań? I co tak naprawdę dzieje się na wyspie? 

Książka skusiła mnie opisem i poleceniem Danielle L. Jensen, której książki bardzo lubię. Chętnie więc zabrałam się za czytanie i pierwszym co mnie zauroczyło, był język jakim posługuje się autorka – piękny, dopieszczony, poetycki. Rebecca Ross snuje swoją historię niespiesznie, pozwalając swoim słowem otulać czytelnika i wnikać im głęboko do jego serca. Gdybym miała styl jej pisania przyrównać do innej książki, byłaby to ‘Córka lasu” Juliet Marillier. To jest bardzo podobny sposób snucia opowieści, niezmiernie plastyczny i obrazowy. W tej historii magia jest wciąż żywa, a mimo baśniowego klimatu, sama opowieść niepozbawiona jest brutalności choć przedstawiana jest ona z wyczuciem.

Tak samo ma się sprawa z uczuciami, z miłością. Nie tylko tą emocjonalną, ale i cielesną. Autorka nie stroni przed jej opisywaniem , ale robi to ze smakiem, wyczuciem i bez wulgarności. Zdecydowanie język powieści jest jej mocną stroną, choć oczywiście nie jedyną.
Fabuła bowiem, to kolejny niesamowicie mocny element. Spójna, intrygująca, zaskakująca, czerpiąca pełnymi garściami z mitologii celtyckiej. Jest tu tajemnica i kryminalna zagadka, jest subtelny i piękny wątek miłosny (nie jeden), jest opowieść o domu, tęsknocie i potrzebie przynależenia. To w końcu opowieść o więzach rodzinnych i odnajdywaniu swojego miejsca na ziemi. Wszystko ubrane w atrakcyjne szaty pełne magii.  

No i oczywiście bohaterowie. Jeśli szukacie idealnych postaci, to tu ich nie znajdziecie. Bohaterowie tej książki bowiem są wspaniale nieidealni, pełni sprzeczności i targających nimi emocji. Popełniają błędy, często w wierząc, że robią to, co trzeba. Walczą, nie poddają się,  kochają, cierpią. Są na wskroś ludzcy i niesamowicie prawdziwi. I znów, gdybym miała dokonać jakiegoś książkowego porównania, byłaby to Córka lasu. 

Wszystko, każdy element, jest w tej książce ważny. Mimo, że podczas czytania ma się swoje podejrzenia, to koniec końców i tak zostaje się zaskoczonym i ze złamanym sercem.
Autorka nie boi się odważnych decyzji, które muszą podjąć jej bohaterowie, niezależnie od tego, co na to jej czytelnicy. Ale ja uważam to za plus, mocny impuls do sięgnięcia po drugi tom. Zwłaszcza, że mimo pewnych wyjaśnień, dostajemy na końcu jeszcze więcej tajemnic do odkrycia. 

„Rzeka zaklęta” to dla mnie odpowiedź na moją czytelniczą niemoc, która mnie trawiła od dłuższego czasu. To przepiękna powieść, która niezmiernie mnie poruszyła, zafascynowała, wywołała we mnie burzę emocji. Cudownie napisana, sprawiła, że zapragnęłam więcej. I mam nadzieję, że nie będę musiała długo  czekać.
Polecam ją bardzo mocno.  Jestem niesamowicie zaskoczona, jak dobra jest ta powieść. Czytajcie. Warto.



niedziela, 13 listopada 2022

Co może łączyć musical "Upiór w Operze" z trylogią Grisza Leigh Bardugo? Wg mnie zaskakująco dużo.

     Gdy po raz pierwszy przeczytałam trylogię Grisza Leigh Bardugo, totalnie przepadłam dla Darklinga i jego relacji z Aliną. Byłam zafascynowana tym, jak autorce udało się stworzyć związek prawdziwie skomplikowany i historię tak przeszywająco tragiczną. I wtedy poczułam również to ukłucie, gdzieś z tyłu głowy: „ja już podobną historię czytałam/widziałam. Tylko gdzie?”. Długo mnie ta myśl nękała, aż nadszedł serial netflixa i zrozumiałam. To jest ten sam ciężar opowieści, co w Upiorze w Operze. I dla potrzeb poniższego tekstu, ale przede wszystkim z powodu mojego uwielbienia dla musicalu, będę się odnosić do filmowej wersji Upiora w Operze z Gerardem Butlerem i Emmy Rossum. 

Obie historie tak skrajnie się od siebie różniące, mają wg mnie więcej punktów wspólnych niż mogło się nawet mi wydawać.


Oczywiście w musicalu mamy historię nieodkrytego talentu Christiny, która jest sierotą i występuje jako tancerka w Paryskiej operze,  choć tak naprawdę posiada niesamowity talent wokalny. Skromna, nieśmiała, ćwiczy wraz z tajemniczym Aniołem Muzyki, który nie ujawniając swojego oblicza, uczy ją śpiewać, trenuje jej głos, wydobywając z niej jej ukryty talent. W młodości miała przyjaciela, Raula, w którym się potajemnie podkochiwała. Zbieg okoliczności sprawia, że kobieta dostaje główną rolę w występie i odkrywa swój telent. 

Coś wam to przypomina? 

Oczywiście Alinę. Sierota, nieśmiała, z ukrytą w niej ogromną mocą, pracuje jako kartografka w armii Griszów  pod dowództwem Darklinga. Jej przyjacielem jest Mal, w którym się skrycie podkochuje. Na wskutek nieprzemyślanych działań dziewczyna ujawnia drzemiącą w niej moc, czym zwraca na siebie uwagę


Darklinga.

I tu pojawia się klasyczny trójkąt miłosny, bo w musicalu pojawia się przyjaciel z dzieciństwa, Raul, który widząc Christinę na scenę, rozpoznaje ją (choć wcześniej jej nie rozpoznał ) i jest zafascynowany przepiękną śpiewaczką.
W Griszy natomiast mamy Mala, który choć do tej pory skakał z kwiatka na kwiatek, a Alinę traktował trochę jak młodszą siostrę, nagle widząc, że interesuje się nią TEN Darkling, zaczyna pałać do Aliny uczuciem.

W obu przypadkach główna bohaterka zwróciła uwagę swojego przyjaciela w momencie, gdy zainteresował się nią ktoś inny, ktoś potężny, kto dawał Alinie i Christinie to, czego ani Mal, ani Raul dać nie mogli, ale i nie chcieli.
Raul był zwykłym, w sumie dobrym facetem, chcącym zwykłych rzeczy. Nie był zły, ale nie wyróżniał się też niczym wyjątkowym. Był ciut lekkomyślny, bagatelizował obawy Christiny i zbywał śmiechem jej prośby, jak  w scenie, gdy po występie Raul idzie do garderoby Christiny , ona mu opowiada o Aniele Muzyki jak nazywa Upiora, a Raul zbywa ją mówiąc, że poćwiczy kiedy indziej, bo teraz zabiera ją na kolację. 
Natomiast Mal to już inna sprawa. O ile w serialu twórcy mocno zmienili jego postać w pozytywnym sensie, o tyle książkowy Mal, jest zwyczajnie dla Aliny toksyczny. Jest zazdrosny, obawia się jej mocy, nienawidzi tego, że Alina jest Griszą i to tak potężną, woli widzieć ją złamaną, niż używającej swojej mocy, która zresztą łączy ją z Darklingiem coraz bardziej. I boi się Aliny, co Darkling doskonale wie i wytyka Alinie: 

- Ostrzegałem cię, że twój otkazacja nigdy cię nie zrozumie , Alino. Mówiłem ci, że zacznie się ciebie lękać i nienawidzić twojej mocy. Powiedz mi, że się myliłem. 

- Myliłeś się. – Głos miałam pewny, ale w sercu zaszemrało zwątpienie. Darkling pokręcił głową. 
- Nie możesz mnie okłamać. Myślisz, że mógłbym raz po raz do ciebie przychodzić, gdybyś czuła się mniej samotna? Wołałaś mnie, a ja odpowiedziałem na zew.

I tu dochodzę do kluczowego podobieństwa.

Samotność.

To ona łączy nie tylko Darklinga i Upiora, ale i Alinę i Christinę. Cała czwórka jest samotna, Darkling i Alina w swojej mocy i możliwościach, złączeni ze sobą w wyjątkowy sposób, poprzez zrozumienie, akceptację i uczucia.
Upiór i Christina poprzez talent, pasję, miłość do muzyki, marzenia o wielkości i potrzebie pokazania światu swojego talentu. Osamotnieni i złączeniu miłością i pożądaniem. 

I pewnie wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że moc i przeszłość Darklinga oraz geniusz i przeszłość Upiora popchnęły ich na ścieżkę, z której nie było odwrotu. Podejmowali decyzje i nie wahali się. Upiór mordował, Darkling zmiótł z powierzchni ziemi całe miasto, obaj z powodów, w które wierzyli, w celu, który wg nich uświęcał środki.
I wtedy zarówno Alina i Christina postanowiły ich powstrzymać, ale… no właśnie. Choć było to „konieczne” niekoniecznie było zgodne z ich uczuciami. 

Gdy Christine zgadza się być przynętą w zasadzce na Upiora, wciąż targają nią sprzeczne emocje i śpiewa:

Twisted every way What answer can I give? 

Am I to risk my life To win the chance to live? 

Can I betray the man Who once inspired my voice? 

Do I become his prey? 

Do I have any choice? 

He kills without a thought 

He murders all that's good 

I know I can't refuse...

And yet, I wish I could 

Oh God, if I agree

What horrors wait for me In this, the Phantom's opera...

Bo niezmiennie czuje, że tylko on rozumie jej pasję, jej miłość do muzyki i potrzebę śpiewania. I tą chemię między nimi. 

Coś to przypomina? 

Oczywiście, Alinę i Darklinga.  W drugim tomie, gdy to Alina udaje się po łączącej ich więzi do Darklinga mamy taką oto scenę: 

- Pozwól mi – mruknął przy moim gardle. Zahaczył stopą o moją nogę, przysuwając mnie bliżej ku sobie. Czułam żar jego języka,, twarde, napięte mięśnie pod gołą skórą, kiedy opasał mnie swoimi rękoma. – To się nie dzieje naprawdę –powiedział – Pozwól mi. 

Poczułam ten nagły głód – miarowy, tęskny puls pożądania, którego żadne z nas nie chciało, ale które i tak nami owładnęło. Byliśmy sami na tym świecie, niepowtarzalni. Byliśmy ze sobą związani – zawsze tak będzie. I to nie miało znaczenia.
Nie mogłam zapomnieć co zrobił, i nie zamierzałam mu wybaczyć tego, czym był – mordercą. 

I Christina i Alina mają ten sam wewnętrzny konflikt. Z jednej strony jest to głęboka tęsknota, uczucie, pragnienie i całkowite zrozumienie. Z drugiej świadomość, że mężczyzna, który sprawiał, że czuły się w pełni sobą, robił rzeczy niewybaczalne. 

Koniec końców wiemy jak obie historie się potoczyły. Ale zanim do tego dojdę, są dwie bardzo podobne w swojej wymowie sceny. Mal domyśla się, że Alina czuje coś więcej do Darklinga, gdy w kaplicy zgadza się ona pójść z Darklingiem, natomiast w musicalu, podczas występu - pułapki na Upiora, Christina nie jest w stanie ukryć swych uczuć podczas utworu „Past of point of no return”, gdy idzie do Upiora i zatraca się w jego dotyku i śpiewie, a siedzący w loży Raul widząc to, ma łzy i zrozumienie w oczach. 

Nie zmienia to jednak finału. Alina bowiem zabija Darklinga, a Christina porzuca Upiora w palącej się operze. Obie wybierają swoich przyjaciół i normalne życie. Ale czy na pewno były z tego powodu zadowolone?

Christina nigdy już nie śpiewała. Została żoną, matką, stateczną kobietą. Scena z pierścionkiem na jej grobie jest bardzo wymowna. Żyła życiem Raula, poświęcając swoje marzenia.
Alina pozbawiona mocy tęskniła, mimo, że miała u boku Mala. Również żyła jego życiem, bolejąc nad utraconą mocą griszów, co opisała sama autorka w finale trzeciego tomu:

„Niekiedy znajdywał ją, jak stała przy oknie i splatał palce w promieniach słońca wpadających przez szybę, albo jak siedziała na frontowych schodach sierocińca, wpatrując się w pień ściętego dębu przy podjeździe.” 

Co do Darklinga i Upiora. Obaj zginęli, choć przecież wiadomo, że tak się nie stało. Darkling znalazł sposób, żeby wrócić, a Upiór żeby uciec z płonącej Opery. Obaj jednak pozostali samotni, niezrozumiani, z ciężarem win i zbrodni jakich się dopuścili.
Alina w pułapkę zwabiła Darklinga swoją mocą, Christina Upiora swoim talentem. Ale gdyby tylko o to chodziło, byłoby to proste. A takie nie jest, bo w tym wszystkim była potrzeba akceptacji, zrozumienia, bliskości, miłości i tęsknota. A wszystko to otoczone przez ogromną samotność, która do końca była ich wiernym towarzyszem. 

Na koniec w ramach małego podsumowania, jeśli ktokolwiek tu dotarł:

I trylogia Grisza i Upiór w Operze, to historie mimo, że tak skrajnie różne, to mocno do siebie podobne. Poruszają te same wątki, dotykają tych samych emocji, koncentrują się na tym samym dylemacie i skupiają na tych samych uczuciach.
    Nie może być i nie ma tu mowy o jakimkolwiek plagiacie czy wzorowaniu się, wszak to skrajnie równe opowieści. A jednak nie sposób nie uśmiechnąć się, gdy Upiór zabiera w podziemia Christinę, pokazując jej rzeczy o jakich ta tylko mogła marzyć i nie pomyśleć w tej chwili o Darklingu, który pokazał Alinie pełnię jej mocy i możliwości, o jakich nigdy jej się nie śniło.
I Darkling i Upiór po latach samotności wreszcie doświadczyli jak to jest, gdy u ich boku pojawiły się osoby, które ich rozumiały, czuły to co czuli oni, miały podobne pragnienia i talent/moc. I obaj to utracili. Czy to właśnie ta strata popchnęła ich do decyzji najgorszych z możliwych?
Myślę, że w dużej części tak.

Jest w tych obu historiach tragizm i ogromny smutek. Jest tęsknota i żal. I choćbyśmy nie wiem jak mocno potępiali straszne decyzje jakie podejmowali i Darkling i Upiór, to gdzieś w sercu nie da się im nie współczuć, nie rozumieć ich i nie marzyć, aby to zakończenie było jednak inne. 

Jeśli jesteście tutaj, to chcę Wam podziękować, że dotrwaliście do końca mojego wywodu. 


* zdjęcia pochodzą ze strony Filmweb.pl


wtorek, 1 listopada 2022

25 Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie

 Targi Książki w Krakowie już za nami, ale emocje wciąż pozostają.

Tak jak w latach poprzednich, byłam w Krakowie w piątek i sobotę. I powiedzieć, że było dużo ludzi, to jak nie powiedzieć nic.
O ile w piątek było w miarę luźno, o tyle w sobotę aby wejść na Targi, najpierw trzeba było odstać w kolejce blisko godzinę, a już na samej hali tłum był niemiłosierny, za to tlenu jakby mało ;)
Ale powiem Wam jedno - WARTO BYŁO!
Mnóstwo wystawców, ogrom wspaniałych autorów, wiele premier i stoisk nie tylko z książkami, ale i około książkowymi rzeczami. Pierwszy raz na Targach było stoisko z czytnikami :D
Udało mi się upolować wiele książek, zdobyć autografy i spotkać z wspaniałymi ludźmi.
I jedno wiem na pewno, za rok tam wrócę.
Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie
Maria Zdybska Agnieszka Zawadka - autorsko & graficznie J. K. Komuda