Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 kwietnia 2021

"Pozłacane wilki" / "Srebrzyste węże" Roshani Chokshi

 Paryż, rok 1889.


Na świecie dokonują się zmiany, czas  przemysłu i elektryczności. Ale prócz postępu i rozwoju w Paryżu i na świecie jest coś jeszcze – magia, zwana formowaniem. Potężna organizacja, zwana Zakonem Babel zwraca się do zamożnego hotelarza i poszukiwacza skarbów  Séverina Montagnet-Alarie z ofertą odnalezienia skarbu, który ten uznał za dawno stracony, a który był jego dziedzictwem.  Séverina wraz ze swoimi towarzyszami, z którymi poluje od długiego czasu na różne skarby, angażuje się w poszukiwanie artefaktu, a wynik ich działań zaskoczy wszystkich. 

Dość długo obie te książki stały na mojej półce, kurząc się niemiłosiernie. Mimo, że bardzo zaciekawił mnie opis pierwszego tomu, a następnie jego kontynuacji, nie sięgałam po te książki.
Dziś, będąc po lekturze obu części – widzę jaki to był błąd. 

Zacznę od tego, że początek pierwszego tomu jest dość trudny, bo autorka serwuje nam ogrom informacji, a i narracja jest z punktu widzenia wszystkich głównych postaci. Tych jest pięcioro: Severin, Tristan, Enrique, Laila oraz Zofia – więc naprawdę jest rozstrzał. Ale takie trudności są tylko na początku, bowiem akcja jest tak wciągająca, a sposób pisania przez panią Chokshi tak obrazowy, że człowiek szybko się wciąga i wie już co i jak, z napięciem śledząc kolejne wydarzenia.
A uwierzcie, tych jest naprawdę dużo. 

Jeśli chodzi o akcję, to ona nie tylko jest wartka, ona pędzi na złamanie karku. I choć zdawałoby się, że głównym wątkiem będzie tu tylko poszukiwanie zaginionego artefaktu, a na nic innego nie starczy już miejsca, to nic bardziej mylnego. Autorka pokazuje nam przeszłość bohaterów, pokazuje ich zmagania z własnymi demonami, pokazuje również ich motywacje i indywidualne dążenia.  Są również ciekawie wplecione w akcję wątki obyczajowo – romansowe, choć romansu jest tu najmniej. 

Oba tomy zaskakują fabułą i sprawnym połączeniem wątków kryminalnych z nadprzyrodzonymi. Bo te ostatnie mają wielką wagę w tej historii i bynajmniej nie są tylko tłem do tych pierwszych. Pierwszy tom w całości rozgrywa się w Paryżu, natomiast druga część zabiera czytelnika do Rosji, nad sam Bajkał, co dla mnie było niesamowitą zaletą, bo jest to miejsce, o odwiedzeniu którego marzę od lat. 



Akcja obu części jest spójna i naprawdę świetnie ukazana. Wszystkie wątki się ze sobą łączą, żeby w finale drugiej części zostawić czytelnika z niesamowitym niedosytem i potrzebą sięgnięcia po trzecią część. Mam nadzieję, że wydawnictwo szybko ją wyda. 

Jak oceniam obie części?

Czy któraś jest lepsza?

Otóż uważam, że obie są na takim samym poziomie, a ten oceniam bardzo wysoko. Nie ma tu sztampy, nie ma kalek i powielania schematów. Jest naprawdę zagmatwana, ale dająca się ogarnąć historia i pełnokrwiści bohaterowie, ludzcy aż do bólu, a jednocześnie wyjątkowi. Są tajemnice, tajne stowarzyszenia, jest magia, są osobiste dramaty, ale i jest humor, jest nadzieja i poczucie wspólnoty. Jestem oczarowana tym światem, tą opowieścią i jej bohaterami. Co jeszcze jest dodatkowym plusem, to barwne postacie drugoplanowe. Pojawia się ich w obu częściach trochę i każda z nich sporo wnosi do tej historii. 

Bardzo polecam serię Roshani Chokshi – to szalenie wciągająca historia z paletą świetnych bohaterów i zaskakującymi zwrotami akcji.


czwartek, 18 marca 2021

„Idealny detektyw” Kristen Ashley

 „Idealny detektyw” Kristen Ashley, to piąty już tom serii Rock Chick, która


skradła mi serce. Szalone przygody zwariowanych kobiet i twardzieli z ich detektywistyczno/policyjnego otoczenia. W tym tomie autorka na tapetę wzięła boskiego przystojniaka, twardziela i ogólnie cudownego członka grupy Lee – Luke’a. Kobietą, która skradnie mu serce jest Ava, jego przyjaciółka z dzieciństwa. Po latach niewidzenia, ich ścieżki znów się przetną, oczywiście Ava wplącze się w tarapaty, z których Luke i reszta „twardzieli” będzie musiała ją wyplątać.

Brzmi znajomo?
Oczywiście, że tak. Poprzednie tomy miały trochę podobny schemat. 
Ale wiecie co? To absolutnie nie przeszkadza w cieszeniu się świetną lekturą i czytaniu o Luke’u i Avie i ich miłości z wypiekami na twarzy. W tej książce jest bowiem wszystko to, co mnie zachwyciło w poprzednich tomach. Jest miłość, jest pikantnie, jest chwilami wzruszająco i z poczuciem humoru. Pojawiają się też wszyscy bohaterowie z poprzednich tomów i to jest naprawdę świetna sprawa, bo nie trzeba się z nimi rozstawać, gdy kończy się czytać poświęcony im tom. 

Jeśli chodzi o parę głównych bohaterów z tej części, to akurat trochę się obawiałam, bo Luke’a jakoś specjalnie nie polubiłam w poprzednich tomach. A tu niespodzianka, bo w Idealnym detektywie, gdy poznałam go lepiej, totalnie mnie oczarował. Natomiast Ava długo nie mogła mnie do siebie przekonać. Trochę irytowało mniej jej początkowe robinie głupich rzeczy dla zasady, żeby tylko się sprzeciwić.  Potem z rozdziału na rozdział Ava trochę się zmienia i choć do końca pozostaje pyskatym uparciuchem, to jednak nabiera trochę więcej rozumu. Finalnie duet Luke i Ava przypadł mi bardzo do gustu i z ogromną przyjemnością czytałam o ich przeżyciach. 


Przy „Idealnym detektywie” bawiłam się wspaniale. Czasem mam chęć poczytać o pięknych kobietach i boskich twardzielach, którzy je kochają. I lubię czasem jak finalnie wszystko się układa, jest miłość i szczypta pikanterii, a całość okraszona jest dobrze dobraną porcją poczucia humoru. To wszystko daje mi seria Rock Chick i to dał mi też ten jej tom. Naprawdę, polecam te książki każdej z Was, która lubi fajnie napisane romanse. W sumie każdy z tych tomów można czytać niezależenie, ale wg mnie lepiej jest zacząć od początku, żeby sobie samemu nie sprzedawać oczywistych spoilerów. 

Jeśli więc lubicie gorące romanse, to „Idealny detektyw” i cała seria Rock Chick jest dla Was. Ja polecam ją ogromnie. I nie mogę się doczekać kolejnego tomu, zwłaszcza, że wiadomo, kogo będzie dotyczył, a ten bohater od początku mi się podobał.



sobota, 26 grudnia 2020

"Dziewiąty Dom" Leigh Bardugo

 Książki Leigh Bardugo lubię bardzo. I bynajmniej nie za Szóstkę Wron, tylko za


trylogię Grisza i Króla z Bliznami. Za świetnych bohaterów, których potrafi nakreślić w sposób pełnokrwisty i niejednoznaczny. Za Darklinga, Alinę, Mikołaja, Apparata.  Za Zoyę i Mala, których marzę aby ktoś w końcu zamordował…

Gdy zobaczyłam zapowiedź Dziewiątego Domu, zapowiadanego jako powieść dla dorosłego czytelnika, byłam bardzo ciekawa, co tym razem zaprezentuje autorka. Akcja powieści rozgrywa się nie w fantastycznej krainie, ale współcześnie w Yale, a jej bohaterką jest Alex Stern, dziewczyna z wyjątkowymi zdolnościami, która ma za zadanie monitorować magiczne poczynania tajnych stowarzyszeń Yale. Na kampusie dochodzi do okropnej zbrodni i tylko Alex ma wątpliwości co do jej wyjaśnienia. Postanawia zbadać sprawę sama, a wtedy… 

Na początek zacznę od tego, że nie ma co porównywać Dziewiątego domu do innych powieści autorki. To całkiem inna historia ze świeżym pomysłem i świetnym wykonaniem. Nie ma tu również kopii Darklinga (gdzieś na fb już coś takiego czytałam), ani innych bohaterów z wcześniejszych powieści. Wszyscy bohaterowie tej powieści są sobą, nikogo nie udają, nie są kalką innych bohaterów z innych książek Bardugo. A gdy już to z siebie wyrzuciłam (strasznie mnie zdenerwowało to porównanie), to mogę napisać co sądzę o najnowszej powieści autorki. 

Przede wszystkim – świetnie napisana. Język dopasowany do fabuły i bohaterów. Faktycznie jest to książka dla dorosłego czytelnika, a nie tylko udająca taką. Próżno tu szukać sercowych rozterek, wątku miłosnego, wokół którego kręci się wszystko. Główna bohaterka jest postacią niejednoznaczną, ciekawą, doświadczoną przez życie. Bohaterowie drugoplanowi są naprawdę ciekawi i interesujący, a główny wątek kryminalny jest świetnie wpleciony w otoczkę tajnych towarzyszeń parających się magią, często brutalną, mroczną i krwawą. Powiem Wam, że nie spodziewałam się tego. Tzn. wiedziałam mniej więcej o czym będzie książka, ale pani Bardugo udało się mnie zaskoczyć, bo nie przewidziałam w najmniejszym stopniu jak rozwinie się fabuła, w jakim kierunku podąży akcja. 


Dziewiąty Dom czytało mi się wspaniale. Stopniowanie napięcia, kolejne elementy łamigłówki, których nie udało mi się dopasować do całości, żeby odgadnąć kto i dlaczego. Coś tam podejrzewałam, ale totalnie nie w tym kierunku, niż faktycznie wyszło. Dopracowany język, dopieszczona fabuła i bohaterka, którą polubiłam od samego początku. Od pierwszej strony, od pierwszego zdania. Rzadko można trafić na taką postać kobiecą (ciekawe dlaczego dużo rzadziej wkurzają postacie męskie niż żeńskie), która nie denerwuje, nie wkurza, która nie doprowadza do przewracania oczami z irytacji. A tu proszę – pojawia się Alex Stern i pokazuje, że się da i to pokazuje w wielkim stylu. 

Dziewiąty Dom to świetna powieść. I nie piszę tego tylko dlatego, że lubię twórczość pani Bardugo. To jest naprawdę tak dobra książka i niesamowita historia. Jest w niej wiele więcej niż tylko „jakaś tam magia” i wątek kryminalny.  To czego na pewno tu nie znajdziecie, to powielania schematów czy bohaterów, wtórności i pójścia na łatwiznę. Nic w tej powieści nie jest oczywiste, a granica pomiędzy dobrem a złem jest zatarta dość mocno.

Dziewiąty Dom jest świetnym przykładem na to, jak niektórzy pisarze się rozwijają, jak dopracowują swój warsztat i jak płodną mają wyobraźnię. Jeśli nie znacie twórczości Leigh Bardugo, to zachęcam do nadrobienia, tym bardziej, że w kwietniu 2021 Netflix wypuszcza serial na podstawie trylogii Grisza i elementów Szóstki Wron. Zapowiada się świetne widowisko, więc warto wcześniej zapoznać się z książkowym pierwowzorem.




piątek, 29 maja 2020

"Gdzie śpiewają raki" Delia Owens

Barkley Cove, senne miasteczko u wybrzeży Karoliny Północnej. Na jego obrzeżach rozciągają się
mokradła, na których mieszkają nieliczni ludzi, uważani za tzw. margines społeczny i biedotę.
Mieszka tam również mała Kya z rodziną. Pewnego dnia jej matka odchodzi, po niej znika również całe starsze rodzeństwo, a ona zostaje sama z ojcem-alkoholikiem i brutalem.
Mija trochę czasu, dziewczynka uczy się współistnienia z ojcem, aż nadchodzi dzień gdy i on znika bez echa.
Kya zostaje sama i sama będzie musiała się nauczyć sobie radzić. Dziewczyna, jeszcze w sumie dziecko, żyje odtąd w całkowitej samotności, zgodnie z naturą, przetrwania ucząc się od natury. Ale nawet ona tęskni za obecnością drugiego człowieka, za uczuciami, miłością.
Te pragnienia doprowadzą ją do wydarzeń, które na zawsze zmienią jej życie…

Gdy sięgałam po debiutancką powieść Delii Owens „Gdzie śpiewają raki” byłam pewna, że to kolejna obyczajówka, z ciekawym tłem, gdzie w końcu, pomimo przeciwności losu, wszystko skończy się co najmniej pozytywnie.
Więc gdy ją zaczęłam, nie spodziewałam się fajerwerków.
I gdy pochłonęłam pierwszych kilka rozdziałów, uzmysłowiłam sobie w jakim byłam błędzie.

Zacznę od stylu i języka, bo to zasługuje na wszelkie peany i zachwyty. Pani Owens pisze tak cudownie, tak plastycznie, że to aż wzrusza. Opisuje otaczającą Kay przyrodę w tak bogaty sposób, że to aż niesamowite.
Maluje obraz mokradeł, bagien, całej znajdującej się tam fauny i flory we wręcz magiczny sposób. Przyrodzie poświęca wiele czasu na kartach tej powieści, a mimo to wciąż chce się więcej i więcej. To niesamowite jak cudownie opisuje miejsce, które jest domem Kay, jej ostoją i bezpiecznym azylem.
Język jakim się posługuje jest bogaty, ma się wrażenie, że roztapia się w duszy człowieka, jak najwspanialsza czekolada na języku. To jest coś niesamowitego.
Nie pamiętam kiedy czytałam książkę napisaną tak pięknie.

Bohaterowie.
Nietuzinkowi, pełnokrwiści, wyjątkowi. Nawet gdy są „tylko” szarym i zwykłym człowiekiem w pocie czoła pracującym na chleb, to są w jakiś sposób wyjątkowi.
Główna bohaterka jest nakreślona wspaniale. Wiem, że się powtarzam, ale to niesamowite jak autorka potrafiła pokazać postać Kay, jak dobrze mogliśmy ją poznać, jak bardzo wczuć się w jej położenie, życie, jej samotność i pragnienia. Jednocześnie zostawiła w tej dziewczynie kilka tajemnic, niewiadomych, jej dziką i nieokiełznaną naturę i potrzebę wolności.
Mimo, że książka w całości skupia się na Kay, to jest w niej sporo postaci drugoplanowych, które mimo, że pani Owens nie poświęca im aż tyle czasu co głównej bohaterce, to są świetnie ukazane. Ich charaktery, dążenia, wybory i to co ukryte przed oczami sąsiadów.
Bohaterowie w tej powieści są niesamowicie ważnym i mocnym elementem powieści.

Fabuła.
Nieszablonowa i oszałamiająca.
To historia o samotności, o zranionym sercu i dojrzewaniu. Wreszcie to historia tęsknoty za miłością i drugim człowiekiem, oraz wspaniała pochwała świata przyrody. Jest tu nawet wątek kryminalny, który jest poprowadzony po mistrzowsku, bo z jednej strony ciekawi co się naprawdę wydarzyło i skupia uwagę czytelnika na sobie, a z drugiej zbrodnia nie spycha na drugi plan tego, co w książce od pierwszej strony jest najważniejsze – historii Kay.
Fabuła jest dopracowana w każdym szczególe, dopieszczona, płynie się przez nią jak łódką kołysaną spokojnymi falami. Jest uzależniająca i choć chce się wiedzieć, co dalej, jednocześnie czytanie tej opowieści jak tak wspaniałym doznaniem, że nie chce się kończyć.
Pochłaniałam tą powieść i nie chciałam jej odkładać, każda zwłoka w czytaniu była dla mnie przykrością. Nie chciałam opuszczać świata ukazanego mi przez Delię Owens.
A zakończenie! Co to było za zakończenie! Od razu ostrzegam, nie sprawdzajcie jak ta książka się kończy, w tym przypadku zniszczy to całą radość z czytania.
A powiem Wam, że to jedno z lepszych finałów jakie było mi dane przeczytać. Po przeczytaniu ostatniego zdania długo tkwiłam w stuporze i nie mogłam przestać myśleć o tym, co tam się właśnie wydarzyło…

Podsumowując.
Dawno – ale to naprawdę dawno – nie dane mi było przeczytać książki tak wspaniałej i tak cudownie napisanej, z tak oszałamiającą fabułą.
To jest najlepsza powieść jaką przeczytałam w tym roku, jednocześnie jedna z najlepszych w całym moim życiu. Każdą kolejną powieść autorki kupuję w ciemno. Trzeba mieć wyjątkowy dar i talent, aby napisać tak genialną książkę, więc każda kolejna zwyczajnie musi być podobna.
Polecam gorąco. Warto!

poniedziałek, 2 marca 2020

„Władcy czasu” Eva García Sáenz de Urturi

„Władcy czasu” Evy García Sáenz de Urturi to finalny tom trylogii Białego miasta. Znów spotykamy
znanych nam już z poprzednich tomów bohaterów, czyli profilera Unai, jego partnerkę Esti i szefową a jednocześnie życiową partnerkę Albę.
Oczywiście pojawiają się w powieści nowi bohaterowie, jakże by inaczej, ale to ta trójka od pierwszego tomu odgrywa pierwsze skrzypce i nie inaczej jest tym razem.
W mieście dzieją się złe rzeczy, dochodzi do paskudnych zbrodni wzorowanych na tych z powieści Władcy czasu.


Akcja powieści toczy się dwutorowo, w  2019 roku oraz w 1192. Wydarzenia z teraźniejszości i przeszłości zaczynają się ze sobą łączyć, przeplatać, dawać wskazówki, a jednocześnie sprowadzać śledczych na manowce.
Autorka tka sieć zależności, wskazówek, sugestii, choć nie każda okazuje się prowadzić w kierunku rozwiązania zagadki i znalezienia winnego.
Oczywiście nie samą zbrodnią stoi ta powieść, więc mamy sporo wydarzeń z życia prywatnego bohaterów. Ale jak dla mnie autora zachowała idealną równowagę pomiędzy wątkami obyczajowymi, a kryminalnymi.
Wszystko się ze sobą dobrze łączy, splata i przenika, aby w spektakularnym finale zaskoczyć totalnie czytelnika.

Jeśli chodzi o styl, to niezmiennie jestem pod wrażeniem. Lekki, bardzo plastyczny, obrazowy. Nie trudno oczami wyobraźni zobaczyć wszystko co opisuje autorka. Cudowne hiszpańskie miasto, jego historia, teraźniejszość i przeszłość tego wyjątkowego miejsca. Vitoria okazuje się być kolejnym bohaterem tej powieści i zachwyca tak jak reszta postaci.

Sama intryga jest wyjątkowo ciekawa, a połączenie ze sobą wydarzeń z XII wieku z tymi z XXI dodaje powieści smaczku. Jest tu wszystko to, co zachwyciło mnie w poprzednich dwóch tomach. Jest tajemnica, są nieuchwytni sprawcy, są wątki z prywatnego życia bohaterów, które chcąc nie chcąc muszą splatać się z wykonywaną przez nich pracą.
Eva García Sáenz de Urturi rzetelnie przyłożyła się do swojej pracy i książka jest dopracowana, dopieszczona, autorka dba o szczegóły i sprawnie zamyka wszystkie wątki.
Z jednej strony cieszę się, że finalny tom już za mną, ale z drugiej żal mi, że to już koniec, że przygoda z tymi bohaterami dobiegła końca i nie mam już na co czekać.
Choć nie, liczę na to, że kolejna książka autorki już się pisze i nie trzeba będzie długo oczekiwać na jej premierę.

Każda z książek tej trylogii trzyma równy poziom, choć po przeczytaniu całości mogę przyznać, że „Władcy czasu” zachwyciła mnie najbardziej.
Może to przez przepięknie rozbudowane tło historyczne, a może bohaterowie z XII wieku tak bardzo mnie oczarowali. A może to wydarzenia, które nakreśliła autorka w XXI wieku tak mnie zaskoczyły i to w jakim kierunku potoczyła się fabuła?
Wg mnie wszystko po trochu sprawiło, że tom trzeci stał się moim ulubionym z całej trylogii.
Eva García Sáenz de Urturi ma niesamowity talent i zdolność do snucia wciągających historii.
Jej bohaterowie są prawdziwi, pełnokrwiści, odnosiłam wrażenie, jakby autorka pisała o ludziach, których zna.
A jeśli chodzi o mordercę, którego szukał Unai? Przyznaję, że do samego końca nie wiedziałam kto nim jest.
Kłaniam się autorce nisko, bo w większości kryminałów, które czytałam już gdzieś w połowie odgadywałam kto jest tym „złym”.

Na koniec chcę wspomnieć o filmie na podstawie „Ciszy białego miasta”, który niedługo będzie miał premierę na Netflixie.
Czekam ogromnie i jestem niesamowicie podekscytowana tym, że przygody Krakena zostały przeniesione na mały ekran.

poniedziałek, 2 grudnia 2019

"Flawia De Luce. Zatrute ciasteczko" Alan Bradley

Flawia ma 11 lat, ojca filatelistę, dwie siostry, z którymi nigdy nie żyje w zgodzie i umysł geniusza.
Kocha chemię, buszuje po swoim laboratorium i wciąż szuka dla siebie chemicznych wyzwań. Aż pewnej nocy w grządce z ogórkami pod domem znajduje trupa.
Takiego prawdziwego, niezaprzeczalnego trupa.
To będzie impuls, aby rozpocząć swoje dochodzenie i odkryć, kto i dlaczego zamordował obcego człowieka w grządkach jej rodziny.

Seria o jedenastoletniej Flawii od dawna pojawiała się w zasięgu mojego wzroku, ale jakoś nigdy wcześniej się nad nią nie pochyliłam.
Jak ja bardzo tego żałuję! O jak bardzo!
Książka okazała się bowiem przednią rozrywką, w której jest i klimat i tajemnica i zagadka i sporo, pokusiłabym się o stwierdzenie, cmentarnego humoru.
Flawia jest błyskotliwa, zabawna, sarkastyczna i genialna. Słowem – cudowna.

Akcja rozgrywa się w Wielkiej Brytanii i wszystko w tej książce jest do bólu angielskie.
Flawia dzieli się z czytelnikami swoimi przemyśleniami, a prócz wątku głównego, czyli morderstwa, pojawia się również delikatnie póki co (podejrzewam, że to się zmieni) wątek śmierci jej matki i relacji rodzinnych.
Wszyscy bohaterowie są ciekawi, a mimo humorystycznego wydźwięku powieści pojawiają się w niej również poważniejsze tony, jak choćby powojenna trauma Doggera (pracownika ojca Flawii).
Sama Flawia jest postacią cudownie skonstruowaną i nie sposób nie pokochać tej rezolutnej i inteligentnej dziewczynki.


Akcja jest wartka, ileż tam się dzieje ciekawych rzeczy, ile elementów trzeba będzie ze sobą połączyć, ile się wraz z Flawią nagłówkować, aby dowiedzieć się kto stoi za morderstwem i jakie miał motywy.
Ale całe to śledztwo, to przednia zabawa, okraszona sarkastycznymi komentarzami Flawii i jej przemyśleniami.
Bywały momenty, że śmiałam się w głos czytając co też w danej chwili myśli dziewczynka.
Autor ma lekki i bardzo przyjemny styl, powieść jest dopracowana i wciągająca.
Dobre pióro, nieszablonowa bohaterka, ciekawe tło dla całej historii, to nie jedyne atuty „Zatrutego ciasteczka”.
Ta książka jest napisana tak dobrze, że bez trudu zachwyci i młodszego i starszego czytelnika. Bohaterowie są ciekawi i wyraziści, a młodego czytelnika autor nie traktuje jak nieogarniętego dzieciaka, tylko jak wartościowego czytelnika, któremu należy się mądra bohaterka i dopracowana fabuła, bez dziur i idiotyzmów.

„Flawia De Luce. Zatrute ciasteczko” to książka cudowna od początku do samego końca.
Napisana z polotem, tchnie świeżością i dopracowaną fabułą.
Akcja wciąga, zagadki się mnożą, a jedenastoletnia bohaterka zachwyca.
Jest to jedno z moich tegorocznych odkryć i już nie mogę się doczekać, aż nabędę kolejny tom przygód Flawii.
Jeśli jeszcze nie czytaliście tej serii, szczerze zachęcam.
Polecam!

środa, 27 listopada 2019

"Dwanaście żywotów Samuela Hawleya" Hannah Tinti

Samuel Hawley jest samotnym ojcem Loo, dorastającej nastolatki.
Wraz z córka wiodą koczownicze życie, od motelu do motelu, zmieniając miejscowości, mieszkanie, ciągle w drodze.
Pewnego dnia hawley postanawia wraz z Loo zamieszkać w mieście Olympus, w stanie Massachusetts, rodzinnej miejscowości nieżyjącej matki dziewczyny.
To tam nastolatka zacznie grzebać w przeszłości i spróbuje dowiedzieć się, jak doszło do tragicznej śmierci matki i co skrywa przeszłość jej ojca.
Przeszłość, która właśnie ponownie postanowiła pojawić się w życiu ojca i córki.

„Dwanaście żywotów Samuela Hawleya” autorstwa Hannah Tinti to zdecydowanie książka nieszablonowa, nieprzewidywalna i intrygująca.
Szczerze mówiąc spodziewałam się czegoś na styl połączenia kryminału i jakie było moje zdziwienie, gdy dostałam coś innego.

Powieść pani Tinti ciężko jednoznacznie zaklasyfikować do jednego gatunku. Bo tu przeplata się ze sobą i kryminał i powieść obyczajowa i dramat. To opisany z subtelnością obraz miłości, krzywdy i bólu, ale i nadziei i lojalności i poświęcenia. To historia o dorastaniu i odnajdywaniu swojej drogi.
Tinti bywa do bólu szczera, nie stroni od brutalności, która jednak w idealnej proporcji dopasowana jest do fabuły.
Autorka niczego nie lukruje, nie zakłamuje rzeczywistości i jest daleka od szablonowego obrazu „twardziela o gołębim sercu”. Główny bohater jest postacią niejednoznaczną, ciekawą, skomplikowaną, do tego wewnętrznie skłócony sam ze sobą. Jego portret jest wyrazisty, poznajemy go powoli, ale dokładnie. Mamy również możliwość dzięki retrospekcjom poznać jego życie i miłość do matki Loo.
Czy Samuel Hawley to bohater, którego da się polubić?
Wydaje mi się, że tak, choć ja do końca nie potrafiłam się zdecydować, czy go lubię czy wręcz przeciwnie.
Bo są w nim obszary za które go ceniłam, ale było też coś, co sprawiało, że miałam chęć trzasnąć go w twarz. Mocno.
Wywołał we mnie wiele sprzecznych emocji, bo z jednej strony go rozumiałam, a z drugiej  w wielu momentach, śledząc jego decyzje i działania, chciałam zapytać „dlaczego to robisz?”.

Bez trudu za to zapałałam sympatią do Loo, córki Samuela. Ta wychowywana w dość nietypowy sposób dziewczynka sprawiała, że nie raz byłam nią oczarowana.
Ta pełna buzujących emocji, niepewności i buntu osoba była dla mnie świetnym obrazem dorastającej nastolatki, które poszukuje swojego miejsca na ziemi i nie potrafi się odnaleźć w społeczności małego miasteczka.
Wszystkie jej działania aby odkryć przeszłość ojca, poznać losy matki i zrozumieć wreszcie kim jest i kim chce być, są nakreślone bardzo dobrze.
Autorka przyłożyła się do wykreowania jej postaci i uważam, że wyszło jej to znakomicie.

Czy można uwolnić się od przeszłości i bez konsekwencji wkroczyć w przyszłość?
Czy zła przeszłość pozwala się od niej odciąć i zacząć normalne życie?
Dwanaście śladów po kulach, które naznaczyły ciało Hawleya pokazują, że czasem zajdzie się zbyt daleko w swoich działaniach i przeszłości prędzej czy później się o człowieka upomni.
Czym więcej wydarzeń z jego przeszłości odkrywałam, tym bardziej byłam zaniepokojona losem Loo i tym, jaką drogę wybierze dziewczyna.
Ostatnie sceny w książce dały mi odpowiedź na to pytanie i choć jeszcze wszystko może się zmienić (tak, czasem myślę o przyszłości bohaterów książkowych, o tym co się z nimi stało dalej), to jednak zakończenie, które dała mi autorka, bardzo mi się spodobało i czułam się usatysfakcjonowana.

„Dwanaście żywotów Samuela Hawleya” to powieść nieszablonowa, wciągająca i ogromnie ciekawa. Napisana dobrym stylem, bardzo obrazowo i plastycznie. Trzymała mnie w napięciu, wzruszała, chwilami nawet potrafiła rozbawić, poruszyła we mnie wiele emocji.
To była wyjątkowo udana lektura i chętnie sięgnę po kolejne książki autorki.
Polecam.

środa, 30 października 2019

"Rytuały wody" Eva García Sáenz de Urturi

W górach zostaje znalezione ciało zamordowanej kobiety w ciąży. Została utopiona w zabytkowym
celtyckim kotle z wodą i powieszona za nogi na drzewie. Morderstwo jest bez wątpienia inspirowane rytuałem potrójnej śmierci.
Gdy na miejsce zdarzenia dociera Kraken, który wciąż dochodzi do siebie po postrzale, okazuje się, że ofiara była w młodości jego dziewczyną.
To zabójstwo sugeruje, że mogą być następne, a jego ofiarą może być sam Kraken.

Zachwyciła mnie  „Cisza białego miasta” dlatego chętnie sięgnęłam po drugi tom trylogii Evy García Sáenz de Urturi.
Byłam ciekawa co w tym tomie będzie głównym wątkiem kryminalnym i jak potoczą się prywatne sprawy Krakena.
Ponownie spotykamy inspektora Ayala, jego przyjaciółkę Estibaliz, ukochaną i zarazem przełożoną Albę oraz wyjątkowo mądrego dziadka.
Prócz nich pojawiają się również niektórzy bohaterowie drugoplanowi, których miałam okazję poznać i kilkoro nowych postaci.
Autorka tworzy swoich bohaterów bardzo wiarygodnie. Nie ma w nich ani grama sztuczności, czy przerysowania. Pozwala im być sobą, nie muszą nikogo udawać, niczego udowadniać.
To złożone charaktery i ciekawe postacie.
Mają swoje słabości, lęki i potknięcia. Jednocześnie nie są na siłę stylizowani na ludzi, którzy koniecznie muszą mieć mroczną przeszłość.


Akcja powieści jest bardzo wartka i dynamiczna. Wątek kryminalny ogromnie ciekawy i wciągający. Autorka potrafiła mnie zmylić, zaskoczyć, a niekiedy wprawić w osłupienie. I choć odkryłam praktycznie na samym początku, kto był odpowiedzialny za morderstwa, to do końca książki nie byłam tego na 100% pewna, bo Eva García Sáenz de Urturi potrafi poplątać wątki tak, aby czytelnik zwątpił w to, co wydawało mu się pewne.
Bardzo fajnym elementem było pokazanie pewnych wydarzeń z przeszłości i wplątanie ich w fabułę, która rozgrywa się obecnie.
Oba przedziały czasowe się ze sobą płynnie przeplatają i w efekcie bardzo sprawnie łączą.
Na uznanie zasługuje również ukazanie kultury baskijskiej, piękne tło historyczne miasta Vitoria i jego okolic.

Ta część mimo, że kładzie dużo większy nacisk na prywatne życie Krakena, w niczym nie ustępuje poprzedniej części. Wątek kryminalny jest tak samo wyraźnie zarysowany i stanowi oś fabuły, to dookoła niego kręcą się wszystkie inne wątki, a i retrospekcje są z nim powiązane bardzo mocno.
Podobało mi się takie połączenie życia prywatnego ze śledztwem. Pokazało to, że nigdy nie możemy być czegoś i kogoś pewni w stu procentach. Że ludzi są nieobliczalni i nieprzewidywalni, a zło może czaić się wszędzie.

Jeśli chodzi o styl pisarki, to jest on specyficzny, plastyczny, obrazowy i w sposób ujmujący opisujący emocje i uczucia.
Autorka posługuje się pięknym językiem i potrafiła mnie nim oczarować.
Akcja chwilami bardzo zwalnia, wtedy śledztwo jakby odsuwa się na drugi plan, do głosu dochodzą prywatne sprawy Krakena. Ale to odebranie ważności wątkowi kryminalnemu jest tylko pozorne, bo w tej książce wszystko się z nim łączy i przeplata.

Jestem usatysfakcjonowana „Rytuałami wody”. Tło historyczne, spora dawka informacji o dawnych kulturach i obyczajach panujących na tych terenach, do tego świetne połączenie wątków kryminalnych z obyczajowymi.
Autorce udało się nie przesadzić w żadną stronę, fabuła jest spójna, a akcja bardzo wciągająca.
Ten tom jest również ciut mroczniejszy, a tematy które porusza potrafią wstrząsnąć i to mocno. Pisarka zadała pytanie o to, na ile to co nas spotyka kształtuje nas jako ludzi i popycha na taką a nie inną drogę życiową. Czy jeśli w dzieciństwie spotkało nas coś złego, traumatycznego, to musimy to powielić w swoim dorosłym życiu, czy mamy szansę wyrwać się z macek złych doświadczeń.
Autorka pyta, a to my sami musimy sobie na to pytanie odpowiedzieć.

Jestem pod wrażeniem tej powieści. Tak jak pierwszy tom, tak i drugi trzyma wysoki poziom  i chętnie sięgnę po finalną część trylogii.
W książkach autorki jest wyjątkowy klimat, który mnie zachwycił od pierwszej strony.
Polecam.







niedziela, 20 października 2019

"Szeptacz" Alex North

„Jeśli drzwi nie zamkniesz w porę, szeptać zacznie ktoś wieczorem…”

Pisarz Tom Kennedy nie potrafi pogodzić się z nagłą śmiercią żony.  Ma również problem z
odnalezieniem wspólnego języka ze swoim siedmioletnim synem. Mężczyzna dochodzi do wniosku, że przeprowadzka do nowego domu pomoże im obu.
Przeprowadzają się do małego miasteczka  Featherbank, które wydaje się im idealne. Nie wiedzą jednak, że dwadzieścia lat wcześniej mężczyzna ochrzczony przez dziennikarzy Szeptaczem zamordował w nim pięciu kilkuletnich chłopców.
Kiedy po tylu latach dochodzi do zaginięcia kolejnego chłopca, koszmar powraca, a sprawa wydaje się niepokojąco podobna do sprawy Szeptacza.

Ciężko mi określić tą książkę gatunkowo, bo choć to niewątpliwie thriller, to mamy tu też kryminał, sensację i nawet odrobinę powieści grozy.
Oj tak, autor potrafił mnie nieźle nastraszyć i nie potrzebował do tego zaskoczenia, brutalności czy latających flaków. Postawił na wyobraźnię czytelnika i liczył, że po podsunięciu delikatnych elementów grozy, ten sam się tak nakręci, że się będzie bał otworzyć okno po zapadnięciu zmroku.
Cóż mogę dodać, w moim przypadku udało mu się to w 100%.
Tu jakieś skrzypienie podłogi, tu dziwny klimat, tu nagła cisza, tu pojawienie się czegoś, co nie miało prawa się pojawić… I nawet się człowiek nie obejrzał, a już sobie zaczął wyobrażać niewiadomoco i dreszcz strachu gotowy.

Klimat w tej książce jest świetny. Dziwny dom, makabryczne zbrodnie z przeszłości i niebezpieczeństwo w teraźniejszości.
Do tego skomplikowane relacje rodzinne, walka z żałobą i tęsknotą i brak wiary w siebie.
Główny bohater, to naprawdę świetnie wykreowana postać, choć jego syn Jake niczym mu nie ustępuje. Ciekawy chłopiec, specyficzny, wyjątkowy. Podobał mi się również śledczy Pete Willis. Każdy z tych bohaterów to wgląd w skomplikowaną psychikę człowieka, ukazanie jak wielki wpływ mają na nas lęki z dzieciństwa i jak potrafią zaciemnić i zmienić pamięć o wydarzeniach z przeszłości.

Książka wzbudziła we mnie wiele emocji. Wciągnęłam się od pierwszych stron i byłam zafascynowana opowiadaną przez autora historią. Jednocześnie wciąż czułam lęk i niepewność, byłam przekonana, że to co ja podejrzewam, nijak nie ma się do tego, co tak naprawdę przygotował dla czytelnika Alex North.
Książka zaskoczyła mnie wiele razy, byłam zmylana, sprowadzana na manowce i straszona.
Mimo, że z lękiem zerkałam w stronę okna (mieszkam na parterze) i szczelnie zasłaniałam zasłony, to i tak miałam wrażenie, że ktoś się czai na zewnątrz. Moja wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach i dała mi nieźle w kość.
Autorowi należą się ogromne brawa, że potrafił wywołać we mnie takie reakcje.

Powieść napisana jest dobrze. Spójna fabuła, ciekawi bohaterowie i makabryczne zbrodnie. Ciekawy portret psychologiczny postaci jest dodatkowym plusem. Dobry styl i lekkie pióro, a do tego bardzo plastyczny język. Wszystko to sprawiało, że książkę nie tylko czytałam, ale i widziałam oczyma wyobraźni każdy detal, wszystko co się na jej kartach rozgrywało.
Do tego gęsta i mroczna atmosfera i niesamowity klimat. Na wszystko nakłada się pewna doza niepewności, bo mimo, że czytelnik dowiaduje się w końcu kto i dlaczego, to jednak są pewne elementy, które wzbudziły niepewność i pytanie „ej, chwila moment, ale z tym to o co chodzi?”.
„Szeptacz” to kawał dobrego thrillera i jestem pod jego wrażeniem. Mimo, że najadłam się strachu, to chętnie sięgnę po kolejne książki autora, jeśli będą utrzymane w tym klimacie.
Ogromnie polecam.

wtorek, 8 października 2019

"Kasztanowy ludzik" Soren Sveistrup

„Kasztanowy ludzik” to pierwsza powieść scenarzysty popularnego serialu The Killing.
Byłam ciekawa tej książki, opis sugerował wciągającą lekturę, której długo nie zapomnę.
Czy faktycznie tak było?

Sam początek powieści pokazuje czytelnikowi straszną zbrodnię z 1989 roku. Zaraz po jej opisie mamy skok do czasów teraźniejszych i dwa przeplatające się ze sobą wątki. Makabrycznych morderstw młodych kobiet i zaginięcia córki pani minister, której ciała od roku nie udało się odnaleźć.
Mimo, że początkowo nic nie łączy tych dwóch tragedii, śledczy, którzy zaczynają się zajmować morderstwami kobiet, spostrzegają pewne powiązania, które nie dają im spokoju.
Tak zaczyna się wyścig z czasem i gra z mordercą.

Akcja powieści od początku jest dość dynamiczna, choć przerywają ją dłuższe dygresje i opisy. Dwójka głównych bohaterów to młoda śledcza Thulin  i odesłany z Hagi  śledczy Hess, który czekając na decyzję swoich szefów odnośnie swojej przyszłości w Europolu pomaga jej  w śledztwie.
Mimo, że oboje są dość ciekawie nakreślonymi bohaterami, nie za wiele dowiadujemy się o ich życiu prywatnym i przeszłości. Są to szczątkowe informacje, które może i rzucają ciut światła na ich osobowość i charakter, ale autor tutaj nie zaszalał i nie dał ich poznać czytelnikowi zbyt dobrze.
Bynajmniej nie przeszkadzało mi to w lekturze. Książka okazała się dzięki temu trochę odmienna od typowego schematu, gdy pisarz zdradza czytelnikowi wszystkie tajemnice swoich bohaterów, zazwyczaj będące jakimiś demonami przeszłości.
Może Soren Sveistrup powinien zdradzić ciut więcej, na pewno wyszłoby to książce na dobre, ale taki sposób ukazania swoich bohaterów też jest ok.

Język jakim posługuje się autor jest dobrze dobrany do tematyki powieści, barwny, obfitujący w krwawe szczegóły i wystarczająco obrazowy, abym mogła sobie wszystko to co opisuje wyobrazić z detalami.
Przyjemny styl sprawia, że powieść dobrze się czyta, bez problemu można się wciągnąć w fabułę i dać porwać prowadzonemu śledztwu. Mimo, że autor sprawnie mną manipulował, to tak gdzieś za połową książki odgadłam kto jest mordercą, a jego motywacje były dla mnie oczywiste już od samego początku.
Oczywiście do samego końca pozostała we mnie nutka niepewności, bo autor potrafił mnie zmylić i zaskoczyć, ale koniec końców, okazało się, że jednak miałam rację.
Nie popsuło mi to jednak przyjemności z lektury. Książka mnie wciągnęła i byłam bardzo zaintrygowana rozwojem akcji i tym jak ją poprowadzi autor.

Zakończenie powieści przypadło mi do gustu. Motywacje mordercy były dla mnie przekonywujące. Wszystkie wątki się ze sobą sprawnie połączyły i dały ciekawe rozwiązanie tajemnic z przeszłości. Sam morderca okazał się „godnym” przeciwnikiem dla śledczych i rozgrywka jaką z nimi prowadził była naprawdę emocjonująca.
Wszystko to sprawiło, że „Kasztanowy ludzik” okazał się powieścią, która naprawdę przypadła mi do gustu.
Do tego autor dobrze pokazał tło społeczno-polityczne i wady systemu pomocy społecznej i opieki nad dziećmi, który z założenia miał je chronić, ale czasami zdecydowanie szkodził, zamiast pomagać.

Czy zatem „Kasztanowy ludzik” to powieść idealna?
Otóż dla mnie nie. Jedyną wadą jaka pojawia się w powieści, jest wg  mnie jej przegadanie. Są takie momenty, gdy autor zaczyna się rozgadywać, przez co wystopowuje akcję i wybija z rytmu. Początkowo mocno mi to przeszkadzało, gdy chciałam się wciągnąć w fabułę i poczuć jej klimat. Później ten dyskomfort minął i w sumie nie wiem, czy autor przestał się tak rozwodzić, czy coraz gęstszy klimat tak mnie wciągnął, że przestałam na to zwracać uwagę.
Mimo to, powieść oceniam zdecydowanie pozytywie i jestem zadowolona z lektury.
„Kasztanowy ludzik” okazał się bardzo wciągającym kryminałem i szczerze mogę go polecić.

sobota, 31 sierpnia 2019

"Zbrodnia po irlandzku" Aleksandra Rumin

Objazdowa wycieczka po Irlandii, ośmioro obcych sobie ludzi, ledwo zipiący bus i pilot alkoholik.
Co może pójść źle na takiej dziesięciodniowej wycieczce z polskimi turystami na pokładzie?
„Zbrodnia po irlandzku” Aleksandry Rumin pokazuje, że wszystko.

Jakiś czas temu czytałam pierwszą powieść autorki „Zbrodnia i Karaś”, w której nie zostawiła suchej nitki na środowisku akademickim.
Śmiałam się przez większą część lektury, wciągnęłam i za nic nie mogłam odgadnąć, kto zamordował Karasia.
Dlatego byłam ogromnie ciekawa, co też autorka zaprezentuje w swojej nowej powieści.

„Zbrodnia po irlandzku” to ukazane w krzywym zwierciadle wycieczki objazdowe, ogromna kpina z polskich (i nie tylko ) turystów i naszych rodaków mentalności.
Autorka lekkim, ale przyjemnym stylem pokazuje mocno wyjaskrawione zachowania turystów w obcych krajach, podczas wojaży i wycieczek.
Drwi nie tylko z biednych turystów, ale i hoteli, punktów gastronomicznych, biur podróży, wytyka ściemy, które są serwowane rozentuzjazmowanym podróżnikom.
Robi to bez litości, nikogo nie oszczędza, ale jednocześnie jest to tak zabawne, z przymrużeniem oka, że nie można się na nią gniewać.

Głównych bohaterów jest dziesięcioro, ośmioro turystów, pilot Tomasz oraz kierowca busa Alan.
Każde z nich to totalnie inny charakter, a Hrabina Raszpla – co tu dużo mówić, jest najbarwniejsza z nich.
Są fajni nakreśleni, niektórzy ciut przerysowani, choć jak się okazało, był to celowy zabieg.
Prócz obrazu rodaka na wycieczce, jak na komedie kryminalną przystało, mamy zbrodnię, kilka trupów i zagwozdkę „kto jest tym złym”.
Przyznaję, że za nic nie mogłam się domyśleć, kto był tym kilerem, który siał postrach wśród uczestników wycieczki.
Choćbym nie wiem jak typowała, nijak mi się nie składało.
I na końcu się okazało, że autorka miała pomysł tak przewrotny, tak fajny, że mogłam się głowić nie wiem ile, a i tak bym nie odgadła.

Akcja jest wartka, wciągająca, fabuła ciekawa, zabawna, wywołująca wiele wybuchów śmiechu.
Polubiłam większość bohaterów, choć nie ukrywam, że o mordercze instynkty podejrzewałam praktycznie każdego.
Bawiłam się świetnie podczas czytania, to był prawdziwy relaks i fajne spędzenie czasu.
Byłam mocno zaciekawiona i zaintrygowana przez autorkę, a na koniec dałam się jej tak zaskoczyć, że musiałam jeszcze raz wrócić do początku przeczytanych przed chwilą stron, bo nie mogłam uwierzyć w taki zwrot akcji.
Oj należą się pani Rumin ukłony za to jak bardzo mnie zaskoczyła, a w pewnej chwili nawet wzruszyła.

„Zbrodnia po irlandzku” to bardzo dobra rozrywka, lekka, zabawna, a mimo wszystko potrafiła mnie zaskoczyć, wpędzić w zadumę i chwilkę refleksji.
Jestem zadowolona z lektury i muszę przyznać, że pani Rumin idzie w dobrym kierunku, widać, że się rozwija, szlifuje swój warsztat, a jeśli trend się utrzyma, to jej kolejne książki będą jeszcze lepsze.
Chętnie sięgnę po kolejne powieści autorki, mam nadzieję, że nie każde mi długo czekać.

środa, 7 sierpnia 2019

"Diabeł wcielony" Donald Ray Pollock

„Diabeł wcielony”.
Książka, po którą sięgnęłam, bo… właśnie. W sumie sama nie wiem dlaczego i co mnie skusiło, żeby
ją przeczytać.
Opis oczywiście brzmiał zachęcająco, sugerował krwawy thriller osadzony w małym miasteczku w latach powojennych.
W sumie nie spodziewałam się niczego odkrywczego, ot brutalna historia, która raz czy dwa zaskoczy i zapewni trochę rozrywki.
Jak nie trudno się domyśleć – nic bardziej mylnego.
Ta powieść dosłownie wbiła mnie w fotel i chwyciła w swoje brutalne szpony, nie wypuszczając aż do ostatniego słowa.

Akcja powieści rozgrywa się na prowincji Ohio i Zachodniej Wirginii. Mamy kilkoro głównych bohaterów, Willard Russell i jego syn Arvin, małżeństwo Sandy i Carl Henderson, szeryf i kaznodzieja i jego pomocnik.
Narracja w powieści jest trzecioosobowa, czyli taka jaką lubię najbardziej, a autor  naprzemiennie w kolejnych rozdziałach opowiada historie poszczególnych bohaterów. Mimo częstych przeskoków, nie miałam problemu z nadążeniem za fabułą, wątki mi się nie mieszały, a bohaterowie nie zlewali w jedno.
Tego ostatniego zresztą nie ma szans doświadczyć, bo to plejada wyrazistych i pełnokrwistych postaci.

Książka przesiąknięta jest mrokiem, który wylewa się z bohaterów, który zalega im w duszach i sercach.
Ich czyny są makabryczne, haniebne, brutalne i chwilami niewyobrażalne.
Ich postrzeganie świata i rzeczywistości jest spaczone.
Zbrodnie są w tej powieści popełniane ot tak, bo można, bo nikt sprawców nie złapał, bo są przekonani, że unikną kary.
Moralność w świecie ukazanym przez autora jest wypaczona, niektórzy jego bohaterzy nie mają jej wcale, inni uważają, że ich działania są w gruncie rzeczy w porządku, jeszcze inny bohater zdaje sobie sprawę z tego, że to co robi jest złe, a mimo to uważa, że tak trzeba, aby zatrzymać inne zło.
Czy to dobra droga, czy może zło rodzi tylko zło? Czy dobry człowiek robiący złe rzeczy w dobrej intencji to nadal dobry człowiek?
Nie da się na te pytania odpowiedzieć jednoznacznie w tej powieści i przyznaję, że nie potrafiłam zdecydowanie ocenić niektórych bohaterów.
Bo tak naprawdę nikt, nawet ci, którzy wydawali się pozytywni, mieli nadwerężone sumienie.

Autor bardzo obrazowo pokazuje drogę większości bohaterów do miejsca, w którym się właśnie znaleźli. To przygnębiający, ciężki i „brudny” obraz życia i wydarzeń, które ich ukształtowały.
Zresztą cała powieść jest w bardzo ciężkim klimacie, i uważam, że nie jest to powieść dla każdego, kto lubi kryminały czy nawet thrillery. Bo tu nie o same zbrodnie chodzi, a raczej o ludzi je popełniający, o ich motywacje i o to co ich do tych strasznych czynów popycha.
Jednak gdzieś przez ten brutalny i krwawy obraz zbrodni i deprawacji, przebija się odrobina nostalgii i tęsknoty za innym życiem, innym światem poza małomiasteczkowym marazmem i powolnym staczaniem się.
Jest to impuls, przebłysk, a jednak się pojawia i wywołuje w człowieku odrobinę współczucia dla niektórych bohaterów.

Autor bardzo sprawnie łączy ze sobą wszystkie wątki i splata losy bohaterów. Zostawia czytelnikowi pewne znaki, które naprowadzają go na możliwe zakończenie i mimo,  że zostałam pewnymi rozwiązaniami zaskoczona, a niektóre przewidziałam, to czuję się nim niezwykle usatysfakcjonowana.
Potwierdziło ono również moje przemyślenia, że zło napędza jeszcze większe zło, i że czasem jeden dobry gest może zmienić losy wielu ludzi.
Bardzo polecam tą książkę. To nie jest łatwa lektura, ale mimo ciężkiego klimatu, uważam, że zdecydowanie warto ją przeczytać.
Jestem pod wrażeniem „Diabła wcielonego” i po kolejne powieści autora sięgam już w ciemno.



niedziela, 9 czerwca 2019

"Przebudzenie zmarłego czasu" Powrót. Stefan Darda


"Szczęśliwi umarli, którzy odeszli. Niech bóg zmiłuje się nad tymi, którzy odejść nie mogą"

Kuba wychodzi z więzienia, w którym spędził, niesłusznie skazany, trzy lata. Spod więzienia ma go
odebrać wujek Olgierd Lang, mieszkający w  Przemyślu.
Ale Olgierd się nie zjawa, a niedługo potem Kuba dostaje informację, że popełnił on samobójstwo.
Mężczyźnie ciężko uwierzyć w to co się stało, więc jedzie do Przemyśla, gdzie nie tylko zajmuje się organizacją pogrzebu wujka, ale zostają wciągnięty w wir wydarzeń związanych z wyjątkowo tajemniczym przedmiotem – gemmą przemyską (dla zainteresowanych link do wiki: Gemma przemyska).
List pożegnalny Olgierda zasiewa w Kubie trochę niepewności, a kolejne wydarzenia sugerują, że jest w tej tragicznej śmierci więcej niejasności, niż mogło mu się wydawać.

Przyznaję, że „Przebudzenie zmarłego czasu” to moje pierwsze spotkanie z autorem. Od dawna czytałam wiele pozytywnych wypowiedzi na temat jego twórczości i tak się złożyło, że w końcu trafiłam na jego książkę.
Akcja powieści wciągnęła mnie od razu. Mimo, że jest niespieszna i rozwija się powoli, to jednak autor sprawnie kluczył wokół wątku samobójstwa Olgierda i jego powiązania z gemmą, co powodowało, że szybko zaczęłam szukać w powieści powiazań pomiędzy wydarzeniami  z pozoru z nią niezwiązanymi.
Dałam się wciągnąć w opowiadaną przez autora opowieść, zaciekawić, zaintrygować i sprawić, że chwilami czułam lekki powiew grozy.
Podobał mi się styl i sposób prowadzenia narracji. Powieść napisana jest lekko, a autor bardzo plastycznie opisuje obraz przemyśla i jego historię.
Było kilka momentów, gdy autor mocno rozpisał się na temat wydarzeń, które wydają się mało ważne dla opowiadanej historii, ale mimo to nie nudziłam się podczas czytania ani przez chwilę.

Jeśli chodzi o bohaterów, to zabrakło mi możliwości lepszego ich poznania. Autor skupia się na głównym bohaterze i rozpoczęciu kilku wątków, które mogą mieć spore znaczenie dla fabuły. Mimo wszystko, patrząc na to, że „Przebudzenie zmarłego czasu” to dopiero pierwsza część tej historii, nie jest to dla mnie wadą, bo podejrzewam, że będziemy ich lepiej poznawać wraz z kolejnymi tomami. A jest kogo, bo prócz Kuby Domaradzkiego, pojawia się jeszcze jego licealna miłość Justyna, pan Ludwik, który pracował z Olgierdem, interesujący January, tajemnicza pani Róża. Czuję, że każde z nich odegra ważną rolę w tej historii, a zapewne jeszcze autor mnie czymś zaskoczy, tak jak to miało miejsce podczas zakończenia tego tomu.

Sama tajemnica jest dopiero na początku swojej drogi. Autor niewiele zdradza czytelnikowi, a że powieść jest objętościowo dość skromna (ma zaledwie317 stron), to dla mnie jest to wprowadzenie do tej opowieści i spodziewam się, że kolejny tom wrzuci mnie już w sam środek wydarzeń.
Jeśli chodzi natomiast o klimat, to do mnie on przemówił wyjątkowo mocno.
Bo wiecie, niby nic się nie dzieje,  niby wszystko jest w normie, ale już czuć, że coś się zbiera dookoła Kuby, że coś nadciąga i nie będzie to nic przyjemnego.
Mam swoje podejrzenia jak rozwinie się ta historia, ale patrząc na „Przebudzenie zmarłego czasu” jest spora szansa, że autor znów mnie zmyli.
W powieści mamy mieszankę kryminału, horroru i powieści obyczajowej. Ja odnosiłam wrażenie, że najmniej jest w tym tomie horroru, choć zakończenie sugeruje, że tak „lekko” w kolejnym  już nie będzie i nie jeden raz poczuję dreszcz lęku i chęć obejrzenia się przez ramię.

Czy „Przebudzenie zmarłego czasu” podobała mi się?
Tak.
I to nawet bardziej niż się spodziewałam. Unikam powieści (poza fantastyką) pisanych przez naszych rodzimych autorów, a pan Darda swoją powieścią udowodnił mi, że postępuję niesłusznie.
Tak więc liczę, że kolejny tom przygód Jakuba Domaradzkiego  ukaże się niedługo, bo jestem ogromnie ciekawa jak rozwinie się ta opowieść i czy choć część moich podejrzeń okaże się trafiona.

sobota, 18 maja 2019

"Ty" Caroline Kepnes

Joe pracuje w księgarni. Nie ukończył studiów i chyba trochę mu to doskwiera. Ludzi ocenia po tym,
jakie książki kupują, bywa ironiczny, a w myślach nie przebiera w słowach.
Pewnego dnia do księgarni wchodzi Beck – dziewczyna, która jest zwieńczeniem jego marzeń i z którą postanawia się związać.
Odnajduje ją w mediach społecznościowych, gdzie Beck pisze dużo i na każdy temat. Właśnie z twittera dowiaduje się, że danego wieczoru dziewczyna będzie w knajpie, do której Joe postanawia się wybrać.
Krok po kroku Joe zmienia się w mężczyznę, który  ma szansę zawrócić w głowie Beck, zdobywa o niej całą masę informacji, wkrada się w jej życie i osacza ją.
Czy kobieta zauważy na czas niebezpieczeństwo?

Przyznaję, że opis książki mocno mnie zaintrygował. Nie oglądałam serialu na Netflixie nakręconego na podstawie książki, wiec nie wiedziałam czego się spodziewać.
A gdy już zaczęłam czytać, dałam się wciągnąć do świata zaburzonego stalkera, który nie zawaha się przed niczym, aby osiągnąć swój cel.

Narracja w powieści jest dość specyficzna, bo jest to rozmowa Joego z Beck, którą nieustannie prowadzi w myślach. Oczywiście powieść to nie jeden wielki monolog głównego bohatera, są w niej normalne dialogi i akcja. Mimo to zabieg, w którym czytelnik niejako znajduje się w głowie głównego bohatera ( i to jakiego!) uważam za bardzo udany i pozwalający śledzić rozwój wydarzeń z niejakim wyprzedzeniem, bo Joe lubi planować swoje działania i je analizować.
Mimo, że jest szansa, że czytelnik będzie mógł przewidzieć w jakim kierunku rozwinie się fabuła, to jednak z pewną niepewnością śledziłam poczynania bohatera i czułam niepokój za każdym razem gdy w powieści dokonywał się kolejny zwrot akcji. A tych, muszę przyznać, było dość sporo, niektóre bardzo zaskakujące.

Gdy przyzwyczaiłam się do tej specyficznej narracji, szybko dałam się wciągnąć w opowiadaną przez autorkę historię, poznałam mroczne zakamarki umysłu bohatera i z zapartym tchem czekałam na finał tej historii.
I tutaj muszę przyznać, że to jak się ta książka skończy, przewidziałam gdzieś w połowie.
No po prostu wiedziałam, że tak się stanie, wg mnie nie mogło być inaczej. Właśnie takie zakończenie idealnie pasowało mi do tej opowieści i tych wydarzeń.

Autorka pisze lekko, styl ma przyjemny, a akcja jest bardzo wartka. Książkę naprawdę bardzo dobrze mi się czytało i sama nie wiem kiedy dotarłam do finału.
Atmosfera ciągłego śledzenie, manipulacji, chorej fascynacji, aż wreszcie szalonej obsesji jest fajnie nakreślona.
„Ty” to debiut Caroline Kepnes, co wprawiło mnie w niejakie zdumienie, bo to dobrze napisana książka z ciekawą fabułą i intrygującym, mrocznym klimatem.

Niewątpliwie to Joe jest głównym bohaterem i osią fabuły, ale gdy człowiek myśli, że Beck to niewinna ofiara jego obsesji, okazuje się, że nie wszystko jest tym na co na pierwszy rzut oka wygląda.
Sposób w jaki autorka nakreśliła swoich bohaterów również zasługuje na pochwałę.
Joego poznajemy bardzo dobrze, w końcu siedzimy w jego głowie, ale krok po kroku z kolejnych rozdziałów wyłania się obraz Beck, a to co z niego się ukazuje, może zaskoczyć.

Lekturę „Ty” uważam za udaną. To wciągająca historia, osaczająca czytelnika, tak jak Joe osacza Beck.
Jest klimatycznie, intrygująco i nawet szybkie przewidzenie finału nie zadziałało negatywnie na mój odbiór powieści, bo to co działo się podczas drogi do tego finału potrafiło nie jeden raz mnie zaskoczyć.
Ciekawa jestem serialu Netflixa, ale pewnie minie wiele czasu zanim się do niego zabiorę. Póki co książka mi całkowicie wystarczy.
Po przeczytaniu książki naszła mnie również taka refleksja, a co gdyby taki psychopata znalazł mój telefon? Ile dowiedziałby się o mnie?
Trochę przerażające.



sobota, 30 marca 2019

"Inkub" Artur Urbanowicz. PRZEDPREMIEROWO

Rok 2016, mała wioska na Suwalszczyźnie. Zostają tam znalezione zwłoki starszego małżeństwa,
które dosłownie rozpadły się na popiół.  Do śledztwa dołącza dwóch policjantów, Vytautas – pół Litwin oraz jego przyjaciel, również policjant - Mateusz.
Wioska w której doszło do tego zdarzenia jest owiana złą sławą. W latach siedemdziesiątych doszło tam do serii nieszczęść, samobójstwo, morderstw, dziwnych chorób.
Mieszkała tam wtedy starsza kobieta, którą podejrzewano o paranie się czarną magią.  Tajemnicą wioski interesuje się młody dzielnicowy, który niespodziewanie popełnia samobójstwo, co determinuje Vitka i Mateusza do odkrycia tajemnicy Jodozior.

Akcja powieści od samego początku biegnie dwutorowo, w latach 1971-1972 oraz w 2016. Autor przedstawia niejako dwie historie, których wspólnym mianownikiem jest czarownica zamieszkująca Jodoziory.
Bardzo dobrze kreśli obraz polskiej wsi z kilkunastoma domami początków lat siedemdziesiątych, mentalności jej mieszkańców, wciąż żywej wiary w zabobony, magię i złe moce.
Klimatu tej historii dodaje fakt, że w tamtych latach we wiosce nie było jeszcze elektryczności.

Historia rozgrywająca się w  2016 roku, podczas śledztwa w Jodoziorach i wybuchu niewytłumaczalnych wydarzeń, również przepełniona jest niesamowitym klimatem. Gdy cały świat pędzi do przodu, pełen techniki i wszystkich osiągnięć  nauki, mała, zagubiona pośród lasów wioska nadal wydaje się być jakby żywcem przeniesiona z poprzedniej epoki.
Do tego natężenie niepokojących wydarzeń szczodrze okraszonych mistycyzmem i doprawionych grozą sprawia, że podczas czytania bywały takie momenty, że miałam ciarki na plechach i byłam przekonana, że coś mnie obserwuje.

Autor pisze w bardzo dobrym stylu, plastycznie, obrazowo, w sposób niesamowicie przemawiający do wyobraźni czytelnika.
Oczami wyobraźni widziałam dokładnie wszystko to, co działo się na kartach powieści, nie miałam problemu aby wczuć się w jej klimat i dać jej totalnie pochłonąć.
Akcja początkowo nie pędzie na złamanie karku, ale i siłą rzeczy nie mogło tak być, bo w tej powieści są przedstawione dwie historie połączone kilkoma postaciami i tajemniczymi wydarzeniami. Dopiero z czasem, gdy czytelnik dowiaduje się coraz więcej, akcja nabiera rozpędu, aby finalnie gnać do przodu w niesamowitym tempie.
Lekkie pióro pisarza sprawia, że czytanie Inkuba to była czysta przyjemność, a klimat grozy, który wylewa się praktycznie z każdej strony sprawił, że powieść zrobiła na mnie niesamowite wrażenie.

„Inkub” to nie jest typowy horror, gdzie każda strona nasycona jest brutalnością i makabrą. Tutaj mamy do czynienie z mistycyzmem, narastającą grozą, potęgującym się lękiem i strachem, jaki ogarnia człowieka, gdy wydaje mu się, że właśnie ma styczność z czymś, czego nie jest w stanie racjonalnie wytłumaczyć.
Do tego autor wiele razy „puszcza oczko” do czytelnika, zostawiając mu do odkrycia szczegóły, które sprytnie przemycił w fabule, a które mogą go naprowadzić na rozwiązanie zagadki czarownicy z Jodozior.

Na uznanie zasługuje kreacja bohaterów. Autor pokazuje ich brutalnie obnażonych, z ich słabościami, wadami, ukrytymi pragnieniami. Są to postacie z krwi i kości, pełnokrwiste, prawdziwe.
Nie wiem w jakim stopniu jest to zasługa talentu autora, a w jakim fakt, że „Inkub” inspirowany jest wydarzeniami, które kiedyś podobno (sam autor na końcu pisze o plotkach, a nie faktach) miały miejsce w pewnej małej wiosce pod Suwałkami.
Ale największe ukłony dla pana Artura Urbanowicza należą się ode mnie za niesamowity klimat grozy, którym przepełniona jest ta powieść i zakończenie, które jest niejako otwarte, dzięki czemu miałam wolną rękę w jego interpretacji.
Choć pewne fakty są niezaprzeczalne, to jednak moja wyobraźnia (dzięki pozostawionym przez autorka różnym wskazówkom i rzuconym „od niechcenia” stwierdzeniom) dostała szerokie pole do popisu, z czego skwapliwie skorzystała.
„Inkub” to wg mnie książka bardzo dobra. Wciągająca, dopracowana, niejednoznaczna, przepełniona grozą, budząca w czytelniku lęk.
Napisana bardzo dobrym stylem z niezwykle obrazowymi opisami i przepełniona niesamowitym klimatem.
Połączenie kryminału i horroru udało się autorowi bardzo dobrze i nawet ja, osoba, które nie przepada za akcją rozgrywającą się w Polsce, jestem oczarowana (czyżby dosłownie?) tą powieścią i bardzo zachęcona do sięgnięcia po inne książki autora.
„Inkub” nie pozwala o sobie szybko zapomnieć, skłania do refleksji, zmusza do krytycznego spojrzenia na samego siebie i odpowiedzenia sobie na pytanie „a czy ja oparłabym się pokusie?”.


Za możliwość przedpremierowego przeczytania powieści dziękuję Wydawnictwu Vesper.

środa, 20 marca 2019

"Czarcie słowa" Grzegorz Wielgus

Sześć lat po wydarzeniach opisanych w „Pękniętej koronie” Grzegorz Wielgus zaprasza czytelnika
do ponownego spotkania z bratem Gotfrydem, Jaksą oraz Lambertem.
Tym razem przebojowe trio pojawi się na turnieju rycerskim u naszych sąsiadów, a tam zamiast zaznawać rozrywki będą musieli rozwikłać nie tylko tajemnicę  Titivillusa – demon słów, ale również dowiedzieć się kto zorganizował spisek i dokonuje morderstw na zamku Rappottenstein.

Akcja powieści jest bardzo dynamiczna i od samego początku bardzo wiele się dzieje, a tropy i strzępy informacji, które podsuwa czytelnikowi autor nie naprowadzają go zbyt szybko na rozwiązanie obu tajemnic.
Poprzednia powieść autora była objętościowo bardzo skromna i to dawało się odczuć. Brakowało mi wtedy rozwinięcia niektórych wątków, lepszego nakreślenia bohaterów.
„Czarcie słowa” są o około 100 stron „grubsze” i przyznaję, że od razu czuć różnicę w porównaniu do poprzedniej powieści. Różnicę na plus.

Autor dobrze ukazuje nam trójkę głównych bohaterów, zwłaszcza brata Gotfryda mamy szansę poznać trochę lepiej. Mimo to, nadal pozostaje on dość tajemniczą postacią, skrzętnie ukrywającą swoją przeszłość. Jest powściągliwy, skryty, nie trwoni słów na próżno, ale nawet on ma poczucie humoru i przepełnia go troska o dwójkę przyjaciół.
Do tego jest bystry, inteligentny i spostrzegawczy.
Więcej dowiadujemy się również o Jaksie i Lambercie, o ich przeszłości, pragnieniach i troskach.
Uważam, że większa objętość książki dała autorowi możliwość poświęcenia swoim bohaterom więcej czasu, co wyszło im bardzo na plus.

Autor pisze lekko, przyjemnym stylem. Dobrze oddaje realia średniowiecznej Europy i panujących w niej zależności geopolitycznych. Nie przesadza jednak ze szczegółami, dlatego książka absolutnie nie nuży.
Opisy otaczającej bohaterów rzeczywistości są plastyczne i obrazowe, sprawiają, że oczami wyobraźni dokładnie widzi się, to co autor odmalowuje na kartach powieści.
Fabuła jest bardzo ciekawa i wciągająca. Ciężko się zorientować kto jest spiskowcem, a kto  budzącym grozę Titivillusem.
Autor sprytnie manipuluje czytelnikiem, więc tak naprawdę do końca nie wiedziałam, kto tu jest tym złym.
Fajnie ukazane są również relacje pomiędzy głównymi bohaterami, ich wzajemna, męska przyjaźń i troska jaką się otaczali.

Wątek Titivillusa podobał mi się bardzo, zapewne dlatego, że autor sprawnie połączył w nim dawne wierzenia ludowe z nową wiarą. Mimo wielu lat chrześcijaństwa na tych ziemiach, w ludziach nadal żywa była wiara w pogańskie demony czy bóstwa.
Byłam ciekawa jak autor rozwikła tą tajemnicę i gdy już się przekonałam, nie byłam rozczarowana.
Wątek spisku na zamku również przypadł mi do gustu został bardzo dobrze skonstruowany i poprowadzony.
Widać, że autor nabrał doświadczenia i potrafił z niego skorzystać.

„Czarcie słowa” to naprawdę kawał dobrej powieści historyczno-kryminalnej, szczodrze okraszonej poczuciem humoru i doprawionej odrobiną grozy.
Spędziłam z tą książką kilka udanych wieczorów i jestem ogromnie ciekawa kolejnej powieści z bratem Gotfrydem, Jaksą i Lambertem.
Polecam.


środa, 13 marca 2019

"Zbrodnia i Karaś" Aleksandra Rumin

Dziesięć osób, każda z motywem i trup w uniwersyteckiej łazience…
Kto zabił, skoro powód miał każdy? Jak dojść prawdy? I jakim człowiekiem tak naprawdę był zamordowany profesor Karaś?

Powieść (debiutancka zresztą) Aleksandry Rumin rozpoczyna się z przytupem od zbrodni i grona podejrzanych, czyli kryminał jak się patrzy. Ale to nie tylko zagadka zbrodni i poszukiwania winnego, to również niesamowita mieszanka humoru, wnikliwej obserwacji otaczającej nas rzeczywistości, szpila wbita nie tylko w środowisko uniwersyteckie, ale również w celebrytów, polityków i nasze narodowe przywary.

Akcja powieści jest podzielona na dwa przedziały czasowe – czas zbrodni oraz 12 lat później. Od pierwszej do ostatniej strony jest bardzo dynamiczna, wiele się dzieje, nie sposób się domyślić kto zabił, ani w którym kierunku rozwinie się fabuła.
Do tego nie sposób nie śmiać się w głos, bo humor wręcz wylewa się z każdej strony.
Autorka ma lekkie pióro i bardzo przyjemny styl pisania. Jej powieść czytało mi się bardzo przyjemnie i szybko, co akurat nie dziwi, bo byłam ogromnie ciekawa, jak ta cała kałabała się rozwikła i kto ukatrupił Karasia.

Na pochwałę zasługuje również kreacja bohaterów. Dziesięć osób, każda z nich całkiem dobrze nakreślona, ukazana z pełnym wachlarzem zalet, wad i przywar. Każda z nich ma coś za uszami, każda z nich ma w swojej przeszłości coś, czego się wstydzi, obawia. A jednak nie sposób nie polubić każdego z tych bohaterów, a jeśli nie polubić, to mimo wszystko nie życzyć źle.
Uważam, że bohaterowie i humor, to największe atuty tej powieści, choć nie jedyne.
Autorka kpi sobie z otaczającej nas rzeczywistości, jak pisałam wyżej, wbija szpile w wiele różnych środowisk, ale robi to w tak zabawny i uroczy sposób, że nie można się na nią za to gniewać.
Serwuje czytelnikowi wiele zabawnych sytuacji, wiele wydarzeń niekiedy totalnie absurdalnych, a jednak bardzo pasujących do fabuły.
Jej powieść to super rozrywka, w dodatku sprawnie napisana i z ciekawą fabułą, więc ani przez chwilę nie można się nudzić podczas czytania.

Jeśli chodzi o „winnego”, to w sumie do samego końca nie wiedziałam, kto zamordował Karasia i uważam, że dzięki temu bawiłam się jeszcze lepiej. Byłam ciekawa, zaintrygowana, totalnie dałam się wciągnąć w tą zabawną historię.
„Zbrodnia i Karaś” to świetne połączenie kryminału, komedii, obyczajówki z delikatną nutą romansu (w sumie to nawet niejednego).
Wszystko to jest tak sprawnie ze sobą wymiksowane i okraszone humorem, że czyta się tą książkę wyśmienicie i w sumie żałuje, gdy nadchodzą ostatnie strony, bo chciałoby się zdecydowanie więcej.

Jestem pod wrażeniem tego debiutu i talentu pani Rumin i zdecydowanie sięgnę po kolejne jej powieści. A że „Zbrodnia i Karaś” to debiut, to jestem pewna, że każda kolejna książka autorki, może być tylko lepsza.
Zdecydowanie polecam.

poniedziałek, 4 lutego 2019

"Cisza białego miasta" Eva García Sáenz de Urturi

Hiszpania, miasto Vitoria. Na dniach ma wyjść na pierwszą przepustkę seryjny morderca, który
spędził w więzieniu 20 lat.
Tamte zbrodnie wstrząsnęły nie tylko lokalna społecznością, ale całym krajem.
I właśnie w czasie gdy oczy wszystkich zwrócone są na skazańca, w mieście zaczynają ginąć ludzie. W taki sam sposób jak 20 lat wcześniej.
Kto zabija? Czy to naśladowca? Czy może w więzieniu siedzi niewinny człowiek? A może to sprytna manipulacja mordercy?


Powieść Evy Garcia Sanez De Urturi zwróciła moja uwagę opisem fabuły, a dodatkowym plusem było to, że akcja rozgrywa się w Hiszpanii.
W książce czuć wyjątkowy klimat tego kraju, autorka barwnie odmalowuje sposób życia Basków, ich nawyki, kulturę i tradycje.
Jednocześnie już od pierwszej strony wciąga czytelnika w mroczną rozgrywkę głównego bohatera z mordercą i to nie tylko tym, który po dwudziestu latach zaczął mordować, ale i tym, którego za zbrodnie sprzed lat skazano.
Do tego dochodzi bardzo dobrze wpleciony w fabułę wątek z przeszłości, który nierozerwalnie splata się z teraźniejszością.

 Akcja jest wartka, kryminalna zagadka na tyle zagmatwana, że nie sposób odgadnąć kto zabija.
I choć w pewnej chwili pojawiają się (słuszne zresztą) podejrzenia poparte wskazówkami, to finalnie i tak nie wiadomo „kto zabił” i bez trudu dałam się autorce zaskoczyć.
Prócz pierwszoplanowego wątku kryminalnego, autorka kreśli ciekawy wątek obyczajowy, ukazując prywatne życie głównych bohaterów.
A tych jest kilku, głównym jest śledczy Unai, jego zawodowa partnerka i prywatnie przyjaciółka Estibaliz oraz nowa podkomisarz Alba.
Najlepiej poznajemy Unai, bo to z jego perspektywy (pierwszoosobowa narracja) śledzimy rozwój akcji i wszystkie wydarzenia.
Mimo to dość dobrze poznajemy również pozostałych bohaterów i to nie tylko tych głównych, ale i drugoplanowych, a tych ostatnich jest sporo.
Ciekawy jest również wątek rozgrywający się w przeszłości. I choć w pewnej chwili naprowadził mnie on na mocne podejrzenie, kto może być mordercą i jaki miał motyw, to jedna do końca nie byłam tego pewna.

Autorka pisze dość lekko, ale styl ma dobry. Potrafi sprawnie operować słowem, kreślić obrazowe opisy rozgrywających się wydarzeń, miejsc, uczuć. Całość okrasza smaczkami historycznymi dotyczącymi miejsc, w których rozgrywa się akcja powieści.
Bardzo pięknie ukazuje również relacje rodzinne głównego bohatera, jego system wartości i motywy postępowania.
Polubiłam go od razu i byłam ciekawa jak poradzi sobie w tej rozgrywce z mordercą.


W tej powieści cały czas coś się dzieje, autorka nie pozwala czytelnikowi na nudę, nie zwalnia ani na chwilę.
Fabuła splata ze sobą elementy kryminalne, sensacyjne, obyczajowe, psychologiczne, a nawet pojawia się w niej dobrze poprowadzony wątek miłosny. Co do tego ostatniego, to uspokajam – „Cisza białego miasta” to w żadnym razie nie jest romans i miłość nie odgrywa w tej powieści głównych skrzypiec, choć niewątpliwie jest dla bohatera ważna.

Ciągłe napięcie, niepewność, uciekający czas i próba zatrzymania okrutnych zbrodni. Autorka nie oszczędza czytelnika, wciąga go w wykreowany przez siebie świat i tak sprytnie nim manipuluje, że w pewnej chwili ja osobiście o dokonywanie morderstw podejrzewałam dokładnie każdego.
Każdego prócz rzeczywistego mordercy.
Powieść oceniam bardzo dobrze. Czyta się ją dobrze, ma niesamowity klimat, ciekawych bohaterów i trudną do rozwikłania tajemnicę morderstw.
Jestem bardzo zadowolona z lektury i chętnie sięgnę po kolejne książki hiszpańskiej autorki.



*za przedpremierową możliwość przeczytania powieści, dziękuję wydawnictwu MUZA.


niedziela, 13 stycznia 2019

"Wiara, miłość, śmierć" Peter Gallert, Jörg Reiter

„ Czy w świecie pełnym zbrodni można jeszcze w cokolwiek wierzyć?”

Martin Bauer jest policyjnym duchownym (co? Co to za funkcja? Przeczytajcie i się przekonajcie
sami).
Pewnego dnia przybywa na most  nad Renem, gdzie inny policjant chce z niego skoczyć. Chcąc go powstrzymać, Bauer sam rzuca się z mostu, a policjant chcąc nie chcąc skacze za nim i ratuje mu życie.
Dlaczego policjant z długoletnim stażem chciał popełnić samobójstwo? I dlaczego po kilku godzinach robi to ponownie, tylko skutecznie?
To wydarzenie będzie początkiem kryminalnej zagadki, którą postanowi rozwikłać duchowny.

Muszę przyznać, że do sięgnięcia po tą powieść skłonił mnie właśnie główny bohater. Ewangelicki ksiądz policjantem? Na czym polega jego funkcja?
Autorzy, Peter Gallert oraz Jörg Reiter bardzo dobrze nakreślili postać Martina Bauera, bo niewątpliwie to właśnie on jest głównym bohaterem tej powieści. Stworzyli postać niejednoznaczną, wierną swoim przekonaniom i próbującym pogodzić to co widzi każdego dnia w swojej pracy na policji z wiarą w boga i wątpliwościami. Bo jak można wierzyć, że bóg istnieje skoro każdego dnia ogląda się taki ogrom zła na świecie.
Początkowo obawiałam się czy aby nie będzie w tej powieści przeładowania religijnymi elementami, ale moje obawy okazały się bezpodstawne. Bauer nie jest ani nawiedzonym kaznodzieją, ani twardzielem co to stracił wiarę i ma generalnie mrok w duszy. W tym bohaterze jest zachowana pewna równowaga, a on sam pokazany jest przede wszystkim jako zwykły człowiek, a nie ksiądz.

Drugą ciekawą postacią jest Verena Dohr, również policjantka, która często współpracuje z Bauerem. Poznajemy ją dość dobrze, nie tylko pod względem pracy zawodowej, ale i prywatnie. To również nie jest postać bez skazy, posiadająca swoje własne sekrety.
Verena musi się zmagać nie tylko z własnymi problemami, ale również z niechęcią współpracowników, którzy nie są zachwyceni faktem, że to ona otrzymała awans na kierownicze stanowisko.
Jest też spora grupa bohaterów drugoplanowych, którzy w tej książce odgrywają dość ważną rolę i nikt nie pojawia się tu bez przyczyny, tylko po to aby być „zapchajdziurą”.

Akcja powieści jest wartka i ciekawa. Kryminalna tajemnica, którą próbuje rozwikłać Bauer z Vereną Dohr jest wciągająca i choć początkowo niewiele wskazuje na to, aby kilka luźno rozpoczętych przez autorów wątków mogło się ze sobą łączyć, to czym dalej czytałam, tym bardziej byłam zaskoczona jak sprytnie zostały one ze sobą splecione i jak zaskakująco.
Fabuła powieści jest spójna, a ukazanie dwóch obrazów bohaterów, tych zawodowych i prywatnych wychodzi powieści na dobre.
Dzięki temu bohaterowie byli bardziej wiarygodni i łatwo było mi im kibicować.

„Wiara, miłość, śmierć” to zgrabnie skonstruowany kryminał z pełnokrwistymi i ciekawymi bohaterami”.
Ani przez chwilę nie czułam nudy, a rozwiązanie kryminalnej zagadki wcale nie było takie proste.
W dodatku przestępczy półświatek odmalowany jest tak realistycznie, że chwilami można było poczuć jego zgniliznę i deprawację.
Powieść czyta się naprawdę szybko, bo to wciągająca lektura, która wg  mnie usatysfakcjonuje każdego wielbiciela kryminałów.
Ja jestem zadowolona z lektury i chętnie sięgnę po kolejny tom opowieści o Martinie Bauerze jeśli takowy się  ukaże.



poniedziałek, 15 października 2018

"Paranoja" Katarzyna Berenika Miszczuk

Każdy, kto czytał „Obsesję” Katarzyny Bereniki Miszczuk i komu się ta powieść podobała, zapewne ucieszył się z informacji, że na dniach ukazuje się kolejny tom przygód sympatyczniej pani lekarki Joasi oraz wyjątkowo przystojnego lekarza medycyny sądowej, Marka.
Akcja powieści powraca do Warszawy i rozpoczyna się kilka miesięcy po dramatycznych wydarzeniach, w których główna bohaterka o mało nie straciła życia. Kobieta stara się powrócić do normalności po tych wydarzeniach, z różnym skutkiem.
I choć znów mamy możliwość spotkać Joasię, to tym razem fabuła koncentruje się na Marku Zadrożnym. Lekarz badając kolejne ofiary samobójstw zaczyna widzieć w nich wspólny element i snuć teorię, że to wcale nie samobójstwa.
Czy ma rację, czy paranoję?

Autorka od samego początku powieści skupia się na Marku i pozwala lepiej poznać czytelnikowi tego bohatera. Poznajemy sporo faktów z jego przeszłości, mamy możliwość poznać jego życie zawodowe i prywatne ze szczegółami, których zabrakło w Obsesji.
Marek to ciekawy bohater, inteligentny, sarkastyczny i z poczuciem humoru. Razem z komisarzem Sebastianem  Pol tworzą bardzo zgrany duet nie tylko w pracy, ale i prywatnie.
Również o sympatycznym komisarzu dowiadujemy się trochę więcej i przyznaję, że polubiłam tego bohatera jeszcze bardziej niż w tomie pierwszym.
Ciekawym zabiegiem okazało się nadanie większego znaczenia pani prokurator Natalii Świetlik. Przyznaję, że jeśli chodzi o sarkazm, ironię i poczucie humoru, to sceny z jej udziałem były najlepsze  i wywoływały we mnie głośne wybuchy śmiechu.
Czuję, że jeśli chodzi o ta postać, to autorka nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa i szczerze liczę, że w kolejnych częściach będzie zdecydowanie więcej pani prokurator.

Akcja powieści jest bardzo wartka i człowiek szybko wciąga się w lekturę. Tajemnica, którą próbuje rozwiązać Marek, Sebastian i pani prokurator jest skomplikowana, a autorce skutecznie udaje się zmylić czytelnika i sprowadzić go na manowce.
Do tego nie brakuje w powieści poczucia humoru, choć jest go trochę mniej niż w Obsesji.
Fajnie poprowadzony jest również wątek miłosny, a raczej wątki miłosne. Autora z lekkością, ale i urokiem i poczuciem humoru kreśli sercowe perypetie bohaterów. Nie dominują one fabuły, ale są jej dobrym uzupełnieniem i szansą na lepsze poznanie bohaterów.

Autorka ma lekki i przyjemny styl, potrafi pisać bardzo obrazowo i sprawić, że czytelnik ani się obejrzy, a tak się wciąga w fabułę, że świat dookoła przestaje istnieć.
Jej bohaterowie są bardzo wyraziści, mają swoje wady, zalety i dziwactwa. Ale każdego bez problemu da się polubić i kibicować mu przez całą powieść.
Napięcie w powieści jest dawkowane, czytelnikowi się wydaje, że już rozgryzł tajemnicę „samobójstw” i czerwonej włóczki, a tu nagle się okazuje, że figa – autorka znów zrobiła coś, co sprawiło, że musiałam podążyć innym tropem. Za to należą się pani Miszczuk ukłony i uznanie.

„Paranoja” to lekka i wciągająca powieść. Fabuła jest spójna, wszystkie wątki się ze sobą dobrze łączą, a do starych i znanych czytelnikowi bohaterów dołącza kilkoro nowych, ciekawych i mających szansę na dłużej zaistnieć  w tej serii książek autorki.
Fabuła trzyma w napięciu do samego końca, a zakończenie sugeruje, że to jeszcze nie koniec tej historii.
Powieść naprawdę bardzo mi się podobała, czytałam ją z ogromną przyjemnością i chętnie sięgnę po kolejny tom tej serii.
Mam nadzieję na rozwinięcie kilku wątków i swoje przypuszczenia co do tego, jak mogą się potoczyć losy niektórych bohaterów.
Więc jeśli lubicie dobrze napisane kryminały ze sporą dawka humoru i fajnymi bohaterami, to i „Obsesja” i „Paranoja” są lekturą obowiązkową.
Szczerze polecam, a sama zaczynam oczekiwanie na kolejny tom.


Za możliwośc przedpremierowego przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu W.A.B.