niedziela, 23 kwietnia 2017

"Zły Romeo" Leisa Rayven. Lekka i przyjemna powieść.

Bywają takie dni, że mam chęć na lekką, kobiecą literaturę. Coś co poprawi mi nastrój i nie będzie zbyt wymagające.
Niestety gro książek z tego gatunku, na które trafiłam, było kiepsko napisane, nudne lub do bólu powielające schematy.
Czy powieść „Zły Romeo” dołączyła do niechlubnej listy?
O tym poniżej.

Akcja książki rozpoczyna się współcześnie, gdy Cassie i Ethan, zdolni, młodzi i z burzliwą przeszłością aktorzy teatralni spotykają się znów po sześciu latach i mają wspólnie zagrać w sztuce.
Sześć lat wcześniej poznali się jako młodzi studenci w szkole teatralnej i zapałali do siebie ogromnym uczuciem. Ich związek jednak nie skończył się happy endem, a przeszłość okazała się zbyt bolesna by o niej zapomnieć.
Cassie będzie się musiała szczerze odpowiedzieć  sama przed sobą, czy przestała kochać Ethana oraz zmierzyć się z tym, że młody mężczyzna postanowił ją odzyskać.

Po tym wprowadzeniu, akcja powieści zaczyna biec dwutorowo. Prócz obecnie rozgrywających się wydarzeń, czytelnik dostaje obszerne retrospekcje sprzed sześciu lat i może śledzić początek znajomości głównych bohaterów.
Śledzimy zatem wydarzenia, które doprowadziły głównych bohaterów do chwili obecnej  i obserwujemy jak oboje zatracają się we wzajemnej miłości.
Wątek z czasów studiów jest całkiem fajny. Pełen lekkości i poczucia humoru. Poznajemy Cassie bardzo dobrze, jej niewinność, zagubienie, rodzącą się fascynację Ethanem . Dziewczyna jest tak niepewna siebie i bez wiary w swoje możliwości, że sama już nie wie jaka jest naprawdę i próbuje się dostosować do otaczających ją ludzi.
Jedynie przy Ethanie będzie potrafiła być sobą, bez obawy czy to co powie spodoba się innym, czy uzyska ich akceptację.
Trochę mniej dowiadujemy się natomiast o Ethanie, o jego motywach i powodach dla których zachowuje się tak, a nie inaczej.
Fajni są również bohaterowie drugoplanowi, choć jak dla mnie są niewykorzystani w tej powieści.

W powieści mamy powielanie schematów z innych książek z gatunku New Adult.
Przyjaciel/współlokator gej jest? Jest.
Szalona i wyluzowana przyjaciółka jest? Jest.
Główny bohater co by chciał, ale się boi jest? Jest.
Głowna bohaterka, niewinna jak poranek, zakochująca się prawdziwie po raz pierwszy jest? Jest…

Można by więc zaryzykować stwierdzenie, że to typowa powieść New Adult i niczym nie może zaskoczyć.
Otóż nie. Zostałam  zaskoczona kilka razy i to bardzo pozytywnie.
Na szczęście autorka ma talent i potrafi go wykorzystać, więc powieść czyta się lekko. Dodatkowym atutem jest naprawdę fajne poczucie humoru i brak przeładowania różnej maści nieszczęściami, które zbyt często dotykają bohaterów tego typu powieści.
Mimo bolesnej przeszłości i niezagojonych ran,  bohaterowie nie użalają się wciąż nad sobą, biorą życie w swoje ręce i nie poddają się.
Postacie, których stworzyła Leisa Rayven są wyraziste, ciekawe i pełnie sprzeczności.  I nie sposób ich nie polubić, co bardzo pozytywnie wpływa na odbiór książki.
Ogólnie powieść czyta się lekko, przyjemnie i z zaciekawieniem. „Zły Romeo”, to pełne humoru dialogi, kilka zabawnych sytuacji, gorące uczucie i Cassie, która dopiero na studiach ma szansę odkryć swoją kobiecość i poczuć czym jest miłość.
Oczywiście nie brak w fabule wątku erotycznego, ale z racji tego, że Cassie jest tak bardzo niedoświadczona i dopiero odkrywa czym jest namiętność, to prócz pożądania pełno w nim całkiem zabawnych scen.
Nawet gdybym bardzo chciała, to nie bardzo na co mam narzekać jeśli chodzi o tą powieść.
To, że jest trochę schematyczna jej nie szkodzi, bo jest dobrze napisana i ciekawa.
Nie jest przeładowana wszystkimi nieszczęściami tego świata, a jej bohaterowie są fajni i bez problemu można ich polubić.
Całość jest wciągająca i czyta się naprawdę szybko, bo autorka ma lekki i fajny styl.
Powieść „Zły Romeo” oceniam więc dobrze i na pewno sięgnę po jej kontynuację.





środa, 19 kwietnia 2017

"Imperium Wampirów: The Kingmakers" tom 3 serii. Clay Griffith & Susan Griffith

"Imperium Wampirów: The Kingmakers" to trzeci tom serii o przygodach Adele i Garetha.

O dwóch poprzednich pisałam tutaj:


Długo przyszło mi czekać na możliwość przeczytania trzeciego ( w zamyśle finałowego, bo okazało się, że powstał tom 4 serii) tomu serii, a to z prostego powodu – wydawnictwo Amber po pierwszym tomie zakończyło swoją przygodę z tymi książkami.
Przyszło mi więc czekać na tłumaczenie nieoficjalne drugiego i trzeciego tomu i na szczęście się doczekałam.


"Imperium Wampirów: The Kingmakers" rozpoczyna się tam, gdzie skończył się tom drugi – czyli od wielkiej ofensywy przeciwko wampirom.
Można powiedzieć, że do połowy książki akcja właśnie na tym wątku się koncentruje.
Nie brakuje również Adele i Garetha, ale jest ich zdecydowanie mniej niż w drugiej części powieści, która koncentruje się właśnie na nich.
Gdy autorzy mniej uwagi poświęcają walkom pomiędzy ludźmi a wampirami, do głosu dochodzą inne ciekawe wątki – knowania Mamoru, wyjątkowe umiejętności Adele, walka o tron pomiędzy Garethem a jego bratem Cesare.

Nie brakuje w powieści niespodziewanych zwrotów akcji, wydarzeń, które zmienią wszystkie plany głównych bohaterów oraz niebezpieczeństw, które będą na nich czyhać.
Autorzy nie oszczędzają Adele i Garetha i co krok rzucają im kłody pod nogi, w postaci choćby kolejnych zdrad dokonywanych przez najbliższych im ludzi.
Oczywiście ważnym elementem fabuły jest wątek miłosny pomiędzy Adele a Garthem, ale wzorem poprzednich tomów, nie jest on nachalny i nie przytłacza. Jest fajnym i przyjemnym uzupełnieniem fabuły i podwaliną pod dążenia Adele i Garetha  do koegzystencji ludzi i wampirów.

"Imperium Wampirów: The Kingmakers" to lekka powieść, która  nie pretenduje do miana wybitnej, bo taka nie jest.  Ale to dobra lektura, w której wampiry są wampirami i próżno wśród nich szukać świecących w słońcu amantów.Są brutalnymi, złymi krwiopijcami, dla których ludzie to tylko posiłek.
Można śmiało powiedzieć, że to klasyczna młodzieżówka, choć trzeba jej oddać sprawiedliwość – bardzo dobra.
Autorzy mieli fajny pomysł na fabułę, bez powielania schematów i sztampowości. Stworzyli ciekawych bohaterów, wprowadzili interesujący wątek geomancji, wątek miłosny poprowadzili z wyczuciem.
Dzięki lekkiemu stylowi, powieść czyta się szybko i przyjemnie.  Wszystko to składa się na naprawdę wciągającą lekturę, z którą można przyjemnie spędzić wieczór, gdy chce się przeczytać coś niewymagającego, a jednak dobrze napisanego.


"Imperium Wampirów: The Kingmakers", tak ja dwa poprzednie tomy, oceniam bardzo dobrze.
To wciągająca lektura i nie sposób się nudzić podczas czytania. Razem z bohaterami przeżywa się wiele przygód, stawia czoło wielu niebezpieczeństwom, nie tylko ze strony wampirów.
Szkoda, że całość nie została wydana w PL, ale cieszę się, że komuś tak jak i mi spodobał się tom pierwszy i postanowił pozostałe przetłumaczyć nieoficjalnie.

Temat przerwanych serii, to będzie osobny post na blogu, więc nie chcę się teraz o tym rozpisywać, pragnę tylko nadmienić, że dzięki takim ludziom, którzy poświęcają swój prywatny czas i tłumaczą te niewydane w PL brakujące tomy, wiele osób( w tym ja) miało szansę dokończyć czytanie lubianej serii czy trylogii. Chylę przed nimi czoło w podzięce i mam nadzieję, że uda mi się upolować kilka kolejnych  pozycji, które w PL nie zostały wydane.

*zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl



poniedziałek, 17 kwietnia 2017

"Całe życie" Robert Seethaler

„Całe życie” to powieść, która ma dwóch głównych bohaterów - Andreasa Egger oraz surowy górski krajobraz.
Akcja powieści dzieje się na początku XX wieku, w malutkiej Alpejskiej osadzie.
To właśnie od pojawienia się w osadzie Eggera zaczyna się jego historia.

Egger to człowiek małomówny, spokojny i uczciwy. Wszystko co posiada zawdzięcza sile własnych rąk i ciężkiej pracy.
Żyje w zgodzie z naturą i w poszanowaniu do otaczającej go przyrody.
Wszystko co dzieje się w jego życiu przyjmuje ze spokojem i akceptacją.  Bierze od życia to co chce mu ono dać i jest wdzięczny za to co otrzymuje.
W jego życiu nie brak rozpaczy i dramatycznych wydarzeń, ale on nie przestaje wierzyć, że los jeszcze może się odwrócić i bez lęku cieszy się z każdego dnia swojego życia.

Gdy w życie doliny – a tym samym Eggera – wkroczy nowoczesność i postęp technologiczny, ten dotychczas spokojny zakątek ziemi zmieni się nieodwracalnie.
Budowa kolejek linowych, rozwój turystyki i narciarstwa, sprawią, że to co dotychczas wydawało się niezmienne, nabierze innego wymiaru.
W dolinie pojawi się elektryczność, turyści oraz wojna.


„Całe życie” to opowieść o okiełznaniu samotności, radzeniu sobie z przeciwnościami losu, o życiu w zgodzie z naturą. O starzeniu się i akceptacji tego z godnością i szacunkiem.
Jednocześnie pokazuje jak czasem ciężko dostosować się do wymagań pędzącego do przodu świata i odnaleźć swoje miejsce na ziemi.

Robert Seethaler historię, którą stworzył opowiada niespiesznie, na mniej niż dwustu stronach. Posługuje się bardzo prostym językiem, choć w sposób niezwykle plastyczny opisuje otaczającą bohatera przyrodę.
Pokazuje również , że aby poruszyć emocje czytelnika, wcale nie trzeba pisać opasłych tomów .


Czytając „Całe życie” naszło mnie kilka refleksji nad tym do czego zmierza obecnie świat.
Myślałam o tym, czy faktycznie do szczęście potrzeba mi tych wszystkich rzeczy, które obecnie są uznawane za niezbędne dla każdego człowieka.
Przypomniałam sobie swoje dzieciństwo, bez komputerów, smartfonów, zmywarek.  Nie czułam wtedy, że czegoś mi brakuje. Wręcz przeciwnie. Odczuwałam większy związek z innymi ludźmi i bliższy kontakt z przyrodą.
Szczęściem było spędzanie czasu na dworze, wśród przyjaciół, karą natomiast siedzenie w domu.
Cieszyły mnie proste rzeczy, piknik nad rzeką, ognisko w letnie noce, jazda rowerem i pływanie latem w jeziorze.
Poczułam ogromną tęsknotę za tamtymi latami. I mimo, że radzenie sobie z codziennymi obowiązkami było trudniejsze, bez obecnych udogodnień, to życie było wtedy szczęśliwsze i łatwiejsze.

„Całe życie” stara się sprawić, aby czytelnik zatrzymał się na chwilę, zastanowił co jest dla niego ważne, co daje mu radość.
Próbuje udowodnić, że życie wcale nie musi gnać do przodu na złamanie karku, aby było dobre i dawało satysfakcję.
Autor na przykładzie Eggera pokazuje również, że bycie samemu, nie zawsze oznacza samotność. Pozwala natomiast się wyciszyć, pobyć sam na sam ze swoimi uczuciami i emocjami.

Ta niespiesznie opowiadana historia Eggera na długo zapada w pamięć, pozostawiając pod powiekami widok spokojnej doliny, pełnej niezniszczonej przez człowieka przyrody. Zasiewa w czytelniku odrobine tęsknoty za tym spokojem i odpoczynkiem od wielkiej cywilizacji.

Na mnie „Całe życie” zrobiła ogromne wrażenie.
Nie spodziewałam się tego po tej niepozornie wyglądającej książce. Tym bardziej jestem pozytywnie zaskoczona lekturą i mam pewność, że jeszcze nie raz do niej wrócę.

Za możliwość przeczytanie książki, dziękuję Wydawnictwu OTWARTE 





niedziela, 16 kwietnia 2017

"Mechaniczny" Ian Tregillis

Po powieść „Mechaniczny” sięgnęłam z trzech powodów.
Pierwszym była bardzo pozytywna opinia na blogu, który odwiedzam, drugim fakt, że dawno nie czytałam nic z gatunku steampunk, a tym bardziej wywodzącego się z niego clockpunk.
Trzecim powodem było to, że ukazały się już dwa tomy, a trzeci zapowiadany jest  na jesień  2017, więc nie trzeba aż tak długo czekać na kolejne tomy.
Książki przyszły wraz z kwietniowym zamówieniem z arosa, więc pełna optymizmu zasiadłam do lektury.

W XVII wieku holenderski zegarmistrz stworzył pierwszego klakiera, mechaniczną istotę, której siłą narzucił przymus bycia bezgranicznie posłusznym swoim właścicielom. A skoro maszyny te są nieczułe na ból, szybko wykorzystano je w armii…
Dzięki temu Holandia stała się mocarstwem dzierżącym niepodzielną władzę nad Europą i tylko Francja oparła się  jej w pewnym stopniu.
Po długiej i wyniszczającej wojnie zawarto delikatny rozejm, ale sytuacja nadal jest napięta.
I w tym właśnie momencie rozpoczyna się akcja powieści, a autor przedstawia czytelnikowi swoich bohaterów.

Pierwszym jest klakier Jax, mechaniczny, który marzy o wolnej woli. Drugim pastor Luuk Visser, który jest agentem Francji, przez wiele lat działającym na terenie wroga. Trzecim, a raczej trzecią, jest hrabina Berenice, mistrzyni szpiegostwa, która w tajemnicy, aby nie zerwać kruchego rozejmu bada klakierów i wszystkie części ich mechanizmu, które uda się jej pozyskać.

Autor swoją historię opowiada z punktu widzenia każdego z trojga bohaterów, dzięki czemu mamy możliwość dobrze ich poznać i mieć możliwość dobrego zapoznania się ze stworzonym przez autora światem.
Pomysł na fabułę jest bardzo ciekawy. A każde kolejne wydarzenie było czymś, czego się nie spodziewałam.
Autor prowadzi fabułę pełną zaskakujących zwrotów akcji i niespodzianek, która sugeruje, że wszystko ma dobrze przemyślane i idzie w wyznaczonym przez siebie kierunku.
Ciekawi są również bohaterowie drugoplanowi, ich obecność ma swój cel i daje odczuć, że w kolejnych tomach mogą odegrać znacznie ważniejszą rolę.

Mechaniczny zaskakuje spójnością wizji świata, dobrym wykreowaniem bohaterów i wciągającą fabułą.
Autor wprowadza również, dzięki postaci pastora Vissera, rozważania na temat tego, czym jest dusza i wolna wola i czy fakt stworzenia klakierów przez człowieka i pozbawienia ich wolnej woli z automatu odbiera im możliwość odczuwanie uczuć i emocjonalnego cierpienia  i odziera ich z możliwości posiadania duszy.
Oczywiście w powieści nie brakuje spisków, zdrad, walki o władzę i wpływy i majątek. To wszystko jest świetnie wpasowane w główny wątek jakim jest zniewolenie klakierów i możliwości ich uwolnienia od przymusu służenia ludziom.

Jest niestety jeden minus tej powieści i dla mnie dość spory. Mianowicie autor zbyt rozwleka się w opisach. I nie mam na myśli nakreślenia tła wydarzeń.
Pisarz ze szczegółami opisuje każde pomieszczenie w którym aktualnie dzieje się akcja, kolory ścian, tapety, meble, zasłony i ich kolor. Tak samo skupia się również na szczegółach ubioru bohaterów, nie tylko głównych i drugoplanowych.
Robi się to uciążliwe, bo mocno spowalnia akcję i wybija z niej czytelnika. Takich przerywników jest dużo zwłaszcza do połowy książki, przez co odnosiłam wrażenie, że akcja się wlecze i ciężko mi było wciągnąć się w fabułę.
Zdecydowanie lepiej jest w drugiej połowie książki.
Mniej rozwlekłych opisów wszystkiego zdecydowanie podkręciło tempo akcji i nawet nie wiem kiedy dotarłam do końca powieści.

Całość oceniam bardzo pozytywnie. Intrygujący świat, ciekawi bohaterowie, wciągający wątek posiadania duszy przez klakierów.
Jest to pewien powiew świeżości w swoim gatunku i chętnie sięgnę po kontynuację Mechanicznego.




czwartek, 13 kwietnia 2017

Książkowe zakupy kwiecień. Zakupowa rozpusta

Przyszła wiosna, słońce, dłuższe dni...
I chęci do czytania jeszcze większe. Ja poczułam zew natury i buszowałam w Aros.pl bez ograniczeń.
Efektem tego jest duża paczka z zamówieniem, które odebrałam dziś.
Co w środku?
Trochę literatury obyczajowej oraz kobiecej oraz trzy biografie.

Sporo miejsca w paczce zajęła również fantasy oraz literatura z gatunku post-apo.
Najbardziej zaciekawiły mnie dwie książki Margaret Atwood, którą poznałam dawno temu za sprawą jest niesamowitej powieści "Opowieść podręcznej".
Liczę na wyśmienitą lekturę.
Prócz tego dwie książki z serii uczta wyobraźni od MAGA, kolejny tom serii Obca i kilka innych.


Na pewno mam teraz co czytać, tym bardziej, że na półce był już wcześniej stosik czekających w kolejne książek.
Na to i przyszłe zamówienia zakupiłam kolejny regał. Problem tylko w tym, że kompletnie nie mam go gdzie postawić.


niedziela, 9 kwietnia 2017

"Dom służących" Kathleen Grissom

„Dom służących” to rozgrywająca się w czasach niewolnictwa opowieść o skomplikowanych relacjach, tajemnicach rodzinnych, przyjaźni, miłości i tragediach.
Akcja dzieje się na jednej z plantacji tytoniu,  wśród niewolników oraz ich właścicieli.

Historię śledzimy z perspektywy dwóch osób, białej dziewczynki – sieroty, która zostaje zakontraktowana prze właściciela plantacji za długi swoich rodziców. Dziewczynka nazywa się Lavinia i będziemy śledzić jej losy od czasu gdy miała kilka lat, aż do dorosłości.
Drugą bohaterką jest Bella, niewolnica, córka właściciela plantacji.  

Autorka niespiesznie opowiada swoją historię, dokładnie i ze szczegółami przedstawia czas dzieciństwa małej Lavini i pozwala jej oczami śledzić relacje i zależności pomiędzy niewolnikami a ich właścicielami. Dziewczynka, mieszkając wśród niewolników, zżywa się z nimi i będzie mimowolnym uczestnikiem wszystkich dramatycznych wydarzeń, które ich spotkają.

Sama historia zaciekawiła mnie i wciągnęła. Ale coś w tej powieści mi zgrzytało. Nie potrafiłam zżyć się z bohaterami, dramatyczne wydarzenia, które ich dotykają, nie wywoływały we mnie emocji.
Nie byłam w stanie przywiązać się do bohaterów, nikogo nie polubiłam w szczególny sposób.
Wszyscy bohaterowie wydawali mi się płascy i jednowymiarowi.
Sądzę, że winę za to ponosi sposób narracji. Nie pozwala bliżej poznać innych bohaterów prócz Lavini i Belle. Przez to wiele się traci, nie jest się w stanie poznać motywów działań innych bohaterów, ich myśli czy uczuć.
Jeden z recenzentów napisał, że Dom Służących to „skrzyżowanie Przeminęło z wiatrem ze Służącymi”.
Nie wiem czy autor recenzji czytał te powieści, ale ja tak i nijak nie mogłam dopatrzeć się podobieństwa, prócz tego, że akcja wszystkich powiązana jest z niewolnictwem.

Powieść posiadała spory potencjał, miała szansę opowiedzieć pełną emocji historię. Autorka tego nie wykorzystała.  Naszpikowała ją dramatycznymi wydarzeniami, ale nie potrafiła tchnąć w nie emocji. Praktycznie z każdej strony powieści atakuje czytelnika jakaś tragedia, ciężko było mi uwierzyć, że aż tyle  nieszczęścia może skoncentrować się w jednym miejscu i dotknąć bohaterów.
Niestety samo napisanie, że komuś coś się stało, nie sprawia, że czytelnik jest w stanie  poczuć to co bohater.
A tak właśnie swoją historię opowiada autorka. Pisze co się stało, ale nie zagłębia się dalej, nie daje szansy bohaterom na pokazanie, co w związku z tym dzieje się w ich wnętrzu.

Powieść dotyka ważnych tematów, zniewolenia drugiego człowieka, przyznawania sobie prawa do bycia panem życia i śmierci innych ludzi, uzależnienia jako próby ucieczki przed rzeczywistością.
Niestety wszystko to jest potraktowane dość powierzchownie.
Gdzieś tak od połowy książki, gdy jedno nieszczęście goniło drugie, byłam przekonana, że już nic pozytywnego nie wydarzy się na karatach tej powieści.
I nie myliłam się.
Dość łatwo można było przewidzieć w jakim kierunku potoczy się akcja.
Dodatkowym minusem jest sposób prowadzenia wątków miłosnych, bo i takie pojawiają się w powieści.
Są naprawdę pozbawione iskry, głębi. Odnosiłam wrażenie, że są bo powinny być, ale nie zauważałam uczuć, o których autorka pisała, że są.

Powieść mnie zawiodła, choć sam pomysł był ciekawy i miał duży potencjał.
Po tak licznych pozytywnych opiniach i ocenach, liczyłam na historię na miarę Północ-Południe.
Srogie było moje rozczarowanie i skutecznie zostałam zniechęcona do sięgnięcia po kolejną powieść autorki, o ile ją napisze.












czwartek, 6 kwietnia 2017

"Strażak" Joe Hill.

Długo nie wiedziałam, że Stephen King ma syna i że tym synem jest Joe Hill – autor powieści Rogi, o której było dość głośno za sprawą jej ekranizacji.
Nawet gdy już  dowiedziałam się o jego pisarskiej karierze, nie sięgnęłam po jego poprzednie powieści.
Dopiero fabuła „Strażaka” mnie zaciekawiła i postanowiłam książkę zakupić.

Powieść jest objętościowo ogromna, ponad 800 stron.
Ale niech nie zwiodą  potencjalnego czytelnika gabaryty – książkę czyta się naprawdę szybko.
Jest to zasługą ciekawego pomysłu i kierunku w którym zmierza fabuła oraz lekkiemu pióru autora i umiejętności snucia wciągającej opowieści.

Mimo pewnych obaw o kopiowanie pomysłów ojca (niestety są one nieuniknione) autorowi udało się stworzyć coś ciekawego i wciągającego.
Pomysł na zarodniki grzyba, które pasożytują w człowieku i na każde zagrożenie reagują samozapłonem jest wydawałoby się  niemożliwy do zaistnienia. Ale Hillowi udało się go ubrać w taka historię, że stał się on realny.
Grzyb ten, zwany smoczą łuską, ogarnie ogromną część USA, będzie siał spustoszenie i doprowadzi do skrajnych reakcji wśród ludzi, którym uda się uniknąć zakażenia. Doprowadzi do chaosu, destrukcji i ukaże te najgorsze i najlepsze oblicza ludzi.

Głównymi bohaterami są pielęgniarka Harper, samozwańczy strażak John, dwójka małych dzieci oraz mieszkańcy obozu dla zakażonych, gdzie udało się opanować samozapłony.
Obóz ten, skrupulatnie ukrywany, będzie domem i polem dla wydarzeń dla wszystkich bohaterów.

Pomysł na epidemię dziesiątkującą cały kraj nie jest niczym nowym czy niespotykanym.  I oczywistym jest, że nasuwały mi się porównania z Bastionem S. Kinga. Ale to w jaki sposób rozwija się akcja sprawiało, że czym dłużej czytałam, tym mniej doszukiwałam się porównań czy analogii.
Joe Hill znalazł swój pomysł, jak wykorzystać morderczą plagę i to do czego ona doprowadzi i robi to w sposób przemawiający do wyobraźni czytelnika.
Powieść jest miejscami dość brutalna, niczego nie ubarwia, wywleka na światło dzienne wszystkie najciemniejsze zakamarki duszy bohaterów, tych pierwszoplanowych i nie mniej ważnych  drugoplanowych .
Da się odczuć, że autor czerpał inspiracje z różnych książek, choćby z wspomnianego już wcześniej Bastionu czy Władcy Much. Ale bynajmniej nie są to żadne plagiaty i natrętne podobieństwa. Wszystko o czym Joe Hill pisze, robi po swojemu, a fabuła jest dostosowana do współczesnych czasów, gdzie rządzi internet i media społecznościowe.
Bez skrępowania ukazuje również jak teoretyczna bezkarność doprowadza ludzi do nieobliczalności i najgorszych czynów.
Wyjaskrawia również jaką pożywką dla każdego rodzaju fanatyzmu religijnego są takie globalne tragedie i do czego może dojść, gdy ludziom się wydaje, że chcąc się ochronić, mają prawo do najhaniebniejszych  zachowań.

Akcja powieści trzyma w napięciu przez cały czas, ani na chwilę nie zwalniając. Dodatkowo autor potrafi sprytnie zmylić czytelnika i zaskoczyć go wydarzeniami, o których on sam by nie pomyślał.
Strażak to powieść z pogranicza post-apokalipsy i  thillera, z nutą wątków psychologicznych.
Ukazuje złą i dobrą stronę ludzkiej natury oraz do czego może doprowadzić człowieka strach.
To ogromny kawał dobrej lektury i jestem nią pozytywnie zaskoczona.

Joe Hill ma z jednej strony ogromne szczęście, bo odziedziczył po swoim ojcu talent. Bo ma go niewątpliwie, a to dopiero początki jego kariery.
Z drugiej jednak strony chyba nigdy nie uda mu się uniknąć porównań do ojca.
Ja jestem zadowolona, że Joe Hill poszedł ścieżką swego ojca, mam nadzieję, że dzięki temu przeczytam jeszcze wiele jego książek i wzbudzą we mnie teki zachwyt i emocje jak te, które pisze Stephen King.



czwartek, 30 marca 2017

"Mitologia Nordycka" Neil Gaiman. Fascynująca podróż po Asgardzie.

Neil Gaiman od dawna fascynuje się mitologią Nordycką.
Nieuniknione więc wydaje się, że sięgnął po nią i postanowił przybliżyć swoim czytelnikom.
Mitologia Nordycka – bo o niej tu mowa, to niewiele ponad 200 stronicowa książka, która przybliża nam opowieści o Asach i Wanach, o krwawych bitwach, zdradach, herosach i zdrajcach.
Wszystkie mity koncentrują się wokół trzech postaci, Odyna, Thora i Lokiego.
Tego ostatniego będziemy mieli szanse poznać lepiej, bo praktycznie występuje w każdej opowieści.

Autor rozpoczyna od historii powstania świata, u zarania dziejów. Od powstania Bogów.
Kończy równie spektakularnie – bo opowieścią o  Ragnaroku, czyli zmierzchu bogów.
Pomiędzy tymi dwoma wydarzeniami, poznajemy wiele ciekawych historii, ale przede wszystkim świat bogów, ich charaktery, ich skomplikowana naturę i pewną dwulicowość.
Najciekawszym bohaterem jest dla mnie Loki i byłby nawet gdybym nie uwielbiała jego postaci granej przez Toma Hiddelstona z uniwersum Marvela. I choćbym nie wiem jak się starała, to jego postać wyobrażam sobie właśnie jako Toma, który wg mnie idealnie nadaje się na odtwórcę roli Lokiego. 
Sam Loki z Mitologii Nordyckiej, to intrygująca postać. Wciąż knuje, ma swoje plany, potrafi wyrządzić wiele zła tak samo bogom jak i innym stworzeniom. Jednocześnie potrafi zrobić wiele w ich obronie.
Jest w nim tyle samo dobra, co zła. Może dlatego wydaje mi się najciekawszym bohaterem, który wciąż mnie fascynuje.

Mimo iż N.Gaiman koncentruje się na trzech bohaterach, to w swojej książce przedstawia czytelnikowi również innych bogów, olbrzymów, elfy, czy krainę umarłych. Choć dla mnie było ich zdecydowanie za mało, chciałam więcej i więcej, czułam duży niedosyt jeśli chodzi o poznawanie Asgardu i jego mieszkańców.
Historie bogów Gaiman opowiada  w obrazowy i wciągający sposób. Można odnieść wrażenie, że opowiada o postaciach, które kiedyś, w dawnych czasach chodziły po tym świecie.

Neil Gaiman nie zmienia mitów, rzadko dodaje coś „od siebie”, koncentruje się bardziej na tym, aby odświeżone mity przekazać czytelnikowi w lekkiej i przystępnej formie.
Niektóre mity przekazuje bez zmian, niektóre trochę unowocześnia. Jednak niezmiennie są to tradycyjne mity północy.
Fascynujące, pełne wielkich bogów, heroicznych pojedynków i spektakularnych bitew.
Oczywiście na ogromna pochwałę zasługuje wydanie książki. Wydawnictwo MAG postarało się i Mitologia Nordycka Neila Gaimana, to piękna książka, nie tylko z powodu treści, ale również okładki.

Ta książka otworzyła, że tak powiem, sezon na czytanie na dworze, w okolicznościach przyrody.
Tym razem przy pierwszym wiosennym ognisku, na wodą, w ciepłym słońcu dałam się uwieść opowieściom autora.

*zdjęcie Lokiego pochodzi ze strony www.naekranie.pl


wtorek, 28 marca 2017

"Helisa" Marc Elsberg. Zmarnowany potencjał...


Helisa zaciekawiła mnie swoją tematyką. Inżynieria genetyczna, moralnie wątpliwe eksperymenty, próby stworzenia „nowego”  i „lepszego” gatunku człowieka…
To wszystko jest wysoce prawdopodobne, że dzieje się już dziś.
Tym bardziej byłam ciekawa jak autor postanowił ugryźć ten temat.

Powieść jest objętościowo spora, ponad sześćset stron, ale czyta się ją naprawdę szybko.
Autor bardzo sprawnie i szybko prowadzi akcję, która gna na złamanie karku.
W powieści mamy wszystko co powinno zagwarantować dobrą lekturę, genetyczne modyfikacje, eksperymenty, rządowe działania, tajne służby, manipulacja opinią publiczną, a w tle dyskusja o moralnym aspekcie tworzenia „modyfikowanych” dzieci i różnych aspektach ich późniejszego koegzystowania ze „zwykłymi” ludźmi.

Marc Elsberg stworzył kilkoro głównych bohaterów. Rządową pracownicę, dwójkę nowoczesnych dzieci oraz małżeństwo, które znalazło się w ośrodku New Garden, aby sprawić sobie takiego „podrasowanego” maluszka.
Rząd USA całkowicie przez przypadek, pracując nad sprawą morderstwa, trafia do New Garden i tym samym dowiaduje się, że niejako pod ich nosem tworzona jest nowa rasa człowieka.
I od tego momentu rozpoczyna się właściwa akcja, która dość szybko zmienia się w rozgrywkę pomiędzy dwójką cudownych dzieci, a rządem USA.

Mam co do tej powieści mieszane odczucia. Z jednej strony intrygowała mnie jej tematyka i byłam ciekawa, w którą stronę skieruje się akcja. Czytało mi się dobrze, bo autor ma fajny i lekki styl i pomimo wielu momentów, gdy opisywał kwestie techniczne prowadzonych  eksperymentów, powieść nie straciła nic ze swojej lekkości.
Z drugiej strony czułam rozczarowanie, a to z kilku powodów.

Po pierwsze głowni bohaterowie.
Nie byłam w stanie polubić żadnego z nich. Autor przedstawia ich dość powierzchownie, dlatego oni sami i to co ich spotyka nie robiło na mnie wrażenia, nikomu nie kibicowałam, nie było również nikogo, kogo mogłabym znielubić.
Wszyscy bohaterowie byli mi obojętni.

Po drugie kierunek, w którym podążała fabuła.
Na okładce jest takie zdanie „oni nas zastąpią”.
Zasugerowałam się nim i chyba spodziewałam się czegoś innego niż otrzymałam.
Nie jest to wina powieści, ale moich oczekiwań, ale nie ukrywam, że miało to wpływ na mój odbiór lektury.
Oczekiwałam większego nacisku na stworzonych już nowoczesnych ludzi, mniej więcej czegoś, co dawno temu oglądałam w serialu (niestety mało znanym i z tylko jednym sezonem)  POLOWANIE NA CZŁOWIEKA.
Otrzymałam trochę sensacji, trochę moralnych dylematów i sporo pościgów za dwójką nowoczesnych dzieci.
W tle obraz zachłanności wielkich korporacji i władzy pieniądza nad każdym aspektem życia człowieka.

Po trzecie zakończenia.
Niestety ogromnie przewidywalne. I to tak bardzo, że mocno mnie rozczarowało.
Mimo, że autor zostawił w epilogu dwa małe smaczki, które mogą, choć nie muszą sugerować czytelnikowi, co ewentualnie mogłoby się wydarzyć później, to było to za mało, abym zmieniła zdanie o zakończeniu.

Autor starał się przez całą powieść budować napięcie i niepewność co do dalszego rozwoju akcji, ale na końcu jakby uszedł z niego cały zapał i napisał pierwsze co mu przyszło do głowy.
Również podczas całej powieści odnosiłam kilkakrotnie wrażenie, że pisarz sam nie wie, w jakim kierunku rozwijać swoją historię.

Wszystko to sprawiało, że lektura mimo, że z ciekawą tematyką, nie zafascynowała mnie, nie zaskoczyła.
Helisa miała ogromny potencjał, bo to o czym opowiada, może się dokonywać gdzieś na świecie już dziś.
Autor mógł w ciekawy sposób to wykorzystać, czego niestety nie zrobił.

Na pochwałę natomiast zasługuje wydanie książki. Piękna okładka, przyciągająca wzrok i zachęcająca do sprawdzenia co jest wewnątrz.
Nie żałuję tego, że przeczytałam Helisę, choć nie straciłabym wiele, gdybym nigdy po ta książkę nie sięgnęła.




czwartek, 23 marca 2017

"Making faces" Amy Harmon

„Making faces” autorstwa Amy Hamron, to książka, która zaciekawiła mnie opisem.
Nieodwzajemnione uczucie jeszcze ze szkoły, złamane przez wojnę życie. Demony przeszłości i próby poradzenia sobie z nimi.
Wydawałoby się, że to – pomimo młodego wieku bohaterów – poważna lektura.
Tak jednak nie jest, choć to nie znaczy, że to zła książka. Bynajmniej.

Akcja książki rozpoczyna się w czasie, gdy głowni bohaterowie uczęszczają do ostatniej klasy liceum, a w USA następują ataki  11 września.
Fern, to zakochana w Ambrose – gwieździe liceum i drużyny zapaśniczej – dziewczyna, która nie rzuca się w oczy, jest nieśmiała, a jej najwierniejszym przyjacielem jest jej kuzyn.
Ambrose , piękny i popularny, zawsze w centrum uwagi, nie wie co chce zrobić ze swoim życiem.
W końcu zdecyduje się wstąpić do wojska po ukończeniu szkoły, a wraz z nim jego najbliżsi przyjaciele.
Wojna, prócz ran na duszy, odciśnie na nim również te widoczne, na ciele.

Autorka wraz z prowadzeniem akcji w czasie rzeczywistym, przeplata ją wspomnieniami z lat dziecięcych i nastoletnich bohaterów.
Pozwala to dobrze poznać wszystkie postacie i lepiej je zrozumieć.
Oczywiście głównym wątkiem jest uczucie Fern do Ambrose’a i budząca się w dziewczynie kobiecość.
Prócz tego, a może przede wszystkim, autorka kładzie nacisk i podkreśla wiele razy, że to nie wygląd zewnętrzny jest ważny, ale wnętrze człowieka.
Że człowiek o pięknym wyglądzie zewnętrznym, w środku może być strasznym potworem.
Pokazuje, że łatwe wybory, często okazują się złymi wyborami i przynoszą więcej łez i cierpienia, niż radości.

Autorka ma lekkie pióro i łatwość w opowiadaniu swojej historii.  Niestety koncentruje się głownie na wątku miłosnym i jego otoczce. Wątek służby w wojsku i traumy po tym, jest potraktowany po macoszemu i bardzo powierzchownie.
Liczyłam na bardziej poważne potraktowanie tego tematu i tutaj się zawiodłam. Również motywy i pobudki, które popchnęły Ambrose’a i jego przyjaciół do zaciągnięcia się do wojska są dla mnie mało wiarygodne i nieprzekonywujące.
Zwyczajnie, ich nieformalny lider postanowił wstąpić na służbę, a jego koledzy uznali, że to dobry pomysł i zrobili to samo.

Pozytywnie zaskoczył mnie natomiast Bailey. Chłopak, który cierpi na  dystrofię mięśniową,  jest niesamodzielny i jeździ na wózku, to przykład tego, jak należy walczyć z przeciwnościami losu, cieszyć się z tego, co można mieć i nie rezygnować z marzeń. W dodatku ma poczucie humoru, jest inteligentny i pełen wewnętrznej siły.
Razem z Fern będą tworzyć wyjątkowy duet przyjaciół.

W powieści bywały wzruszające momenty, które mnie zaskoczyły. Było również wesoło i z poczuciem humoru.
Było też odrobinę poważniej, ale nie aż tak często, jak się spodziewałam. No i  oczywiście było  bardzo romantycznie, a momentami wręcz ckliwie.
Wszystko razem, tworzy idealną mieszankę skierowaną do młodego czytelnika, choć nie ukrywam, że mi również czytało się „Making faces” przyjemnie.
Fabuła jest wciągająca, a powieść dobrze napisana. Dobrze poznajemy bohaterów, ale tylko tych głównych. Ci drugoplanowi są mało widoczni.
Tak jak pisałam wcześniej, głównym przesłaniem książki jest ukazanie, że uroda przemija, lub można ją gwałtownie stracić, a najważniejsze jest wnętrze człowieka i to ono jest trwałą podwaliną prawdziwej miłości.
Mimo, że oczekiwałam trochę innej lektury, to nie żałuję przeczytania tej powieści.
To dobra lektura, chwilami może zbyt naiwna jak dla mnie, ale uważam, że jako książka na wieczór z czymś lekkim i przyjemnym , ta powieść sprawdzi się idealnie.




wtorek, 21 marca 2017

Książkowe zakupy marzec - odsłona czwarta

Dwa ostatnie (w tym miesiącu) zamówienia dotarły. W obu były książki z przedsprzedaży, dlatego czekałam na nie od początku miesiąca.

Pierwsze zamówienie z merlin.pl
Dwie polecane powieści, jedna historyczna/obyczajowa, druga to mieszanka thrillera/sensacji.


Drugie zamówienie, to trzeci i ostatni tom Kronik Nieciosanego Tronu - Ostatnia więź (fantasy).
Książkę kupiłam w empiku (miałam doładowaną eKartę) i odebrałam dziś. Z lekturą drugiego tomu trylogii czekałam do ukazania się finałowego tomu, więc zapewne już niedługo zabiorę się do czytania.