środa, 16 stycznia 2019

„Miłość zimową porą” Carrie Elks

 „Miłość zimową porą” to książka o miłości, która rozkwita w okresie świątecznym.
Kitty Shakespeare ma nadzieję, że dostanie się na wymarzony staż i odniesie sukces w branży filmowej Los Angeles.  Zamiast tego stażu, dostaje na czas świąt posadę niani u producenta filmowego.
Wraz z podopiecznym wprost ze słonecznego Hollywood udaje się do zaśnieżonej Wirginii, a tam poznaje brata swojego pracodawcy,  Adama.
Pomiędzy Kitty i Adamem od razu zaczyna iskrzyć, ale mężczyzna skrywa sekret z przeszłości, który może zniszczyć jego przyszłość.
Czy Kitty i Adam pokonają przeciwności losu? Czy miłość i pożądanie wystarczy?


Od dłuższego czasu miałam chęć na klasyczny romans, mimo, że te typowo świąteczne jakoś do mnie nie przemawiają. Jednak fabuła tek książki zapowiadała się dość ciekawie, więc się skusiłam.
Akcja powieści jest bardzo wartka, a czytelnik od razu zostaje wrzucony w wir wydarzeń.
Głównymi bohaterami są Kitty i Adam, choć autorka prawie przez całą powieść sugeruje, że relacje pomiędzy braćmi (pracodawca Kitty jest bratem Adama) są równie ważnym elementem fabuły jak romans.
I o ile ten drugi wątek jest mocno rozwijany, o tyle tajemnicza przeszłość Adama i rozłam w jego relacjach z bratem są potraktowane po macoszemu, a autorka totalnie nie wykorzystała  jego potencjału.

Jeśli chodzi o rodzące się pomiędzy bohaterami uczucie, to jestem mile zaskoczona. To obraz rodem z klasycznych romansów, jest więc i uczucie i seks (w dobrych proporcjach), są miłosne niepewności, rozterki i nieuchronna kłótnia, która rozdzieli kochanków.
Wszystko to ubrane w odrobinę lukrową otoczkę świątecznego czasu, która potrafi chwycić za serce co większe romantyczne dusze.
Mi o romansie Kitty i Adama czytało się dobrze i przyjemnie i pomimo, że książka aż kipi od utartych schematów, to jednak był w tym  pewien urok .
Autorka pisze w lekki i przyjemny sposób. Ma całkiem dobry styl i czytanie „Miłości zimową porą” było dla mnie przyjemnością.
Niestety jest to drugi tom serii o siostrach Shakespeare i to było chwilami czuć. Szkoda, że wydawnictwo nie pokusiło się o wydanie tomu pierwszego kilka miesięcy temu. I choć tą historię można czytać nie znając poprzedniego tomu (tak jak ja), to czułam podczas czytania, że była już wcześniejsza historia opowiadająca o innej siostrze.

Całkiem fajnie autorka wykreowała swoich bohaterów. Kitty udała jej się w mojej ocenia bardzo dobrze. Nie irytowała, nie wkurzała bezmyślnością, nie zachowywała się jak ciepłe zakochane kluchy. Miała w sobie ciepło, radość życia i serdeczność, przy tym nie była ani rozlazła ani pyskatą złośnicą.
Adama również nie trudno było polubić, choć on nie wyszedł autorce aż tak dobrze jak Kitty. Miałam wrażenie, że Carrie Elks nie potrafiła się do końca zdecydować, czy to ma być ostatecznie łobuz o dobrym sercu, czy skrzywdzony samotnik, więc pomieszała te oba obrazy ze sobą i wyszedł jej, noc cóż, skrzywdzony, samotny łobuz o dobrym sercu.
Nie przeszkadzało mi to jakoś bardzo, choć mogło być lepiej.
Natomiast bohaterowie drugoplanowi są mało wyraziści i stanowią tylko tło dla rozwijającego się uczucia głównych bohaterów.

Mimo dużej schematyczności fabuły i przewidywalności, powieść oceniam całkiem dobrze. To była miła odskocznia od codzienności, całkiem dobrze napisana, z fajnymi bohaterami. Świąteczna otoczka dodawała ciepła i uroku fabule, a obowiązkowy happy end cieszył romantyczną część mojej osoby.
Nie jest to lektura zachwycająca, ale i nie miała taka być. Miała dostarczyć dobrej rozrywki, rozgrzać na chwilę serce fajnym wątkiem miłosnym i przez chwilę pozwolić mi wierzyć, że w życiu zawsze można liczyć na szczęśliwe zakończenie.

niedziela, 13 stycznia 2019

"Wiara, miłość, śmierć" Peter Gallert, Jörg Reiter

„ Czy w świecie pełnym zbrodni można jeszcze w cokolwiek wierzyć?”

Martin Bauer jest policyjnym duchownym (co? Co to za funkcja? Przeczytajcie i się przekonajcie
sami).
Pewnego dnia przybywa na most  nad Renem, gdzie inny policjant chce z niego skoczyć. Chcąc go powstrzymać, Bauer sam rzuca się z mostu, a policjant chcąc nie chcąc skacze za nim i ratuje mu życie.
Dlaczego policjant z długoletnim stażem chciał popełnić samobójstwo? I dlaczego po kilku godzinach robi to ponownie, tylko skutecznie?
To wydarzenie będzie początkiem kryminalnej zagadki, którą postanowi rozwikłać duchowny.

Muszę przyznać, że do sięgnięcia po tą powieść skłonił mnie właśnie główny bohater. Ewangelicki ksiądz policjantem? Na czym polega jego funkcja?
Autorzy, Peter Gallert oraz Jörg Reiter bardzo dobrze nakreślili postać Martina Bauera, bo niewątpliwie to właśnie on jest głównym bohaterem tej powieści. Stworzyli postać niejednoznaczną, wierną swoim przekonaniom i próbującym pogodzić to co widzi każdego dnia w swojej pracy na policji z wiarą w boga i wątpliwościami. Bo jak można wierzyć, że bóg istnieje skoro każdego dnia ogląda się taki ogrom zła na świecie.
Początkowo obawiałam się czy aby nie będzie w tej powieści przeładowania religijnymi elementami, ale moje obawy okazały się bezpodstawne. Bauer nie jest ani nawiedzonym kaznodzieją, ani twardzielem co to stracił wiarę i ma generalnie mrok w duszy. W tym bohaterze jest zachowana pewna równowaga, a on sam pokazany jest przede wszystkim jako zwykły człowiek, a nie ksiądz.

Drugą ciekawą postacią jest Verena Dohr, również policjantka, która często współpracuje z Bauerem. Poznajemy ją dość dobrze, nie tylko pod względem pracy zawodowej, ale i prywatnie. To również nie jest postać bez skazy, posiadająca swoje własne sekrety.
Verena musi się zmagać nie tylko z własnymi problemami, ale również z niechęcią współpracowników, którzy nie są zachwyceni faktem, że to ona otrzymała awans na kierownicze stanowisko.
Jest też spora grupa bohaterów drugoplanowych, którzy w tej książce odgrywają dość ważną rolę i nikt nie pojawia się tu bez przyczyny, tylko po to aby być „zapchajdziurą”.

Akcja powieści jest wartka i ciekawa. Kryminalna tajemnica, którą próbuje rozwikłać Bauer z Vereną Dohr jest wciągająca i choć początkowo niewiele wskazuje na to, aby kilka luźno rozpoczętych przez autorów wątków mogło się ze sobą łączyć, to czym dalej czytałam, tym bardziej byłam zaskoczona jak sprytnie zostały one ze sobą splecione i jak zaskakująco.
Fabuła powieści jest spójna, a ukazanie dwóch obrazów bohaterów, tych zawodowych i prywatnych wychodzi powieści na dobre.
Dzięki temu bohaterowie byli bardziej wiarygodni i łatwo było mi im kibicować.

„Wiara, miłość, śmierć” to zgrabnie skonstruowany kryminał z pełnokrwistymi i ciekawymi bohaterami”.
Ani przez chwilę nie czułam nudy, a rozwiązanie kryminalnej zagadki wcale nie było takie proste.
W dodatku przestępczy półświatek odmalowany jest tak realistycznie, że chwilami można było poczuć jego zgniliznę i deprawację.
Powieść czyta się naprawdę szybko, bo to wciągająca lektura, która wg  mnie usatysfakcjonuje każdego wielbiciela kryminałów.
Ja jestem zadowolona z lektury i chętnie sięgnę po kolejny tom opowieści o Martinie Bauerze jeśli takowy się  ukaże.



piątek, 11 stycznia 2019

"Filary Świata" Anne Bishop

Ari jest najmłodsza z wielopokoleniowego rodu czarownic. Od wieków jej poprzedniczki opiekowały
się Starym Miejscem, dbając o to, by ziemie te pozostawały bezpieczne i płodne.
Niestety nad wiedźmami zaczynają się zbierać czarne chmury, a szalony Inkwizytor postanawia wymordować wszystkie czarownice.
W noc Letniego Przesilenia wydarzy się coś, co na zawsze zmieni życie Ari.
Tymczasem Fae, którzy od dłuższego czasu ignorowali zmiany zachodzące w świecie śmiertelników, a do cienistego świata podróżowali jedynie po chwile dobrej zabawy zauważają wreszcie, że  drogi powoli zaczynają znikać, skazując klany Fae na izolację i samotność.
Nie tylko życie Ari jest zagrożone…

Twórczość Anne Bishop poznałam dawno temu za sprawą jej serii Czarne Kamienie. Przypadła mi ona do gustu i czytałam ją z ogromną przyjemnością. Ale to seria INNI tej autorki skradła mi serce i sprawiła, że każdy tom czytałam z wypiekami na twarzy.
Więc gdy tylko zobaczyła, że Wydawnictwo INITIUM wydaje pierwszy tom serii Filary Świata, wiedziałam, że muszę go przeczytać.

Akcja powieści rozpoczyna się dość spokojnie. Autorka wprowadza czytelnika do wykreowanego przez siebie świata, pokazuje jakimi prawami się rządzi, jak wygląda magia oraz rasy stworzeń go zamieszkujący. Mamy więc ludzi, wiedźmy (czarownice), Mały Lud (leśne duszki?) oraz Fae, którzy są nie czym innym jak elfami.
Ci ostatni uważają, że są najwspanialszymi stworzeniami Matki Ziemi i nikt im nie dorasta do pięt.
Gdy już poznajemy świat, pisarka wprowadza czytelnika w intrygi, które stworzyła i klaruje niebezpieczeństwo, które grozi każdej wiedźmie za sprawą Inkwizytorów.
Pięknie i obrazowo kreśli obraz zaszczucia czarownic i nagonki na nie, pokazuje jak chciwość, zemsta i podłość popychają ludzi do wzywania inkwizytora i przyzwolenia na brutalne mordowanie wiedźm, które jeszcze niedawno służyły im nie raz pomocą. W tym wątku widać, że autorka wzorowała się na czasach gdy inkwizycja funkcjonowała i wyłapywała „czarownice”.
Drugim nie mniej ważnym wątkiem jest wątek romantyczny. Ale wbrew temu co sądziłam na początku, nie ma tu schematycznego „ona skromna i biedna czarownica, on potężny Lord Fae, który pod przykrywką wyniosłości skrywa dobre serce”.
Autorka uplotła skomplikowane relacje, słodko – gorzką opowieść o prawdziwym uczuciu i tym, co tak naprawdę liczy się w miłości.
Nie szukajcie tu lukrowatego wątku miłosnego, który na pierwszy rzut oka zostaje tu zaserwowany. Mnie Anne Bishop mocno w tym temacie zaskoczyła i to zdecydowanie na plus. Do samego końca byłam pewna, że inaczej rozwiąże kwestie romantyczne w powieści i jestem zadowolona, że tak się nie stało.

Styl autorki jest dopracowany i dobry. Lekkie pióro, bardzo plastyczne opisy i rozbudowana kreacja świata sprawiają, że bardzo łatwo zatopić się w lekturze.
Autorka pokazuje, że niezależnie od rasy, pochodzenia, majątku, zawsze znajdą się ludzie i nie-ludzie dobrzy i źli, szczodrzy i tacy co potrafią tylko brać, szczerzy i obłudni.
Właśnie tak tworzy też swoich bohaterów – bez słodzenia, wybielani, idealizowania. Podoba mi się, że zwłaszcza Fae są ukazani bez zbędnego patosu, ale jako stworzenia o różnorodnych charakterach i wyznawanych wartościach.
Bałam się, że jeśli temat dotyczy elfów, to może pojawić się tylko jeden sposób ich ukazania – Anne Bishop udowodniła mi, że przeciwnie, można stworzyć ich jako niejednoznaczną i skomplikowaną rasę.

Akcja powieści z każdą stroną staje się coraz bardziej wartka, aż człowiek zaczyna połykać kolejne strony. Tajemnica, którą próbują rozwikłać bohaterowie jest intrygująca, a jej rozwiązanie mnie zaskoczyło.
Wątek inkwizytora jest bardzo dobrze nakreślony i przedstawiony i przyznaję, że był on dla mnie jednym z najciekawszych.
Zaskoczeniem było również to, że drugoplanowi bohaterowie (tzn. ci których za takich uważałam) okazali się w rzeczywistości najważniejszymi elementami fabuły.
Pani Bishop wie jak zmylić czytelnika i wodzić go za nos.

Czy polecam tą powieść?
Tak!
Filary Świata, tom 1 Tir Alainn to kawał dobrego fantasy i jestem ogromnie ciekawa co mi zaprezentuje autorka w kolejnym tomie.
Czekam na niego z niecierpliwością.






wtorek, 8 stycznia 2019

Czytelnicze podsumowanie 2018 roku

Rok 2018 niewątpliwie za nami. Na wielu blogach (czy to pisanych czy nagrywanych) już dawno zapomniano o podsumowaniach, a ja dopiero się za nie zabrałam.
Chciałam wybrać kilka najlepszych w mojej ocenie książek, ale nie potrafiłam sie ograniczyć aż tak, więc postanowiłam wybrać po dziesięć książek z gatunku fantastyki, powieści obyczajowej/young adult/historycznej - no taki mix oraz zrobiłam osobną kategorię na serie fantasy, których każdy tom przeczytałam w  2018 roku.
Na samym końcu kilka książek, które najmocniej mnie rozczarowały.
No to do dzieła!

Pierwsza kategoria: powieści obyczajowe/young adult/historyczna

Kolejność książek nie ma tu większego znaczenia, choć jesli bym się uparła to najwyżej oceniałam "Chmury z keczupu", "Czerwony notes", "Pokolenie zimy", "Wielka samotność".
Ale nie doszukuję się tutaj podium i tego co poza nim. Każda z tych książek mnie zachwyciła na inny sposób, każda historia oczarowała, wstrząsnęła, zachwyciła, skłoniła do reflekcji.
Było w tych książkach coś, co je wg mnie wyróżnia, dobra fabuła, ciekawi bohaterowie, dobry styl i barwne ukazanie otaczającego bohaterów świata.
I mimo, że chciałam jeszcze dodać książkę, dwie czy osiem - to byłam twarda i tak wygląda moje naj w 2018 roku z tej kategorii.
Recenzję o każdej z tych książek znajdziecie u mnie na blogu:
Chmury z keczupu
Czerwony notes
Pieśni o wojnie i miłości
Normalni inaczej
Magiczne lata
Kredziarz
Portret rodziny
Pokolenie zimy
Wielka samotność
Czarownice z Pirenejów


Druga kategoria: fantastyka

Tutaj miałam ogromne trudności, aby wybrać tylko tyle książek i wiele razy stałam przed regałem i wyłamywałam palce, bo nie wiedziała, ta czy ta? Ale ta też mi się podobała, że ohoho.
Na nic się zdały moje katusze, musiałam sie zmusić i wybrać.
I tak oto powastała jedenastka tych naj 2018.
Za co?
Każdą za wykreowany świat, część za wspaniałe nawiązania do słowiańskiej kultury i mitologii, za ciekawych bohaterów, których dało się lubić (lub jak w przypadku Zahreda, być nimi zafascynowanym). Za akcję, za fabułę, za wiele zaskakujących wydarzeń, wreszcie za powrót do ukochanych bohaterów.
Za dobry styl, za piękny język,  za spójną fabułę i za zabranie mnie do świata magii i tego, czego nie ma w szarej rzeczywistości, a niekiedy za zakończenie, które pozostawiało mnie w ogromnym WOW.
Tutaj najlepszą dla mnie okazała się powieść "Niedźwiedź i Słowik" - po niej kolejność jest już abosolutnie przypadkowa.
Recenzję o każdej z tych książek znajdziecie u mnie na blogu:
Trzynasty księżyc
Bramy Światłości tom 3
Niedźwiedź i Słowik
Ciężko być najmłodszym
Drzewo wspomnień
Noc kota, dzień sowy. Gliniana pieczęć
Czerwony śnieg
Magia i stal
Guerra
Bogowie pustyni
Kot Alchemika

Trzecia kategoria: serie

Jesli chodzi o tą kategorię, to zanlazły się tu serie fantasy, których każdy tom został przeze mnie przeczytany w  2018 roku. Jest tu sporo odkryć i jestem nimi po równo zachwycona.
Patrząc na tytuły, łatwo zobaczyć, że króluje tu fantastyka zza naszej wschodniej granicy. Bo i Olga Gromyko, Aleksandra Ruda, a i jeden z autorów ( a dokładnie autorka) serii o Kate Daniels, to rosjanka.
Uwielbiam literaturę pisaną przez rosyjskojęzycznych pisarzy i w sumie w każdej kategorii znajdują się powieści przez nich napisane.
Z tej kategorii ne potrafię wybrać tej naj tak definitywnie, ale gdybym miała się zmusić, to byłyby to chyba Kroniki Belorskie Olgi Gromyko.
Za co akurat te książki?Za klimat, poczucie humoru, niesamowite pomysły, dobry styl i lekkość pióra. Za nietuzinkowych bohaterów i wyjatkowo ciekawie wykrowane światy. Za brak sztampowości i wiele radości z czytania.
Mogłabym jeszcze wymieniać, ale recenzję o każdej książce można znaleźć na blogu i przeczytać (do czego zapraszam.


Czy w ubiegłym roku spotkały mnie czytelnicze rozczarowania? Oczywiście, na szczęście niewiele. Większość dotyczyła poszczególnych elementów danej książki, ale inne jej elementy wynagradzały potknięcia i całość wychodziła dobrze.
Niestety było kilka książek (konkretnie pięć), które rozczarowały mnie bardzo.

Większość z nich zmarnowała potencjał, który posiadała, bohaterowie byli albo nijacy, albo przerysowani, albo zwyczajnei denerwujący. Do rozwiązań fabularnych też miałam sporo zastrzeżeń.
Ale to właśnie powieść "Esesman i Żydówka" tak szeroko zachwalana i polecana rozczarowała mnie totalnie absurdalnością niektorych wydarzęń, nierelanością, bohaterami, którzy nijak nie potrafili wzbudzić mojej sympatii i tak męczącym stylem, że z trudem dobrnęłam do końca książki.
Mam nadzieję, że w tym roku tych rozczarowań będzie jeszcze mniej.

Jeśli chodzi o wydarzenia czytelnicze, to najważniejszym był dla mnie wyjazd na Targi Książki do Krakowa (relacja TUTAJ) a dla mnie i mojego bloga umieszczenie "polecajki" na skrzydełku książki "Chmury z keczupu), co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem i wyróżnieniem.
Jak oceniam rok 2018? Pod względem czytelniczym bardzo dobrze, wzięłam udział w corocznym wyzwaniu i zrealizowałam je.
Moja biblioteczka niebezpiecznie spuchła, więc mam co czytać.
Trafiłam na wiele świetnych książek i spędziłam z ich bohaterami wspaniały czas, przeżywająć wszelkiej maści przygody. To był dla mnie jako czytelnika bardzo dobry rok.
Oby ten obecny był jeszcze lepszy czego Wam i sobie życzę.

niedziela, 6 stycznia 2019

"Kocham tylko tak" Kate Sterritt

„Kocham tylko tak” autorstwa Kate Sterritt, to historia Emerson. Młodej kobiety, która w swoim
życiu zawsze miała pod górkę i tylko przyjaźń i miłość Merekiego pozwalała jej patrzeć na świat optymistycznie, dawała szczęście i wiarę, że w końcu zrealizuje marzenie o byciu artystką.
Jednak pewne tragiczne wydarzenie zmieni całe życie dziewczyny.
Złamana, wyobcowana, samotna, spotka na swojej drodze Josha i będzie musiała zdecydować, czy da sobie szansę na nową miłość i szczęście, czy wciąż będzie trzymała się kurczowo przeszłości.

Do tej powieści podchodziłam bardzo dobrze nastawiona. Liczyłam na – jeśli nie świetną – to bardzo dobrą książkę o miłości i trudnych życiowych wyborach, walce o siebie i swoje marzenia i podnoszeniu się po upadku.
I początkowo wszystko wskazywało na to, że tak właśnie będzie.
Autorka niespiesznie opisuje dzieciństwo i młodość Emerson i jej przyjaciela, a następnie chłopaka Merekiego.
Kreśli obraz rodzinnych relacji Emerson, pokazuje z czym od dziecka musiała sobie radzić dziewczyna i jak to na nią wpłynęło. Ukazuje również jak wielkim wparciem był dla niej Mereki i jak stał się miłością jej życia.
Wszystko to rozpada jednak się jak domek z kart.

Jeśli chodzi o kreację bohaterów, to w sumie nie mam do czego się przyczepić. Chwilami uśmiechałam się pewnie ciut kpiąco, gdy czytałam o tym jak bardzo idealny jest Josh i wszystko z nim związane, ale przyjęłam, że takiego właśnie bohatera chciała stworzyć autorka i uznałam, że miała do tego pełne prawo. Josh jest mężczyzną o jakim może śmiało marzyć wiele kobiet, nie tylko z powodu wyglądu, ale głównie z powodu jego charakteru.
Emerson jest przedstawiona najlepiej, ale to nic dziwnego, skoro narracja jest pierwszoosobowa z jej punktu widzenia.
Poznajemy ją bardzo dobrze, jej wszystkie smutki, rozpacz, niezdecydowanie i samotność.
Poznajemy jej serce i znamy wszystkie myśli.
Trzecią przyzwoicie ukazaną postacią jest Mereki i to chyba on tu jest najważniejszą postacią męską.
Odnosiłam wrażenie, że przytłoczył Josha i trochę zepchnął go w cień.
Bohaterowie drugoplanowi zostali kompletnie zmarnowani, a ich potencjał nawet w jednej dziesiątej nie został wykorzystany, co wg mnie zaszkodziło książce. Niby są, a jednak nic nie znaczą i nic nie wnoszą do fabuły.

Akcja jest wartka i dość sporo się dzieje, choć autorka jednocześnie z niczym się nie spieszy. Trochę mało przekonywała mnie mocna zażyłość pomiędzy Emerson a Joshem, patrząc na to, że znali się w gruncie rzeczy dość krótko i raczej powierzchownie.
Nie przemawiała do mnie tak szybko rozwijająca się relacja pomiędzy nimi, przez co miałam wrażenie, że jest potraktowana trochę po macoszemu, a autorka woli się przyłożyć do fizycznej strony znajomości tej dwójki, choć zaznaczyć muszę, że „Kocham tylko tak” nie jest erotykiem.

Powieść jest dość schematyczna i mało zaskakująca. To co w zamierzeniu autorki miało być wielkim WOW i totalnie zaskoczyć czytelnika, dla mnie stało się oczywiste dość szybko i do końca autorce nie udało się mnie zmylić (choć próbowała).
Kate Sterritt pisze w bardzo prosty sposób, mimo to jej styl nie przypadł mi do gustu, co zapewne wpłynęło na finalny odbiór powieści. Dla mnie zabrakło lekkości pióra, odnosiłam wrażenie, że autorka zbyt mocno sili się na lekki i swobodny ton, a nijak jej to nie wychodzi. Nie wiem na ile to wina autorki, a na ile tłumaczenia, nie zmienia to jednak faktu, że chwilami czułam znużenie lekturą.
Niektóre rozwiązania fabularne były wręcz bezsensowne i tylko mnie irytowały, bo jak pisałam powyżej, szybko rozwikłałam „tajemnicę” i wiedziałam co i jak. Pewnie z założenia miały czytelnika zmylić, wprowadzić wątpliwości, ale w moim przypadku tak się nie stało.
Książka jest bardzo ckliwa i chwilami zbyt patetyczna. Do tego wydaje mi się, że autorka jej nie dopracowała, jakby wciąż ślizgała się po powierzchni swojej opowieści, zamiast się w niej zanurzyć.
Sam pomysł jest naprawdę ciekawy i miał spory potencjał, który jednak nie został wykorzystany.
Na plus zasługuje natomiast pięknie ukazanie oddziaływania na człowieka sztuki i okładka, która zdecydowanie przyciąga wzrok.
Czy polecam „Kocham tylko tak”? Wyznaję zasadę, że najlepiej przekonać się samemu i chyba na tym poprzestanę.
Mnie książka rozczarowała i nie wiem czy się jeszcze skuszę na inne powieści autorki.




piątek, 4 stycznia 2019

"Wiedźmie opowieści" Olga Gromyko

„Wiedźmie opowieści” to czwarty tom Kronik Belorskich Olgi Gromyko. Tym razem autorka zaserwowała czytelnikom 6 opowiadań o przygodach na szlaku Wolhy Rednej i jedno dłuższe o Kościeju Nieśmiertelnym i Wasylisie Najmędrszej.
Wolha jak to ona, sarkastyczna, wredna i złośliwa. Pakuje się zawsze w największe tarapaty i  różnymi metodami próbuje sobie z nimi poradzić.
Robi to spektakularnie, do tego doprowadzając czytelnika do częstych ataków śmiechu.
Każdy kto przeczytał poprzednie trzy tomy, wie dokładnie czego po pani Gromyko się spodziewać.
Tak samo jest w przypadku czwartego tomu cyklu.
Jest barwnie, jest sarkastycznie, jest z humorem. W Wiedźmich opowieściach jest wszystko to, za co pokochałam Kroniki Belorskie.

Jeśli chodzi o opowiadania o przygodach Wolhy, to podobało mi się każde, ale to Wierność do grobowej deski było najlepsze i doprowadziło mnie do łez ze śmiechu.
Wolha przeszła tam samą siebie, a ja czytałam je dwa razy pod rząd pełna zachwytu wybrykami rudej wiedźmy.
Pojawia się tam również mój ulubiony troll Wal, który jak zwykle w niewybredny sposób mówił co myślał, jednocześnie potrafił przemilczeć co bardziej niewygodne dla niego fakty.
Brakowało mi natomiast pozostałych bohaterów poprzednich tomów, przede wszystkim Lena. Szkoda, że się nie pojawił choć na chwilę w ani jednym opowiadaniu.
Jeśli chodzi o ramy czasowe, to wszystkie opowiadania rozgrywają się po wydarzeniach w trzecim tomie.

Ciekawa byłam bardzo co zaprezentuje mi pani Gromyko w historii o Kościeju. Pamiętam jego historię z dzieciństwa i utkwiło mi w głowie, że to nie była zbyt przyjazna postać (dla ciekawskich link do Wiki https://pl.wikipedia.org/wiki/Kościej_Nieśmiertelny) z baśni rosyjskich.
Gdy zaczynałam czytać spodziewałam się wielu różnych kierunków w jakich może rozwinąć się fabuła, ale nie tego, co zaserwowała mi pani Gromyko.
To opowiadanie jest genialne, cudowne, pełne klimatu rosyjskich baśni, okraszone humorem, który wywoływał wybuchy śmiechu i bohaterów, których pokochałam od pierwszej strony.
Historia Kościeja Nieśmiertelnego i Wasylisy Najmędrszej to skarb ukryty wśród innych skarbów. Zdecydowanie najmocniejszy punkt tego zbioru opowiadań i byłam bardzo rozczarowana, że skończyło się tak szybko. Ta historia zasługiwała na osobny tom kronik i mam nadzieję, że autorka jeszcze wróci do tych bohaterów.

Co można dodać jeśli chodzi o Wiedźmie opowieści? Książka napisana tak samo dobrze jak poprzednie części, pełna humoru, sarkazmu i klimatu, który tak dobrze poznałam podczas lektury pierwszych trzech części Kronik.
Barwny świat, cudowni bohaterowie, zaskakujące wydarzenia i delikatna jak poranna rosa nutka romansu.
W tym tomie dostałam to wszystko, za co tam bardzo pokochałam twórczość Olgi Gromyko i tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że ma ona niesamowity talent i niewyczerpane źródło pomysłów.
„Wiedźmie opowieści” to cudowny powrót do świata Belorii i przygód Wolhy. To jak spotkanie z dawno niewidzianymi przyjaciółmi, tym cenniejsze, że już bardzo się za nimi człowiek stęsknił.
Spotkanie to uznaję za więcej niż udane. Jestem zachwycona i wdzięczna pani Gromyko, że postanowiła jeszcze raz wrócić do Wolhy i pokazać czytelnikowi co u rudej wiedźmy się dzieje.
Tak po cichu liczę na to, że to nie jest pożegnanie i jeszcze dane mi będzie się z bohaterami pierwszych trzech tomów Kronik Belorskich spotkać.
A każdego kto jeszcze nie zna tego cyklu, zachęcam do sięgnięcia po te świetne książki.

wtorek, 1 stycznia 2019

Ksiązkowe zakupy w grudniu, czyli ostatnie w 2018 roku

W grudniu nie robiłam jakiś większych zakupów, więc byłam pewna, że nie będzie za bradzo co zaprezentować.
Aż do czasu gdy porobiłam zdjęcia i okazało się, że... jest książek sporo.
Część z nich zamówiłam już w listopadzie, ale dotarły do mnie dopiero w grudniu, na szczęście razem z tymi, które były prezentem mikołajowo/świątecznym. Udało mi się wtedy skorzystać z dużych rabatów z okazji czarnego piątku, więc ceny były super korzystne.











W grudniu odkryłam również świetne miejsce - czyli internetowy antykwariat Antykwariat Warszawski Udało mi sie tam kupić książki, których już nigdzie nie można było zdobyć, przede wszytskim kisteraturę pisarzy zza naszej wschodniej granicy. Ceny były baaaardzo niskie, a  moja radość ogromna. Zaglądam tam co kilka dni i sprawdzam, czy nie pojawiły się inne poszukiwane przeze mnie książki, a i sprawdzam co nowego ma antykwariat.





Większe zamówinie w grudniu zrobiłam w nieprzeczytane.pl gdzie dobra promocja zwabiła mnie jak niedźwiedzia do miodu.
Było trochę wyczekiwanych przeze mnie premier, trochę starszych pozycji, które mocno mnie zaciekawiły.
Skusiłam sie również na wznowienie książki Grzesiuka "Pięć lat kacetu" i jestem ogromnie ciekawa jakie wrażenie na mnie zrobi.

Na koniec książki, które w grudniu dostałam w prezencie, a okazji było trzy: mikołaj, gwiazdka i moje urodziny :)
Każda z nich jest dla mnie ogromnie cenna, bo ich otrzymanie znaczy, że osoby, które mi je sprezentowały dobrze mnie znają.

Dziś pierwszy dzień  2019 roku.
Wszystkim życzę aby ten rok był wyjątkowo udany i pełen sukcesów, miłości i zdrowia.
Już niedługo pokuszę się zapewne i napisanie krótkiego podsumowania czytelniczego 2018 roku, a na stronie bloga na fb pojawi się nowy konkurs.
Zapraszam do śledzenia bloga!

niedziela, 30 grudnia 2018

"Sztylet rodowy" Aleksandra Ruda

Mila ukończyła przyspieszony kurs magii, aby wziąć udział w wojnie z pomroką. Wszystko
zmierzało ku dobremu, gdy nagle…wojna się skończyła, a dziewczyna została bez grosza przy duszy i zajęcia.
Postanawia więc zostać głosem króla, czyli dołączyć do drużyny, która jeździ po miastach i miasteczkach, sprawdza księgi rachunkowe, ściąga należne podatki i w imieniu króla przewodniczy rozprawom sądowym.
Mila nie ma nic do stracenia, za to zyskuje zatrudnienie. Zostaje dołączona do drużyny, cokolwiek dziwacznej. Kapitanem jest Jaromir Wilk, szlachcic, bywająca agresywna wojowniczka, krasnolud-maminsynek, troll który od pierwszej chwili zapała do Mili uczuciem oraz elf (trochę dziwny, ale jednak).
Ta zbieranina kompletnie niepasujących do siebie charakterów będzie musiała spędzić razem pół roku i współpracować.
Co z tego wyniknie? Jakie spotkają ich przygody? I co takiego skrywa Mila?

„Sztylet rodowy” to pierwszy tom  trylogii Aleksandry Rudej, ukraińskiej pisarki (czy ja wspominałam, że uwielbiam literaturę pisaną przez rosyjskojęzycznych autorów? Nie? Chyba mówiłam).
Akcja jest wartka i wciąga już od pierwszej strony. Autorka wrzuca czytelnika w wir wydarzeń i na początku niewiele tłumaczy.
Dopiero wraz z rozwojem akcji zaczynamy poznawać świat wykreowany przez autorkę, panujące w nim układy, magię, sojuszników i wrogów.
A jest co poznawać, bo świat stworzony przez autorkę jest ciekawy, wielobarwny i intrygujący.

Równie dobrze kreśli pani Ruda swoich bohaterów. Są ciekawi, wyraziści, żadne z nich nie jest idealne, popełniają sporo błędów i nie zawsze wszystko wychodzi im tak jak powinno. Czasem denerwują, ciężko przejrzeć ich prawdziwe zamiary i uczucia, a jednak bez trudu każdego z nich da się polubić.
Na dużą pochwałę zasługuje sposób w jaki autorka ich przedstawia, powoli, krok po kroku, bez zbyt szybkiego zdradzania ich sekretów. W dodatku wydarzenia jakie staną się udziałem tej wyjątkowej drużyny, sprawią, że każda z postaci w pewien sposób się zmieni i czegoś nauczy.
Gdybym miała wybierać, kogo z bohaterów najbardziej lubię, to nie potrafiłabym zdecydować. Każdy z nich jest inny, na swój sposób wyjątkowy i niepowtarzalny. Liczę na to, że autorka nikogo nie uśmierci w kolejnych tomach, bo tego by moje czytelnicze serce nie zniosło.

Język jakim posługuje się Aleksandra Ruda jest lekki i przyjemny. Tłumaczenie pani Ewy Białołęckiej jest bardzo dobre i świetnie oddaje klimat typowy dla fantasy pisanych przez naszych wschodnich sąsiadów.
Ogromnym atutem jest tutaj humor, którego w „Sztylecie rodowym” jest pod dostatkiem. Bywały momenty, gdy śmiałam się w głos i tylko moje koty do spółki z psem patrzyły na mnie z pewnym politowaniem.
Barwne opisy, ciekawa magia, fajnie ukazany świat, ciekawi bohaterowie i spora dawka humoru – wszystko to wprawiało mnie w zachwyt podczas czytania.

Czy w takim razie było coś co mi nie przypadło do gustu?
Tak całkiem nie, ale jakoś nie do końca przemawiał do mnie wątek romantyczny, a raczej jego konstrukcja.
Autorka tak sprytnie wodziła mnie za nos, że nawet po skończeniu książki nie wiem czy taki prawdziwy wątek romantyczny w ogóle miał tam miejsce.
Można to traktować i jako zaletę i jako wadę. Ja postanowiłam podejść do tego z dystansem i poczekać na rozwój tego wątku w kolejnym tomie.
Autorka wprowadza też kilka intrygujących wątków, które będą - mam nadzieję - rozwijane w kolejnych tomach. Do tego są tajemnice, których póki co tylko się domyślam, więc moja ciekawość jest mocno przez autorkę podkręcona.

Czy „Sztylet rodowy” spełnił moje oczekiwania?
Ależ tak!
Podczas czytania bawiłam się świetnie i książkę pochłonęłam w ciągu jednego dnia (przerwa świąteczna dała mi taką możliwość).
Mam nadzieję, że na tom trzeci, który jeszcze się nie ukazał, nie będę musiała długo czekać, bo tom drugi, którego czytanie miałam odłożyć w czasie już pochłonęłam jednym tchem.



piątek, 28 grudnia 2018

"Lalkarz z Krakowa" R. M. Romero

Karolina jest lalką, która mieszka w Królestwie lalek. Kraina ta zostaje napadnięta przez krwiożercze
i okrutne szczury, które wprowadzają swoje rządy.
Gdy piękna i radosna kraina zmienia się nie do poznania, w magiczny sposób Karolinie udaje się z niej wydostać i przedostać do świata ludzi – do Krakowa.
Tam trafia do sklepu Cyryla – lalkarza, z którym się zaprzyjaźnia.
Niestety Karolina nie ma szczęścia, bo w świecie ludzi jest właśnie 1939 rok i widmo wojny zbliża się wielkimi krokami.
Niemiecka okupacja odciska coraz większe piętno na Krakowie i jego mieszkańcach, a Żydzi są zamykani w getcie. Nadejdzie taki moment, gdy Lalkarz i Karolina postanowią za pomocą magii uratować swoich żydowskich przyjaciół.

Sięgając po powieść R.M. Romero nie wiedziałam czego się spodziewać i miałam pewne obawy. Połączenie magii z okrucieństwem II Wojny Światowej i Holocaustem? Czy to mogło się udać?
Otóż tak, jak najbardziej.
Akcja powieści rozgrywa się w całości w Krakowie, ale przed każdym rozdziałem pojawia się wspomnienie Karoliny związane z atakiem szczurów na Krainę Lalek. Oczywiście nie trudno zobaczyć podobieństwo pomiędzy magiczną krainą, a zaatakowanymi przez nazistów państwami.
Akcja „Lalkarza z Krakowa” jest wartka i wciągająca. Napisana prostym językiem, bez epatowania okrucieństwem, pokazuje okrucieństwo wojny i koszmar jaki stał się udziałem milionów ludzi wysyłanych do obozów koncentracyjnych.
Książkę mogą śmiało czytać młodzi czytelnicy, bo nie ma tu drastycznych opisów, a jednak sposób opowiadania o tamtych wydarzeniach jest niezwykle przejmujący i poruszający.

Autorka w bardzo dobry sposób nakreśliła swoich bohaterów. I nie tylko tych pierwszoplanowych, ale i tych drugoplanowych. Na ich przykładzie pokazała różne postawy ludzi podczas niemieckiej okupacji, i te godne pochwały i najwyższego uznania, jak i te, które zasługują tylko na potępienie.
Jeśli ktoś obawia się, że w powieści to magia jest głównym wątkiem, to całkiem niepotrzebnie. Jest ona sposobem na pokazanie jak różnie można wykorzystać swoje zdolności, do czynienia dobra lub zła – bo wybór ma się zawsze, od nas tylko zależy, którą drogą będziemy podążać.

W trakcie czytania odnosiłam coraz silniejsze wrażenie, że podobny klimat już gdzieś spotkałam. Męczyło mnie to dłuższą chwilę, aż wreszcie coś zaskoczyło i już wiedziałam.
Otóż „Lalkarz z Krakowa”  klimatem i subtelnym pokazaniem okrucieństwa wojny i Holocaustu bardzo przypomina mi film „Życie jest piękne” (link Życie jest piękne). Oczywiście w filmie nie ma magii i ożywionych lalek, ale jest ten lekki, ale do głębi poruszający sposób pokazania rzeczy strasznych, który tak ogromnie schwycił mnie za serce.
Tak samo jest w powiesić pani Romero. Jest magia, które daje lekką otoczkę, jednocześnie pokazując ile odwagi i siły wymagało zdobycie się na pomoc Żydom w tamtych czasach i nie zatracenie w tym tyglu szaleństwa swojego człowieczeństwa.

„Lalkarz z Krakowa” to powieść niezwykła i nie tylko dlatego, że dla pokazania pewnych rzeczy autorka używa magii. To opowieść, która ogromnie porusza, która potrafi w lekki sposób oddać okrucieństwa jakich dopuszczali się naziści.
R.M. Romero udowodniła, że aby wstrząsnąć czytelnikiem, nie potrzeba przepojonych okrucieństwem i brutalnością obrazów.
Na mnie ta powieść zrobiła ogromne wrażenie, tak samo jak wspomniany powyżej film. Nie potrafiłam opanować łez i długo nie mogłam ubrać w słowa swoich odczuć względem tej historii.
Uważam, że „Lalkarz z Krakowa” to powieść dla każdego, dla czytelnika w każdym wieku.
Piękna, subtelna, poruszająca.
Na koniec chcę tylko dodać, że autorka w  2016 roku przyjechała (po raz drugi, pierwszy raz była w 2005 roku w Brzezince) do Polski, aby jako wolontariuszka pomóc w odrestaurowaniu Żydowskiego cmentarza w Oświęcimiu.  Pani Romero pisze o tym w posłowiu, do przeczytania którego bardzo zachęcam.
A wydawnictwu Galeria Książki należą się ukłony za tak piękną okładkę, która idealnie oddaje klimat powieści.


środa, 26 grudnia 2018

"Magiczne lata" Robert McCammon

Rober McCammon to autor, którego poznałam dawno temu za sprawą jego post apokaliptycznej
powieści „Łabędzie Śpiew”. Powieść ( a właściwie dwa tomy) mnie zachwyciła i sprawiła, że szybko dokupiłam inną książkę tego autora – „Magiczne lata”.
Kupiłam, postawiłam na półkę i kazałam jej długo czekać.
I po raz kolejny okazało się, że czekałam zbyt długo.

Lata 60 w USA. Cory Mackenson mieszka w mieście Zephyr w Alabamie. Pewnego ranka, jedzie z ojcem pomóc mu w pracy (ojciec rozwozi mleko i nabiał) i obaj są świadkami zbrodni.  Do jeziora Saksońskiego, ogromnie głębokiego, stacza się samochód z zamkniętymi wewnątrz zmasakrowanymi zwłokami. Ojciec chłopca próbuje dostać się do tonącego auta, ale mu się nie udaje. Od tamtej pory dręczą go koszmary, a Cory postanawia rozwikłać tajemnicę morderstwa.
Brzmi jak początek kryminalnej historii, wokół której będzie kręciła się akcja?
Oczywiście.
A czy tak jest w istocie? I tak i nie.
Morderstwo, którego świadkiem są Cory i jego ojciec rzeczywiście jest jednym z głównych elementów fabuły, ale to co innego jest najważniejsze w tej powieści i wbrew pozorom nie jest to tajemnicza zbrodnia.

Narratorem w tej książce jest Cory, więc co oczywiste,  narracja jest pierwszoosobowa. Ale już na początku autor tłumaczy, że to czego Cory nie mógł widzieć, dowiedział się później od osób trzecich, albo wydedukował sam.
Bardzo sprytny zabieg, aby móc pokazać szerszy obraz wydarzeń w Zephyr.
Swoich bohaterów autor kreuje bardzo dobrze, tworzy ich z dbałością o szczegóły i bardzo realistycznie.
Każda z postaci, która pojawia się w tej książce ma znaczenie i jest tak zaprezentowana czytelnikowi, że ma się wrażenie, jakby samemu mieszkało się w Zephyr i znało tych ludzi.

Klimat w powieści jest niesamowity. Małe miasteczko, czas gdy wciąż funkcjonowały podziały na „białych” i „czarnych”, a ci ostatni nie mieli jeszcze pełni praw (np. nie mogli korzystać z basenu miejskiego), działały Ku Klux Klany, handel odbywał się w małych lokalnych sklepikach, a każdy znał każdego.
To wszystko, tak dobrze znane Cory’emu stoi właśnie u progu zmian, które nieubłagalnie nadchodzą i zmienią życie wszystkich.
Autor pięknie ukazał relacje międzyludzkie, te panujące w rodzinie Cory’ego i jego kolegów. Pokazał głęboko pod przykrywką poprawności ukryte mroczne sekrety, rodzinne tragedie i dramaty.
Na tle wydarzeń rozgrywających się w powieści ukazał pełen wachlarz ludzkich charakterów i ciemne zakamarki ludzkiej duszy.

Cory wciąż jeszcze ogląda świat dziecięcymi oczami, ale bynajmniej nie jest to naiwny i cukierkowy obraz rzeczywistości.
On i jego koledzy zaczynają dojrzewać, zauważać coraz więcej z tego co do tej pory nie spędzało im snu z powiek, a co wraz z dorastaniem coraz wyraźniej jest dla nich widoczne.
W swoim młodym życiu przyjdzie im się zmierzyć z grozą, rozpaczą po starcie kogoś bliskiego, lękiem i niepewnością. Zaczną pojmować, że życie nie jest tylko czarno-białe, ale ma wiele ocieni szarości.

Autor wspaniale i płynnie łączy ze sobą kilka gatunków, jest tu bowiem i horror i fantastyka i odrobina sensacji. Ale przede wszystkim „Magiczne lata” to pełen nostalgii obraz życia w tamtych latach w małym, prowincjonalnym miasteczku, w czasach, gdy życie jednak wydawało się prostsze i może nawet trochę lepsze?
Fabuła jest bardzo spójna, a wątek zatopionych w jeziorze zwłok wciąż przeplata się w tej historii i ma się wrażenie, że pisarz ani na chwilę nie traci go z oczu. Sprawnie splata ze sobą różne wątki, aż do zaskakującego finału.
Tło społeczno-obyczajowe jest nakreślone bardzo realistycznie i z ogromnym klimatem. Tutaj talentu autorowi mógłby pozazdrościć nawet S. King. Do tego Robert McCammon pisze lekko, plastycznie i obrazowo.
Książkę czytałam niespiesznie, dając się porwać w sentymentalną podróż do przeszłości, do czasów, które już nie wrócą i które obserwowałam oczami dwunastoletniego Cory’ego. To była fascynująca podróż, pełna magii, radości i smutku. Przyznaję, że były momenty, gdy zwyczajnie się popłakałam i to nie tak, że uroniłam łezkę czy wie, tylko po prostu się spłakałam jak bóbr.
Czy ta powieść ma jakieś wady? Wg mnie nie.
To wspaniała historia o dorastaniu, życiu, przyjaźni i więzach rodzinnych. To opowieść ze szczyptą magii,  w którą wierzy do pewnego momentu każde dziecko.
Czytając tą powieść poczułam się znów jak dziecko, które odkrywa, że życie posiada również tą mroczną stronę, nie tracąc jeszcze swojego dziecięcego zauroczenia otaczającym światem.
Chylę czoło przed Robertem McCammonem za jego talent i kunszt pisarski.
„Magiczne lata” to powieść naprawdę magiczna. Ja dałam się oczarować.


czwartek, 20 grudnia 2018

"Magia i stal" Nik Pierumow

Molly Blackwater ma dwanaście lat i mieszka w Królestwie. Państwie, które nade wszystko ceni
sobie technologie i rozwój, a każdy przejaw magii jest bezwzględnie tępiony.
Dziewczynka jest pilną uczennicą, fascynuje się wszystkimi maszynami parowymi i technologiami.
Nic nie zakłóca jej dzieciństwa, do czasu gdy odkrywa w sobie magię.
A to może kosztować ją życie.
Zdesperowana Molly ucieka za przełęcz, na terytorium barbarzyńców, z którymi walczy (a raczej, których atakuje) Królestwo.
Tam bowiem magia jest nie tylko nie zabroniona, ale wysoko ceniona, a życie mieszkańców tej mroźnej krainy jest jej podporządkowane.
Aby przeżyć Molly musi nauczyć się od Rooskich panowania nad swoją magią. Ale konflikt pomiędzy Królestwem a Rooskimi się zaognia i wybucha z ogromną siłą.
Co zrobi młodziutka dziewczyna? Po której stronie barykady stanie?

Początek książki kompletnie nie zwiastuje tego co skrywa ta powieść. Molly ma dwanaście lat, co już samo w sobie sugeruje, że to będzie książka dla młodszego czytelnika.
Cóż… nic bardziej mylnego. „Magia i stal” to powieść dla czytelników w każdym wieku.
Nik Pierumow bardzo płynnie połączył ze sobą elementy steampunku z lekko baśniowym klimatem. Maszyny parowe, pancerne pociągi, dymiące fabryki ścierają się na kartach tej powieści z magią, czarami i życiem w zgodzie z naturą.
Zatrute powietrze Królestwa, wyeksploatowane surowce kontra bogactwo terenów na których mieszkają barbarzyńcy.
Autor pięknie odmalował konflikt pomiędzy dwiema siłami reprezentującymi skrajnie inne podejście do otaczającego ich świata.
Bardzo obrazowo odmalował realia wykreowanego przez siebie świata, przy czym nie trudno się domyślić, że Królestwo jest dość mocno wzorowane na Królestwie Brytyjskim, a terytoria Barbarzyńców na Rosji.

Swoich bohaterów autor kreuje dobrze, nie tylko tych pierwszoplanowych, ale i tych drugoplanowych. Każde z nich ma swoją rolę do odegrania w tej historii, a główni bohaterowie nie są w żaden sposób przerysowani.
Nawet Molly, która jest w sumie jeszcze dzieckiem i potrafi zachować się w sposób ciut infantylny, z biegiem czasu i wydarzeń dojrzewa i staje się bardzo ciekawą bohaterką.
Urzekł mnie sposób w jaki traktowano Molly na terenach barbarzyńców. Nie jak dziecko, które nie jest w stanie niczego zrozumieć, ale jak osobę o własnej mądrości i inteligencji.
Autor nie zrobił z niej (czego szczerze mówiąc bardzo się obawiałam) ani rozkapryszonej dziewuszki, którą ktoś zawsze musiał ratować, ani „mini terminatora”, która poradzi sobie ze wszystkim bez wysiłku.
Molly jest chwilami zagubiona, chwilami zdezorientowana, smutna, tęskniąca za czasami „sprzed” wybuchu w niej magii, gdy jej życie było proste, ale na pewno nie jest bezmyślna.

Autor powieści jest z pochodzenia Rosjaninem i oczywiście mocno to czuć w powieści.
W swoją opowieść wplótł nie tylko magię i czary, ale wiele elementów z rosyjskich baśni i legend. I choć początkowo można mieć wątpliwości, czy steampunkowe klimaty będą współgrać z baśniową otoczką, to ja uważam, że Nik Pierumow idealnie je ze sobą połączył i wymieszał.
Styl autora również jest typowy dla rosyjskojęzycznych pisarzy, czuć w nim tą nutę melancholii, która tak mnie oczarowuje za każdym razem, gdy czytam rosyjską literaturę.
Powieść napisana jest prostym językiem, ale zarazem bardzo plastycznie. Autor potrafił opisać rozterki i obawy Molly bez popadania w egzaltację, przez co ta postać nawet przez chwilę mnie nie irytowała.

„Magia i stal” to książka, które mnie totalnie oczarowała. Zżyłam się z jej bohaterami i mocno im kibicowałam. I choć pojawiają się tutaj trochę utarte już schematy i czasem dość łatwo przewidzieć w jakim kierunku potoczy się akcja, to jednak Nik Pierumow wybronił się niebanalnym połączeniem steampunku z baśniowością, ciekawymi bohaterami  i bardzo dobrze wykreowanym światem.
Cieszę się, że to dopiero pierwszy tom serii o przygodach Molly, bo z ogromną przyjemnością wrócę do tego wyjątkowego świata i dam się pochłonąć jego magii, a pan Nik Pierumow ląduje na mojej półce „ulubionych autorów”.






piątek, 14 grudnia 2018

"Uniesienie" Stephen King

Castle Rock, to miasto, które ma przerąbane po całości. Serio, tyle złego się tam wydarzyło, że
śmiało można powiedzieć, że to prawdziwie upiorna miejscowość.
A jednak przychodzi taki dzień, w którym zwykły człowiek zrobi rzecz niezwykłą, dając miastu szansę na… w sumie na co? Odkupienie? Naprawdę błędów?

Scott Carey  to czterdziestokilkuletni mieszkaniec Castle Rock, który właśnie dostał intratny kontrakt, dzięki któremu czeka go bardzo dostatnie życie. Pewnie cieszyłby się z tego bardziej, gdyby nie fakt, że każdego dnia traci około kilogram wagi, choć jego sylwetka się nie zmienia i nadal wygląda na swoje niedawne  108 kg.
Szukając wyjaśnienia tajemniczej i niespotykanej przypadłości, zwraca się do emerytowanego lekarza rodzinnego. Ten jednak nie potrafi wyjaśnić tego, co dzieje się ze Scottem.
Paradoksalnie odkąd zaczął chudnąć, Scott czuje się wręcz kwitnąco, ale ma świadomość, że przy tym tempie chudnięcia, niedługo nadejdzie „dzień zero” w którym nastąpi…no właśnie, co?
Mając wizję rychłego końca, Scott postanawia zmienić to, co było złe i naprawić tyle błędów w swoim życiu ile da rady. Zaczyna od poprawy sąsiedzkich stosunków z parą kobiet, właścicielek lokalnej restauracji, która z powodu uprzedzeń społeczności Castle Rock do związku dwóch kobiet, chyli się ku upadkowi.

Jakiś czas temu czytałam „Pudełko z guzikami Gwendy”, które S. Kinga napisałam we współpracy z Richardem Chizmarem. Była to bardziej nowelka, które pomimo pewnych nadprzyrodzonych elementów, opisywała bardziej rzeczywistość tu i teraz. Podobnie rzecz się ma z „Uniesieniem”. Początkowe skojarzenie z inną powieścią Kinga pt. „Chudszy” kazała mi się spodziewać raczej horroru.
Jednak nic bardziej mylnego.
„Uniesienie” to cieniutka książka, nowelka w sumie, choć wbrew pozorom pełna treści i bardzo wymowna.
Nietypowo dla Kinga, akcja rusza z kopyta już od pierwszej strony i jest mocno skondensowana na tych  170 stronach.
Mimo nadprzyrodzonego wątku (no bo jak inaczej nazwać chudnięcie bez utraty masy ciała) fabuła tej nowelki mocno osadzona jest w rzeczywistości, a tą pan King postanowił bezlitośnie skrytykować.
Polityczne poglądy Kinga są raczej szeroko znane i w Uniesieniu również są one eksponowane w postaci krytyki rządów Trumpa i mentalności popierających go ludzi.
King bez mrugnięciem okiem piętnuje małomiasteczkowe uprzedzenia, dyskryminację z powodu orientacji seksualnej (sąsiadki Scotta są lesbijkami), zamknięcie na wszystko, co nie mieści się w od dawna wytyczonych ramach.

Jednocześnie pokazuje, że zawsze jest możliwość naprawy swoich błędów i wyrządzonych krzywd. Tajemnicza utrata wagi sprawi, że Scott spojrzy na otaczającą go rzeczywistość jakby z boku i doprowadzi do tego, że mężczyzna zmieni wiele nie tylko w sobie, ale i w mieszkańcach Castle Rock.
King jest wnikliwym obserwatorem otaczającego go świata, co doskonale widać w Uniesieniu. Mimo skromnej objętości, książka jest przepełniona emocjami, których się nie spodziewałam. Przyznaję, na końcu się zwyczajnie poryczałam, co jeśli chodzi o książki tego autora, zdarzyło mi się tylko podczas lektury „Wielkiego marszu” i „Zielonej mili”.
Co ważne, zakończenie Uniesienie jest otwarte, więc tak na dobrą sprawę, autor może wrócić do swoich bohaterów i tych wydarzeń.
Jak zwykle u autora można znaleźć kilka smaczków w postaci nawiązania do innych jego książek. Ogromnie to u pana Kinga lubię i zawsze staram się je wyłapywać czytając jego kolejne powieści.

Dla kogo jest „Uniesienie”? W mojej ocenie dla każdego.
Napisana lekko, w stylu Kinga, ale bez charakterystycznego dla niego długiego wprowadzenia (przy tej liczbie stron to oczywiste) ta niepozorna książka wywarła na mnie naprawdę dobre wrażenie swoim przekazem i wywołała sporo emocji.
Na uznanie zasługują również twórcy okładki. Ona idealnie oddaje treść książki i jej przesłanie. Jest sugestywna tak samo jak tytuł.
Mimo, że uwielbiam pełne grozy powieści Mistrza, to liczę również na to, że jeszcze wiele książek w stylu Uniesienie pan King napisze.