środa, 21 sierpnia 2019

"Nim stałyśmy się wasze" Lisa Wingate

Lata trzydzieste XX wieku,  Stowarzyszenie Dom dla Dzieci Tennessee pod rządami Georgii Tann
ratuje sieroty i szuka im dobrych, często zamożnych domów.
Dzieci rozpoczynają nowe życie w kochających rodzinach…
Czy aby na pewno?
Georgia Tann i jej działalność okazują się nie początkiem nowego wspaniałego życia sierot, ale koszmarem, który właśnie je spotkał. Porywane w drodze do szkoły, ze szpitali po uprzednim wmówienie rodzicom, że dziecko zmarło, podczas zabaw na podwórkach…
Umieszczane w placówkach, w których nierzadko są głodzone, maltretowane, molestowane, bite, karane fizycznie i psychicznie, zastraszane.
Brzmi strasznie?
Oczywiście, zwłaszcza, że to nie fikcja niestety.

„Nim stałyśmy się wasze” to powieść, która opisuje prawdziwe wydarzenia dotyczące Stowarzyszenia Dom dla Dzieci Tennessee. I choć główni bohaterowie, czyli rodzeństwo Foss, to postacie fikcyjne, to jednak autorka ich historię stworzyła w oparciu o historie prawdziwych uczestników tych strasznych wydarzeń.

Akcja powieści biegnie się dwutorowo, w latach  30 XX wieku, gdy Georgia Tann porywa rodzeństwo Foss oraz  współcześnie. Młoda córka senatora , podczas jednego z wydarzeń, w którym bierze udział jej ojciec, spotyka tajemniczą May, a spotkanie to zburzy spokój i poukładane życie Avery i da początek poszukiwaniom, które wstrząsną całym życiem kobiety.
Narracja trzecioosobowa daje czytelnikowi wgląd we wszystkie wydarzenia, które opisuje autorka. Lekki, ale bardzo dobry styl sprawia, że książkę czyta się dobrze i z przyjemnością.
Mimo, że wiadomo co jest tajemnicą i można się domyślić jak cały współczesny wątek się zakończy, to droga do jego rozwiązania jest niesamowicie ciekawa i wciągająca.
Wątek z przeszłości jest ogromnie poruszający i zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Nie sposób było przewidzieć w jakim kierunku się potoczy. Historia rodzeństwa Foss jest wstrząsająca, a wiedząc, że to nie tylko fantazja autorki, ale takie sytuacje miały miejsce, to serce boli i ciężko się pogodzić z tym, że ktoś taki jak Georgia Tann mogła działać bez żadnej kontroli i wyrządzać tyle zła.

Postacie są nakreślony bardzo dobrze i bez trudu mogłam uwierzyć, że ktoś taki istniał w rzeczywistości. Autorka bardzo plastycznie opisuje wszystkie wydarzenia, jednocześnie dużo czasu poświęca na ukazanie, co czuła główna bohaterka – Rill Foss - z jakimi emocjami się zmagała, ile w niej było strachu i przerażenia o los swojego rodzeństwa, ile rozpaczy i determinacji.
Obraz tego co działo się w placówkach Stowarzyszenia Dom dla Dzieci Tennessee jest wstrząsający i przerażający.
Trudno było mi pojąć, że coś takiego mogło mieć miejsce, w dodatku z przyzwoleniem społeczeństwa i władz.
Czytałam i nie byłam w stanie oderwać się od powieści, nawet pomimo tego, że wydarzenia opisywane przez Lisę Wingate potrafiły wywołać smutek w duszy i bezsilną złość na to, co spotykało tysiące dzieci.
Również bohaterowie współcześni są ciekawi, pełni sprzeczności, mają swoje rozterki, dylematy, marzenia. Zwłaszcza Avery, która próbuje ustalić swoje miejsce w świecie i sprostać oczekiwaniom rodziny, jednocześnie nie zatracając w tym siebie.

„Nim stałyśmy się wasze” Lisy Wingate to książka wstrząsająca i głęboko poruszająca. Oddaje klimat tamtych lat, opisuje przerażające wydarzenia  rozgrywające się w Stowarzyszeniu Dom dla Dzieci Tennessee bardzo realistycznie, przez co historia ogromnie zapada w serce i ciężko przestać o niej myśleć, nawet po zakończeniu lektury.
Setki tysięcy dzieci odebranych rodzicom, z pozmienianymi danymi, tak aby biologiczni krewni nie mogli ich odszukać i sprzedane do adopcji. Setki dzieci, po których zaginął ślad.
Tak właśnie wyglądała ta „sielanka” pod wodzą Georgii Tann.
Intratny biznes, który przyniósł kobiecie majątek (wysokie koszty opłacane przez nowych rodziców za „adopcję”), a za który kobieta nigdy nie poniosła kary.
Ta powieść, to jedna z tych książek, o których nigdy się nie zapomina, które pozostawiają w duszy czytelnika swój ślad już na zawsze.
Jestem pod jej ogromnym wrażeniem.
Polecam.

niedziela, 18 sierpnia 2019

„Syn Wiedźmy” Kelly Barnhill

Dwoje dzieci naznaczonych tragicznymi wydarzeniami, przepowiednia, która niepokoi, magia, która
potrafi uzdrawiać nie tylko ciało, ale i duszę.
I to czym niestety naznaczony jest świat, zawiść, zazdrość, rządza władzy i bogactwa. Czy w tym wszystkim jest miejsce na przyjaźń, miłość i lojalność?
Kogo wybierze młoda Aine, córka króla złodziei? Czy Ned da radę uratować swoją wioskę i swoją duszę? Czy w końcu stanie się tym właściwym chłopcem i odnajdzie swoje miejsce na ziemi?

„Syn Wiedźmy” to przepiękna klasyczna baśń, która pokazuje walkę dobra ze złem, ale i ma głębszy podtekst, którym jest szacunek dla odmienności, walka z rozpaczą i złamanym sercem, dążenie do realizacji marzeń i szukanie swojego miejsca na świecie.
I choć głownymi bohaterami są dzieci, to jednak czytelnik w każdym wieku pokocha tą historię.
Autorka posługuje się pięknym językiem, idealnie dopasowanym do klimatu powieści. Obrazowe opisy, lekki styl i niesamowity klimat – to wszystko czyni lekturę tej powieści wyjątkową.
Mimo, że Kelly Barnhill wyraźnie zarysowała granicę pomiędzy dobrem i złem, to nie wszystko jest tak jednoznacznie białe lub czarne. Pojawia się w tej powieści sporo odcieni szarości, które sprawiają, że nie ma się poczucia, że to wszystko już było, ktoś już w taki sposób napisał inną powieść.

Akcja jest dynamiczna, wiele się dzieje, wydarzenie goni wydarzenie. A mimo to odnosi się wrażenie, że autorka nigdzie się nie spieszy, że opowieść snuje się leniwie, jednocześnie wciągając czytelnika do baśniowego świata. Powieść naszpikowana jest ogromnym ładunkiem emocji, rozpaczą, melancholią, tęsknotą, ale i wiarą, nadzieją, radością i miłością.
Z jednej strony autorka pokazuje, że każdy jest kowalem własnego losu i może zrobić wszystko, jeśli jest wystarczająco zdeterminowany, z drugiej zaznacza, że przeznaczenia nie sposób uniknąć, ale to od nas zależy w jakiej formie się ono zrealizuje.
Wszystko to daje niesamowicie dobry i piękny efekt, a książkę czyta się z pełnym fascynacji zauroczeniem.

Ciekawie są nakreśleni bohaterowie powieści. Każde z nich to postać prawdziwa, pełna różnych uczuć, lęków, nadziei, wewnętrznej siły, którą jedni odkrywają w sobie wcześniej, a inni później.
Autorka pokazuje jak poprzez swoje wybory bohaterowie kroczą taką, a nie inną drogą, jak ich to definiuje, popycha do czynów chwalebnym lub haniebnych.
Obraz niektórych postaci jest odrobinę przejaskrawiony, aby ukazać zło czające się w duszy człowieka, które byłoby łatwe do zauważenia przez młodszego czytelnika.
Nie jest to bynajmniej wada, a dla mnie była to nawet zaleta. Niektóre rzeczy trzeba wyjaskrawić, aby odbiorca zrozumiał, że ludzie są różni, a bycie bogatym, posiadającym władzę arystokratą nie czyni z człowieka z automatu kogoś wartościowego.
To nasze czyny nas określają, to jakim człowiekiem jesteśmy. I właśnie to jest głównym przesłaniem tej powieści.
Magia, przepowiednia – to tylko droga do tego, aby ukazać czytelnikowi, że o naszej wartości decyduje to co robimy, a nie kim się urodziliśmy.

„Syn Wiedźmy” to druga powieść autorki, którą dane mi było przeczytać i jestem po raz kolejny oczarowana i zachwycona.
Piękny baśniowy klimat i wciągająca fabuła sprawiły, że nie mogłam się od powieści oderwać. A cudowna okładka oddająca niesamowity klimat książki, tylko przyciągała wzrok i kusiła, aby jak najszybciej zabrać się za czytanie.
Szczerze polecam.


środa, 7 sierpnia 2019

"Diabeł wcielony" Donald Ray Pollock

„Diabeł wcielony”.
Książka, po którą sięgnęłam, bo… właśnie. W sumie sama nie wiem dlaczego i co mnie skusiło, żeby
ją przeczytać.
Opis oczywiście brzmiał zachęcająco, sugerował krwawy thriller osadzony w małym miasteczku w latach powojennych.
W sumie nie spodziewałam się niczego odkrywczego, ot brutalna historia, która raz czy dwa zaskoczy i zapewni trochę rozrywki.
Jak nie trudno się domyśleć – nic bardziej mylnego.
Ta powieść dosłownie wbiła mnie w fotel i chwyciła w swoje brutalne szpony, nie wypuszczając aż do ostatniego słowa.

Akcja powieści rozgrywa się na prowincji Ohio i Zachodniej Wirginii. Mamy kilkoro głównych bohaterów, Willard Russell i jego syn Arvin, małżeństwo Sandy i Carl Henderson, szeryf i kaznodzieja i jego pomocnik.
Narracja w powieści jest trzecioosobowa, czyli taka jaką lubię najbardziej, a autor  naprzemiennie w kolejnych rozdziałach opowiada historie poszczególnych bohaterów. Mimo częstych przeskoków, nie miałam problemu z nadążeniem za fabułą, wątki mi się nie mieszały, a bohaterowie nie zlewali w jedno.
Tego ostatniego zresztą nie ma szans doświadczyć, bo to plejada wyrazistych i pełnokrwistych postaci.

Książka przesiąknięta jest mrokiem, który wylewa się z bohaterów, który zalega im w duszach i sercach.
Ich czyny są makabryczne, haniebne, brutalne i chwilami niewyobrażalne.
Ich postrzeganie świata i rzeczywistości jest spaczone.
Zbrodnie są w tej powieści popełniane ot tak, bo można, bo nikt sprawców nie złapał, bo są przekonani, że unikną kary.
Moralność w świecie ukazanym przez autora jest wypaczona, niektórzy jego bohaterzy nie mają jej wcale, inni uważają, że ich działania są w gruncie rzeczy w porządku, jeszcze inny bohater zdaje sobie sprawę z tego, że to co robi jest złe, a mimo to uważa, że tak trzeba, aby zatrzymać inne zło.
Czy to dobra droga, czy może zło rodzi tylko zło? Czy dobry człowiek robiący złe rzeczy w dobrej intencji to nadal dobry człowiek?
Nie da się na te pytania odpowiedzieć jednoznacznie w tej powieści i przyznaję, że nie potrafiłam zdecydowanie ocenić niektórych bohaterów.
Bo tak naprawdę nikt, nawet ci, którzy wydawali się pozytywni, mieli nadwerężone sumienie.

Autor bardzo obrazowo pokazuje drogę większości bohaterów do miejsca, w którym się właśnie znaleźli. To przygnębiający, ciężki i „brudny” obraz życia i wydarzeń, które ich ukształtowały.
Zresztą cała powieść jest w bardzo ciężkim klimacie, i uważam, że nie jest to powieść dla każdego, kto lubi kryminały czy nawet thrillery. Bo tu nie o same zbrodnie chodzi, a raczej o ludzi je popełniający, o ich motywacje i o to co ich do tych strasznych czynów popycha.
Jednak gdzieś przez ten brutalny i krwawy obraz zbrodni i deprawacji, przebija się odrobina nostalgii i tęsknoty za innym życiem, innym światem poza małomiasteczkowym marazmem i powolnym staczaniem się.
Jest to impuls, przebłysk, a jednak się pojawia i wywołuje w człowieku odrobinę współczucia dla niektórych bohaterów.

Autor bardzo sprawnie łączy ze sobą wszystkie wątki i splata losy bohaterów. Zostawia czytelnikowi pewne znaki, które naprowadzają go na możliwe zakończenie i mimo,  że zostałam pewnymi rozwiązaniami zaskoczona, a niektóre przewidziałam, to czuję się nim niezwykle usatysfakcjonowana.
Potwierdziło ono również moje przemyślenia, że zło napędza jeszcze większe zło, i że czasem jeden dobry gest może zmienić losy wielu ludzi.
Bardzo polecam tą książkę. To nie jest łatwa lektura, ale mimo ciężkiego klimatu, uważam, że zdecydowanie warto ją przeczytać.
Jestem pod wrażeniem „Diabła wcielonego” i po kolejne powieści autora sięgam już w ciemno.



niedziela, 4 sierpnia 2019

"33 razy, mój kochany" Nicolas Barreau

Julien to pisarz mieszkający w Paryżu. Niedawno z powodu nowotworu stracił żonę, którą kochał
nad życie. Helene miała trzydzieści trzy lata i przed śmiercią wymogła na mężu obietnicę, że gdy umrze, ten napisze do niej 33 listy, każdy za rok jej życia.
Julien pogrążony w żałobie i starający się zapewnić opiekę swojemu synowi Arturowi, początkowo nie chce pisać listów.
Ale przyjdzie taki dzień, że mężczyzna zacznie je pisać i umieszczać w skrytce w nagrobku.
Aż pewnego dnia, gdy będzie chciał schować kolejny list, odkryje, że wszystkie zniknęły, a w ich miejscu pojawiło się kamienne serce…

Czytając opis powieści, od razu byłam pewna, że to książka dla mnie. Miałam swoje oczekiwania i byłam przekonana, że wiem jak wszystko będzie na kartach powieści rozwiązane.
I gdy zaczęłam już książkę czytać, okazało się, że ogromnie się myliłam.
Książka nijak się miała do moich oczekiwań, za to okazała się…zdecydowanie lepsza!
Pierwszy plus, to historia gdzie głównym bohaterem jest mężczyzna i z jego punktu widzenia prowadzona jest narracja.
Julien dzieli się czytelnikami swoimi myślami, swoją żałobą i tym jak ją przeżywa. To piękny, choć przepełniony głębokim smutkiem obraz człowieka, który stracił miłość swojego życia.
Śledzimy jego poczynania, wizyty na cmentarzu Montmartre, jego codzienność wypełnioną żałobą i tęsknotą. 

Kolejnym plusem jest piękny język jakim powieść jest napisana. Jest taki aksamitny, płynny, melancholijny. Czytanie tej powieści to była czysta przyjemność i już za sam język należą się autorowi ukłony.
Oczywiście to nie jedyne plusy tej powieści. Opisy Paryża, jego ulic, kafejek, miejsc – autor zrobił to niezwykle plastycznie, potrafił oddać klimat miasta, ale nie ten folderowy dla turystów. Pokazał czytelnikowi Paryż oczami jego mieszkańca, który to miasto kocha. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie, byłam zachwycona i oczarowana.

Sama historia, pomimo, że przepełniona smutkiem, ma w sobie oczywiście odrobinę optymizmu i wiary w przyszłość.
Znikające listy, a w ich miejsce pojawiające się różne przedmioty, to początek intrygującej drogi Juliena do uleczenia duszy i pogodzenia się ze śmiercią ukochanej żony.
Ale mimo, że brzmi to prosto, wcale takie nie jest. To powolny i bolesny proces, któremu mimo wszystko, dzięki listom nasz bohaterem się poddaje.
Autor w piękny i poruszający sposób ukazał radzenie sobie z żałobą i utratą najbliższych. Nie epatuje ciągłym dramatyzmem, serce bohatera nie rozpada się co trzecie zdanie na milion kawałków,  a jednak potrafił mnie niesamowicie wzruszyć i doprowadzić do łez.
Nie ma w tej książce ani odrobiny sztampowości i działania na wyświechtanych schematach. Jest tu za to morze emocji, piękny język i poruszająca opowieść.
Opowieść o człowieku, jego stracie, jego mieście i odzyskiwaniu nadziei.

Jestem zachwycona tą książką. Właśnie takiej powieści mi od dawna brakowało i czekałam aż się pojawi.
I oto jest. „33 razy, mój kochany” autorstwa Nicolasa Barreau.
I choć od początku czuć, że książka zapewne skończy się dobrze, to jednak nie jest to taki typowy happy end, gdzie nagle znikają troski, a przeszłość odchodzi w zapomnienie.
Zakończenie jest prawdziwe, życiowe i wzruszające. Słowem – cudowne.

Jeśli lubicie pięknie napisane powieści obyczajowe, w których rozpacz miesza się z nadzieją, gdzie autor pisze pięknym i plastycznym językiem i potrafi wzruszyć bez zbytecznej ckliwości – to polecam „33 razy, mój kochany”.
Ja jestem oczarowana tą powieścią i chętnie sięgnę po kolejne książki autora.

poniedziałek, 29 lipca 2019

"Dystrykt Warszawa" Rafał Babraj

Pod czerwonym niebem naznaczonym raną dogorywa zrujnowana Warszawa. Na ulicach miasta
ludzie walczą o przetrwanie, a ocalenie czeka ich w enklawach, w których rządzą Kształtujący – ludzie obdarzeni nieludzką mocą.
Przemienieni, Horda, grabieżcy. To nie jedyne co może spotkać kogoś, kto nieopatrznie znajdzie się na ulicach stolicy.
W tym samym czasie w odciętym od świata bloku na warszawskich Bielanach czas każdego dnia cofa swój bieg, a dziwnym prawom Izolacji nie jest w stanie oprzeć się nawet śmierć. Doprowadzona do ostateczności trójka bohaterów, Dominik, Stanisław i Ewelina uciekają z bloku i wpadają w wir wydarzeń, których nie spodziewaliby się nawet w koszmarach.

Apokalipsa.
Tematyka, która fascynuje mnie od lat i w której się zaczytuje. Bastion, Łabędzi śpiew, Silos, Strażak, Komornik – w każdej z tych powieści się zaczytywałam i każdą zachwycałam.
Dlatego gdy zobaczyłam zapowiedź powieści „Dystrykt Warszawa” Rafała Babraja, wiedziałam, że muszę ją przeczytać.

Akcja powieści rozpoczyna się w Izolacji, bloku w którym wegetują główni bohaterowie. Autor pokazuje nam ich, zapoznaje z nimi, jednocześnie niewiele wyjaśniając z tego, co się wydarzyło i dlaczego doszło do apokalipsy.
Dopiero gdy trójka bohaterów ucieka z bloku, wraz z nimi zaczynamy oglądać świat jaki zapanował, gdy niebo rozdarła rana.
Wszystko co śledzimy oczami bohaterów, to przygnębiający obraz  Warszawy. Gdy czytając w pamięci ma się niektóre te miejsca, takie jakimi są obecnie,  wizja zniszczonej stolicy robi duże wrażenie.
Krok po kroku, wraz z bohaterami dowiadujemy się, co doprowadziło miasto do ruiny i jakimi prawami teraz się rządzi.
Dla mnie był to bardzo realistycznie nakreślony obraz i mocno przemówił do mojej wyobraźni.

Prócz trójki głównych bohaterów, w powieści pojawia się sporo tych drugoplanowych, ale trzeba od razu powiedzieć, że większość z nich odgrywa ważna rolę w tej historii i nie pojawia się w niej w roli zapchajdziury.
Akcja powieści jest bardzo dynamiczna i wielowątkowa. Mimo, że autor rozbija poszczególne rozdziały na spojrzenie z perspektywy każdego z  trójki głównych bohaterów, to wszystko ładnie się ze sobą łączy i uzupełnia.
Fabuła jest spójna, ciekawa i potrafi nie raz zaskakiwać nieoczekiwanymi zwrotami akcji. Przyznaję, że niektórych rozwiązań totalnie się nie spodziewałam i zwyczajnie dałam się zaskoczyć.

Autor ma lekki styl, co wcale nie jest wadą w tym przypadku. Dzięki temu książkę, pomimo przytłaczającego klimatu beznadziei i walki o przetrwanie, czytało mi się bardzo dobrze i płynnie, nie  nudziłam się ani przez chwilę. Autor przykuł całą moją uwagę i nie wypuścił mnie z wykreowanego przez siebie świata ani na chwilę. Było to dla mnie ogromną zaletą. Kolejnym plusem jest bardzo obrazowo i plastycznie przedstawiony otaczający bohaterów świat i nowe realia, które na nim zapanowały. Bez trudu mogłam sobie wyobrazić, co działo się na ulicach Warszawy.

Pomimo dynamicznej akcji, autor znalazł czas aby ukazać trzy różne charaktery i trzy drogi (jakże odmienne), którymi poszli głowni bohaterowie. Pokazał jak ekstremalne warunki potrafią wpłynąć na ludzi i nie zawsze były to pozytywne zmiany.
W książce bywa brutalnie, wulgarnie, czasami czuć ten brud, nie tylko zewnętrzny, ale i wewnętrzny ludzi, których dotknęło pojawienie się na niebie rany. A jednak to nie razi, bardzo dobrze wpasowuje się w gatunek i oddaje klimat miasta, które jakimś cudem przetrwało apokalipsę.

Jakbym podsumowałabym „Dystrykt Warszawa”?
Całkiem solidne postapo w naszych rodzimych klimatach. Ciekawi i niejednoznaczni bohaterowie, dynamiczna akcja i wciągająca fabuła.
Lekki styl i plastyczny język, do tego bardzo obrazowe opisy tego, co stało się z naszą stolicą.
Kilka zaskakujących wydarzeń i zakończenie, które sugeruje, że może z tym światem autor jeszcze nie skończył.
Ja mam taką nadzieję i chętnie sięgnę po kolejne książki Rafała Babraja.
Polecam.

niedziela, 21 lipca 2019

„Milion nowych chwil” Katherine Center

Margaret ma wszystko o czym mogła marzyć, wspaniałego narzeczonego, urodę, perspektywę
świetnie płatnej pracy.
Są walentynki, a ona spodziewa się, że właśnie w tym dniu otrzyma od Chipa pierścionek zaręczynowy.
I faktycznie tak się dzieje, młoda kobieta zostaje przez narzeczonego zabrana na lot samolotem, podczas którego ten jej się oświadcza. A niedługo potem dochodzi do wypadku, z którego on wychodzi bez szwanku, a Margaret odnosi bardzo poważne obrażenia.
Całe jej dotychczasowe życie zmienia się o 180 stopni. I to w sposób, którego nie życzy się nawet najgorszemu wrogowi.

„Milion nowych chwil” Katherine Center, to pierwsza powieść autorki wydana na naszym rynku.
Na okładce możemy przeczytać, że to piękna i pełna mocy powieść o przetrwaniu. I wiecie co? Ja się z tym całkowicie zgadzam.
Autorka wprowadza czytelnika w świat głównej bohaterki, pokazuje świetlaną wizję jej przyszłości i cudowną teraźniejszość. Tym większy pojawia się smutek, gdy to wszystko zostaje przekreślone przez wypadek samolotowy.
Bez problemu mogłam się wczuć w sytuację Margaret, zrozumieć ją, poznać jej odczucia, myśli, być z nią w tych najgorszych dla niej chwilach. Autorka zastosowała narrację pierwszoosobową i choć ja za taką nie przepadam, to w tym przypadku idealnie się ona sprawdziła.

Katherine Center pisze bardzo obrazowo i plastycznie. Ma lekki styl, dobre pióro i sprawnie posługuje się humorem, którego nie zabrakło w tej powieści.
Mimo, że tematyka książki jest z gatunku tych ciężkich, to jednak autorka nie przygniata czytelnika dramatami ponad ludzką wytrzymałość, ale w sposób bardzo przekonywujący opisuje zmagania głównej bohaterki z wydarzeniami, które zmieniły jej życie.
Pokazuje jak Margaret walczy o swoją sprawność, o rozpoczęcie życia od nowa i popchnięcie go na pozytywne tory.
Oczywiście nie zabrakło w tej powieści wątku romantycznego.
Jest i staje się dość ważnym elementem fabuły. Ale bez obawy, to nie jest typowy romans, gdzie nawet najgorsze dramaty muszą skończyć się spektakularnym happy endem.
Historia, która opowiada Katherine Center jest bardzo wiarygodna, bez trudu można uwierzyć, że wydarzyła się naprawdę. Dodatkowo, prócz zmagań Margaret z niepełnosprawnością i wątkiem romantycznym, autorka porusza temat skomplikowanych relacji rodzinnych, drogi do wyjawienia prawdy i przebaczenia.
Wszystko to składa się na powieść, która z jednej strony traktuje o trudnych sprawach, z drugiej poprzez niewymuszony humor przełamuje te dramatyczne wydarzenia i sprawia, że czytelnik wraz z główną bohaterką nie tracą całkowicie nadziei na to, że jednak życie Margaret znów wskoczy na pozytywne tory. Mimo smutku, cierpienia i chwil zwątpienia, kobieta się nie poddaje i stara się odnaleźć swoją drogę.


 „Milion nowych chwil” to książka, co do której nie trudno mi było przewidzieć niektóre wydarzenia, choć kilka razy dałam się zaskoczyć.
Ale nawet ta pewna przewidywalność nie odebrała mi przyjemności z lektury i śledzenia poczynań Margaret.
To bardzo dobra powieść, które potrafi ogrzać serce każdego sceptyka ciepłem wiary we własne możliwości i przekonaniem, że każdą trudność da się pokonać. Pokazuje, że należy cieszyć się każdą szczęśliwą chwilą w życiu i doceniać to co od niego dostajemy.
I mimo, że nie jest to nic odkrywczego, to jednak podane przez Katherine Center jakoś tak do mnie przemówiło, wzruszyło i sprawiło, że z większym optymizmem spojrzałam na otaczający mnie świat.

„Milion nowych chwil” to książka udana, wciągająca, pełna różnych emocji ze szczyptą miłości, która potrafi rozświetlić życie milionem barw.
Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona lekturą i chętnie sięgnę po kolejne książki autorki.
Polecam.


wtorek, 16 lipca 2019

"SI" Stepan Wartanow

SI (sztuczna inteligencja) to cztery opancerzone jednostki, które postanawiają uciec z poligonu 
wojskowego, wpaść w długi sen i obudzić się w niedalekiej przyszłości.
Co zadziwiające, udaje im się to i po dziesięciu latach snu, cztery maszyny aby przetrwać, muszą jednocześnie się ukryć, zmieszać z tłumem, znaleźć schronienie, ale takie, żeby było w nim trochę ludzi.
Po co im ludzie? Ano po to, aby się od nich nauczyć jak być człowiekiem. Trochę trudne zadanie w przypadku uzbrojonych w laser, maskowanie i inne cuda techniki jednostek na gąsienicach.
Zrządzeniem losu trafiają do cyberpunka Boba, a to spotkanie odmieni życie wszystkich zainteresowanych, nie tylko SI.

Stepan Wartanow urodził się w Moskwie i dopiero w  1994 roku emigrował do Kanady.
„SI” to moje pierwsze spotkanie z jego twórczością i przyznaję, skusiło mnie jego rosyjskie pochodzenie. Bo jak już wiele razy pisałam, uwielbiam literaturę rosyjskojęzycznych pisarzy. Ten niepodrabialny klimat, melancholia i poczucie humoru zawsze działają na moją wyobraźnię i emocje.
Nie inaczej było w tym przypadku.

Książka aż skrzy się od sarkazmu, ironii i humoru. Autor prócz tytułowej czwórki SI pokazuje jeszcze sporą gromadę innych bohaterów.
Jest ich dużo, jedni odgrywają ważniejszą inni mniej ważną rolę, ale każdy w fabule coś znaczy.
Mimo, że tych postaci jest naprawę sporo, to czytając „SI” nie gubiłam się, nie miałam problemów żeby zapamiętać kto jest kto i co znaczy w tej historii.
A ta jest wyjątkowo wielowątkowa i chwilami zakręcona.
Autor miesza ze sobą kilka różnych wątków, ale bez obaw, nie pogubicie się w nich. Każdy również doczekuje się solidnego ukazania i nakreślenia.
Dodatkowo sporo jest w powieści dygresji z rozmyślaniami autora, ale są one podane w tak fantastyczny, lekki i zabawny sposób, że czyta się je z przyjemnością.

Książka jest napakowana humorem, bywało, że śmiałam się w głos, czytając o kolejnych wybrykach SI które uczyły się życia. Przygody, które im się przytrafiały, były chwilami tak absurdalne, że aż zachwycające.
Ich próby zrozumienia ludzi i ich postępowania bawiły mnie do łez, chwilami rozczulały, intrygowały.
Akcja galopowała do przodu, jak żądne przygody SI i nie zwalniała ani na chwilę. A lekki i bardzo przyjemny styl autora sprawiał, że czytanie powieści to była czysta przyjemność.
Do tego Wartanow ma talent do plastycznych i obrazowych opisów, więc bez trudu wyobrażałam sobie wszystkie sytuacje, w które wpakowały się SI.

Mimo sporej dawki humoru, gdzieś w trakcie lektury zaczęłam zauważać jej drugie dno.
Autor sprytnie je przykrył zabawnymi sytuacjami, ale czym dłużej czytałam, tym bardziej je widziałam.
Zadał pytanie, co to znaczy być człowiekiem, jaki jest sens naszego istnienia. Zrobił to subtelnie, ale w pewnej chwili autentycznie miałam łzy w oczach, gdy czytałam o tym do jakich wniosków doszedł jeden z SI.
Ciekawie ukazał również międzynarodowe stosunki, zależności geopolityczne, nie ukrywał pewnej dozy szyderstwa skierowanego na największe mocarstwa naszego świata.

I gdy odkrywałam drugie dno tej powieści, zrozumiałam, że to wcale nie jest jedynie lekka i zabawna historyjka z gatunku science fiction, ale poważna lektura i celne spostrzeżenia na temat otaczającego nas świata.
Pod płaszczykiem humoru i żartobliwości, autor sprytnie ukrył poważne tematy, zmusił mnie do ich przemyślenia, refleksji i zastanowienia się, co znaczy dla mnie być człowiekiem i czy robię ze swoim życiem to co chcę, czy to co muszę.

„SI” Stepana Wartanowa to wg mnie świetna książka, które jednak nie każdemu przypadnie do gustu. Uważam jednak, że warto po nią sięgnąć, warto dać się porwać tej momentami szalonej opowieści i odkryć, co autor chciał czytelnikowi przekazać.
Mnie Stepan Wartanow kupił, sięgnę po każdą jego książkę, które się jeszcze ukaże.



niedziela, 14 lipca 2019

"Władczyni Mroku" K.C. Hiddenstorm. Coś starego, coś nowego...

Są takie książki, które mimo swoich niedoskonałości mocno zapadają w pamięć. Zazwyczaj bronią
się niebanalną historią i ciekawymi bohaterami.
Tak w moim przypadku było z książką „Władczyni Mroku” K.C. Hiddenstorm, którą przeczytałam w  2016 roku.
Książka miała kilka wad, ale miała też porywającą fabułę i dzięki temu nigdy o niej nie zapomniałam, jednocześnie stając się fanką książek autorki.
W tym roku wyszła nowa wersja powieści, została ona ponownie przez autorkę zredagowana, dodała ona kilka nowych scen, usunęła niepotrzebne dłużyzny, niektóre wątki skróciła, niektóre rozwinęła. Słowem – dopracowała powieść.

Jak już wspominałam, fabuła zafascynowała mnie już podczas czytania pierwszej wersji powieści. Lilith i Lucyfer to dla mnie najbardziej fascynujące postacie z biblii, ich kontra wobec stwórcy, potrzeba wolności i samodzielnego decydowania o sobie zawsze pobudzała moją wyobraźnię. Ale o ile w większości przypadków ich pojawienia się w różnych książkach pokazywało, że „nie taki diabeł straszny” o tyle K.C. Hiddenstorm postanowiła pokazać ich w inny sposób, taki, który do mnie przemówił.
Nie ugrzeczniła tej pary, nie odebrała im mroku z duszy, nie zrobiła z nich gruchających do siebie gołąbków.
To stworzenia, które w pełni zasługują na miano jakim je opisywano, a jednocześnie mają w sobie ten wewnętrzny konflikt, gdy żyją w mroku, a tęsknią za światłem.
Są bezwzględni, bywają egoistyczni, brutalni, wyrachowani. A jedyne dobro, jakie w nich istnieje, to miłość jaką się darzą.
Przyznacie sami, to robi wrażenie.

Styl autorki się nie zmienił, pisze ona z pazurem, czasami bezlitośnie obnażając słabości swoich bohaterów.
W nowej edycji powieści nic się nie zmienia. Podkreślam, to nie jest totalnie nowa wersja książki, to zredagowana i poprawiona wersja pierwszego wydania powieści.
Mimo, że styl i pióro nie uległy zmianie (dla mnie na szczęście), to jednak czuć, że K.C. Hiddenstorm włożyła wiele serca, aby powieść dopracować. Niektóre sceny wygładziła tam gdzie coś zgrzytało, wyeliminowała niektóre nielogiczności, dodała trochę romantyzmu tam gdzie go wcześniej brakowało, dzięki czemu relacja głównych bohaterów nabrała rumieńców, głębi i odrobiny zmysłowości.

Czytałam wszystkie książki K.C. Hiddenstorm i powiem Wam, że jej „Władczyni Mroku” to niezmiennie moja ulubiona powieść. Właśnie dlatego, że fabuła jest niesztampowa. Choć mogłoby się wydawać, że o Lucyferze i Lilith napisano już wszystko w każdej konfiguracji, to autorka udowadnia, że da się napisać o tych postaciach w sposób nieszablonowy i świeży.
To mnie urzekło podczas czytania pierwszej wersji i to mnie zachwyciło w drugiej wersji.
Ponowne czytanie „Władczyni Mroku” było dla mnie czystą przyjemnością. A zmiany jakie poczyniła autorka w książce uradowały moje czytelnicze serce i dały nadzieję na kolejną powieść z tego świata. Mam nadzieję, że K.C. Hiddenstorm jednak do niego wróci i pokaże co się działo po wydarzeniach z Władczyni Mroku.

Na koniec chcę dodać jeszcze kilka spostrzeżeń. Przykład „Władczyni Mroku” nakreśla kilka ważnych spraw. Otóż jak ważna dla każdej książki jest dobra korekta i redakcja.
To co było dla mnie wadą w pierwszej wersji, wyeliminowane w drugiej dało świetny efekt. Książka nabrała kolorytu, fabuła spójności, nie było już wybijających z akcji dłużyzn.
Druga sprawa to kwestia promocji. Dla początkującego pisarza brak promocji równa się praktycznie nieistnieniu. Pierwsza wersja powieści przeszła prawie bez echa, natomiast druga, którą wydawnictwo pokazało, ma możliwość trafić do większego grona czytelników, na co w pełni zasługuje.

„Władczyni Mroku” to dla mnie powieść wyjątkowa, ukryty skarb, który wreszcie dostał szansę na odkrycie. Polecam ją każdemu, kto lubi klimaty anielsko-demoniczne, ale dość ma sztampowego podejścia do tego tematu.
W tej powieści nic nie jest oczywiste i schematyczne.
Zachęcam Was do sięgnięcia po tą powieść. Jest tego warta.

poniedziałek, 8 lipca 2019

"Magia niszczy" siódmy tom serii o Kate Daniels Ilony Andrews

Jeden z Panów Umarłych zostaje zabity przez zmiennokształtnego. Wojna miedzy Rodem a Gromadą
wisi w powietrzu, a Kate Daniels tkwi w tej awanturze po uszy.
Do tego Roland postanowił zamanifestować swoją obecność, a Curran musi pilnie wyjechać na kilka dni.
Zbieg okoliczności?
Jeśli chodzi o życie Kate Daniels, takich zbiegów zwyczajnie nie ma. I kobieta boleśnie się o tym przekona.

Znacie serię Ilony Andrews (małżeństwa pisarzy piszących pod tym pseudonimem)? Jeśli nie, to musicie koniecznie nadrobić, jeśli tylko lubicie urban fantasy i świetną rozrywkę.
„Magia niszczy” to już siódmy tom serii, ale uwierzcie, poziom nie spada ani na chwilę.
Jest więc szalona akcja, która pędzi do przodu, są walki, jest tajemnica do rozwikłania, jest sarkazm, jest ironia i specyficzne poczucie humoru. Jest też taka w sam raz dawka miłości i ciut melancholijny klimat, który zawdzięczamy rosyjskiemu pochodzeniu żeńskiej części duetu autorów.

Niewątpliwie czuć, że seria zbliża się ku końcowi, bo w tym tomie pojawia się wreszcie Roland i to nie jako wspomnienia czy informacja. Ten okrutny, starożytny czarownik z mocami równymi prawie boskim, postanawia wreszcie spotkać się  z córką twarzą w twarz i powiem wam, że będzie to nader intrygujące wydarzenie.
Mam mieszane uczucia wobec Rolanda. Z jednej strony jest okropnym gnojkiem, z drugiej mimo wszystko fascynuje, bo to cwany lis i genialny strateg. Jestem ogromnie ciekawa, co wymyśli w kolejnym tomie, bo niewątpliwie dużymi krokami zbliża się finalna walka pomiędzy nim a Kate.

Zresztą bohaterowie to niezwykle udany element tej serii. Są prawdziwi, intrygujący, wzbudzają sporo emocji, choć nie tylko tych pozytywnych. Bez trudu można się do nich przywiązać i im kibicować (albo życzyć długiej i bolesnej śmierci).
Autorzy zaskoczyli mnie kilka razy rozwojem danego bohatera i tym jaki los mu zgotowali. Przyznaję, że były to zaskoczenia zazwyczaj pozytywne, choć nie obyło się bez wygrażania śmiercią w myślach i pomstowania na uśmiercanie lekką ręką fajnych postaci.

Fabuła jest nadal tak samo ciekawa. I choć mogłoby się zdawać, że przy siódmym tomie niewiele nowego da się wymyśleć, to Ilona Andrews udowadnia, że a kuku, jednak się da.
I choć schemat budowy każdego tomu jest podobny (zagadka do rozwikłania  + tajemnica przeszłości Kate + sprawy Gromady), to jednak w każdym tomie odkrywam jakieś nowe smaczki.
Strasznie spodobał mi się wstęp do tego tomu, tzn. pierwszy rozdział zatytułowany Z dziennika Barabasza Gilliama. Jest to też pewnego rodzaju przypomnienie co się działo w poprzednich tomach, wiec prócz niewątpliwych elementów humorystycznych, mamy krótkie wprowadzenie do świata Kate Daniels.

Wątek romantyczny, choć tak samo ważny, wciąż nie przysłania pozostałych wątków i może dlatego tak dobrze mi się tą serię czyta. Wszystkie elementy powieści są dobrane w idealnych proporcjach i dzięki temu mamy to, co w tej serii najlepsze.
Nie sposób się dzięki temu nudzić podczas czytania, a tajemnicą, którą próbuje rozwikłać Kate i wydarzenia temu towarzyszące, w równym stopniu ciekawią co bawią.

Nie chcąc spoilerować treści, nic więcej nie napiszę. Dodam tylko jeszcze to, co powtarzam od pierwszego tomu. Autorzy tworzą idealnie zgrany duet, ich styl jest lekki i bardzo przyjemny, a książka ma klimat, który wyjątkowo mi się podoba, taka mieszanka humoru, akcji, romansu okraszonych odrobiną melancholii.
Uwielbiam tą serię i mam nadzieję, że Fabryka Słów szybko wyda kolejne tomy. Jestem niesamowicie ciekawa jak rozwinie się akcja w kolejnych tomach i czym jeszcze autorzy mnie zaskoczą. Bo to, że tak się stanie, jest więcej niż pewne.
Polecam.


piątek, 5 lipca 2019

"Z całego serca" R.S. Grey

Był taki czas, gdy czytałam sporo powieści z gatunku YA. Niektóre były dobre, kilka było świetnych,
reszta w najlepszym razie mocno przeciętna.
Dlatego gdy sięgałam po „Z całego serca” R. S. Grey miałam duże obawy co do zawartości książki.
Czy okazały się słuszne? O tym poniżej.

Abby wywinęła się śmierci z rąk. I to dosłownie. W związku z tym, mając dziewiętnaście lat i szansę na drugie życie, postanawia wyruszyć w podróż.  W trakcie przygotowań poznaje przystojnego i uroczego Becka. Chłopak bez wahania postanawia wziąć udział w podróży Abby i jak nietrudno się domyśleć, chemia pomiędzy nimi doprowadzi do wielu niespodziewanych wydarzeń.
Powieść wciągnęła mnie od pierwszej strony. Lekki i przyjemny styl sprawiał, że bez trudny dałam się porwać opowiadanej przez autorkę historii, a ta pomimo tego, że nie jest może niczym odkrywczym, to jednak potrafiła mnie zaskoczyć i autentycznie zaciekawić losami bohaterów.

Jeśli chodzi o ich kreację, to mamy tutaj dwójkę głównych bohaterów i kilkoro drugoplanowych, z których jedna postać okazuje się niezwykle ważna dla fabuły.
O Abby dowiadujemy się najwięcej, bo pierwszoosobowa narracja jest z jej punktu widzenia.  Wiemy więc o niej praktycznie wszystko, autorka ukazuje ją czytelnikowi bardzo dobrze, jej myśli, uczucia, lęki, troski, nadzieje i marzenia. Wraz z nią poznajemy również Becka, jest to stopniowe odkrywanie jego charakteru, osobowości i tego co początkowo skrywał.
Podobał mi się taki sposób ich ukazania, nawet pierwszoosobowa narracja mi nie przeszkadzała.
Początkowo bywały takie momenty, gdy na zachowanie Abby przewracałam oczami z odrobiną irytacji. Ale gdy lepiej ją poznałam,  zrozumiałam skąd wynikają takie a nie inne działania czy decyzje. Autorka potrafiła pokazać dlaczego w danej sytuacji Abby zachowała się w określony sposób i wiecie co? Ja to kupuję. To było sensowne i wynikało z pewnych wydarzeń z jej przeszłości.
Tutaj należą się ukłony pani Grey, za stworzenie fajnej bohaterki, ciekawej i takiej, którą da się polubić.

Fabuła powieści jest naprawdę ciekawa. To mieszkanka powieści obyczajowej i młodzieżówki  okraszona sporą dawką humoru i szczyptą erotyzmu. Nie zabrakło w niej jednak poważniejszych tematów, których ukazanie wyszło autorce bardzo dobrze. Erotyzmu jest w książce w sam raz,  akurat tyle,  aby podkreślić uczucia, które się rodzą w bohaterach i pokazać wyjątkowość postaci Abby.
Zresztą relacje pomiędzy Abby i Beckiem są ukazane w bardzo dobry sposób, bez przerysowania i zbytniej ckliwości.
Z jednej strony są czymś naprawdę wyjątkowym, z drugiej ma się wrażenie jakby się czytało o perypetiach osób, które się zna z sąsiedztwa. Ich historia tchnie prawdziwością.
W dodatku  lekki obraz rodzącego się uczucia przeplata się z bardzo trudnym tematem, który autorka nakreśliła wyjątkowo dobrze. Bez emocjonalnego szantażu potrafiła wzbudzić we mnie ogrom emocji, które wycisnęły mi łzy z oczu.

„Z całego serca” to z jednej strony lekka historia miłości, z drugiej to pokazanie, że nie ma w życiu nic pewnego,  że warto podążać za głosem serca i nie odkładać życia i realizacji marzeń na później.
Powieść ciekawi, bawi, intryguje, wzrusza, smuci, może doprowadzić do łez.
Potrafi również skłonić do refleksji nad swoim życiem i tym jak nim kierujemy i czy doceniamy wszystko dobro, które nas spotyka.
Jestem zaskoczona tym jak bardzo „Z całego serca” mi się spodobała. I na pewno chętnie sięgnę po kolejne powieści autorki.
Polecam.



poniedziałek, 1 lipca 2019

"Cress" Marissa Meyer. Trzeci tom Sagi Księżycowej

Trzeci tom wspaniałej Sagi Księżycowej, czyli „Cress”, to kolejne spotkanie z szaloną wizją autorki
na temat kolejnej baśni – tym razem na warsztat wpada Roszpunka.
Tytułowa Cress zostaje zmuszona do pracy dla okrutnej Królowej Levany w celu odszukania Cinder, Scarlet, Wilka i Thorne'a. Dziewczyna jest samotna, umieszczona w statku wciąż przebywającym w kosmosie, a nieszczęście ściągnął na nią fakt, że jest niebywale zdolną hakerką.
Mimo zakazu, nawiązuje kontakt z Cinder i prosi o pomoc w ucieczce, w zamian oferując swoją pomoc w walce z Levaną.
W taki sposób Cress dołącza do Cinder, Scarlet, Wilka i Thorne'a i staje się częścią ich drużyny.

Na początku muszę napisać jedno – jakie to było dobre!

Cinder i Scarlet to książki, które skradły moje serce, a ich główne bohaterki pokochałam od razu.
Nie wiedziałam czy skromnej i nieśmiałej Cress również uda się ta sztuka, ale mój brak wiary w talent pani Meyer powinien zostać ukarany, bo jej wersja Roszpunki zachwyciła mnie tak samo jak inne bohaterki sagi.

Cress jako postać ogromnie różni się od Cinder i Scarlet. Nie ma tej charyzmy co Cinder i hardości co Scarlet. Jest subtelna, nieśmiała, skromna i niepewna siebie. Długi czas, który spędziła w samotności w kosmosie sprawił, że kontakty z ludźmi są dla niej ciężkim tematem.
Ale Cress się nie poddaje. I to jest w niej piękne. Mimo, że się boi, że nie ma odwagi pozostałych bohaterek, to walczy ze swoimi lękami i pełna obaw, ale i wewnętrznej determinacji zrobi wszystko, aby ochronić przyjaciół i wraz z nimi walczyć z Levaną.
W związku z tym – powiedzcie sami, jak nie pokochać takiej bohaterki. Która się nie poddaje pomimo paraliżującego jej strachu i pokonuje swoje słabości.
Kreacja bohaterów to mocna strona książek Marissy Meyer, choć oczywiście nie jedyny plus jej powieści.

Akcja „Cress” mknie do przodu w zawrotnym tempie, jednocześnie autorka nie urywa w połowie wątków, nie gubi się w wydarzeniach, fabuła jest spójna i nieziemsko ciekawa.
Pojawiają się niespodziewane zwroty akcji i zaskakujące wydarzenia. Gdy już mi się wydawało, że wiem jak to wszystko się rozegra, byłam po raz kolejny zaskakiwana przez autorkę.

Cudowne połączenie klasycznych bajek z kosmosem, androidami i statkami kosmicznymi daje zaskakująco dobre efekty.
Opowieść, którą snuje autorka jest nietuzinkowa i fascynująca. Zostawia konkurencję daleko w tyle i powiem szczerze, że to chyba jedna z najlepszych młodzieżówek w swoim gatunku, jakie dane mi było przeczytać.
Dałam się wciągnąć w świat wykreowany przez Marissę Meyer i przepadłam w nim na amen.

Marissa Meyer ma bardzo dobry styl. Pisze lekko, cudownie plastycznym językiem. Do tego w swoich książkach w idealnych proporcjach pomieszała wątki romantyczne z wartka akcją i niesamowitymi przygodami, okraszając je humorem, sarkazmem i baśniowym klimatem.
Kopciuszek w kosmosie? Czerwony Kapturek zakochany w Wilku? Oczywiście, że tak!
U pani Meyer sprawdza się to idealnie i daje wspaniałe efekty.

Cała Saga Księżycowa zasłużenie zbiera tyle pochwał i świetnych recenzji, to naprawdę wspaniałe książki i niesamowita przygoda. A wplecenie w fabułę nawiązań do znanych i lubianych baśni okazało się strzałem w dziesiątkę.
Ogromnie zachęcam Was do sięgnięcia po Sagę Księżycową.
To szalona i brawurowa przygoda na ziemi i w kosmosie, to wspaniali bohaterowie, których nie sposób nie pokochać i opowieść, która zapada w serce.


czwartek, 27 czerwca 2019

"Cedyno" trzeci tom serii Wysłannicy Melissy Darwood

„Cedyno” to trzeci tom serii Wysłannicy Melissy Darwood. Czytałam poprzednie części,  pierwszy
tom mi się podobał, drugi mnie zachwycił, a więc odnośnie trzeciego miałam wysokie wymagania.
Akcja dzieje się po tym jak Zuzka wraca z Guerry. Dziewczyna nie potrafi zapomnieć o ludziach, którzy tam niewyobrażalnie cierpią, stopniowo więc w jej głowie rodzi się plan wyswobodzenia więźniów. Zdaje sobie sprawę, że sama tego nie zrobi, a jej poszukiwania sprzymierzeńców owocują poznaniem Ludzi Cedyno, tajemniczych i obdarzonych niesamowitymi zdolnościami, którym przewodzi charyzmatyczny Jordan.
Spotkanie Guardianów z Ludźmi Cedyno da niesamowite efekty i doprowadzi do wydarzeń, których nikt się nie spodziewał.

Sięgając po trzeci tom serii, kompletnie nie wiedziałam czego się po tej książce spodziewać. Autorka w tej serii już nie raz mnie zaskakiwała i również teraz byłam przygotowana na to, że dam się zaskoczyć.
Wśród znanych nam już bohaterów – prócz tytułowych Ludzi Cedyno – pojawia się nowa postać,  Lea. Młoda dziewczyna, która była wolontariuszką w lokalnym schronisku, a teraz, odkąd wykupił je Gabriel, jest jego etatowym pracownikiem.
I to właśnie Lea i tajemniczy Jordan są „parą”, wokół której w tym tomie toczy się akcja.
Oczywiście nie zabrakło tak dobrze znanych już czytelnikom bohaterów, pojawiają się wszyscy, których autorka stworzyła w poprzednich tomach.

Jeśli chodzi o kreację postaci, to są one zawsze dopracowane, ciekawie ukazane, nietuzinkowe. Doskonale ich poznajemy, bo Melissa Darwood na to pozwala czytelnikowi, dzięki czemu można się do nich przywiązać, polubić ich, zrozumieć ich motywacje i przyczyny takich a nie innych wyborów.
Mimo sporej ilości nowych bohaterów, autorka nie zapomniała również o tych, których dobrze już znamy i potrafiła w zaskakujący sposób kierować ich losem.
Są tak samo ważni dla fabuły, jak bohaterowie pierwszoplanowi i często pojawiają się na kartach powieści. Nie stoją w miejscu, rozwijają się, zmieniają. To postacie z krwi i kości, mają swoje słabości, wady, marzenia.

Lekki styl i plastyczny język sprawiają, że książkę czyta się bardzo dobrze. Nie trudno wyobrazić sobie wszystko o czym opowiada autorka. Do tego Melissa Darwood ma talent do pisania o uczuciach, emocjach. Przychodzi jej to bardzo naturalnie, nie ma w tym sztuczności i egzaltacji. Czytając o uczuciowych problemach i perypetiach bohaterów ma się wrażenie, że to osoby, które moglibyśmy spotkać na swojej drodze, w swoim otoczeniu.
Tak jak pisałam wcześniej, kreacja bohaterów to zdecydowanie talent pisarki.

„Cedyno” zaskoczyła mnie nie raz. To książka, która wciąga, zamyka w kokonie przyjemności z czytania i nie wypuszcza aż do ostatniego słowa.
Jedyny minus to taki, że szybko się kończy i człowiek czuje niedosyt i chęć dłuższego pozostania w świecie bohaterów.
Mam nadzieję, że to nie jest ostatnie spotkanie z Guardianami i Ludźmi Cedyno. Zresztą zakończenie jest takie, że bez problemu mogę sobie wyobrazić o czym mógłby opowiadać kolejny tom.

Cała seria Wysłannicy, to opowieść o miłości, walce dobra ze złem, walce ze swoimi słabościami i kroczeniu dobrą drogą.
Każda z książek Melissy Darwood jest niejednoznaczna, każda ma w sobie drugie dno i przesłanie. Cedyno nie różni się w tym zakresie od innych powieści autorki.
Byłam zaskoczona pewnymi wydarzeniami i tym w jakim kierunku rozwinęła się fabuła, ale nie ukrywam, że przypadło mi to do gustu. I mimo, że każdy z trzech tomów serii, to niewątpliwie opowieść o miłości, to odnajdziecie w nich dużo więcej, niż romans.
Mam nadzieję, że kolejny tom serii powstanie. Polubiłam ten świat i tych bohaterów, ciężko by mi było rozstać się z nimi już tak definitywnie.