czwartek, 19 lipca 2018

"Legion płomienia" Anthony Ryan. Drugi tom serii Draconis Memoria

Biały Smok się przebudził i jego jedynym pragnieniem jest zapanowanie nad światem i ludźmi. Wobec
zagrożenia jakie sobą reprezentuje dawni wrogowie muszę zewrzeć szyki i zawiązać sojusze. Mimo to, nadal trwają przepychanki, kto ile dla siebie ugra i ile władzy zdobędzie.
Lizanne zostaje wysłana do  Cesarstwa Corvuskiego w ramach misji dyplomatycznej, chodź nie taki cel mają jej działania i podróż.
Tymczasem Clay, kapitan Hillemor i jego załoga wyruszają w podróż na opanowane przez lód południowe morza,  do miejsca które w wizji po wypiciu krwi Białego zobaczył młody Błogosławiony.
Armia Splugawionych zdobywa kolejne tereny wcielając w swe szeregi kolejnych ludzi.
Wydaje się, że już nic nie powstrzyma Białego smoka i jego armii…Świat się zmienia i wygląda na to, że ludzie niewiele mogą na to poradzić…

„Legion płomienia” jest drugą częścią serii Draconis Memoria – historii o ludziach i smokach (o pierwszym tomie pisałam TUTAJ).
W tym tomie głównymi narratorami powieści jest trójka głównych bohaterów, Claya, Hilemora, Lizanne oraz co pozytywnie mnie zaskoczyło, Sirusa, który stał się Splugawionym. Rozdziały z jego punktu widzenia są naprawdę ciekawe, bo do tej pory Splugawieni nie mieli prawa głosu w tej powieści.
Rozdziały z punktu widzenia różnych bohaterów przeplatają się ze sobą, a narracja trzecioosobowa sprawia, że wiemy o wszystkim co przytrafia się bohaterom.

Akcja powieści jest bardzo dynamiczna i naprawdę wiele się dzieje, a każdy rozdział kończy się w takim momencie, że człowiek coraz bardziej niecierpliwie pochłania kolejne strony, aby wrócić do przerwanego wątku. Mamy dużo spektakularnych walk ze smokami, spiski, knowania i polityczne rozgrywki. Tych ostatnich nie ma jednak za dużo, tylko tyle ile potrzeba aby ta wielowątkowa powieść była kompletna.
Wraz z bohaterami poznajemy nowe miejsca, odkrywamy tajemnice pochodzenia smoków – choć jeśli o nią chodzi, to w sumie każde odkrycie rodzi kolejne pytania i niewiadome.
System magiczny oparty na mocny otrzymywanej z krwi smoków nic nowego nie rozwija się za bardzo, choć zakończenie sugeruje, że w kolejnym tomie możemy zostać mocno zaskoczeni. Autor wprowadza do fabuły kilkoro nowych bohaterów, którzy prócz tego, że odgrywają ważną rolę i nie znikają po kilku rozdziałach, to zwyczajnie są postaciami, które zwyczajnie się lubi i im kibicuje.

Lekki i dopracowany styl autora sprzyja szybkiemu czytaniu, a obrazowe opisy przedstawiają wykreowany przez niego świat dość szczegółowo, ale bez zanudzania czytelnika.
Fabuła powieści jest spójna i nie zauważyłam żadnych nielogiczności. Bohaterowie zmieniają się wraz z wydarzeniami, które mają na nich bezpośredni wpływ, Biały Smok i jego armia stanowi zagrożenie, przy którym wszystko co do tej pory się liczyło przestaje mieć znaczenie, a wizja rychłej zagłady popycha ich do przodu bez względu na ryzyko.
I o ile w pierwszym tomie rozdziały z perspektywy różnych bohaterów były wg mnie nierówne, niektóre zdecydowanie mniej ciekawe od innych, to w przypadku drugiego tomu wszystkie są tak samo ciekawe i wciągające.

W swojej powieści Anthony Ryan stworzył ciekawy i barwny świat, wykreował bohaterów z krwi i kości i opracował system magiczny, który opiera się na czymś nowym, świeżym.
Historia smoków to nietuzinkowa opowieść pełna wielu niespodziewanych zwrotów akcji i tajemnic, których rozwiązanie zapewne mnie zaskoczy, bo choć mam swoje przypuszczenia, to jestem pewna, że autor i tak zagra mi na nosie.
W trakcie czytanie „Legionu płomienia” nie nudziłam się ani przez chwilę, co uważam za duży plus zważywszy, że powieść liczy prawie 700 stron.
Mocno kibicowałam ulubionym bohaterom i pełna lęku o ich los pochłaniałam kolejne strony.
Oczywiście zakończenie następuje w takim momencie, że wypadałoby mocno potrząsnąć autorem i za tak spektakularny cliffhanger.
„Legion płomienia” to kawał solidnego fantasy, którym autor udowadnia, że ma niewątpliwy talent i wyobraźnię, której chyba nic nie ogranicza.
Niecierpliwie czekam na kolejny tom serii i śmiało mogę stwierdzić, że Anthony Ryan dołącza do grona moich ulubionych pisarzy fantasy.

niedziela, 15 lipca 2018

"Czerwony śnieg" Ian R. MacLeod

Z książkami Iana R. MacLeod po raz pierwszy miałam styczność dawno temu za sprawą  powieści „Wieki  Światła” i Dom Burz”  (pisałam o nich  TUTAJ).
Wtedy zostałam oczarowana twórczością autora i mimo, że szukałam co jakiś czas informacji o jego kolejnych książkach, nic nie znalazłam.
Aż jakiś czas temu Wydawnictwo MAG w ramach Uczty wyobraźni zapowiedziało „Czerwony śnieg”.

Powieść dzieli się na trzy części, z których każda rozgrywa się w innym czasie, innym miejscu. Przygodę z powieścią rozpoczynamy na Dzikim Zachodzie poznając łowcę nagród  Karla  Hauptmanna, który ściga dwóch paskudnych typów.  Nie mija jednak dużo czasu, a krok po kroku zaczynamy poznawać przeszłość Karla, żołnierza – lekarza walczącego w wojnie secesyjnej.
 To właśnie u schyłku walk Karl został ukąszony przez dziwną istotę, na którą natknął się na  pobojowisku po walkach. To wydarzenie zmieniło dla Karla wszystko, nie tylko jego fizyczny wygląd i reakcje na otaczający go świat, ale przede wszystkim jego wnętrze, krok po kroku pozbawiając go człowieczeństwa.
I to właśnie z tym walczy Karl, ze wszystkich sił będzie się starał zachować w sobie ludzkie odruchy, uczucia i kontrolę na ogromnym złem, które nieustanie próbuje przejąć nad nim kontrolę.
Akcja jest wartka i wciągająca, śledzimy poczynania Karla, poznajemy jego przeszłość i teraźniejszość. Autor wprowadza do powieści bohaterów drugoplanowych, którzy tylko z pozoru są „mniej ważni”, w rzeczywistości jednak odgrywają w tej historii tak samo ważną rolę jak Karl.
Wszystkie postacie są nakreślone w tak przekonywujący sposób, że wydają się być całkowicie realne i rzeczywiste. To bohaterowie z krwi i kości, pełni sprzeczności, a ich pobudek i działań nie udaje się ubrać w żadne ramy i zdefiniować jednoznacznie jako dobre czy złe.

Autor wspaniale opisuje czasy, w których przyszło żyć bohaterom. To pełny brudu i szarości Dziki Zachód, szalone lata dwudzieste w Nowym Jorku z jego prohibicją, wielkimi fortunami powstałymi na giełdzie, młodymi ludźmi oddającymi się wszystkim rozrywkom jakie oferowało to miasto oraz Strasburgiem u progu rewolucji, gdzie do głosu doszły najgorsze z ludzkich instynktów.
Obraz tych miejsc i czasów jest tak sugestywny i barwny, że dla mnie stały się one niejako kolejnymi bohaterami tej powieści.

„Czerwony śnieg” napisana jest wspaniałym językiem, który się smakuje jak dojrzały w słońcu owoc. To bardzo klimatyczna proza, pełna pięknych i plastycznych opisów, dialogów, które zachwycają i niespodziewanych zwrotów akcji, którymi autor potrafi zmylić czytelnika nie jeden raz.
Powieść jest dość skromna objętościowo, bo ma tylko 256 stron, ale są to strony wypełnione aż po brzegi. Jest więc akcja, są ogromne emocje, rozważania na temat człowieczeństwa, samotności, deprawacji i pragnienia władzy.
W tym wszystkim temat wampiryzmu jest wg mnie tylko tłem do ukazania ciemnej strony ludzkiej duszy, pragnienia władzy i nieśmiertelności oraz tego ile wysiłku kosztuje bycie przyzwoitym, a jak łatwo można zatracić się w złu.

„Czerwony śnieg” to prawdziwa literacka perełka, powieść bogata, napisana we wspaniały sposób, poruszająca wyobraźnię i zmuszająca do refleksji. Czyta się ją niespiesznie, ale jest pełna wartkiej akcji i niespodziewanych wydarzeń.
Zgodnie z serią wydawcy, to prawdziwa uczta wyobraźni, potwierdzająca niebywały talent pisarza i umiejętność tworzenia opowieści, na którą nie sposób pozostać obojętnym.
Na koniec chcę również pochwalić okładkę, którą zaprojektował Irek Konior. Oczarowała mnie, zachwyciła i w niebanalny sposób oddała klimat tej nietuzinkowej historii.




środa, 11 lipca 2018

"Normalni inaczej" Tammy Robinson

„Normalni inaczej”, to powieść z gatunku YA autorstwa Tammy Robinson. Opowiada historię Alberta i
Maddy, dwójki młodych ludzi, którzy właśnie wkraczają w dorosłość, każde ze swoim własnym bagażem doświadczeń, obowiązków i trudów, z którymi muszą się zmagać.
Albert to wrażliwy chłopak, który marzy aby wyrwać się z domu, od despotycznego ojca, dla którego jest nieustającym rozczarowaniem.
Maddy mieszka z matką i młodszą, autystyczną siostrą, nad którą sprawuje opiekę. Nie myśli o przyszłości, wszystkie jej działania są ukierunkowane na – razem z matką -  stworzeniu dla siostry dobrego życia.
Gdy Albert i Maddy się spotykają, nic nie zwiastuje wydarzeń, które odmienią ich serca i życie.

Znacie to uczucie, gdy w letni poranek patrzycie przez okno i widzicie pogodne niebo, które sugeruje piękny wakacyjny dzień? Więc pakujecie szybko manatki i idziecie nad wodę, ciesząc się pogodą i życiem. I gdy już się rozleniwiacie, cieszycie słońcem i beztroską, nagle czujecie na skórze delikatny, chłodny powiew wiatru. Niebo nadal jest bezchmurne, ale ten wiatr zwiastuje zmianę pogody, aż wam włoski na rękach stają dęba. I już wiecie, że to nic innego jak szybko nadciągająca burza, nawałnica, której nic o poranku nie zwiastowało, więc nie jesteście na nią przygotowani.
Mija kilka chwil, a wiatr się wzmaga, niebo nagle ciemniej, i nie ma już wątpliwości – nawałnica wami sponiewiera i nie zostawi na was suchej nitki.


Podobnie ma się również rzecz z powieścią „Normalni inaczej”. Powieść zaczyna się całkiem normalnie, poznajmy dwójkę młodych ludzi, ich problemy i troski, z którymi muszą się mierzyć, choć tak naprawdę powinni cieszyć się beztroskim życiem, jakie wiedzie większość ich rówieśników. Akcja toczy się dość wartko i wciąga już od pierwszych stron i pomimo tego, że bohaterowie często mają  w życiu pod górkę, to jeszcze nic nie zwiastuje nadciągającej nawałnicy.

Narracja w powieści jest pierwszoosobowa z punktu widzenia Alberta i Maddy. Autorka przeplata rozdziały w których są narratorami, dzięki czemu czytelnik ma możliwość dobrego poznania ich oboje. I choć nie przepadam za taką narracją, Tammy Robinson udaje się tak nią żonglować, że dość dobrze poznajemy również bohaterów drugoplanowych, co przy narracji tego typu jest rzadkością.
Autorka ma lekki styl i plastyczny język, dzięki czemu czytanie jej powieści to przyjemność. Potrafi obrazowo pisać o emocjach, bez popadania w ckliwość czy zbyteczną patetyczność.
Rozwijające się uczucie pomiędzy bohaterami, które jest głównym, ale nie jedynym ważnym wątkiem w powieści, przedstawione jest w pełen uroku sposób, nie pozbawiony humoru i tej niepewności towarzyszącej pierwszej prawdziwej miłości. Bohaterowie są wyraziści i ciekawi, potrafią wywołać w człowieku sympatię ale i zdecydowaną niechęć.
Z przyjemnością śledziłam kolejne etapy znajomości Alberta i Maddy, ich wzajemne poznawanie się, otwieranie przed sobą nawzajem, wsparcie jakim dla siebie byli. Oczywiście spodziewałam się, że w pewnym momencie pojawią się problemy, które zagrożą ich uczuciu i nie pomyliłam się.

I gdy byłam przekonana, że zaraz rozpocznie się parada wszystkich nieszczęść tego świata spadających na bohaterów (serio, czasem podejrzewam, że niektórzy pisarze mają taką listę wszystkich możliwych dramatów mogących spotkać człowieka i wybierają sobie z niej na chybił trafił dramaty -  czym więcej tym lepiej - aby zarzucić nimi nieszczęsnych bohaterów), okazało się, że autorka wcale nie poszła tą drogą.
Przyznaję, że bardzo pozytywnie mnie to zaskoczyło. Tammy Robinson zachowała idealną harmonię pomiędzy pozytywnymi wydarzeniami w życiu bohaterów, a tymi które nie oszczędziły im cierpienia i smutku.
Nie ma w tej powieści przesady w żadnym kierunku ani w żadnym aspekcie. O wszystkim autorka pisze z wyczuciem, ubierając wydarzenia w pełen wachlarz emocji, ale robi to tak naturalnie, że byłabym skłonna uwierzyć, że opisuje prawdziwe wydarzenia.
Nie ma w jej historii sztuczności, którą czasami daje się wyczuć w innych książkach z gatunku YA. W tej powieści wszystko jest prawdziwe, uczucie wręcz namacalne, problemy poruszające serce, ale bez zadręczania czytelnika.
Autorka daje swojemu czytelnikowi możliwość samodzielnego poczucia emocji, którymi przesiąknięta jest jej powieści, nie wciska mu ich na siłę za pomocą wszelkich kataklizmów tego świata wprost do głowy.
Uważam to za jeden z większych plusów tej powieści.

I mimo, że powieść nie uniknęła odrobiny lukru, to jestem skłonna przymknąć na to oko, bo cała reszta wynagradza tę porcję słodyczy. Zwłaszcza, że prócz wątku miłosnego porusza bardzo trudny i ważny temat, jakim jest opieka nad osobą niepełnosprawną, temat skomplikowanych rodzinnych relacji, prób sprostania oczekiwaniom bliskich i potrzebie akceptacji takim jakim się jest.
Wszystko to składa się na historię z dużą dawką emocji, które jednak nie przygniatają do ziemi, ale poruszają i sprawiają, że jeszcze długo po skończeniu lektury myśli się o tym, co się w tej książce wydarzyło.
To druga w ostatnim czasie powieść z gatunku YA, która przypadła mi do gustu i którą mogę z czystym sumieniem polecić.


poniedziałek, 9 lipca 2018

"Zabójcze maszyny" Philip Reeve

„Zabójcze maszyny” autorstwa Philipa Reeve, to wznowienie powieści wydanej w 2003 roku pod tytułem
„Żywe maszyny”.
Jest to historia z gatunku postapo połączona ze steampunkiem.
Głownymi bohaterami są Hester i Tom oraz ruchome miasta. Miasta, które są w ciągłym ruchu i aby przeżyć i funkcjonować dalej, polują na siebie wzajemnie.
Takim właśnie miastem jest Londyn, który pożera miasto głównej bohaterki. Dziewczyny, która atakuje Wielkiego Mistrza Cechu Historyków i która zostaje powstrzymana przez czeladnika Toma.  Podczas pogoni za Hester, która ratując swoje życie rzuca się do zsypu na smieci, Tom zostaje wyrzucony w ślad za  dziewczyną i po raz pierwszy w życiu znajdzie się na ziemi. Oboje będą zmuszeni zmierzyć się ze swoimi słabościami i tajemnicą, która zagrozi całemu znanemu im światu.

Zacznę od tego, że „Zabójcze maszyny” zwróciła moją uwagę z powodu jej ekranizacji realizowanej przez Petera Jacksona (twórcy filmowego Władcy Pierścieni). Wcześniej nigdy się na nią nie natknęłam, ale że lubię steampunkowe klimaty, to chętnie po nią sięgnęłam.
Powieść rozpoczyna się dość dynamicznie, otóż poznajemy czeladnika Toma, którego oczami oglądamy Londyn, gdzie mieszka i zostajemy wprowadzenie do świata wykreowanego przez autora.
A ten jest naprawdę ciekawy i całkiem solidnie wykreowany. Mamy bowiem miasta, które poruszają się na wielkich gąsienicach, praktycznie nigdy się nie zatrzymując. Polują na siebie wzajemnie, pożerając mniejsze miasta, wioski, osady. Ale teren polowań robi się coraz bardziej jałowy, coraz więcej miast i miasteczek stara się ukryć, więc duże molochy robią się coraz bardziej zdesperowane.
Pomiędzy górami, odgrodzone od terenu polowań wielkim murem, znajduje się Shan Guo – miejsce, gdzie ludzie żyją w „stacjonarnych” miastach, miasteczkach i osadach. Gdzie kwitnie zieleń, osadnictwo, gdzie ludzie starają się żyć jak wiele wieków wcześniej ich przodkowie, z czasów sprzed wojny, która zniszczyła wtedy całą cywilizację.

Akcja jest bardzo dynamiczna i wiele się dzieje. Fabuła jest spójna i ciekawa. I choć to lektura z założenia dla młodych czytelników (główni bohaterowie mają po piętnaście lat), to próżno szukać w niej naiwnej i przesłodzonej historii, która mimo wielu kłód rzucanych pod nogi bohaterom i tak skończy się dobrze.
Ta opowieść jest momentami brutalna, tak jak życie w erze ruchomych miast i miejskiego darwinizmu, które panują w tym świecie.
Bywały momenty, gdy autorowi udało się mnie całkowicie zaskoczyć rozwojem akcji i wydarzeniami, których kompletnie się nie spodziewałam.


Jeśli chodzi o bohaterów, to mamy tu całkiem dobrze nakreślone postacie i to nie tylko te główne, ale i drugoplanowe. I choć Tom potrafił zdenerwować mnie swoją naiwnością i ciągłym wypieraniem prawdy, mimo, że niejako dostał nią prosto w twarz, to nie sposób było mi nie kibicować. Zresztą na jego przykładzie czytelnik ma możliwość krok po kroku odkryć, że życie w ruchomych miastach wcale nie jest jedynym sposobem na egzystencję, że są inne możliwości, które okazują się lepsze.
Polubiłam natomiast Hester, to jedna z nielicznych postaci kobiecych, która mnie nie irytowała. I choć ona również nie była pozbawiona wad, to jednak od samego początku zapałałam do niej sympatią. Jest dziewczyną twardą, zdeterminowaną i waleczną, ale nie pozbawioną wrażliwości i empatii  i co  zasługuje na pochwałę – autor nie zrobił z niej niezniszczalnej jednostki, idealnej pod każdym względem.
Wraz z rozwojem akcji, w powieści zaczynają odgrywać ważną rolę kolejni bohaterowie, córka głównego antagonisty głównych bohaterów – Katherina oraz czeladnik Bevis.
Natomiast jeśli chodzi o tych „złych” to tutaj prym wiodą Lord Burmistrz Londynu i jego Mistrz Cechu Historyków, choć w tym bezwzględnym świecie nie brakuje takich, których chęć władzy deprawuje i popycha do czynów okrutnych.

Język powieści jest bardzo prosty i tutaj faktycznie widać, że to książka dla młodego czytelnika.
Autor ma bardzo lekkie pióro i mimo, że pisze dość obrazowo, to niektóre dialogi czy opisy wydarzeń dorosłemu czytelnikowi mogą wydawać się ciut infantylne, co w sumie dla mnie dość mocno kontrastowało z częstą brutalnością, której w tej powieści nie brakuje.
Mi to jakoś szczególnie nie przeszkadzało, historia przedstawiona przez autora zaciekawiła mnie na tyle, że dałam się jej porwać. I choć niektóre rozwiązania dziś wcale nie tchną świeżością, to jednak patrząc na to, że to powieść sprzed 15 lat, to autorowi należy uznanie za pomysł i jego realizację.

Chętnie sięgnę po kolejny tom tej czterotomowej serii, który ma się ukazać na jesień. Oczywiście nie odmówię sobie również wizyty w kinie, bo ta historia ma wszystko co potrzebne, żeby na ekranie robić spektakularne wrażenie.
Bardzo podoba mi się również okładka, co w przypadku wydawnictwa Amber rzadko się zdarza.
Moje ogólne wrażenia są pozytywne i pomimo pewnych słabszych stron, lekturę tej powieści uważam za bardzo udaną.


piątek, 6 lipca 2018

„Zawsze będziemy mieli Paryż” Emma Beddington

„Zawsze będziemy mieli Paryż” to autobiograficzna powieść Emmy Beddington i jednocześnie jej literacki
debiut. Swoją historię autorka rozpoczyna w momencie gdy była nastolatką i zafascynował ją Paryż, miasto które jawi jej się jako idealne miejsce do życia.
Emma ma swoje wyobrażenie na temat tego, jak życie w Paryżu będzie wyglądać, wie to z filmów, książek i gazety – francuskiego ELLE. Ale gdy pokona już drogę do tego, aby w Paryżu zamieszkać, okaże się, że rzeczywistość znacząco różni się od jej wyobrażeń.

Na początku chcę rozpocząć od plusów tej powieści.
Otóż po pierwsze podoba mi się dystans i szczerość, z jaką autorka opowiada o swoim życiu. Niczego nie koloryzuje, nie ubarwia, jest chwilami wręcz brutalnie szczera z czytelnikiem.
Opowiada o wszystkim co ją spotkało i tym jak pokierowała swoim życiem odkąd postanowiła zostać Francuzką i poznała swojego partnera Oliviera. Nie unika tematów trudnych i czasami nawet kontrowersyjnych.
Kolejnym plusem jest wiele informacji o codziennym życiu w Paryżu, o jego kulturze, sztuce, mentalności paryżan, jedzeniu i ciastach. O tak, tym ostatnim autorka poświęca sporo czasu.
Ale nie tylko o życiu w Paryżu opowiada, również o czasie gdy mieszkała w Londynie i Brukseli (gdzie mieszka do tej pory).
W swojej opowieści zwraca uwagę na zdawałoby się nieważne elementy życia w danym mieście, ale jak się okazuje nawet błahostki potrafią mieć przeogromny wpływ na człowieka, tym bardziej, gdy żyje na emigracji, z dala od rodzinnego domu.
Kolejnym pozytywem jest dystans jaki Emma ma do siebie, jak potrafi krytycznie spojrzeć na swoje decyzje i wybory.
Sama opowieść (ku mojemu zaskoczeniu, ale o tym dlaczego to za chwilę) mnie wciągnęła i byłam ciekawa co działo się w życiu Emmy i Oliviera oraz tego jak wygląda Paryż, Londyn czy Bruksela „od kuchni”, bez tych pochwalnych laurek serwowanych turystom.

Sama Emma to niewątpliwie postać z krwi i kości. I mimo, że często ją rozumiałam, to nie potrafiłam jej do końca polubić. Często odnosiłam wrażenie, że wolała swoje wyobrażenia niż realne życie, które ich nie spełniało. A gdy po raz kolejny była rozczarowana rzeczywistością, uciekała od niej na wiele sposobów, nie do końca licząc się z bliskimi i rodziną.
Może właśnie dlatego mam pewne zastrzeżenia co do zdania na okładce „zabawna i lekka opowieść dla każdego, kto choćby przez chwilę uległ fascynacji miastem Prousta i Coco Chanel”.
Otóż „Zawsze będziemy mieli Paryż” to książka, która nie jest ani zabawna w stylu Briget Jones, a tym bardziej lekka.
To obraz kobiety, która nie potrafi odnaleźć swojego miejsca na ziemi, która przeżywa kolejne rozczarowania, próbuje poradzić sobie z żałobą po śmierci matki, a także z coraz bardziej skomplikowanymi relacjami z partnerem, a w tym tyglu pełnym sprzecznych emocji, zapewnić dom i miłość swoim dwóm synom.
Pomaga jej w tym rozpoczęcie pisania bloga i wirtualna rzeczywistość, dzięki której otwiera się na ludzi i poznaje również prawdziwych przyjaciół.

Mimo powyższego, książkę Emmy  Beddington czytało mi się dość ciężko, a czasami wręcz żmudnie. Dzieje się tak za sprawą specyficznej narracji i uważam, że „winę” za to ponosi pisany przez autorkę blog.
Otóż powieść autorki to praktycznie pozbawiona dialogów opowieść w formie monologu. Do tego ma ona skłonności do rozwlekłych opisów (np. trzy strony poświęcone opisom kreskówek, które oglądają jej synowie). W książce nie było akcji tylko opisy, spostrzeżenia, refleksje, opisy rozterek, lęków i nadziei, a także sporo wspomnień.
Mimo wielu bardzo ciekawych obserwacji, powieść chwilami zbyt mocno się „rozchodzi w szwach” właśnie z powodu takiego rozwlekania niektórych opisów.
Czytając tą książkę, miałam wrażenie, że czytam bloga przeniesionego na karty powieści. I o ile na blogu czyta się wpis po wpisie, w pewnych odstępach czasu i rozgadywanie się o ciastach czy kreskówkach nie nuży, o tyle jeśli to wszystko zbierze się w jedną książkę, to może wydawać się nużące. Dlatego powieść Emmy Beddington należy sobie dawkować, czytać etapami. Wtedy można wsiąknąć w ten specyficzny styl i fabułę.
Na takiej formie narracji tracą również inni bohaterowie, przede wszystkim partner autorki – Olivier. Prawie nic o nim nie wiemy, nie znamy jego uczuć, myśli, pragnień, radości czy smutków.
Było to dla mnie trochę rozczarowujące, bo przez całą powieść czułam gdzieś pod skórą, że to ciekawy człowiek i zasługuje on na więcej uwagi, niż autorka mu poświęca.

Czy żałuję lektury tej powieści? Nie.
To ciekawa historia, chwilami poruszająca, często smutna, ale i dająca nadzieję, że z każdego dna da się wybić i rozpocząć od nowa.
Ale nie będę ukrywać, że książka pomimo niewątpliwych plusów, ma również trochę minusów, które znacząco wpłynęły na mój odbiór lektury. Przede wszystkim sposób narracji, który może znużyć i zapewne niektórych czytelników zniechęcić. Choć jeśli tak jak mnie zaintryguje Was historia Emmy, to warto dać tej powieści szansę i zobaczyć czy autorce udało się spełnić swoje marzenia.



poniedziałek, 2 lipca 2018

"Mroczny duet" Victoria Schwab

„Mroczny duet” Victorii Schwab, to kontynuacja świetnej Okrutnej pieśni, o której pisałam TUTAJ 
Akcja powieści rozpoczyna się w pół roku po wydarzeniach z części pierwszej. Kate żyje w mieście Dobrobyt, gdzie poluje na nowy  potwory, żywiące się ludzkimi sercami. Ale nie tylko one są zagrożeniem dla ludzi, oto bowiem Kate pewnej nocy stanie twarzą w twarz z nowym potworem , który karmi się chaosem i wyciąga na powierzchnię najgłębiej skrywane lęki swoich ofiar. To właśnie on sprawi, że Kate będzie zmuszona wrócić do Prawdziwości i zawalczyć o wszystko co dla niej cenne, w tym swoją duszę.
Tymczasem August walczy w oddziałach OSF i po śmierci Leo przyjął rolę dowódcy, na której nigdy mu nie zależało. Brzemię odpowiedzialności mocno na niego wpływa, a to co dla niektórych jest albo białe, albo czarne, dla Augusta ma wiele odcieni szarości.

Przyznaję, że po fantastycznym pierwszym tomie, moje oczekiwania co do kontynuacji były ogromne.
Świetnie wykreowany świat i cudowni bohaterowie to główne atuty pierwszego tomu i nie inaczej jest w tomie drugim. Widać, że autorka ma wypracowany warsztat i wyrobiony styl.
Pisze bardzo plastycznie i obrazowo, a fabuła jest spójna.
Dynamiczna akcja sprawia, że człowiek nie ma czasu nawet pomyśleć o nudzie, ale nie zabrakło w tej powieści miejsca na chwilę refleksji i wątpliwości targające bohaterami. Przy czym talent V. Schwab sprawia, że ani przez chwilę nie ma się wrażenia, że bohaterowie użalają się nad sobą, biadolą i roztkliwiają nad swoim losem. Co to to nie. W tej powieści  August i Kate są wewnętrznie rozdarci, odczuwają lęk i strach, ale również nadzieję i determinację aby zmienić swój los i walczyć o lepszy świat, bez potworów.
W drugim tomie autorka mocniej wyeksponowała również pytanie, które nieustająco zadawali sobie bohaterowie – co sprawia, że jest się potworem.

W powieści pojawia się nowa bohaterka – malachaja Alice. Potwora powołało do życia zabójstwo, którego dokonała Kate, a które zabarwiło jej duszę na czerwono. Alice jest okrutna, bezwzględna, wyrachowana i bezlitosna. Jest wszystkim tym, czym nigdy nie chciała być Kate, nawet wtedy, gdy próbowała zaimponować ojcu.
Zresztą wszystkie potwory są obrazem zła, które kryje się w człowieku, a które się pojawiają, gdy człowiek ze złem przegrywa i dopuszcza się zbrodni.
Autorka postanowiła nadać temu złu fizyczną postać i uważam, że wyszło jej to wspaniale.

„Mroczny duet” wywołał we mnie masę emocji. Od śmiechu po łzy. Jestem oczarowana światem stworzonym przez autorkę i zafascynowana niesamowitym klimatem, który udało jej się w obu częściach stworzyć.
V. Schwab uniknęła fabularnych schematów, dzięki czemu powstała historia nietuzinkowa i nieprzewidywalna.
Natomiast zakończenie…Nie jest to zakończenie jakiego bym pragnęła, ale jest to zakończenie, które idealnie pasuje to tej historii i jej klimatu. I choć zapewne w dużej części czytelników wywoła ono rozgoryczenie i złość na autorkę, to dla mnie  jest ono idealne.

Czy „Mroczny duet” spełnił moje oczekiwania? Oczywiście! I to z nawiązką. Nie mogłam się od tej książki oderwać, a czym bliżej byłam końca, tym większy czułam żal, że to drugie spotkanie z bohaterami V. Schwab jest zarazem ostatnim.
Mimo, że to książki z gatunku urban fantasy, próżno w nich szukać sztampowości i typowych dla gatunku rozwiązań. Autorka napisała niebanalna historię, dając czytelnikom do ręki książki, które na długo zapadają w pamięć i do których ma się ochotę wracać za każdym razem, gdy szczegóły fabuły zatrą się choć trochę w pamięci.
Obie powieści wędrują na moją półkę „ulubione” i z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że biorę w ciemno każdą książkę napisaną przez panią Schwab.
Jeśli jeszcze nie czytaliście Okrutnej pieśni i Mrocznego duetu, to zachęcam do nadrobienia zaległości i gorąco je polecam.





czwartek, 28 czerwca 2018

"Chmury z keczupu" Annabel Pitcher

„Chmury z keczupu” autorstwa Annabel Pitcher, to powieść, która zdobyła sporo pochwał na goodreads i
nagrodę im. Edgara Allana Poego w kategorii Najlepsza powieść Young Adult.
Podchodziłam do niej bardzo ostrożnie, bo ostatnimi czasy książki z tego gatunku jakoś mnie rozczarowywały.
Ta powieść zaintrygowała mnie opisem, bo od razu przyznaję, że o autorce nigdy wcześniej nie słyszałam.
Historia opowiada o nastoletniej Zoe, skrywającej straszliwy sekret. Jest on dla niej tak ogromnym brzemieniem, a nikomu z bliskich nie może go zdradzić, że postanawia opisać go w listach. W listach, które wysyła do więźnia czekającego na śmierć.
Listy nie zawierają suchych faktów, Zoe dzieli się w nim swoimi wątpliwościami, opisuje swoje życie, ale niezaprzeczalnie najważniejsze jest dla niej opowiedzenie o  wydarzeniach, które doprowadziły do tego, że dziewczyna nie mogąc spać nocami postanowiła zacząć je pisać.
Jeśli ktoś zmartwił się, że to książka, której akcję śledzimy jedynie za pomocą pisanych przez bohaterów listów, to od razu uspokajam – nie jest to typowa powieść epistolarna.

Autorka  w intrygujący sposób wprowadza czytelnika w świat dziewczyny i zaznajamia z jej życiem,  rodziną i przyjaciółmi. Narracja jest pierwszoosobowa z punktu widzenia Zoe, ale - co zasługuje na ogromne uznanie - autorce udało się bardzo dobrze wykreować nie tylko Zoe, ale również wszystkich innych bohaterów tej powieści, również tych drugoplanowych.
Zazwyczaj przy tego typu narracji czytelnik wie wszystko o jednym bohaterze, z punktu widzenia którego śledzimy akcję, a  o reszcie  postaci wiemy zazwyczaj mniej niż więcej.
Ale nie tym razem! Tutaj każdy z bohaterów jest bardzo dobrze nakreślony i ciekawy i mamy okazje dobrze ich poznać.
I to jest pierwszy plus, a uwierzcie, będzie ich więcej.

Powieść napisana jest bardzo dobrym językiem, autorka ma barwny i plastyczny styl. Potrafi również wspaniale pisać o emocjach i uczuciach, bez zbytecznej egzaltacji  i ckliwości, za to w sposób, który porusza w czytelniku serce. Byłam zaskoczona, jak bardzo poruszyła mnie ta historia i jak mocno dałam się jej wciągnąć.
Ta książka to wspaniałe połączenie humoru, dramatu i romansu.
Tak właśnie, również romansu, bo w tej historii głównym wątkiem jest miłość, a konkretnie miłosny trójkąt. Ale bez obaw, to nic w stylu „ona jedna, ich dwóch. O losie, którego mam wybrać?!”. To opowieść o trudnych wyborach, porywającym uczuciu, o zakochaniu, które dodaje skrzydeł i tragedii, która odmienia życie  bohaterów nieodwracalnie.
Ważnymi wątkami są również momentami  trudne relacje rodzinne i poczucie winy, które potrafi zatruć duszę i ją złamać.

Czytając historię Zoe wiele razy głośno się śmiałam, ale i wiele razy wzruszyłam. A czym bliżej było do końca tej historii i odkrycia, co tak naprawdę się wydarzyło, tym większy lęk  o bohaterów mnie ogarniał. W pewnym momencie miałam chęć zamknąć oczy i wyszeptać zaklęcie „to się nie wydarzyło, nic złego się nie stało”. Ale stało się, dlatego właśnie Zoe w środku nocy pisze do skazanego za morderstwo żony mężczyzny, pragnąć zrzucić z siebie choć na chwilę ciężar, który ją przygniata.
Zakończenie książki natomiast totalnie mnie rozbiło, wycisnęło łzy z oczu i tak wielkie wzruszenie, że jeszcze długo po przeczytaniu ostatniego zdania gapiłam się na słowo PODZIĘKOWANIA, nie chcąc uwierzyć, że to już koniec.
„Chmury z keczupu” to powieść z ogromnym ładunkiem emocjonalnym i wspaniałymi bohaterami. Akcja powieści jest wartka i wciągająca, a tajemnica, którą krok po kroku zdradza Zoe budzi niepokój i chęć jak najszybszego jej rozwikłania.
Annabel Pitcher w idealny sposób połączyła ze sobą radość i smutek, humor i rozpacz. Wywołała we mnie całą masę emocji i sprawiła, że jej powieść to książka, do której wrócę jeszcze wiele razy.

Zoe jest bohaterką, którą polubiłam od pierwszej chwili, nawet pomimo tego, że nie wszystkie jej decyzje były zbyt mądre. Autorka obdarzyła dziewczynę dojrzałością nie pozbawiając jej jednocześnie pragnień i zachowań  typowej nastolatki,  ale ukazała je w sposób, który nie irytuje ani nie śmieszy.
Czas gdy byłam nastolatką przeminął już dawno temu, a jednak Zoe od razu podbiła moje czytelnicze serce, a powieść mnie zachwyciła.
Dawno nie czytałam tak dobrej książki z gatunku Young Adult, ogromnie się cieszę, że trafiła ona w moje ręce i już teraz wiem, że każdą kolejną powieść autorki kupuję w ciemno.
Zdecydowanie polecam.

*zdjecie pochodzi ze strony Wydawnictwa Papierowy Księżyc








środa, 27 czerwca 2018

Książkowe zakupy - co przybyło w tym miesiącu na moich regałach


Czerwiec w tym roku okazał się miesiącem obfitującym w wiele ciekawych premier. Wakacje, czas urlopowy, długie dni - to wszystko sprzyja czytaniu. Nie dziwi mnie więc ilość wypuszczonych na rynek właśnie w tym miesiący nowości.
Oczywiście nie pozostałam obojętna na te wszystkie zachęcające zapowiedzi, a gdy zostały okraszone sporymi promocjami - nie zwlekałam z zamówieniem.

Jak się okazało, najwięcej książek kupiłam z gatunku fantastyki. Niektóre to wyczekiwane kontynuacje
(Mroczny duet na przykład), niektóre to głośne zapowiedzi (Błękit, Kirke, Outsider) i kilka książek, których autorów nie znam, ale zaciekawił mnie opis.
Zamówiłam również najnowszą i przedostatnią powieść Luz Gabas, które Czarownice z Pirenejów tak mnie zachwyciła. Ukazała sie również najnowsza Brittainy C. Cherry, na którą się skusiłam.
Patrząc na ilośc książek w koszyku trochę zaniepokoiłam się kwotą jaką przyjdzie mi zapłacić, ale w czasie gdy większość świata pasjonuje się trwającymi właśnie Mistrzostwamu Świata w piłce nożnej, nieprzeczytane.pl zrobiły promocję -48% i w sumie nie zapłaciłam za te ksiażki tyle ile się spodziewałam.




Oczywiście nie tylko jedna promocja mnie skusiła. W księgarni MadBooks na książki wydawnictwa Genius Creations pojawiła się krótka promocja i ich powieści można było kupić po 12,90.
Tak, oczywiste było, że sie skuszę.




W czerwcu udało mi się również na facebookowym bazarku na rzecz bezdomnych zwierzaków kupić jedną z wcześniejszych powieści autorki serii Siedem sióstr - Dom orchidei. Opis tej powieści jest wyjatkowo ciekawy, więc zapewne już niedługo wezmę się za jej czytanie.



P.S.
Otwarciu każdego pudełka niezmiennie pilnuje Frędzel :)

poniedziałek, 25 czerwca 2018

"Okrutna pieśń" Victoria Schwab

„Okrutną pieśń” Victorii Schwab kilkakrotnie brałam do ręki z zamiarem rozpoczęcia czytania i za każdym
razem odkładałam na półkę.
Aż dwa dni temu postanowiłam wreszcie się za nią zabrać, bez dyskusji i rozmyślania typu „czy na pewno chcę ją teraz czytać? A może coś innego?”.
Akcja powieści dzieje się w USA po Fenomenie, wydarzeniu, które sprawiło, że każda zbrodnia powołuje do życia potwory.
Corsaje, żywiące się ludźmi, Malachaje wysysające z ludzi krew oraz Sunaje, nieliczne potwory, które potrafią odebrać człowiekowi duszę…
W mieście Prawdziwość, podzielonym pomiędzy wpływy panującym nad potworami i pobierającym opłaty za ochronę Harkerem oraz Flynnem, który stworzył jednostki wojskowe broniące ludzi przez monstrami.
Każdy z nich ma dzieci, Harker młodą Kate, która marzy o tym aby zasłużyć na podziw ojca, a Flynn Augusta, który jest jego przybranym synem i… Sunajem.
Los tej dwójki niespodziewania się splącze, a to co wyniknie z ich spotkania, będzie wyjątkowo intrygujące.

Jak już pisałam, długo nie mogłam zabrać się za czytanie tej powieści. I sama nie wiem w sumie dlaczego. Może ciut zniechęcił mnie ogólny zachwyt nad tą książką, a zdarzyło mi się mocno rozczarować tak bardzo polecanymi powieściami ostatnimi czasy.
Ale gdy już zaczęłam czytać, okazało się, że w tym przypadku były to obawy zdecydowanie nad wyrost.

To co urzekło mnie od samego początku, to główni bohaterowie, Kate i August. Autorka nakreśliła postacie z krwi i kości, wyraziste i ciekawe. Nie sposób było ich nie polubić, nawet pomimo ich wad, co zwłaszcza w przypadku Kate było dla mnie miłym zaskoczeniem.
Autorka bardzo dobrze oddała ich charaktery i kontrast pomiędzy tym co pokazywali na zewnątrz, a tym co rozgrywało się w ich sercach.
Również bohaterowie drugoplanowi są ciekawi i wyraziści, autorce udało się przedstawić taki ich obraz, aby byli barwnym wypełnieniem fabuły, pomimo tego, że akcja zdecydowanie koncentrowała się na Kate i Auguście.
Co do akcji, to jest bardzo dynamiczna i pełna niespodziewanych zwrotów. Są momenty, gdy można się domyślić kto jest głównym antagonistą naszych bohaterów, ale nie zmienia to faktu, że autorce kilka razy udało się mnie zaskoczyć.
Fabuła jest bardzo dopracowana i spójna, próżno szukać w niej dziur czy nielogiczności.

Na uznanie zasługuje również kreacja świata przestawionego w powieści. Autorka ma dobry styl, a stworzony przez siebie świat opisuje bardzo plastycznie i z wyczuciem, dzięki czemu nie zanudza czytelnika rozwlekłymi opisami, ale jednocześnie potrafi bardzo obrazowo odmalować panującą w Prawdziwości rzeczywistość.
Nie miałam problemów, aby oczami wyobraźni zobaczyć podzielone przez walki miasto, grasujące na ich ulicach potwory.
Bardzo podobał mi się również sposób w jaki Victoria Schwab ukazała nieustająca tęsknotę Augusta za byciem człowiekiem, jego niemożność pogodzenia się z tym, kim/czym jest.
Dla tego w rzeczywistości wrażliwego Sunaja, strach przed utratą okruchów „człowieczeństwa” jakie w sobie posiadał, była gorsza niźli śmierć. Autorka w subtelny sposób zadaje pytanie o to, co determinuje nasze człowieczeństwo – czy  tylko fakt, że urodziliśmy się ludźmi, czy nasz uczynki i to czym kierujemy się w swoim życiu.

Dużą zaleta „Okrutnej pieśni” jest dla mnie fakt, że fabuła nie koncentruje się na wątku miłosnym. Próżno w tej powieści szukać miłosnych rozterek i wielkich sercowych dylematów zakochanych nastolatków.
Oczywiście pomiędzy Kate i Augustem tworzy się wyjątkowa więź, ale nie jest to sztampowy wątek miłosny, których pełno jest w innych powieściach z gatunku urban fantasy.
Ich relacje opierają się na przyjaźni, akceptacji, wypracowanym zaufaniu i zrozumieniu.
Powieść wywołuje wiele emocji, bohaterom się kibicuje i mocno trzyma za nich kciuki, licząc na to, że autorka jednak da im szansę na pozytywne zakończenie ich zmagań.
O tym jednak dopiero się przekonam, bowiem drugą część serii Świat Verity, która Okrutna pieśń zapoczątkowała, dopiero zamówiłam i czekam niecierpliwie na przesyłkę.

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona tą powieścią. To kawał dobrego fantasy, książka która zaskakuje i wciąga, od której nie sposób się oderwać.
Autorce udało się stworzyć nietuzinkową fabułę i wyrazistych bohaterów, wykreować intrygujący świat i niepokojący obraz panującej w nim rzeczywistości.
Ta powieść ma niesamowity klimat, pełen lęku ale i nadziei i gdy się w niego wsiąknie, nie sposób się z niego otrząsnąć jeszcze długi czas po zakończeniu lektury.
Ze swojej strony ogromnie polecam „Okrutną pieśń” i po raz kolejny mam do siebie pretensje, że tyle czasu zwlekałam z lekturą tej powieści.

sobota, 23 czerwca 2018

"Esesman i Żydówka" Justyna Wydra

„Esesman i Żydówka” to historia trudnej miłości SS Bruno Kramera oraz żydówki Debory Singer.
Dziewczyna cudem ucieka z transportu żydów do Oświęcimia. Gdy ze skręconą kostką czeka na pogoń i śmierć, niespodziewania ratuje ją oficer SS, któremu niegdyś ona uratowała życie.
Tak rozpoczyna się ich skomplikowana relacja, nacechowana nieufnością, lękiem i stopniowo pojawiającym się uczuciem.
W okupowanym Krakowie Debora współpracuje z polskim podziemiem, co dodatkowo komplikuje niełatwe już relacje Żydówki z Niemcem.

Gdy sięgałam po tą powieść, wiązałam z nią ogromne nadzieje i miałam wobec niej wysokie oczekiwania.
Opis fabuły sugeruje ogromne pokłady emocji, które niewątpliwie powinna wywołać ta książka.
Jeśli chodzi o tematykę, to przyznaję, że bardzo mnie zaciekawiła. Związek oficera SS i Żydówki nie miał prawa zaistnieć w tych okrutnych czasach, a osoby w niego uwikłane mogło spotkać tylko jedno – śmierć.
Tym bardziej byłam ciekawa, jak o tym napisze autorka, jak ubierze w słowa rzecz zdawałoby się niemożliwą – miłość pomiędzy katem a jego ofiarą.
I w tym momencie zaczynają się schody, bo pomimo fascynującej i trudnej tematyki, pojawiają się minusy.
Po pierwsze sposób narracji. Przeskakiwanie pomiędzy datami wydarzeń, pomieszanie trzecioosobowej narracji z introspekcjami z punktu widzenia i Debory i Bruna, wplecenie do fabuły listów – to wszystko sprawiało, że w tej historii zapanował pewien chaos. Przez to trudno mi było przywiązać się do bohaterów, zapałać do nich jakimiś uczuciami.

Kolejny minus to kreacja bohaterów.
Z jednej strony autorka dość obszernie przedstawia ich wewnętrzne zmagania z pojawiającym się uczuciem i obserwacje toczącej się dookoła wojny i okrucieństw związanych z Holocaustem, z drugiej często odnosiłam wrażenie, że bohaterowie żyją jakby na uboczu tych wydarzeń, kompletnie nie biorąc w nich udziału. Przede wszystkim ukrywanie się w Krakowie przez Deborę było dla mnie mało wiarygodne, nie odczuwałam tego strachu przed złapaniem, śmiercią czy zesłaniem do Oświęcimia, o którym kobieta czasem myślała.
Postacie w tej powieści są dla mnie zbyt papierowe, mało wiarygodne, a niektóre ich rozmowy i zachowania były dla mnie wręcz nierealne.
W powieści pojawia się trochę bohaterów drugoplanowych, ale nie stanowią oni nawet tła dla opowiadanej historii. Są, bo w tym czy tamtym rozdziale akurat są potrzebni, mało wnoszą do fabuły, a o nich samych nie wiemy praktycznie nic.



Kolejny i chyba mój największy zarzut wobec tej książki, to całkowite odarcie jej z emocji.
Przecież w tej powieści tyle się dzieje! To najokrutniejsza wojna w dziejach, największe ludobójstwo, Holocaust, a w tym tyglu szaleństwa pojawia się miłość pomiędzy esesmanem a żydówką, której cała rodzina i bliscy, przyjaciele, sąsiedzi, masowo ginęli przez ludzi takich jak SS Bruno Kramer. Do tego działalność konspiracyjna Debory, której Bruno się domyślał.
Tu powinno się wręcz skrzyć od pełnej palety emocji, a jednak nic takiego się nie dzieje. Nadchodzą kolejne wydarzenia, pojawiają się kolejne niebezpieczeństwa, a nasi bohaterowie jakby nie zdawali sobie z nich sprawy, jakby one ich nie dotyczyły.
Chwilami nie mogłam uwierzyć, że to wszystko rozgrywa się w trakcie II Wojny Światowej.
Rozterki i wątpliwości odnośnie wojny i działań Hitlera, które coraz bardziej przepełniały Bruna były dla mnie w miarę przekonywujące, tak samo jak jego spostrzeżenia odnośnie postawy rodaków wobec okrucieństw jakich dopuściły się Niemcy w tej wojnie.
Natomiast jeśli chodzi o Deborę, to jej postaci nie pomogły nawet introspekcje, których w książce jest sporo. Wydawała mi się tak bardzo wycofana z rzeczywistości, która ją otaczała, że ciężko było mi uwierzyć, że ta kobieta posiada jakiekolwiek uczucia lub że zdaje sobie sprawę co ją otacza.


Przyznaję, że ta powieść mocno mnie rozczarowała jeśli chodzi o sposób narracji i styl. Również kreacja bohaterów ma ogromne braki. Ta powieść nie poruszyła mnie, choć to wydaje się wręcz niemożliwe, patrząc na to jaką historię opowiada.
Dla porównania chcę tutaj przywołać powieść Carli Montero „Szmaragdowa tablica”, która opowiada historię bardzo zbliżoną do tej, którą zaserwowała mi pani Justyna Wydra. Różnica jest tak, że Szmaragdowa tablica jest tak do bólu poruszająca, wywołująca tyle sprzecznych emocji, że jeszcze długo po zakończeniu lektury siedzi człowiekowi w głowie i nie pozwala o sobie zapomnieć, a to o czym opowiada wydaje się być nie fikcją literacką, a prawdziwą historią, która przydarzyła się naprawdę żyjącym wtedy ludziom.
W przypadku powieści „Esesman i Żydówka” nic takiego nie ma miejsca. Czytałam o historii Bruna i Debory i nie czułam nic. Gdyby ktoś mi powiedział, że to nie fikcja, ale autentyczne wydarzenia – nie uwierzyłabym.
Tematyka tej powieści jest wyjątkowo ciekawa i powinna porwać czytelnika. W moim przypadku tak się nie stało i uważam, że to ogromnie zmarnowany potencjał.

środa, 20 czerwca 2018

„Dziewczynka, która wypiła księżyc” Kelly Barnhill

„Dziewczynka, która wypiła księżyc”.
Czy taki tytuł nie ma prawa oczarować i zaintrygować? Oczywiście, że ma i tak właśnie stało się w moim
przypadku. Zaciekawiona tytułem, przeczytałam opis i bez wahania sięgnęłam po książkę.
Akcja tej powieści dzieje się w krainie zwanej Protektorat, nad którą góruje wieża Zgromadzenia Sióstr i wieczna mgła. Mgła i smutek.
Dlaczego smutek? Otóż dlatego, że każdego roku w Dniu Ofiary rada Najstarszych zanosi do lasu najmłodsze dziecko urodzone w Protektoracie i składa je w ofierze Wiedźmie, która żyje gdzieś w lesie.
Pewnego roku Najstarszy Gherland z resztą rady i swoim siostrzeńcem Antainem, który zaczął naukę na stanowisko w radzie udają się do domu kobiety, której mają odebrać dziecko i złożyć w ofierze.
Kobieta jest oszalała z rozpaczy i walczy o swoją córkę, ale nic to nie daje. Dziecko zostaje jej odebrane i zaniesione do lasu, a ona sama zamknięta w wieży Sióstr.
W lesie niedługo po tym pojawia się Wiedźma. I wydawać by się mogło, że los dziecka jest przesądzony, gdyby nie to, że Wiedźma nie jest krwiożerczą bestią za jaką uważają ją mieszkańcy Protektoratu, ale wiekową Wiedźmą o dobrym sercu i przenikliwym rozumie.
Kobieta co roku zabiera porzucone dzieci, nie rozumiejąc dlaczego tak się dzieje i znajduje im kochające domy w Wolnych Miastach, po drugiej stronie lasu.
Podczas długiej drogi karmi dzieci światłem gwiazd, ale gdy zabiera dziewczynkę, przez pomyłkę karmi ją światłem księżyca, tym samym umagiczniając dziecko. Postanawia więc przygarnąć dziewczynkę i nadaje jej imię Luna, a dzień w którym zamieszka ona z Wiedźmą Xan zmieni wszystko.

Książka Kelly Barnhill adresowana jest z założenia do młodych czytelników, ale mogą po nią sięgnąć także dorośli i  jeśli mają słabość do baśniowych klimatów, to jest ogromna szansa, że będą książką zachwyceni.
Powieść napisana jest pięknym językiem, ale wystarczająco prostym, aby również młodszy czytelnik nie miał problemu z jej przeczytaniem.
Autorka kreuje fantastyczny świat, który opisuje bardzo plastycznie i obrazowo, a magia, którą jest przesiąknięta ta historia, jest barwna i wspaniała.
Akcja powieści jest bardzo wartka i niesamowicie wciągająca, nie wszystko jest jednak podawane czytelnikowi na tacy, na niektóre rozwiązania tajemnic trzeba jednak poczekać.

Głównych bohaterów jest kilkoro, Wiedźma Xan, Luna, potwór Glerk i smok Fyrian mieszkający z nimi oraz Antain.
Każda z przedstawionych w powieści postaci jest bardzo dobrze nakreślona i nie mamy najmniejszych problemów z dobrym ich poznaniem. To postaci pełne życia, a autorka umiejętnie pokazuje ich charaktery oraz życiowe dążenia. I nawet bohaterowie pozytywni nie są wolni od wad i popełniania błędów.
Od początku powieści kibicuje się tym „dobrym” i trzyma kciuki za to, aby wszystko się im udało. Nie sposób nie polubić Glerka czy Wiedźmy, nie kibicować Lunie w odkrywaniu swojego przeznaczenia, czy nie trzymać kciuków za odkrycie prawdy o Protektoracie przez Antaina.

Fabuła powieści jest nietuzinkowa i porywająca, pełna drobnych smaczków i często pojawiającego się subtelnego poczucia humoru.
 Ta powieść to przepiękna baśń, którą młodszy czytelnik odbierze „dosłownie” jako baśniową opowieść o walce dobra ze złem, a starszy odkryje w niej drugie dno pokazujące jak łatwo jest manipulować ludźmi odmawiając im dostępu do wiedzy, wpajając im strach przed nieznanym i jak niszczycielską siłą bywa smutek.
Równocześnie poprzez brak odwagi i chęci stanięcia twarzą w twarz z problemem, pokazuje jak często dochodzi do mylnych założeń i nieporozumień, czego przykładem jest przekonanie mieszkańców Protektoratu, że Wiedźma jest zła, a Xan o tym, że to same matki porzucają swoje dzieci na pastwę dzikich zwierząt.
Na przykładzie Rady Starszych obserwujemy również jak władza potrafi deprawować i skłaniać ludzi do najgorszych zbrodni.
„Dziewczynka, która wypiła księżyc” to również opowieść o dojrzewaniu i odkrywaniu siebie i swoich zdolności, o pierwszych krokach w odnajdywaniu swojej drogi, miłości i poświęceniu.

Jestem absolutnie zauroczona tą powieścią i liczę na więcej takich książek autorki.
Mimo, że czasy gdy byłam dzieckiem i zaczytywałam się baśniami to odległa przeszłość, ta książka pozwoliła mi znów poczuć tą magię, która w dzieciństwie towarzyszyła lekturze wszystkich baśni. Odnalazłam w niej wiele cennych, mimo, że oczywistych spostrzeżeń i jeszcze raz dałam się oczarować czytanej przez siebie historii.




poniedziałek, 18 czerwca 2018

"Buntowniczka z pustyni" Alwyn Hamilton

„Buntowniczka z pustyni” już dawno zwróciła moją uwagę, swego czasu był na tą książkę wielki boom na
wszelkiej maści forach czy blogach. Jakoś nie miałam do niej wtedy przekonania, ale minęło sporo czasu, a wysokie oceny na LC się utrzymywały, więc postanowiłam dać jej szansę.
Czy było to udane spotkanie? O tym poniżej.

Akcja powieści rozpoczyna się bardzo dynamicznie. Młoda dziewczyna – Amani -  pozostająca  pod opieką wuja i nienawidzącej jej ciotki (jedna z jego żon) za wszelką cenę chce uciec z ich domu i miasteczka na granicy pustyni, gdzie nie czeka jej nic dobrego.
Postanawia więc wygrać pieniądze w nielegalnych zawodach strzeleckich. Tam właśnie poznaje tajemniczego nieznajomego Jina, wraz z którym wpakuje się w kłopoty. W pewnym momencie okaże się, że nie tyle co ucieka od wuja, ale będzie zmuszona zbiec przed armią Sułtana wraz z Jinem, który jest oskarżony o zdradę stanu.
Gdy do tego dodamy legendy o Dżinach i obecność magii, robi się naprawdę ciekawie.
Ale…ciekawie tylko do momentu, gdy zaczyna się czytać.

Byłam bardzo pozytywnie nastawiona do tej książki. Powieść w klimacie Baśni  tysiąca i jednej nocy mocno mnie zaciekawiła, w związku z tym spodziewałam się czegoś nowego i świeżego.
Niestety, po pierwszych kilku rozdziałach mój entuzjazm mocno stopniał, a po początkowym  zainteresowaniu jednak przyszło rozczarowanie.
Na początek bohaterowie.
Tak naprawdę niewiele się o nich dowiedziałam. Jakieś rzucane skrawki informacji, jakby na pocieszenie. Jaki charakter ma Amani? Prócz tego, że jest pyskata, świetnie strzela z broni palnej  i nie potrafi trzymać języka za zębami, nic więcej o niej nie wiem.
Jin? O nim dowiaduję się jeszcze mniej. Tajemniczy nieznajomy, najemnik czy zdrajca? Nie wie tego Amani, nie wie tego czytelnik. Prócz tego, że uśmiecha się kpiąco i ma zepsuty kompas (czy tylko mi skojarzył się on z kompasem Kapitana Jacka Sparrowa?) – pozostał dla mnie wielką niewiadomą.
Również relacje pomiędzy nim a Amani są dla mnie mało przekonywujące. Jest w powieści moment, gdy można było pokazać ich wzajemną fascynację, rodzące się uczucie, bliskość – wszak przez ponad  6 tygodni szli razem z karawaną. Ale nie, nic z tego.
O tym czasie spędzonym razem z karawaną autorka pisze na stronie czy dwóch, a ich uczucie pojawia się nagle, ot tak.
Podobnie rzecz ma się z bohaterami drugoplanowymi. Są płascy i nijacy, choć mieli ogromny potencjał, aby stać się wyjątkowo barwnymi postaciami, które idealnie uzupełniałyby fabułę.
I tutaj autorka jednak prześlizgnęła się po powierzchni, nie zagłębiając się w ich charaktery, pragnienia, dążenia. Są, bo powinni, ale niczym się nie wyróżniają.

Autorka ma bardzo lekki styl i prosty język. Sporo w powieści jest powtórzeń tych samych informacji, choć nie wiem czy to wina naszego tłumaczenia, czy autorka tak właśnie pisze.
Książkę czyta się szybko, ale akurat ja nie byłam w stanie się tak naprawdę wciągnąć w akcję, nie porwała mnie fabuła.
Jeśli chodzi o tą ostatnią, to niestety sporo w tej powieści mamy podobieństw fabularnych do innych książek z tego gatunku. Często łapałam się na tym, że podczas czytania myślałam „o! to już gdzieś było, w takiej a takiej książce”.
I o ile nie byłoby to aż tak ogromną wadą w przypadku, gdyby autorka potrafiła mnie zaintrygować, zaciekawić i wciągnąć do wykreowanego przez siebie świata, to w przypadku Buntowniczki z pustyni tak się nie dzieje, przez co te kalki i sztampowość zaczynają przeszkadzać.

Na plus zasługuje natomiast oddanie klimatu pustyni, opowieści i legend o Dżinach i stworzeniach zamieszkujących pustynne piaski.
Autorka potrafiła pisać bardzo obrazowo i plastycznie opisywać otaczający bohaterów świat – niestety robiła to krótko i rzadko, czego ogromnie żałuję.
Również niewykorzystanym potencjałem okazało się pokazanie roli kobiet w tym świecie i kulturze, autorka odniosła się do tego wątku w bardzo oszczędny sposób.
Akcja jest bardzo dynamiczna i naprawdę wiele się dzieje w tej książce.
Niestety okazało się to za mało, aby wywołać we mnie jakiekolwiek emocje. Zabrakło tej więzi, jaka wytwarza się pomiędzy czytelnikiem a bohaterami, która pozwala kibicować poczynaniom ulubionych postaci i sprawia, że trzyma się za nich kciuki.
„Buntowniczka z pustyni” to książka, o której zapomnę szybko, a po kolejne tomy już raczej nie sięgnę.
Uważam, że ta powieść miała wszystko co potrzebne, aby mnie oczarować i zachwycić, a jednak lektura tej powieści przeszła u mnie bez echa.
Szkoda, niestety zmarnowany potencjał.