wtorek, 25 lipca 2017

"Bez serca" Marissa Meyer

„Człowiek nie rodzi się zły, tylko taki się staje” 
( Gaja Kołodziej- cytat z książki Dar)



Dawno temu, na długo zanim trafiła tam Alicja,  w królestwie Kier, król szukał swojej królowej. I znalazł ją. Piękną, wesołą i utalentowaną Catherine Pinkerton – córkę Markiza.
Problem poległa na tym, że dziewczyna wcale nie chciała zostać królową, marzyła za to o tym, aby otworzyć cukiernię i piec najwspanialsze ciasta w całym Kier…
Niestety los bywa przewrotny, a przeznaczenie nieubłagane. Dlatego też, gdy król zakochuje się w Cath, ta zakochuje się w nadwornym trefnisiu – Figlu, a przeznaczenie zaczyna pchać ich w kierunku, którego pragną za wszelką cenę uniknąć.

Autorkę powieści Bez serca poznałam dawno temu, za sprawą jej Sagi Księżycowej.
Potrafiła ona w niesamowicie zgrabny sposób wykorzystać motywy ze znanych bajek, wpleść je w nową i wyjątkową fabułę. Do tego ma talent do kreowania ciekawego świata i interesujących, pełnokrwistych bohaterów.
Nie inaczej jest w jej najnowszej powieści. Autorka postanowiła przedstawić czytelnikom historię Catherine Pinkerton, która stała się postrachem całych Kier – niesławną Królową Kier. Stworzyła jej historię, która pokazuje, co takiego musiało się wydarzyć, że młoda dziewczyna z głową pełną marzeń, stała się osobą, która wzbudzała przerażenie we wszystkich poddanych.

Kier – kraina czarów. Gdzie wszystko jest możliwe i to co człowiek widzi, niekoniecznie jest tym czego się spodziewa.
W pełen uroku i z nutą szaleństwa sposób Marissa Meyer kreuje ten wyjątkowy świat i jego bohaterów. Nie ma w tej powieści niczego na siłę, wszystko jest przedstawione tak naturalne, jakby Kier było gdzieś niedaleko nas. Nie ma przerysowania w żadną stronę, ani nie jest zbyt „normalnie” ani w zbyt „szalony” sposób. Magia w powieści jest subtelna, ale wszechobecna.
Marissa Meyer urzeka sposobem ukazania Krainy Czarów i historii Cath.

Fabuła powieści pełna jest niespodzianek i tajemnic. Spotykamy więc dobrze znanych z Alicji z Krainy Czarów bohaterów i poznajemy nowych, ciekawych i intrygujących. Autorka ma lekkie pióro i bardzo dobry styl, co działa zdecydowanie na plus w już i tak wciągającej historii.
I mimo, że tak naprawdę czytelnik doskonale wie, jak skończy się ta opowieść, to Bez serca czyta się z ogromnym zainteresowaniem i z niecierpliwością przewraca się kolejne strony.

Gdy pochłaniałam kolejne rozdziały, kilka razy złapałam się na tym, że może  jednak Cath nie jest skazana na los Królowej Kier, że może jej się uda spełnić marzenia…
Oczywiście tak się nie dzieje, bo Jonathan Carroll (pseudonim Charlesa Lutwidge’a Dodgsona) już w 1865 roku określił przyszłość Carherine Pinkerton  jako Królowej Kier.
Mimo wszystko autorka pisze tak sugestywnie, że do samego końca miałam malutką nadzieję.

Marissa Meyer w pełen emocji sposób opisuje, jak złamane serce, zdeptane marzenia i poczucie winy, mogą doprowadzić pełną dobra osobę, do tak ogromnej zmiany.
Jak chęć zemsty może zatruć serce, aż staje się ono kompletnie nieczułe – jak kamień.
Pokazuje, że póki człowiek ma nadzieję, póty ma siły do walki. Gdy zabraknie nadziei, a rozpacz opanuje duszę, łatwo można się zatracić w szaleństwie.

Gdy czytałam Bez serca, byłam pod ogromnym wrażeniem, jak dobrze poradziła sobie autorka z prequelem Alicji w Krainie Czarów. Jej powieść niczym nie ustępuje pierwowzorowi, choć Marissa Meyer dodała sporo akcentów od siebie, ubierając fabułę w swój wyjątkowo dobry styl.
Sama nie wiem czego się spodziewałam, do powieści podchodziłam dość ostrożnie, bo Królowa Kier nie była moją ulubioną postacią.
Mimo tego zafascynowała mnie jej historia i droga jaką przebyła – od dobrej i pełnej pasji dziewczyny aż do Królowej Kier – kobiety bez serca.







niedziela, 23 lipca 2017

Filmy, do których lubię wracać, czyli powrót do przeszłości...

Są takie filmy, które mimo upływu lat się nie starzeją. I niekoniecznie dlatego, że to wybitne działa.
Dzieje się tak, bo mamy do nich sentyment, bo oglądaliśmy je w takim momencie życia, że kojarzą się nam z czymś dobrym, bo w trakcie seansu czuliśmy się szczęśliwi, bo zrobiły na nas tak duże wrażenie, gdy je oglądaliśmy, że jego echa odczuwamy do dziś.
Powodów może być wiele, ale efekt  jest jeden – filmy te podobają się nam z niesłabnącą mocą i lubimy do nich wracać.
Ja również mam takie filmy na swojej półce „ulubione” i o nich chciałam dziś krótko opowiedzieć.



1. Pierwsza trylogia Gwiezdnych Wojen, to filmy, do których me uczucie nie słabnie.
Wspaniały klimat, świetne przygody, niespodziewane zwroty akcji i wspaniali bohaterowie. I oczywiście jeden z najbardziej lubianych czarnych bohaterów w historii kina – Lord Vader. Jedyne co „zestarzało” się w tych filmach, to efekty specjalne, choć ja i do nich mam sentyment i uważam, że do dziś mają swój urok.
Do dziś pamiętam to uczucie radości, gdy pierwszy raz, jako dziecko oglądałam Nową nadzieję w telewizji. Cóż to było za wydarzenie! Wiernym fanem pozostałam do dziś i nie sądzę, abym kiedykolwiek przestała nim być.




2. Magnetowid podłączony do telewizora, kasety VHS kupione na bazarku. Nikt nie wiedział o czym jest film Armia Ciemności.
Usiedliśmy na podłodze i zaczęliśmy oglądać. Banda nastolatków, którzy byli złaknieni wszystkiego, co nowe.
Dziś, tak wiele lat później, film Sama Raimiego nadal mnie bawi i dostarcza rozrywki. Do dziś pamiętam kultowe teksty Asha i armię „złowrogich” kościotrupów.
Ten film mi się nie nudzi, nie starzeje, a efekty specjalne z poprzedniej epoki, nadają mu tylko uroku.



3. Kruk , to film, który robił niesamowite wrażenie dzięki klimatowi, który wręcz wylewał się z ekranu. Dodatkowo z powodu tragedii, do której doszło na planie (śmierć Barndona Lee), było o nim głośno już przed premierą.
Opowieść o mężczyźnie powracającym zza grobu, aby pomścić morderstwo ukochanej, robiła jednakowo duże wrażenie na męskiej i żeńskiej części widowni.
Obraz przepełniony mrokiem, z elementami gotyku i ta niesamowita scena wywołująca dreszcze, gdy Eric wstaje z martwych i wychodzi z grobu…
Dziś to film kultowy nie tylko dla mnie, ale dla rzeszy fanów. Nierzadko wracam do niego i za każdym razem robi on na mnie to samo, ogromne wrażenie.




4.    Opowieść Podręcznej
Film nakręcony w 1990 roku na podstawie już wtedy znanej książki. Natrafiłam na niego całkowicie przypadkiem dawno temu, pamiętam, że emitowany był dość późno. Zrobił na mnie piorunujące wrażenie, więc oczywiście sięgnęłam po książkę, która okazała się niesamowita.
Dziś powieść świętuje swoją „drugą młodość” dzięki emitowanemu właśnie serialowi. Dla mnie film z 1990 roku jest zdecydowanie lepszy, więc odpuściłam sobie oglądanie serialu po kilku odcinkach. Udało mi się (nie pamiętam już jak) zdobyć ten film na dvd i wracam do niego co pewien czas.





5.     Frankie to w mojej ocenie jeden z najpiękniejszych, najmniej pretensjonalnych i ogromnie poruszających filmów jakie dane mi było obejrzeć. I najbardziej niedocenianych.
Mimo Gerarda Butlera w obsadzie, o filmie nie było głośno, a natrafiłam na niego w wypożyczalni DVD, gdy tak stał zakurzony na półce.
Obejrzałam i zakochałam się w nim. Więc oczywiście obejrzałam ponownie i ponownie i ponownie. To uczucie trwa do dziś, a film niezmiennie wywołuje we mnie silne emocje podczas (kolejnego) oglądania.




6. Malowany welon, to jeden z nielicznych filmów, które podobają mi się bardziej niż książka na podstawie której go nakręcono. Wspaniała opowieść o miłości, zdradzie i wybaczeniu.
Dodatkowo wspaniałe plenery Chińskiej prowincji, genialnie zagrana przez Edwarda Nortona rola i ogromna lawina uczuć, którą film wywołuje. Do tego piękna muzyka.
To jeden z tych filmów, które się nie starzeją, nie nudzą i mimo upływu lat, wywołują tak samo silne emocje.






7. Iluzjonista, to film, który mnie oczarował. I chyba właśnie takie miał zadanie. Odrobinę baśniowy świat,
uroczy wątek miłosny, odrobina magii i zaskoczenia. Do tego świetnie zagrane role pierwszo i drugoplanowe i świetna muzyka. Film ten często bywał porównywany do filmu „Prestiż”, ale w mojej ocenie, prócz świata magicznych sztuczek i iluzjonistów, to dwa całkowicie inne gatunki filmowe i nie powinno się ich porównywać.
Kiedyś z grupą przyjaciół urządzaliśmy sobie raz na jakiś czas „noc filmową”. Wybieraliśmy kilka filmów i oglądaliśmy do rana.
I gdy włączyłam Iluzjonistę (którego widziałam już wcześniej), zainteresowanie filmem wśród reszty uczestników seansu początkowo było małe. Ale mijały kolejne minuty, rozmowy cichły, skupienie rosło… I tak do ostatniej minuty filmu, a gdy pojawiły się napisy końcowe, wybuchła głośnia dyskusja na temat powodów, dla których ten film tak bardzo się spodobał.
Iluzjonista to piękny wizualnie film, świetnie zagrany z wciągającą i zaskakująca fabułą. To wciąż jedno z najwyższych miejsc na liście moich „naj” jeśli chodzi o filmy i często do niego wracam.



8.     Osada, to film, który ludzie albo uwielbiają, albo krytykują. Mało widziałam opinii gdzieś po środku.
Byłam na tym filmie w kinie, pewna, że idę zobaczyć horror... Nic bardziej mylnego.
Osada bowiem, to film o próbie poradzenia sobie z bólem po stracie tych, których kochamy, o potrzebie wolności i ciekawości świata. O tym, że od rozpaczy nie da się odciąć, ona pójdzie za człowiekiem wszędzie.
Niespieszny, świetnie zagrany, z wyraźnym przesłaniem, że ból nosimy w sobie i również w sobie musimy sobie z nim poradzić.
Również wizualnie, to piękny obraz, do tego z poruszającą muzyką. Dla mnie to wspaniały film i lubię do niego wracać co pewien czas.


Oczywiście takich filmów jest dużo więcej, ale gdybym chciała napisać o wszystkich, zabrakłoby mi urlopu i miejsca na blogu.
Ciekawa jestem jak taka lista wygląda u innych miłośników kina.

*wszystkie zdjęcia użyte w tym wpisie pochodzą ze strony FilmWeb.


wtorek, 18 lipca 2017

"Woda, która niesie ciszę" Brittainy C. Cherry

„Woda, która niesie ciszę” to czwarta książka Brittainy C. Cherry, którą przeczytałam.
Pierwsza – Kochając pana Danielsa – podobała mi się, ale nie zachwyciła. Druga – Powietrze, którym oddycha – była dla mnie cudowną i porywającą lekturą, pełną wzruszeń i śmiechu. Trzecia – Art.&Soul – również mi się podobała, choć z racji tego, że głowni bohaterowie to licealiści, nie zachwyciła mnie, tak jakby mogła, gdybym była trochę młodsza.
Więc patrząc na to, że co druga książka autorki powinna wywołać we mnie efekt WOW, pełna dobrych przeczuć sięgnęłam po „Wodę, która niesie ciszę”.

Z entuzjazmem zabrałam się za lekturę i po ciekawych i wciągających pierwszych rozdziałach, nagle  mój entuzjazm opadł. Dlaczego? O tym poniżej.
Ale od początku.

Akcja powieści rozpoczyna się gdy Maggie ma dziesięć lat i jest przypadkowym świadkiem morderstwa. Trauma jaką przeżywa sprawia, że dziewczynka przestaje mówić, a paraliżujący strach nie pozwala jej wyjść z domu.
Jej prawdziwym i wiernym przyjacielem jest Brooks, chłopak z sąsiedztwa, który będzie trwał przy niej przez wszystkie lata,  kochał ją, wspierał, akceptował taką jaka jest.
Prócz Brooksa, Maggie ma również kochającego ojca, macochę i dwójkę przyrodniego rodzeństwa.
Łączące rodzinę więzi i uczucia będą wystawione na działanie niszczycielskiej siły, jaką okaże się trauma Maggie.

Narracja w powieści odbywa się z perspektywy dwójki głównych bohaterów, Maggie i Brooksa. Autorka bardzo dobrze kreuje ich postacie, pozwala czytelnikowi dobrze ich poznać. Znamy więc ich przemyślania, uczucia, smutki, lęki, oczekiwania i nadzieje.
Dobrze przedstawia również obraz rodziny, więzi, które ich łączą, a które będą wystawione na ciężką próbę. Pokazuje jak trauma Maggie wpłynęła na wszystkich członków rodziny, jak każde z nich próbowało sobie radzić z nieszczęściem, które dotknęło dziewczynkę.
Od tej strony nie mam powieści nic do zarzucenia.

Brittainy C. Cherry bardzo dużo pisze o uczuciach i  emocjach. Skupia się na wnętrzu wykreowanych postaci, na przeżywaniu przez nich strachu, smutku, radości i miłości.
W powieści nie brakuje również akcentów humorystycznych, ale jest ich niewiele.
Przez to, w połączeniu z nagromadzonymi w książce tragediami, które spotkały głównych czy drugoplanowych bohaterów, powieść momentami mnie przygnębiała, sprawiała, że zastanawiałam się jak duże jest prawdopodobieństwo, że w jednym, małym miasteczku mogło się skumulować tyle nieszczęścia.
Obraz miłości łączącej Maggie i Brooksa, to piękna opowieść  koncentrująca się bardziej na łączących ich emocjach niż na fizycznej stronie uczucia, choć i tej nie zabrakło.
Dobrze mi się czytało o rozkwitającym uczuciu młodych ludzi, o rodzącej się między nimi więzi i trosce, jaką sobie okazywali.
Autorka ma fajny styl i lekkie pióro, więc powieść ogólnie czytało się szybko i dobrze. Potrafi również obszernie opisywać uczucia, które targają jej bohaterami, i tymi pierwszoplanowymi i drugoplanowymi.
I niby wszystko mi odpowiadało, ale coś w tej powieści jednak zgrzytało.

Po pierwsze, nie udało mi się wciągnąć w losy bohaterów. Po kilku bardzo ciekawych pierwszych rozdziałach, miałam wrażenie jakby z fabuły uszła cała para i zamiast wzburzonej rzeki po ulewie, akcja snuła się jak skromny strumyk podczas suszy. Autorka wyhamowała bardzo gwałtownie, a potem już nie przyspieszyła.
Mój drugi zarzut, to ogromna przewidywalność kierunku, w jakim rozwinie się fabuła.
Praktycznie już po 1/3 lektury wiedziałam jak powieść się skończy, czy Maggie odzyska głos i wyjdzie z domu, a jeśli tak, to w jakich okolicznościach do tego dojdzie.
Bywały również momenty, gdy Maggie mnie zwyczajnie denerwowała, aż miałam ochotę krzyknąć „dziewczyno, co się z Tobą dzieje!”.
Z jednej strony rozumiałam jej paraliżujący lęk, wszechogarniająca traumę, która zmieniła jej całe życie w koszmar.
Z drugiej aż ciężko było mi uwierzyć, że nawet po 20 latach od  czasu tamtych dramatycznych wydarzeń, po wielu godzinach terapii,  dziewczyna wciąż nie potrafi zawalczyć o siebie, o swoje życie, o mężczyznę, którego kocha. Że dopiero inna tragedia zmusi ją do wzięcia swojego życia w swoje ręce.


Dlatego mimo, że sam pomysł był ciekawy, to już sposób jego ukazania nie do końca spełnił moje oczekiwania.
Brittainy C. Cherry potrafi z wyczuciem pisać o uczuciach i emocjach. Bardzo realistycznie przedstawiła obraz rodziny, która próbuje sobie poradzić z tragedią, która dotknęła jednego z jej członków.
Bardzo przekonywująco odmalowała również wewnętrzne zmagania ze swoim strachem Maggie i łączące ją z Brooksem uczucie.
Mimo to, czegoś mi w tej powieści zabrakło.  Na pewno trochę bardziej dynamicznej akcji, może ciut mniej przegadania.
Sama do końca nie wiem, ale na pewno „Woda, która niesie ciszę” nie zachwyciła mnie tak jak „Powietrze, którym oddycha” która jednak nadal jest moim nr 1 jeśli chodzi o powieści tej autorki.  
Na półce mam jeszcze jedną nieprzeczytaną powieść Brittainy C. Cherry. Ale chyba musi minąć trochę czasu, abym po nią sięgnęła.








niedziela, 16 lipca 2017

"Ogień przebudzenia" Anthony Ryan

„Ogień przebudzenia” to pierwszy tom serii Draconis Memoria, autorstwa Anthony’ego Ryana.
Z tym autorem zetknęłam się po raz pierwszy za sprawą jego trylogii Kruczy Cień i od razu polubiłam jego twórczość.
Nie mogłam więc nie sięgnąć po „Ogień przebudzenia”, zwłaszcza, że opowiada ona o smokach, a tą tematykę lubię bardzo.

Powieść jest objętościowo spora, bo ma ponad 700 stron.
Fabuła podzielona jest na narrację z perspektywy trzech głównych bohaterów: Lizanne Lethridge, kobiety-szpiega na usługach Protektoratu, Claydona Torcreeka, złodziejaszka i niezarejestrowanego Błogosławionego, który zostanie zmuszony do służby dla Protektoratu oraz podporucznika Corricka Hilemore, który służąc na krążowniku Syndykaty wplącze się niechcący w ogarniający świat chaos.

Autor długo i szczegółowo wprowadza czytelnika w swój świat. Świat, gdzie najcenniejsza jest smocza krew, która daje niesamowite zdolności Błogosławionym. To najwięcej warta waluta, obiekt pożądania większości ludzi.
Ale jak to z ludźmi bywa, sposób pozyskiwania krwi jest tylko jeden – złapać smoka, wytoczyć jego krew, zabić. Dobitnie o podejściu ludzi do smoków mówi fakt, że smocza krew określana jest mianem „produkt”, jakby jej pozyskiwanie nie pozbawiało życia żywe istoty.
W związku z tym smoków (zielonych, niebieskich, czerwonych i czarnych) jest coraz mniej, a mit/legenda o białym smoku i wysłana w jego poszukiwaniu ekspedycja, okaże się bardzo brzemienna w skutkach.

Z tą powieścią długo miałam problem, a to dlatego, że nie jest ona równa i wciągająca jednakowo. O ile wątek Lizanne był ciekawy, wątek ekspedycji, w której zmuszony był wziąć udział Clay okazał się świetny i najbardziej interesujący, o tyle wątek podporucznika Hilemore nudził mnie przez ponad połowę przeznaczonego mu na kartach powieści czasu. Przyznaję się – opowieść o morskich bitwach  dobrze mi się ogląda, jeśli chodzi o czytanie o nich, jest już trochę gorzej. Dopiero pod koniec powieści, gdy los pokieruje podporucznikiem w kierunku, którego on sam się nie spodziewa, jego wątek zrobi się bardziej ciekawy.
Najbardziej podobał mi się wątek Calya. Wyprawa w głąb Interioru była intrygująca, wciągająca i zaskakująca. Autor zaserwował czytelnikom sporo niespodziewanych zwrotów akcji, zaskoczył również niektórymi wydarzeniami.
I choć podejrzewałam, że z niektórymi bohaterami może wiązać się jakaś tajemnica, to kompletnie nie spodziewałam się rozwiązań, które wymyślił autor.

Co do głównych bohaterów, to są to dobrze nakreślone postacie. Autor sporo czasu poświęcił dobremu przedstawieniu ich czytelnikowi, więc dobrze ich poznajemy, znamy ich przeszłość, osobowość, charaktery.
To ludzie z krwi i kości, popełniający błędy, dający się wmanewrować w nieprzewidziane sytuacje, ale również pełni uczuć, troski o najbliższych i przyjaciół.
Ciekawi i interesujący są również bohaterowie drugoplanowi. Autor stopniowo nadawał im znaczenia w powieści, dzięki czemu każda z postaci odegrała swoją rolę i na stałe zagościła w fabule.
Śledzenie wydarzeń z perspektywy trzech osób przeżywających swoje przygody, każde w innej części świata, to fajny zabieg, który sprawił, że czytelnik ma pełen obraz wydarzeń.
To właśnie dzięki takiemu sprawnemu łączeniu wątków, trochę nudzące mnie początkowo przygody podporucznika Hilemore okazały się ważnym elementem fabuły, a wydawać by się mogło, że mało znaczące wydarzenia, w których brał udział, okazały się wyjątkowo ważne w końcówce powieści.

Gdy zbliżałam się do finału pierwszego tomu Draconis Memoria, z uznaniem musiałam przyznać, że autor miał dokładnie przemyślaną całą fabułę i wszystkie wydarzenia, które doprowadziły do zakończenia tego tomu.
Dzięki lekkości pióra, powieść mimo początkowego, leniwego prowadzenia akcji, wciągała i ciekawiła.
To właśnie za sprawą odpowiadającego mi stylu pisarza, nie zniechęciłam się i czytałam dalej.
A uważam, że warto było, bo czym dalej, tym bardziej przepadałam w świecie ludzi i smoków z „Ognia przebudzenia”.

Pierwszy tom serii to ciekawe wprowadzenia do świata smoków, przepowiedni, walki i przygody. To ciekawe  postacie, kilka tajemnic, ogromne niebezpieczeństwo i zaskakująca prawda, z którą będą musieli się zmierzyć bohaterowie powieści.
A zakończenie  następuje w takim momencie, że nie ma siły, która odwiodłaby mnie od kupienia i przeczytania kolejnego tomu.
Więc jeśli jesteś fanem Anthony’ego Ryana, lubisz tematykę smoków, pociągają cię powieści z pogranicza  fantasy i przygody, to uważam, że to powieści dla ciebie.
Jak się okazało „Ogień przebudzenia” to zaskakująca powieść, pełna przygód i ciekawych wątków i z czystym sumieniem mogę ją polecić.




sobota, 15 lipca 2017

Książkowe zakupy lipiec, odsłona druga - wyznanie książkoholika

Jakoś tak się złożyło, że w na przełomie czerwca i lipca ukazało się sporo interesujących mnie książek.
Oczywistym się stało, że się im nie oprę i mimo, że stosik książek czekających na przeczytanie rozrósł się do pokaźnej góry - zamówiłam wszystko co chciałam.
Duże zamówienie zrobiłam w Aros.pl - bo to od dawna mój ulubiony sklep internetowy.
Gatunkowo jak zwykle mieszanka, czyli tak jak lubię.




Jedną książkę odebrałam z salonu empik. Miałam doładowanie eKarty, starczyło na jedną książkę, więc decyzja nie była łatwa.
Tyle książek szeptało "kup mnie, kup mnie"...
I tak się zastanawiam, czy to już choroba/uzależnienie, czy jeszcze jestem normalna?



P.S.
Poniżej lista książek zamówionych w arosie.

Tchnienie śniegu i popiołu, 
Rozgwieżdżone niebo, 
Zgromadzenie cieni, 
Lux perpetua, 
Powieść bez O, 
Bez serca, 
Kolej podziemna. Czarna krew Ameryki, 
Krwawe zwierciadło, 
Rosyjska namiętność, 
Ember in the Ashes. Imperium ognia,
Ember in the Ashes. Pochodnia w mroku, 
Światło, które utraciliśmy, 
Butik na Astor Place, 
Współcześni kochankowie, 
Zimowy monarcha, 
Czas ukradziony,

wtorek, 11 lipca 2017

Lubię wracać do… Lista ukochanych książek/serii

Jestem absolutnie pewne, że 95% czytelników ma swoje ulubione książki/serie, do których co jakiś czas wraca.
Nie inaczej jest w moim przypadku.
Faktem jest, że należę do tej grupy czytelników, którzy czytają książki, które im się podobały więcej niż jeden raz.
Odczekuję rok czy dwa i zaczynam znów czytać. I za każdym razem odkrywam je „prawie” od nowa, bo szczegóły pozacierały się w pamięci (postępująca skleroza też zapewne ma w tym swój udział).

Poniżej przedstawiam listę moich "naj naj" jeśli chodzi o książki.
Kolejność umieszczenia na liście jest przypadkowa, każdą z poniższych książek/serii kocham jednakowo.

1.       Seria „Wiedźmin” Andrzej Sapkowski. 
Dzięki panu Sapkowskiemu, byłam przez tydzień wyjęta z życia. Bo tyle czasu zajęło mi przeczytanie 5 tomów sagi + 2 tomów opowiadań.
Wiedźmin to moja wielka miłość i nieustający zachwyt.  To wspaniałe postacie, świetny świat, wciągająca akcja i zakończenie… I jeszcze jedna rzecz – emocje. O tak. Tych nie brakuje przez całą lekturę. Od śmiechu po łzy.  Wracam do całej serii średnio co dwa lata. I za każdym razem zachwycam się jednakowo.
WIEDŹMIN


2.       Trylogia „Jeździec Miedziany” Paullina Simons.
Historia wielkiej miłości Tatiany i Aleksandra podczas II Wojny Światowej, w Leningradzie.

Gdy przyjaciółka, lata  temu polecała mi te książki, podeszłam do nich sceptycznie.
No bo Związek Radziecki, bo wojna… Ale gdy nadszedł dzień, gdy nie miałam co czytać, a pierwszy tom leżał smętnie na półce, wzięłam do ręki Jeźdźca Miedzianego i postanowiłam dać mu szansę…
Zaczęłam czytać wieczorem, skończyłam rano, nie czując nawet, że nastał nowy dzień.
To porywająca historia. Pełna uczuć, emocji, niesamowitych zwrotów akcji, radości i smutku.
Wracam co pewien czas do całej trylogii, a radość z czytania jest taka sama, jak lata temu.

 

3.       „Dziewczyna na Times Square” Paullina Simons.

Kolejna powieść autorki, która całkowicie mnie pochłonęła. Niesamowita opowieść, bez ubarwiania rzeczywistości, bez zbędnego patosu. Niesamowicie wciągająca historia, zabarwiona smutkiem, ale niepozbawiona radości.
Gdy przeczytałam ją pierwszy raz, tak mnie zachwyciła, że od razu przeczytałam po raz drugi.
Teraz wracam do tej powieści co rok i nadal mi się nie nudzi.
DZIEWCZYNA NA TIMES SQUARE





4.       „Pan Lodowego Ogrodu” Jarosław Grzędowicz.
Ileż ja miałam żalu do autora, że tak powoli pisze kolejne tomy. Ile narzekania i czekania.
Ale warto było! O tak! Warto było czekać każdy kolejny miesiąc.
Cztery tomy i każdy tak samo wciągający. Niesamowite przygody Vuko na obcej planecie pełnej magii i tego, czego rozum nie potrafi ogarnąć.

Wciągająca, trzymająca w napięciu, z zaskakującymi zwrotami akcji.
Wracam do tej serii co 2 lata, nadal tak samo się nią pasjonuję.
PAN LODOWEGO OGRODU

5.       





5. Seria Zastępy Anielskie. Maja Lidia Kossakowska.

Anioły i Demony. Czy można napisać pasjonującą i wciągającą serię na ich temat? Oczywiście, że tak.
Pani Kossakowskiej się to udało, a ja zyskałam kolejne wspaniałe książki, do których wracam co jakiś czas.
W tym roku ukazała się kolejna powieść z serii, tym bardziej mnie to cieszy, że nie sądziłam, że autorka zechce jeszcze do niej wrócić.
Spotkanie ze starymi przyjaciółmi z Nieba i Głębi wypadło świetnie, a ja oczywiście nie mogę się doczekać kolejnego tomu.



6.       Cykl „Harry Potter” J.K. Rowling.
Tutaj chyba komentarz jest zbędny, mimo to jednak go napiszę. 

Byłam już nastolatką, gdy  postanowiłam młodszego brata zachęcić do czytania i zaczęłam mu czytać pierwszy tom Harrego. Prócz oczywistej radości brata, sama przepadłam podczas lektury, a świat Harrego i jego przygody, mimo upływu lat, to wciąż uwielbiana przeze mnie seria, do której wracam dość często.

 


7.       „Wichrowe Wzgórza” Emily Bronte.
Porywająca i ponadczasowa historia wszechogarniającej miłości Katarzyny i Heatcliffa. Przeczytałam ją będąc w liceum i przepadłam. Książka, którą nosiłam przez długi czas ze sobą i wracałam do ulubionych momentów.
Wspaniała opowieść o miłości i nienawiści. O pragnieniu, zemście i wybaczeniu.

To książka, do której każdy powrót kończy się tak samo – ogromem emocji i huśtawka uczuć.
WICHROWE WZGÓRZA








8.       „Mistrz i Małgorzata”  Michaił Bułhakow.

Do tej powieści musiałam dorosnąć. Pierwszy raz zaczęłam ją czytać jeszcze w liceum. Ale jakoś nie miałam serca do lektury, czułam wewnętrzny opór i brak zaangażowania w to co czytałam. Postanowiłam więc książkę odstawić i dać jej czas.
I ten czas nadszedł kilka lat temu. Postanowiłam znów spróbować i tym razem przepadłam z kretesem.
Wracałam do niej już trzykrotnie i za każdym razem odnajdywałam w powieści coś nowego.
MISTRZ I MAŁGORZATA


To koniec listy. Oczywiście jest duuuużo więcej książek do których wracam, czytam po kilka razy.
Te powyżej, to moja ścisła czołówka.
A jak jest u Was?

*zdjęcia pochodzą ze stron:
Lubimy Czytać
Merlin

oraz trzy są mojego autorstwa 

niedziela, 9 lipca 2017

Książkowe zakupy - pierwsze w lipcu

Nowy miesiąc, czas na buszowanie w księgarniach, sklepach internetowych i bazarkach.
I w taki oto sposób upolowałam trzy książki na facebookowym bazarku oraz dotarła do mnie długo wyczekiwana powieść "Ogień przebudzenia", której premiera miała spory poślizg.



W lipcu mam nadzieję na więcej czasu na czytanie, zwłaszcza, że "Ogień przebudzenia", którą zaczęłam już czytać, liczy sobie ponad 700 stron.
Oczywiście listę książkowych zakupów na lipiec mam, więc już niedługo kolejny post z tej kategorii.

środa, 5 lipca 2017

"To, co nas dzieli". Kolejna zachwycająca powieść Anny McPartlin

Zdarza się czasem tak, że kompletnie przez przypadek trafia się na autora/autorkę, których książki trafiają  prosto do czytelniczego serca i pozostają tam już za zawsze.
Dla mnie taką autorką jest Anna McPartlin, którą odkryłam dzięki jej pierwszej wydanej w PL powieści, o której pisałam na blogu Ostatnie dni królika.
W jakiś czas później ukazała się jej kolejna książka – pisałam o niej TUTAJ, która przekonała mnie, że zachwyt nad pierwszą powieścią to nie przypadek, ale niesamowity talent autorki.

Anna McPartlin napisała już sporo książek, natomiast w naszym kraju jest dopiero odkrywana, a ja z niecierpliwością wyczekuję ukazania się jej kolejnych powieści.
Niedawno premierą miała książka „To, co nas dzieli”, a ja po raz kolejny zatraciłam się w opowiadanej przez pisarkę historii.
Tym razem autorka opowiada historię dwóch kobiet, Eve Hayes oraz Lily Brennan. Dziewczynki były przyjaciółkami od zawsze, łączyła je więź silniejsza niż więzy krwi. Do czasu pewnej nocy, gdy miał po osiemnaście lat, a wydarzenia do których doszło, gwałtownie przerwały ich przyjaźń.

Gdy dwadzieścia lat po tych wydarzeniach, Eve wraca do rodzinnej Irlandii na pogrzeb ojca, ulega poważnemu wypadkowi, a w szpitalu odkrywa, że jej pielęgniarką jest nie kto inny tylko Lily.
Będzie to początek zmian w życiu obu kobiet i szansa na odbudowanie tego, co niegdyś został zniszczone.

W książce Anny McPartlin głównymi bohaterami są Eve i Lily, ale w tle pojawia się sporo bohaterów drugoplanowych. Każdy z nich odgrywa ważną rolę w powieści, ma swój czas i znaczenie.
Nie pojawiają się tylko jako „wypełniacze” fabuły, ale ważne jej elementy.
Autorka porusza wiele ważnych tematów i problemów, choć próżno szukać w jej książkach zbytecznego dramatyzmu. Posiada ona niesamowity talent do pisania z idealnym wyczuciem  o rzeczach smutnych. Potrafi połączyć elementy humorystyczne z tymi wyciskającymi łzy z oczu.

Nic w tej powieści nie jest przerysowane, a losy Eve i Lily opowiadane są w taki sposób, jakbym czytała relację z czyjegoś życia, a nie literacką fikcję.
Autorka niczego nie koloryzuje, nie ubarwia, nie idealizuje. Nie przesadza również – co zdarza się innym pisarzom – w ilości tragedii przypadających na jednego bohatera.  Pokazuje życie takim, jakim jest – jako ciąg nieprzewidywalnych wydarzeń, często błędnych decyzji, ale i szczęśliwych i wspaniałych chwil.

Dwie główne bohaterki są swoim całkowitym przeciwieństwem, przebojowa Eva, która sama o sobie mówi, że jest trochę egoistką, myślącą w pierwszej kolejności o sobie oraz skromna, nieśmiała Lily, której zależy na akceptacji innych i ich zadowoleniu.
Autorka świetnie nakreśliła obie postaci, ukazała wszystkich ich wady, ale również zalety. Mimo, że nie popierałam niektórych ich decyzji czy postępowania, to nie sposób było ich nie polubić.

Anna McPartlin ma lekkie pióro i świetny styl. Pisze w sposób, który całkowicie wciąga w wykreowany przez nią świat. Mimo poruszania trudnych tematów, potrafi  wpleść w nie trochę czarnego humoru czy sarkazmu. Dzięki takiemu zabiegowi fabuła otrzymuje trochę lekkości, która jest przeciwwagą do niekiedy dramatycznych wydarzeń i nie przytłacza, za  to wywołuje wiele wzruszeń.

Obie poprzednie książki autorki wywoływały we mnie wiele emocji. Nie inaczej było podczas lektury tej powieści.
Anna McPartlin zafundowała mi emocjonalny rollercoaster, od łez wzruszenia, po łzy ze śmiechu.
Zdawałoby się, że to książka o dwóch kobietach, które pokłóciły się jako nastolatki i dostały szansę na pogodzenie.
Nic bardziej mylnego. To opowieść o przyjaźni, walce o siebie, odnajdywaniu swojego miejsca w życiu, o pożegnaniach i powitaniach. O trudnych wyborach, poświęceniu, przebaczeniu.
I o miłości. O tak, o niej również. Ale opisywanej bez nadęcia i przesadnego patosu.
Ktoś mógłby zapytać, po co w takim razie czytać książkę o tym, co mogę zaobserwować dookoła siebie.
I spieszę odpowiedzieć.
Otóż dlatego, bo to zachwycająca historia, pełna wzruszeń, śmiechu (choć czasem przez łzy) a dodatkowo opowiedziana w cudowny sposób.

Jestem pewna, że sięgnę po każdą napisaną przez autorkę książkę. W jej powieściach nie ma dla mnie żadnych wad, żadnych niedociągnięć.
I choć czasem wolałabym inne zakończenie – cóż… Życie pisze różne scenariusze, nie zawsze tylko pozytywne. I o tym opowiada w swoich powieściach Anna McPartlin.
O życiu, jego blaskach i cieniach, porażkach i sukcesach, smutkach i radościach.

Szczerze polecam tą i pozostałe powieści pisarki i znów niecierpliwie czekam na kolejną, która mam nadzieję, ukaże się już niedługo.


sobota, 1 lipca 2017

"Po złej stronie lustra" K.C. Hiddenstorm

„Po złej stronie lustra” zaczyna się jak naprawdę wiele innych książek.
Jest sobie piękna Lisa, popularna aktorka, która ma wszystko o czym można marzyć.
Ma wierną i pyskatą przyjaciółkę, na którą zawsze może liczyć.
W jej dzieciństwie doszło do wydarzenia, które rzuciło cień na całej jej życie (nigdy niewyjaśnione zaginięcie jej ojca), przez co boi się zaangażować w poważny związek…
Brzmi znajomo? Ma prawo, bo jest na rynku sporo powieści, które zaczynają się bardzo podobnie.
To co różni „Po złej stronie lustra” od nich, to to co zaserwowała nam autorka dalej.
A to już wymyka się wszelkim schematom i podobieństwom.

Gdy poznajemy główną bohaterkę, autorka serwuje jej groźny wypadek na planie filmowym. Lisa wychodzi z niego cało. No może nie do końca, bo ten incydent będzie katalizatorem wydarzeń, która wstrząsną Lisą, zaprowadzą ją na skraj obłędu, sprawią, że nie będzie wiedziała, czy to co przeżywa, to sen, rzeczywistość czy może oba te stany wymieszane ze sobą.
Lisa zaczyna tracić przytomność, a gdy ją odzyskuje, orientuje się, że trafiła do alternatywnej rzeczywistości.
Ale czy na pewno?
A może to tylko jej skołatana psychika tworzy inny świat, inne życie?
A może to życie w alternatywnej rzeczywistości jest prawdziwe, a życie w Hollywood to urojenia chorego umysłu Lisy?

Autorka bardzo miesza czytelnikowi w głowie. Poddaje w wątpliwość to, co chwilę wcześniej uznało się za pewnik.
Razem z Lisą zaczynamy wątpić we wszystko, co do tej pory wydawało się prawdziwe i rzeczywiste.
Mimo, że w tym co dzieje się z główną bohaterką nie da się dopatrzeć żadnej logiki, to fabuła jest bardzo spójna, a akcja to dobrze przemyślany łańcuch przyczynowo – skutkowy.  Słowem „w tym szaleństwie, jest metoda”.
Widać, że autorka miała dokładnie przemyślany rozwój fabuły oraz to w jakim kierunku będzie ona zmierzała.
W powieści znalazło się również miejsce na romans, ale jest on bardzo subtelnie zarysowany, nie gra pierwszych skrzypiec, za to odegra ważną rolę przy podejmowaniu przez  Lisę  niektórych decyzji.

Bohaterowie, o których czytamy, to dobrze nakreślone postacie.  Autorka daje czytelnikowi możliwość dobrego ich poznania i zrozumienia. Mimo, że to Lisa gra główne skrzypce, to jednak pozornie mało znaczące osoby, odgrywają ważną rolę w powieści i mają swoje pięć minut.
Akcja jest dynamiczna i wiele się dzieje, a dzięki lekkiemu stylowi, powieść czyta się szybko i dobrze.
W swojej powieści K.C. Hiddenstorm posługuje się bardzo plastycznym językiem, dzięki czemu czytając o tym co dzieje się z Lisą, wszystko to mogłam zobaczyć oczami wyobraźni.
Lisa balansuje na granicy obłędu i normalności, a autorka poniewiera nią aż do granic jej wytrzymałości.


Czym dalej zagłębiałam się w powieść, tym bardziej byłam zaintrygowana i ciekawa, jak tą historię autorka zakończy.
I przyznam szczerze, że to co sama wymyśliłam, nijak się miało do tego, co zaserwowała mi K.C. Hiddenstorm.
Zakończenie bowiem uraczyło mnie efektem WOW i sporą dawką konsternacji, jest bowiem otwarte, niejako niedopowiedziane, daje możliwość napisania kontynuacji,  przyprawia o ciarki na ciele.
I co najważniejsze – sprawiło, że zadałam sobie pytanie „co do cholery w tej powieści było rzeczywistością?”

Lektura Po złej stronie lustra, to była prawdziwa przyjemność. To wciągająca powieść, pełna niespodziewanych zwrotów akcji, tajemnic, grozy, lęku i wydarzeń, które w linii prostej prowadzą naszą bohaterkę do szaleństwa.
Nie zabrakło również sarkazmu i poczucia humoru, które w połączeniu z pozostałymi elementami powieści, dają mieszankę wybuchową.
Całość oceniam pozytywnie i jestem pewna, że sięgnę po kolejne książki K.C. Hiddenstorm.




czwartek, 29 czerwca 2017

Książkowe zakupy - ostatnie w czerwcu

W przeciągu kilku ostatnich dni dotarły do mnie ostatnie zamówione książki. Łącznie trzy paczki z różnych internetowych księgarni.

W paczkach kilka książek, między innymi drugi tom trylogii Pęknięta ziemia, druga książka autorki K.C. Hiddenstorm (o jej debiutanckiej powieści "Władczyni mroku" pisałam na blogu), oraz trzy powieści obyczajowe.

Jedną z nich napisała Anna McPartlin, w książkach której zakochałam się już jakiś czas temu, gdy całkiem przypadkiem kupiłam jej powieść "Ostatnie dni Królika".
Szczerze polecam książki tej autorki, to niesamowicie poruszające powieści obyczajowe, bez ani grama sztampowości, za to poruszające wiele ważnych tematów.


poniedziałek, 26 czerwca 2017

"Siostra burzy" drugi tom serii Siedem Sióstr. Lucinda Riley

„Siostra burzy” to drugi tom przygód sześciu adoptowanych córek Pa Salta. O tomie pierwszym pisałam  TUTAJ

W tej części serii poznajemy bliżej Ally, młodą żeglarkę, a przy okazji utalentowaną flecistkę, która trochę zapomniała o swoim talencie.
Gdy splot tragicznych wydarzeń wywróci całe życie kobiety do góry nogami, postanowi ona – wg wskazówek ojca – odnaleźć swoje korzenie i dowiedzieć się skąd pochodzi, poznać swoich przodków i ewentualną żyjącą rodzinę.

Gdy Ally rozpoczyna poszukiwania, akcja zaczyna biec dwutorowo i krok po kroku poznajemy również losy Anny Landvik, dziewczyny z małej norweskiej wsi, którą wspaniały głos zaprowadzi  do Christianii (obecnego Oslo), na premierę  Peer Gynta.
Losy Ally i Anny – co jest oczywiste od początku powieści – będą ze sobą powiązane, choć przyznaję, że autorka i tak mnie zaskoczyła.

W drugiej powieści z serii Siedem sióstr, autorka posługuje się podobnym schematem  co w pierwszej części.  Ally zaczyna poszukiwania swoich korzeni, jednocześnie poznając losy swoich przodków, a czytelnik akcję śledzi dwutorowo – współcześnie i osadzoną w przeszłości.
Mimo, że to tan sam schemat, to fabuła jest kompletnie inna, a losy Ally w niczym nie przypominają losów jej siostry Mai.
Jej życie toczy się zupełnie innymi torami, dzięki czemu czyta się o niej z ogromnym zaciekawieniem.
Wciągająca jest również historia Anny Landvik.

Autorka w świetny sposób powiązała ze sobą losy historycznych postaci z tymi całkowicie fikcyjnymi.  Stworzyła wciągające połączenie faktów i fikcji literackiej. Zrobiła to z ogromnym wyczuciem, dzięki czemu czytelnik może dowiedzieć się kilku ciekawostek ze świata muzyki operowej, jak choćby to, że podczas premiery Peer Gynta, do której muzykę napisał Edvard Grieg, głównej aktorce podkładała głos anonimowa do dziś śpiewaczka.

Bardzo podoba mi się język powieści, bez wulgaryzmów, ale i bez zbytecznego patosu. Autorka pisze w lekki sposób,  choć o uczuciach potrafi pisać w sposób poruszający.
Akcja jest wystarczająco dynamiczna, aby czytelnik się nie nudził, ale nie pędzi na złamanie karku. Mamy szansę dobrze poznać bohaterów powieści, ich życiowe wybory i splątane losy.
Fabuła jest wciągająca i z niecierpliwością czekałam na odkrycie losów Anny Landvik, a tym samym pochodzenia Ally.
Zachwycał mnie obrazowy sposób ukazania Norwegii, mroźnej, wtedy jeszcze niewiele znaczącej w Europie.
W piękny i poruszający sposób autorka opisała wielką miłość Anny i ogromne cierpienie, które ją spotkało. Jednocześnie dobrze pokazuje miejsce kobiet w ówczesnym świecie, pełnym ograniczeń, zakazów i nakazów.
Oczywiście prócz tajemnic związanych z korzeniami Ally, autorka subtelnie porusza temat innej zagadki – śmierci Pa Salta i jego pełnego tajemnic życia.
Co prawda nie dowiadujemy się zbyt wiele, ale śmiało można snuć swoje przypuszczenia i teorie.
Ja oczywiście swoje już mam i ciekawi mnie czy choć jedna okaże się trafiona.

Drugi tom serii Siedem sióstr, to bardzo ciekawa i wciągająca powieść. Nie jest to romans, ale piękna i fascynująca opowieść o poszukiwaniu swoich korzeni, swojego miejsca w świecie, pogodzeniu się z przeszłością, aby móc bez lęku  ruszyć w przyszłość.
To historia o sile siostrzanej miłości, która nie zawsze musi wynikać z więzów krwi.
Autorka na samym końcu powieści wskazuje, o której z sióstr będzie opowiadał kolejny tom i powiem szczerze, że cieszy mnie jej wybór. Star bowiem – bo to ona będzie główną bohaterką trzeciego tomu - to siostra, o której najmniej do tej pory wspominała Lucinda Riley. Tym samym moja ciekawość jest ogromna i z niecierpliwością sprawdzam, kiedy ma się ukazać kolejny tom serii Siedem sióstr.