środa, 21 lutego 2018

"Spod zamarzniętych powiek" Adam Bielecki i Dominik Szczepański

Gdy skończyłam czytać książkę Adama Bieleckiego i Dominika Szczepańskiego „Spad zamarzniętych powiek” nie  mogłam opanować ogromnych emocji, które ta lektura we mnie wywołała.
Musiałam komuś opowiedzieć, jak zafascynowała mnie ta książka i opowieść Adama Bieleckiego o
wchodzeniu na góry wysokie.
Ta książka to nie tylko suche fakty, to opowieść o życiu zdeterminowanym przez pasję, jaką dla niego stał się himalaizm.

Nie ukrywam, że po książkę sięgnęłam pod wpływem tragedii jaka wydarzyła się niedawno na Nanga Parbat. Chciałam zrozumieć, czym jest wspinanie się na ośmiotysięczniki, aby zrozumieć dlaczego śmierć podczas takich wypraw jest wpisana w ryzyko.
Mieszkałam wiele lat na Podhalu, więc z Tatrami miałam bezpośredni kontakt i to nie za sprawą wjechania fasiągiem nad Morskie Oko.  Choć nie jestem zapalonym górołazem, to jednak wyprawy (choć rzadkie) w góry dawały mi sporo przyjemności, a moje wejście w ziemie na Kasprowy Wierch uznawałam długo za nie lada wyczyn (ach ta próżność i samozachwyt).
Jako, że moja wiedza o wspinaniu się na tak wysokie szczyty  była znikoma, postanowiłam dowiedzieć się u źródła, o co w tym wszystkim chodzi i dlaczego ludzie są w stanie ryzykować zdrowie i życie, aby zdobyć szczyty tych majestatycznych gór.
Jak się okazało po wejściu do empika, nie tylko ja wpadłam na ten sam pomysł. Sprzedawca oznajmił mi, że książka Adama Bieleckiego zniknęła z empika w ciągu jednego dnia.
Pełna rozczarowania zaczęłam szukać książki w internecie i na szczęście książkę udało mi się kupić na stronie autora.

„Spod zamarzniętych powiek” zafascynowała mnie przede wszystkim tym o czym opowiadała. To dla mnie kompletnie inny świat, nieosiągalny, fascynujący, wymagający niesamowitego hartu ducha, determinacji i poświęceń.  W dodatku książka jest napisana w taki sposób, jakby słuchało się opowieści kogoś znajomego, kto przeżył niesamowite przygody, niekiedy na pograniczu życia i śmierci i teraz opowiada  mi o nich nad kuflem piwa.
Prosty język, plastyczne opisy, bezpośredniość – to wszystko sprawia, że książkę czyta się z ogromną przyjemnością. Do tego wspaniałe zdjęcia, które obrazują to, o czym opowiada Adam Bielecki, a to czego nie uwiecznił na zdjęciach, widziałam oczami wyobraźni.
Jako ciekawostkę dodam, że przy niektórych akapitach umieszczone są kody QR, więc jeśli ktoś ma w telefonie odpowiednią aplikację, to może trafić na filmiki nagrywane przez Adama w sytuacjach, które akurat opisuje.

Wspomnienia Adama Bieleckiego, to nie tylko opis początków jego pasji, drogi na szczyty i radości z ich zdobycia, to również trudny temat śmierci kolegów z wyprawy i innych himalaistów.
Poruszające jest, że każdy himalaista ma świadomość, że na pewnych wysokościach nie da się liczyć na jakąkolwiek pomoc czy ratunek i w pewien sposób się z tym godzi.
Ciężko to było czytać i nie czuć smutku, a gdy lepiej zrozumiałam czym jest wspinanie się na takie góry w zimie, tym częściej ogarnia mnie lęk, gdy czytam kolejne wiadomości z wyprawy na K2, która właśnie ma miejsce.
Przecież nie wszystko zależy od człowieka i choćby nie wiem jakie himalaiści posiadali doświadczenie i umiejętności, to natura bywa bezwzględna i wystarczy chwila, aby pozbawić ich życia.

 Uważam, że każdy kto chciałby dowiedzieć się więcej o wspinaniu się na góry wysokie, o ryzyku jakie to niesie, o trudzie i wycieńczeniu jakie jest ceną za zdobywanie takich szczytów – ten powinien sięgnąć po książkę Adama Bieleckiego.
To fascynująca lektura, opowieść o pasji i miłości do gór. To świetnie nakreślony obraz tego, jak rzeczywiście wyglądają takie wyprawy i z czym musi się zmierzyć każdy, kto bierze w nich udział.

poniedziałek, 19 lutego 2018

"Bramy Światłości tom 2" Maja Lidia Kossakowska

Są takie serie, które zapadają w czytelnicze serce. I na których kolejne tomy się czeka. Są też takie, na które wyczekuje się tak bardzo, że nawet dziecięce oczekiwanie na świętego mikołaja jest przy tym niczym, a dni do premiery się odlicza.
Do tej drugiej kategorii zalicza się dla mnie seria Zastępy Anielskie Mai Lidii Kossakowskiej.
Na drugi tom Bram Światłości czekałam odkąd odłożyłam na półkę poprzedni tom, który notabene zakończył się w takim momencie, że brrr
Poprzeczkę  postawiłam pisarce wysoko, oczekiwania miałam ogromne. Tym bardziej, że okrutnie byłam ciekawa, co się stało przy Rzece Dusz i jak rozwinie się kwestia Piołuna.
Czy pani Kossakowskiej udało się spełnić oczekiwania wiernej fanki? Czy książka mnie zachwyciła czy rozczarowała?
O tym poniżej.

Akcja powieści rozpoczyna się w tym momencie, w którym kończy się poprzedni tom.  Daimon orientuje się, że Piołun złamał nogę (dla konia, nawet Boskiej Bestii równoznaczne jest to ze śmiercią), sam zresztą nieźle został poturbowany.
W Głębi Razjel pozostawiony sam sobie próbuje nie dać się złapać na podszywaniu się pod Lampkę, a nie będzie to łatwe pod czujnym wzrokiem Nergala. W tym samym czasie Asmodeusz rusza na łowy, tzn. na wyprawę mającą na celu odnalezienie i sprowadzenie do Głębi Lucyfera, który niefrasobliwie postanowił wraz z ekspedycją Seredy odnaleźć  Światłość.
Strefy Poza Czasem to jednak nie kurort na dominikanie, tam wszystko jest możliwe, nawet spotkanie cywilizacji, która odrzuciła Światłość i w głębokim poważaniu ma majestat bożych wysłanników.

Gdy zaczynałam czytać "Bramy Światłości  tom 2" byłam tak zniecierpliwiona i wręcz spragniona wiedzy „jak to się wszystko skończy”, że nie tyle zabrałam się za czytania, co wręcz rzuciłam się na powieść. Miałam swoją wizję tego, co pisarka zaserwuje swoim czytelnikom, jak potoczy się akcja i ogólnie w głowie formowała mi się – jeszcze przed przeczytaniem pierwszego rozdziału -  cała fabuła.
I wiecie co?
Trafiłam jak kulą w płot. I to dalekich sąsiadów. Autorka bowiem totalnie mnie zaskoczyła.

Drugi tom Bram Światłości (a szósty całej serii), to powieść, która mocno skojarzyła mi się z jedną z przygód Indiany Jonesa. Ale bez jego lekkiego komediowego zacięcia.
Autorka bardzo obrazowo i plastycznie oddała klimat dżungli do której trafią w trakcie ekspedycji bohaterowie. Nawiązała do mitologii Azteków i Majów, wykorzystała ich bogów i bóstwa, garściami czerpała z ich kultury. Tym samym skonfrontowała z tym nieznanym bohaterom światem ich własne przekonania , wiarę i co najważniejsze spojrzenie na samych siebie.
Bez skrupułów odarła  ich z majestatu i przekonania, że każdy musi zachłysnąć się ich wspaniałością, zadrżeć na wieść o ich dokonaniach, męstwie i odwadze.
Wyprawa w Strefy Poza Czasem ukaże  ich drugie oblicze, to o którym woleliby nie wiedzieć.  Lucyfera pokaże jako rozkapryszonego i niefrasobliwego faceta, który wciąż myśli tylko o sobie i zawsze chce akurat tego, czego w danej chwili mieć nie może,  Daimon natomiast uzmysłowi sobie, że w pewnym momencie jego ego przybrało ogromne rozmiary, a jego przekonanie, że przecież jest TYM Daimonem i nikt mu nie podskoczy, wpakuje go w nieliche tarapaty.
Sytuacje w jakich się znajdą w bolesny sposób uzmysłowią im, jak dalece stali się zapatrzeni w siebie i swoją niezwyciężoność. Ich pycha, buta i próżność wystawi ich na ciężką próbę.

W powieści pojawi się wiele ciekawych bohaterów drugoplanowych, którzy nie zagrzeją na dłużej miejsca w fabule, ale będzie również dwójka, która odegra ważną rolę i na szczęście zostanie z czytelnikiem do samego końca powieści. Na szczęście, bo okażą się barwni, ciekawi i zwyczajnie polubi się ich od pierwszej chwili.
Język powieści jest lekki i bardzo plastyczny. Akcja nie zwalnia ani na chwilę i naprawdę nie sposób przewidzieć, co jeszcze spotka bohaterów, w jaką kabałę się wpakują i jakie przeszkody staną na ich drodze.
Autorka skupia się w tym tomie na ekspedycji, ale nie zabraknie również rozdziałów poświęconych Razjelowi i jego pobytowi w Głębi.
Mimo powagi sytuacji, nie brakuje w powieści sytuacji humorystycznych, które autorka serwuje czytelnikowi z wyczuciem.
Jednak wbrew pozorom, to nie historia przygody kilku niedojrzałych facetów gdzieś na totalnym zadupiu,  to słodko-gorzka historia zmagania się z samym sobą, własnym sumieniem i pychą.
Do tego dodatkowym plusem jest wspaniale wpleciona w fabułę mitologia Azteków i Majów, ich kultury, zwyczajów i bogów. Widać, że autorka bardzo dobrze zgłębiła ten temat.

Czy "Bramy Światłości tom 2" spełniły moje oczekiwania?
Tak mówiąc szczerze, nie dostałam tego czego oczekiwałam. Dostałam coś znacznie lepszego.
Niestety, a może stety, akcja powieści znów kończy się w takim momencie, że zapewne przez kolejny rok będę przeszukiwała internet w poszukiwaniu informacji o planowanej dacie premiery kolejnego tomu serii, a gdy już się dowiem, znów będę odznaczać kolejne dni w kalendarzu.
Bo cóż tu ukrywać, Zastępy Anielskie, to seria, którą uwielbiam od lat i do której mogę wracać z tym samym zachwytem.
Na końcu chcę jeszcze pochwalić wspaniałą okładkę autorstwa Dark Crayon oraz niesamowicie klimatyczne ilustracje Vladimira Nenowa.



sobota, 17 lutego 2018

Książkowe zakupy luty

W lutym ma miejsce sporo premier, na które długo czekałam. Niestety większość końcem miesiąca, więc większe zamówienie (już czuję jak mój portfel skręca się z rozpaczy) zrobię zapewne końcem miesiąca.
Ale jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie książek już się pojawiła. Mowa tu oczywiście o drugim tomie Bram Światłości M. L. Kossakowskiej. W paczce wraz z nią był również trzeci tom serii Siedem sióstr, którą również wyczekiwałam.








Jak zapewne wiele osób nie tylko w kraju, ale i zagranicą - bardzo poruszyła mnie tragedia, do której doszło na Nanga Parbat w styczniu i w wyniku której zginął Tomek Mackiewicz.
Jako kompletny laik w tym temacie, chciałam się dowiedzieć, co ma wpływ na to, że podczas zdobywania tej góry (jak i wielu innych) dochodzi do takich dramatów.
Najlepszym sposobem na zdobycie wiedzy, jest jej zaczerpnięcie u źródła - w tym przypadku od osób, które wspinają się na ośmiotysięczniki. Stąd też zakup dwóch książek - "Spod zamarazniętych powiek" Adama Bieleckiego oraz "Wszystko za Everest", którą napisał dziennikarz biorący udział w komercyjnej wyprawie na ME, a która zakończyła sie tragicznie.


Trzecia paczka, to dwie powieści obyczajowe, jedną z nich zdążyłam już przeczytać i pisałam o niej na blogu Pokojówka miliardera. Druga powieść czekaw kolejce, kupiałam obie w ciemno i jak do tej pory, 50% tego zakupu okazało się udane.




środa, 14 lutego 2018

"Pokojówka miliardera" Marie Benedict

„Pokojówka miliardera” to powieść, która łączy postacie historyczne z tymi fikcyjnymi, sprawnie plącząc ich historie.
Opowiada o młodości Andrew Carnegiego – jednego z najbogatszych ludzi swoich czasów (gdyby ktoś chciał „suchych” faktów, to można poczytać o nim TUTAJ )  oraz kobiecie, która sprawiła, że zmienił swoje podejście do bogactwa i dobroczynności. Clara Kelly – bo to o niej mowa – jest postacią fikcyjną, a jej obecność w życiu Andrew to w całości wymysł autorki.
Clara, córką rolników z Irlandii, z powodu problemów jej rodziny i konieczności  jej finansowego wsparcia, wyjeżdża do USA, a tam przez całkowity przypadek i za sprawą zatajenia prawdy, dostaje posadę osobistej pokojówki matki Andrew Carnegiego.
Clara jest inteligentną młodą kobietą, która ze swoim zmysłem do biznesu nie ma szans w XIX wieku osiągnąć tego, co z jej talentem mógłby osiągnąć każdy mężczyzna.
Stany Zjednoczone są u schyłku wojny, a Clarę i Andrew połączy coś więcej niż smykałka do biznesu.

Przyznam szczerze, że książkę kupiłam całkiem w ciemno. Nie miałam świadomości, że opowiada historię postaci historycznych. Byłam tym zaskoczona, ale zdecydowanie pozytywnie.
Akcja powieści nie powala swoim tempem, płynie łagodnie, bez zaskakujących zwrotów akcji.
Autorka skupiła się bardziej na ukazanie tła społecznego tamtych czasów, biedy i skandalicznych warunków, w jakich przyszło żyć i pracować większości imigrantów z Irlandii, Szkocji czy innych państw.  Pokazuje również jak ograniczone możliwości miały w tamtych czasach kobiety, ile dotyczyło ich zakazów, nakazów, ograniczeń.

Autorka ma lekki i przystępny styl, książkę czytało mi się całkiem dobrze. Mimo, że nie ma w niej pędzącej akcji, to dałam się wciągnąć opowiadanej przez autorkę historii i byłam ciekawa jak potoczą się losy jej bohaterów. Celowo również nie szukałam informacji o Andrew Carnegiego, nie chciałam sobie samej spoilerować zakończenia.
„Pokojówka miliardera” to opowieść o sile charakteru, walce o lepszą przyszłość i o niepoddawaniu się w dążeniu do celu. Oraz o tym, że sukces i bogactwo smakują lepiej, jeśli można i chce się nimi dzielić z tymi, którzy marzą o lepszej przyszłości i są na tyle zdeterminowani, aby odmienić swój los.
Ta historia prócz postaci Andrew Carnegiego inspirowana była również historią rodziny autorki – oni również byli imigrantami, którzy w dążeniu do lepszego życia, postanowili opuścić swoją ojczyznę.

Powieść autorstwa Marie Benedict to historia dająca nadzieję każdemu, kto nie boi się ciężkiej pracy i realizacji marzeń. I mimo, że w dzisiejszych czasach nie ma już problemów, z którymi musiały sobie radzić kobiety w XIX wieku, historia Clary w pewien sposób jest wciąż aktualna.
Wybory, do których zmuszały ją okoliczności, miłość do rodziny i chęć poprawy swojego życia  chyba nigdy nie ulegną przedawnieniu.
Opis na okładce zawiera m.in. takie zdanie:

„Po rewelacyjnej „Pani Einstein” Marie Benedict przedstawia opowieść o namiętności, na którą nie powinno być miejsca w świecie wielkich pieniędzy.”

I tu pojawia się mój jedyny zarzut wobec tej powieści – kompletnie nie czułam tego uczucia, które połączyło głównych bohaterów. Ich relacje wydawały mi się co najwyżej letnie, bez większych emocji. Jakby jedyne co ich do siebie przyciągało, to dryg do interesów, a nie miłość czy namiętność.
Nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo,  choć gdyby autorka w sposób bardziej przepełniony emocjami podeszła do wątku miłości Andrew i Clary, opowiadana przez nią historia byłaby lekturą nie tylko ciekawą, ale również pasjonującą.
Potencjał był, możliwości również, bo niewątpliwie Marie Benedict ma talent. Czegoś jednak zabrakło i osobiście bardzo żałuję, bo po zakończonej lekturze długo czułam niedosyt.







poniedziałek, 12 lutego 2018

"Ciemny Eden" Chris Beckett

Po powieść Chrisa Becketta „Ciemny Eden” sięgnęłam zachęcona intrygującym opisem i prestiżową nagrodą Arthur C. Clarke Award (2013)  jaką otrzymała.
Do czytania zabrałam się więc z dużym entuzjazmem. Ale jak mówi przysłowie „nie wszystko złoto co się świeci”.  Czy i w tym przypadku sprawdziło się to stare porzekadło?
O tym poniżej.

Akcja powieści rozgrywa się na planecie, która otrzymała nazwę Eden. Ponad sto lat wcześniej ekspedycja astronautów pięciorga wylądowała na obcej planecie, gdzie jedynym światłem było to bijące od fauny i flory. Niestety z powodu awarii z Edenu odleciało jedynie troje astronautów, dwójka – Angela oraz Tommy, pozostali na Edenie już na zawsze.
Mijały lata, społeczność Edenu, nazwana Rodziną, zaczęła się rozrastać. Gdy poznajemy głównych bohaterów, Johna, Tinę, Gerry’ego oraz Jeffa, Rodzina liczy ponad pięćset osób.
Główny bohater, John to młody mężczyzna, który chce czegoś więcej niż skostniałe reguły, marazm i wieczne czekanie na powrót statku kosmicznego, który zabierze ich wszystkich z powrotem na ziemię (jak obiecała dawno temu Angela). A jego pęd do zdobywania niezdobytego, do odkrywania nowego, doprowadzi do wydarzeń, których nikt się nie spodziewał.

Początek powieści wprowadził mnie w pewien rodzaj zakłopotania, konsternację.
Mimo, że autor ma lekkie pióro, to sposób prowadzenia narracji – pierwszoosobowy z punktu widzenia kilkorga głównych bohaterów oraz ich specyficzny sposób wysławiania się -  sprawiał, że ciężko mi było się wciągnąć w akcję i nie potrafiłam odnaleźć się w fabule.
Czytałam jeden rozdział, drugi, trzeci i zastanawiałam się co też strzeliło pisarzowi do głowy, że relacje bohaterów z wydarzeń w których biorą udział opisywać często w sposób infantylny, jakby widziany oczami dziecka.
W pewnym momencie chciałam książkę odłożyć, bo taki styl prowadzenia narracji nijak mi nie pasował.
Uparłam się jednak, bo w końcu MAG w serii Uczta Wyobraźni wydaje zawsze książki, które zdecydowanie warto przeczytać.
No więc czytałam dalej.
Kolejny rozdział, a ja wciąż myślę „co też ten Beckett znów wymyślił”.
Kolejny rozdział, a ja wciąż myślę „co też ten Beckett…”
Kolejny rozdział, a ja wciąż myślę „co też…”
Kolejny rozdział, kolejny, kolejny, a ja nagle łapię się na tym, że oczu od tekstu nie mogę oderwać, a wszystko to, co wydawało mi się bez ładu, składu i sensu, nagle wskoczyło na swoje miejsce, a akcja zaczyna pędzić do przodu i zaskakiwać mnie coraz bardziej.
I już nie przeszkadza mi ten specyficzny styl, bo okazuje się, że ma on swoje uzasadnienie, a sposób takiego a nie innego postrzegania świata również jest jak najbardziej zrozumiały w świetle informacji jakie otrzymujemy.

Nie mam porównania Ciemnego Edenu do innych książek, które opisują funkcjonowanie grupy ludzi na obcej planecie, bez kontaktu z ziemią, bez jakiegokolwiek wsparcia w postaci zdobyczy nauki i techniki zabranych ze sobą z ziemi.
Dlatego wszystko co opisał pisarz, było dla mnie nowe i świeże, bez jakichkolwiek schematów.
Autor w sposób umiejętny ukazał funkcjonowanie ludzi odciętych od wszystkiego co znamy z naszego codziennego życia.
Pokazał, że społeczeństwo, które się nie rozwija – w rzeczywistości się uwstecznia.
Podejście Rodziny do relacji damsko -  męskich  sprowadził do najprostszych odruchów i konieczności prokreacji w celu utrzymania gatunku.
Ciekawie opisuje również faunę i florę Edenu, robi to bez zanudzania czytelnika rozwlekłymi opisami, ale bardzo obrazowo.

W tym świecie, bez zmian, rozwoju, ze skostniałymi zasadami i wiecznym czekaniem w jednym miejscu na przybycie statków kosmicznych z ziemi, w świecie gdzie Rodzina jest wszystkim, a głównym celem jej członków było polowanie, jedzenie i prokreacja, jedna osoba miała marzenia inne niż wszystkie. John – młody mężczyzna, który zapragnął wyrwać się z doliny gdzie żyła Rodzina i odkryć nowe miejsca na Edenie, w których mogliby żyć i się rozwijać.
I to właśnie będzie przeciwwagą do marazmu  Rodziny – jego będzie napędzała chęć poznania i odkrywania. Ciekawość świata i chęć do tworzenia nowego, do rozwoju.

Autor w poruszający sposób ukazał, jak obsesyjne wręcz przywiązanie do przeszłości i niechęć wobec zmian może doprowadzić do tragedii, wywołać agresję i próby powstrzymania nadciągających zmian bez względy na koszty i konsekwencje. Jednocześnie naturę człowieka opisuje bez zbędnego ugrzecznienia, nie pozostawiając czytelnikowi nawet cienia złudzeń co do  tego, jaka jest ona w rzeczywistości i że zło rodzi zło, a przemoc rodzi przemoc.
Świetnie obrazuje, że nic nie trwa wiecznie i zawsze nadchodzi taki dzień, gdy nie da się uniknąć zmian, i to tylko od nas będzie zależało, czy wykorzystamy je do rozwoju, czy jako pretekst do destrukcji.

Jeśli chodzi o bohaterów powieści, to są oni bardzo dobrze nakreśleni, a dzięki narracji pierwszoosobowej mamy doskonałą możliwość dobrze ich poznać, zrozumieć co nimi kieruje i skąd w nich takie, a nie inne pragnienia, co ich napędza do działania.
Z racji tego, że wydarzenia śledzimy z punktu widzenia kilkorga bohaterów, mamy szeroki obraz tego co dzieje się w Rodzinie.
I choć nie przepadam za narracją pierwszoosobową, to w tym przypadku idealnie wpasowała się ona w opowiadaną przez autora historię.
W powieści jest też duża ilość bohaterów drugoplanowych, każdy ma do odegrania ważną rolę i jest niezbędny dla zobrazowania wydarzeń, które będą miały miejsce na Edenie.

„Ciemny Eden” to książka, której udało się mnie zaskoczyć – zdecydowanie pozytywnie.
Mimo, że opisywane przez autora zachowania ludzi nie są niczym odkrywczym, to jednak potrafił mnie zaskoczyć, wciągnąć w wykreowany przez siebie świat Edenu i zmusić mnie do refleksji na temat ludzkiej natury i najprostszych instynktów, które mogą nią kierować, gdy człowiek się nie rozwija, nie poznaje świata i nie dąży do odkrywania wciąż czegoś nowego.
Dlatego z niecierpliwością czekam na kolejny tom historii Edenu, który ma się ukazać jeszcze w lutym i jestem pełna wiary, że to również będzie tak pasjonująca lektura jak „Ciemny Eden”.





sobota, 10 lutego 2018

"Silos" Hugh Howey

„Silos” Hugh C. Howey, to historia osadzonego w głębi ziemi schronu, zwanego silosem, w którym resztka ocalałych na ziemi ludzi żyje wg surowych praw, nakazów i zakazów, które mają ich chronić do czasu, aż zatruta toksynami ziemia się zregeneruje.
Życie w olbrzymim silosie zmusza tysiące jego mieszkańców do poddawania się restrykcyjnym prawom, każde odstępstwo, ba! nawet wypowiadanie zakazanych zdań, grozi wysłaniem na zewnątrz, na czyszczenie. Jest to równoznaczne ze śmiercią w ciągu niespełna pół godziny.
Kilkaset pięter w głąb ziemi, strach i nigdy niespełniane marzenia. Tym charakteryzuje się życie w silosie.
Do czasu aż na czyszczenie zostaje wysłana Jules, młoda kobieta, mechanik, która stała się dla silosu zagrożeniem – postanowiła bowiem dowiedzieć się prawdy.

Powieść rozpoczyna się z przytupem. Autor zaskakuje czytelnika, zmyla go i gdy już myślimy, że wiemy od samego początku o co chodzi – dostajemy prztyczka w nos i okazuje się, że to była tylko zmyłka.
Po takim rozpoczęciu powieści, byłam pewna, że właśnie trzymam w rękach książkę na miarę Metra 2033 i mogę się spodziewać niespodziewanego połączonego z niesamowitym klimatem.
Niestety tak się nie stało, a o tym co poszło nie tak poniżej.

Silos to powieść, która czerpie z innych powieści post-apo, ma  w sobie jednak trochę powiewu świeżości i momentami potrafi zaskoczyć. I mimo, że od początku można w jakimś stopniu przewidzieć jak rozwinie się akcja, to jednak bywały chwile, że autor robił niespodziewany zwrot akcji i zaskakiwał czytelnika.
Jego bohaterowie są ciekawi i stanowią pełną paletę charakterów. Na ich przykładzie obserwujemy wiele różnych postawy wobec życia w silosie i jako takiego ogólnie.
Od pełnego pogodzenia się z wymaganiami i nakazami, aż po całkowity bunt i potrzebę dowiedzenia się prawdy nie bacząc na to, jaką cenę trzeba będzie za tą prawdę zapłacić.
W powieści jest kilkoro bohaterów pierwszoplanowych, tych dobrych i tych złych. Nic nie jest czarno-białe, a wraz z odkrywaniem tajemnicy silosu, czytelnika zaczynają dopadać wątpliwości, kto tak naprawdę stoi po tej dobrej stronie barykady.
Dobrym i ciekawym pomysłem jest również nieujawnianie czytelnikowi jak doszło do skażenia ziemi, skąd wziął się silos, w jaki sposób trafili tam ludzie i kto w rzeczywistości rządzi tym miejscem.
Akcje zaczynamy śledzić od momentu, gdy w silosie ludzie żyją już od setek lat, a w pamięci starszych mieszkańców wciąż żywe jest wspomnienie ostatniego powstania, które w nim wybuchło.

Autor ma lekki styl i pisze bardzo przystępnym językiem. Dzięki temu można byłoby szybko wciągnąć się w akcję.
No właśnie można by, gdyby nie ogromne przegadanie powieści.
Jest to największy minus tej książki niestety.
Autor akcję przerywa ciągnącymi się przez całe strony rozmyślaniami większości bohaterów, ich rozterkami i przemyśleniami.
Praktycznie każdy rozdział jest nimi naszpikowany jak jeż kolcami.
Akcja czasami nie zdołała się nawet rozkręcić, bo pisarz raptownie ją przerywał, aby dany bohater mógł przez 2-3 strony przemyśleć jakieś frapujące go zagadnienie.
Przez to wodolejstwo nie byłam w stanie wciągnąć się w fabułę, bo zwyczajnie szybko mnie nudziła. Z tego powodu książkę czytałam prawie tydzień.
Doszłam tym samym do wniosku, że wodolejstwo udaje się jedynie S. Kingowi.
Gdyby „Silos” skrócić o jakąś ¼, wywalić z tej książki większość zbędnego rozwlekania fabuły ciągłymi przemyśleniami bohaterów na każdy temat, to byłaby to powieść świetna, a tak niestety wyszła powieść jedynie dobra.

W powieści zabrakło mi również klimatu. Życie w silosie zdawało się być prawie takie samo jak niegdyś na ziemi. Nie odnalazłam w nim poczucia uwięzienie, klaustrofobii, mieszkania w odciętym od świata zewnętrznego więzieniu, z którego nie można się wyrwać.
Może taki był zamiar autora, a to tylko moja wyobraźnia domagała się takiego rozwiązania. Nie wiem. W każdym razie nie czułam klimatu tego miejsca.
Jestem trochę rozczarowana, bo powieść miała ogromny potencjał. Pomysł, prowadzenie akcji i kierunki w jakim zmierza – to wszystko mi się podobało. Niestety rozwleczona do granic możliwości fabuła, nudne wodolejstwo, które skutecznie wyhamowywało akcję sprawiły, że książkę przez sporą część czasu czytałam ze znużeniem. I stąd moje rozczarowanie, bo to mogła być świetna powieść, wszystko na to wskazywało. A gdy autor narobi mi smaka na wybitną lekturę, a otrzymuję coś dużo poniżej możliwości, to rozczarowanie wzrasta i zniechęca do sięgnięcia po kolejne tomy.

No właśnie, kolejne tomy.
„Silos” jest dopiero pierwszą częścią trylogii, a jego zakończenie sugeruje, że to jeszcze nie koniec i wiele się może wydarzyć.
Nie wiem czy szybko sięgnę po kontynuację Silosu, mimo, że stoi na półce i czeka. Za jakiś czas, gdy rozczarowanie zblaknie, a ciekawość wzrośnie, to pewnie tak. Jednak czuję, że ten czas nie nadejdzie zbyt szybko.






niedziela, 4 lutego 2018

"Przybysz z morza" Winston Graham.

„Przybysz z morza” to ósma część niesamowitej sago rodzinnej Poldark.
Od wydarzeń z tomu siódmego mija około dziesięć lat. Dwójka starszych dzieci Rossa i Demelzy wkracza w dorosłość,  a uratowany rozbitek Stephen Carrington wprowadzi w ich życie sporo zamieszania i
doprowadzi do sytuacji, których nikt się nie spodziewał.

Powieść toczy się dobrze znanym czytelnikowi rytem. Początkowo autor skacze trochę pomiędzy różnymi okresami czasu, ale wystarczy chwila aby się domyślić kiedy rozgrywają się dane wydarzenia. Później akcja toczy się już chronologicznie.
Prócz wydarzeń dotykających bezpośrednio rodzinę Poldarków, autor w swój niebanalny sposób pokazuje tło historyczne i społeczne lat, w których rozgrywa się akcja powieści.
Ukazuje jak Anglia staje u progu rewolucji przemysłowej, jak zbliża się wielkimi krokami zbliża się rewolucja techniczna, w której ogromne znaczenie będzie odgrywać para.
Winston Graham opisuje te powoli dokonujące się zmiany w sposób ciekawy i fascynujący, a talentem wynalazcy obdarza jednego z bohaterów powieści.

Mimo upływu lat i dorastania kolejnego pokolenia bohaterów, autor nie spycha na boczny tor ani Rossa i Demelzy, ani innych bohaterów odgrywających dotychczas ważną rolę. Tak więc znów spotykamy Georga Warleggana, Caroline oraz Dwighta oraz mieszkańców wioski nieopodal Nampary.
Mimo braku dramatycznych wydarzeń w tym tomie, akcję powieści śledzi się z zapartym tchem.
Winston Graham posiadł niebywały talent do snucia fascynującej historii, wciągania czytelnika w życie swoich bohaterów, zachwyca swoimi wyjątkowo plastycznymi opisami i świetnym stylem.
Ma również niezaprzeczalny talent do tworzenia nietuzinkowych bohaterów, których można pokochać, znienawidzić ale nigdy nie jest się wobec  nich obojętnym.

Wprowadzenie nowego bohatera sugeruje, że odegra on znaczącą rolę w życiu rodziny Poldark i mieszkańców okolicznej wioski. Zwłaszcza na Clowance i Jeremy’ego jego pojawienie się będzie miało największy wpływ.
Co ważne, postać Stephen jest owiana tajemnicą, niejednoznaczna i do samego końca nie wiadomo czy będzie on postacią pozytywną czy negatywną.
Sam autor z jednej strony ukazuje go jako postać dobrą, pełną pozytywnych cech charakteru, a z drugiej wprowadza jednym zdaniem niepewność co do jego intencji

„Gdy przybysz z morza stanie w twym progu, Bacz, by nie został jednym z twoich wrogów”

Jest to bardzo udany zabieg, aby pozostawić czytelnika w niepewności i zaostrzyć apetyt na kolejny tom serii.
Życie bohaterów, które opisuje autor, to fascynująca obraz ludzkich losów, wszystkich jego blasków i cieni. Jest przede wszystkim aż do bólu prawdziwy , wielowymiarowy, pełen wzlotów i upadków.
Ciężko napisać coś nowego w momencie, gdy piszę o ósmym tomie serii.
Każdy kto przeczytał wszystkie poprzednie doskonale wie czego się po książce spodziewać, ale co ważne nie sposób odgadnąć jak losami swoich bohaterów pokieruje pisarza, co się wydarzy w ich życiu. A przede wszystkim jak to w prawdziwym życiu bywa, nie wszystko co spotyka bohaterów jest dobre i przyjemne.
Tak więc mimo, że wiedziałam czego spodziewać się po autorze, byłam jak zwykle zaskoczona rozwojem akcji i poszczególnymi wydarzeniami.

Jakby tak popatrzeć na to z boku, to saga Poldark to nic innego, jak opisane życie kilku rodzin. Ot taka kronika. Więc co sprawia, że jest ona tak fascynująca? Tak zapadająca w pamięć i sprawiająca, że chce się więcej i więcej?
To przede wszystkim bohaterowie i ich wybory. To wydarzenia, które zaskakują i wybory, które  pomimo, że są tak do bólu ludzie, to jednak pełne uczuć. To historia pełna pasji i niekiedy dramatycznych wydarzeń.
To czar Kornwalii, jej przyrody i wspaniałe tło historyczno-społeczne.
Życie rodziny Poldarków mnie zauroczyło i mocno zapadło w serce. W tych książkach nie ma pewnego happy endu, bo i życie go nie gwarantuje. A dzięki wspaniałemu językowi, którym posługuje się autor, każdą z jego powieści czyta się z ogromną przyjemnością.

Saga rodziny Poldark ma tylko jeden minus – w jej skład wchodzi tylko 12 tomów i już teraz mnie martwi fakt, że właśnie skończyłam czytać ósmy, a to oznacza, że do końca tej wspaniałaj historii zostało już tak niewiele tomów.




niedziela, 28 stycznia 2018

"Ruina i rewolta" Leigh Bardugo. Finałowy tom trylogii Grisza

„Ruina i rewolta” to finałowy tom trylogii Grisza autorstwa Leigh Bardugo. O poprzednich dwóch tomach pisałam tutaj:
Tom I TUTAJ
Tom II TUTAJ

Pierwszy i drugi tom trylogii całkiem przypadły mi do gustu, choć niepozbawione są wg mnie wad i minusów. Pisałam o nich w swoich poprzednich opiniach. Dodatkowo miałam poważne problemy, aby polubić niektórych głównych bohaterów, zwłaszcza Alinę i Mala. I o ile Alina przechodzi przemianę i spokojnie można zapałać do niej sympatią, o tyle od drugiego tomu przestałam żywić sympatię do Mala.
Jak sprawa wygląda w trzecim tomie?
Otóż po pierwsze i najważniejsze, książka okazała się dużo lepsza niż zakładałam na podstawie doświadczeń z jej poprzedniczkami.
Akcja powieści jest spójna, wartka i potrafi zaskoczyć. Autorka tak tworzy fabułę, aby czytelnik się nie nudził i zdecydowanie się jej to udaje.
Jest więc ciekawie, jest zaskakująco i  bez irytujących dłużyzn  w postaci wewnętrznych monologów głównych bohaterów.
Powieści wyszło to zdecydowanie na plus, a i mi czytało się książkę ze zdecydowanie większą przyjemnością.

Bardzo podobało mi się również nadanie większego znaczenia bohaterom drugoplanowym. Ubarwili fabułę, wprowadzili do niej trochę humoru i fajnego wątku połączonej w walce ludzi, których zaczyna również łączyć przyjaźń. Każda z tych postaci jest barwna, wyrazista i ciekawa i przyznam szczerze, że polubiłam ich wszystkich i mocno im kibicowałam. Obawiałam się również, żeby przykładem pana Sapkowskiego, Leigh Bardugo nie uśmierciła całej ekipy towarzyszącej Alinie w poszukiwaniach ostatniego wzmacniacza Morozova.
Oczywiście, aby się przekonać czy tak się stało, czy nie, trzeba przeczytać książkę.

Kolejnym plusem w książce jest poprowadzenie wątku Darklinga i więzi łączącej go z Aliną.
Już sam Darkling jest wyjątkowo intrygującą postacią. Przede wszystkim jest wielowymiarowy, pełen tajemnic i niespodzianek. Jako antagonista Aliny jest bezwzględny i okrutny, a jednak w pewien sposób potrafił wzbudzić we mnie jakiś rodzaj współczucia.
Miał w sobie jakąś tęsknotę, dawno pogrzebane pragnienie bycia zrozumianym i akceptowanym mimo wszystko.
Darkling to jeden z tych czarnych charakterów, których się lubi, czasami nawet bardziej niż tych „dobrych” bohaterów.

„Ruina i rewolta” wyjaśnia większość wątków i tajemnic, choć zakończenie daje możliwość autorce napisania jeszcze czegoś, pociągnięcia tej historii.
A no właśnie, zakończenie.
Otóż zupełnie nie przypadło mi do gustu, choć uważam, że inaczej ta historia nie mogła się zakończyć.
Miałam jednak nadzieję, na coś trochę innego, na inne rozwiązania i roszady pomiędzy bohaterami.
Autorka jednak wybrała to, co najbardziej pasowało do opowiadanej przez nią historii i w tym miejscu muszę jej to przyznać.
Podkreślałam to przy okazji poprzednich wpisach o pierwszym i drugim tomie trylogii Grisza, ale urzekło mnie w tych powieściach wiele nawiązań do kultury i obyczajów Rosyjskich.  Mają niepowtarzalny urok i nadają całej trylogii odrobiny  pewnej egzotyczności.

Na koniec jedyny minus, bo w tej beczce miodu znalazła się również łyżka dziegciu i jest nią niestety wątek miłosny.
No za nic do mnie nie przemawiał, nie wzbudzał żadnych pozytywnych emocji, a za sprawą Mala, którego wg mnie autorka zepsuła jako postać, wydawał mi się nijaki.
Na szczęście nie był on głównym wątkiem w trzecim tomie i nie dominował fabuły. Okazało się również, że dla pewnych wydarzeń był niejako niezbędnym i ważnym elementem, więc postanowiłam się aż tak bardzo nie czepiać.

„Ruina i rewolta” okazała się wyjątkowo dobrą powieścią i bardzo dobrym zwieńczeniem trylogii Grisza. Poziomem odstaje od poprzednich tomów zdecydowanie na plus.
Cieszę się, że po ciut słabszym drugim tomie nie odpuściłam sobie dalszej lektury.
Całą trylogię oceniam dobrze, mimo, że jej poziom jest bardzo nierówny. To bardzo ciekawa historia, z intrygującym czarnym charakterem, barwnymi postaciami drugoplanowymi i główną bohaterką, która z wyjątkowo irytującej jednostki staje się fajną postacią.
Jeśli lubicie lekkie fantasy z ciekawymi pomysłami i nawiązaniami do rosyjskiej kultury i obyczajów, to  Trylogia Griszy jest zdecydowanie dla Was.



piątek, 26 stycznia 2018

Książkowe zakupy - drugie w styczniu

Styczeń obfitował w kilka premier, na które czekałam naprawdę z niecierpliwością, np. ósmy tom Sagi rodzinnej Poldark. Przybysz z morza.
Więc kiedy tylko się pojawuły, a przy okazji na aros.pl pojawiła siepromocja - od razu zaczęłam buszować na wirtualnych półkach i wrzucać do koszyka jak opentana. I to nie tylko te wyczekiwane nowości, ale i inne, kompletnie mi nieznane książki.
Tylko resztki instynktu samozachowawczego powstrzymały mnie od wydania całej wypłaty za jednym razem, więc z bólem serca musiałam przenieść na kolejny miesiąc niektóre książki.
Mimo to i tak kupiłam w styczniu sporo.
Tym razem, tak jak i ostatnio, więcej w paczce było fantasy.
Dwie z zakupionych książek to ogromne tomiszcza, Rumo i cuda w ciemnościach to ponad 680 stron, a Belgariada ma ich ponad tysiąc. Nie przeraża mnie taka objętość, bo jak Bastion S. Kinga przeczytałam w kilka dni, to nic mi już nie jest straszne.

Z gartunku powieści obyczajowych pojawiły się również nowości, m.in trzeci tom Sagi Moskiewskiej - "Więzienie i pokój", kolejną ogromną objętościowo powieść "Rosja" autorstwa Edwarda Rutherfurda czy kolejna powieść Margaret Atwood - Pani Wyrocznia.



Czeka mnie sporo czytania, a kolejne dwie powieści już zamówione w przedsprzedaży. Te pojawią się dopiero w lutym. 
I mimo, że stos książek czekających w kolejce coraz większy, to czuję psychiczny komfort, że tyle ich jest i nie zabraknie mi lektur na długi czas. 

wtorek, 23 stycznia 2018

"Przeklęta" Iga Wiśniewska

„Przeklęta” to powieść swego czasu szeroko reklamowana i polecana na wielu blogach. Mnie jakoś omijała, aż zachęciła mnie do zakupu znajoma, która mocno się nią zachwycała.
Opis mnie zaciekawił, sugerował pełne tajemnic urban fantasy, więc się skusiłam.

Akcja powieści rozpoczyna się, gdy poznajemy główną bohaterkę Miriam. Poznajemy to zbyt szumne określenie – dowiadujemy się, że żyje i jest bardzo tajemnicza. Do tego stopnia, że prócz kilku faktów nic więcej do końca powieści czytelnik się o niej nie dowiaduje.
Miriam mieszka w wolnym Mieści Rades, które po krwawej wojnie stało się enklawą dla istot paranormalnych i zmiennokształtnych, którzy sprawują w nim nieformalną władzę.
Sam władca zmiennokształtnych – David – zgłasza się do firmy Miriam (która na dobrą sprawę nie wiadomo czym się zajmuje) i prosi o pomoc w znalezieniu mordercy zmiennokształtnych, które od niedawna mają miejsca.

Na początku zostałam mocno zaskoczona narracją. Jest pierwszoosobowa, ale pisana z perspektywy każdego bohatera powieści, nawet tych, którzy w książce pojawiają się tylko na jednej czy dwóch stronach. Gdy czytałam kolejny rozdział z perspektywy innego bohatera, byłam pewna, że ma on jakieś znaczenie dla fabuły. Czasem okazywało się, że nie, a ja zastanawiałam się po co ta osoba w ogóle dostała swój rozdział.
Jeśli chodzi o bohaterów, to najbardziej polubiłam tych drugoplanowych, Iwana i jego ciągłe zawirowania z narzeczoną, medium Vivian oraz Bena, roztargnionego i zakręconego naukowca. Oni nadali powieści kolorytu i potrafili sprawić, że dało się ich lubić. David jak na samca alfa był maksymalnie męski, maksymalnie pociągający, maksymalnie przystojny i ogólnie maksymalnie wszystko. Ale dzięki kilku retrospekcjom mamy szansę trochę lepiej go poznać i nawet polubić.
Jedyną postacią, której nie polubiłam – była Miriam.
Denerwowała mnie od pierwszej chwili, a czym dłużej czytałam, tym moja niechęć stawała się większa. W moich oczach była ona pozerką i manipulantką, pyskatą i arogancką. Niektóre jej zachowania bardziej pasowały do głupich zagrywek gimnazjalistów niż do kobiety z bagażem życiowych doświadczeń. W dodatku praktycznie niczego się o niej nie dowiadujemy, dlaczego jest jaka jest i skąd u niej te wyjątkowe zdolności.
Z powodu odczuć względem głównej bohaterki, książkę momentami czytało mi się zwyczajnie kiepsko i na siłę. Byłam ciekawa jak się rozwinie akcja i wyjaśnienia tajemnicy, na szczęście postacie drugoplanowe nadrabiały trochę niedoskonałości Miriam.

Autorka ma całkiem dobry styl i lekkie pióro. Sprawnie prowadzi akcję, choć czasami odnosiłam wrażenie, że zbyt powierzchownie do niej podchodzi i ślizga się po powierzchni swojej opowieści, zamiast zagłębić się w niej bardziej, dać czytelnikowi poznać Wolne Miasto Rades i jego mieszkańców.
Niestety, niewiele się o nim dowiadujemy, równie dobrze akcja mogłaby się rozgrywać w Warszawie, Londynie czy Wiedniu w czasie teraźniejszym. Niby czytelnik wie, że w Rades jest magia, zmiennokształtni itd. ale tego się zupełnie nie czuje.
W powieści brakowało mi pazura, tej iskry która rozpala wyobraźnię czytelnika i przenosi go w miejsca i czas opisywane przez autorkę.

Czytając Przeklętą, miałam wrażenie, że wszystkiego jest w niej ciut za mało. Zbyt słabo rozwinięte tło, zbyt powierzchowne prowadzenie akcji, za mało rozwinięci ciekawi bohaterowie drugoplanowi.
Jedyne czego jest za dużo, to przerysowania postaci Miriam.
Autorka skumulowała w niej wszystkie cechy „prawdziwej twardzielki” i sprawiło to, że znielubiłam Miriam od samego początku.
Za to bardzo fajnym zabiegiem było wplecenie w fabułę mitologii Greckiej. Kompletnie siętakiego rozwiązania nie spodziewałam i dałam się pozytywnie zaskoczyć.
 Również zakończenie jest ciekawe, choć patrząc na to, że jest już drugi tom serii Wolne Miasto Rades, to raczej nie ma co spodziewać się niespodzianki.
Mimo sporych minusów powieść czytało mi się lekko i szybko. Iga Wiśniewska miała dobry pomysł, a powieść spory potencjał, który nie do końca potrafiła wykorzystać. Stworzyła również ciekawych bohaterów, choć ci najlepsi, to postacie drugoplanowe.   Akcja przez większość czasu była dość dynamiczna i choć zdarzały się bardziej spokojne momenty, to nie nudziłam się czytając Przeklętą.
Uważam, że autorka ma talent i jeśli będzie go rozwijać, to może pisać naprawdę  dobre książki, bo już teraz widać, że potrafi stworzyć ciekawą historię.




niedziela, 21 stycznia 2018

"Przebudzenie Olivii" Elizabeth O'Roark

„Przebudzenie Olivii” to książka, której tytuł i okładka skojarzyły mi się z niczym innym niż klasyczny erotyk, dlatego nie poświęciłam jej ani chwili uwagi przeglądając kolejne strony w internetowej księgarni. Dopiero kilka ciekawych recenzji na blogach skłoniło mnie do pochylenia się nad tą książką i zakupu.
Książka z gatunku YA opowiada o dwójce młodych ludzi, tytułowej Olivii – studentce, biegaczce, która z
powodu sporych kłopotów musiała przenieść się na inny Uniwersytet. Tam  dołącza do drużyny biegaczek, której trenerem jest Will, niewiele od niej straszy mężczyzna.
Ona skrywa mroczne tajemnice, on postanawia jej pomóc. Co oczywiste, od pierwszej chwili będzie ich do siebie ciągnąć, a co z tego wyniknie – łatwo się domyślić.

Wbrew temu co sądziłam o tej książce zanim ją kupiłam, Przebudzenie Olivii nie jest erotykiem. To klasyczny romans YA, gdzie seks i pożądanie odgrywają ważną rolę, ale nie są głównym wątkiem powieści.
Autorka stworzyła ciekawych bohaterów, zwłaszcza Will jest postacią, którą polubiłam od pierwszej chwili. Całkiem inaczej miała się sprawa z Olivią. Początkowo niemożebnie działał mi na nerwy, jej zachowanie irytowało i odpychało. Czym dłużej czytałam, tym lepiej było, ale tak naprawdę nie udało mi się polubić tej bohaterki.  Jest harda, pyskata, agresywna nie tylko werbalnie. I nawet wyjaśnienie przyczyn takiego zachowania, nie dało rady mnie do niej przekonać w 100%.
Owszem, mój odbiór jej postaci trochę się zmienił, ale nie do tego stopnia, abym zapałała do niej prawdziwą sympatią.
Prócz dwójki głównych bohaterów, autorka stworzyła fajne postacie drugoplanowe, ciekawe, intrygujące, dodające powieści  humoru i ubarwiające fabułę.

Elizabeth O’Roark ma lekkie pióro i sprawnie prowadzi akcję. Do tego  nie przesadza z ckliwością, co zapisuję jej na plus. Książkę czytało mi się przyjemnie i szybko, choć jeszcze zanim zacznie się ja czytać, to wiadomo jak ta historia się zakończy.
Prócz wątku niedozwolonej miłości, jest jeszcze jeden – tajemniczej i traumatycznej przeszłości Olivii. Ten wątek bardzo mi się spodobał i zaciekawił, choć jego poprowadzenie i  rozwiązanie kompletnie mnie rozczarowało. To był spory potencjał, który został zmarnowany.
Autorka potrafi z wyczuciem pisać o uczuciach i targających bohaterami emocjach, nie przesadza w żadną stronę. Jeśli chodzi o sceny erotyczne nie przesadza z ich ilością, dzięki czemu są uzupełnieniem uczucia pomiędzy bohaterami, a nie głównym tematem tej historii.

„Przebudzenie Olivii” praktycznie niczym nie zaskakuje, wpasowuje się idealnie w ramy gatunku i od początku do końca wiadomo jak będzie się rozwijała fabuła i w jakim kierunku będzie zmierzała akcja.
Ta przewidywalność nie przeszkadza jednak  jeśli czytelnik się z nią liczył, a  z książką można wtedy spędzić przyjemny wieczór.
Elizabeth O’Roark ma dobry styl i potrafi wciągnąć czytelnika w opowiadaną przez siebie historię,  w swojej powieści nie przesadza również z nagromadzeniem wszelkich dramatów tego świata.
Owszem, jej bohaterowie dostają od życia wiele przysłowiowych kopów, ale  autorka zachowuje dobre proporcje pomiędzy dramatycznymi wydarzeniami, a tymi niosącymi nadzieję na przyszłość.
Na plus zasługują również dialogi, są barwne, pełne humoru i ciętych ripost. Nadały fabule lekkości i wprowadziły sporą dawkę humoru.

Ogólnie powieść Elizabeth O’Roark oceniam dobrze. Może i niczym mnie ta książka nie zaskoczyła, ale czytało mi się ją przyjemnie i bez większych rozczarowań.  „Przebudzenie Olivii” to typowy romans YA, poruszający ciężki temat jakim jest trauma po tragicznych wydarzeniach z przeszłości i koniecznością dokonania trudnych życiowych wyborów.  Wszystko to opisane jest jednak w lekki sposób, więc nie przytłacza  czytelnika.
Gdybym spodziewała się po tej powieści czegoś wyjątkowego, wybijającego się ponad ramy typowe dla gatunku, przeżyłabym spore rozczarowanie. Ja jednak liczyłam na sprawnie napisaną historię miłości pomiędzy parą głównych bohaterów, okraszoną kilkoma tragediami i sporą dawką pożądania.
Dostałam właśnie to, więc o rozczarowaniu nie było mowy.  Książkę polecam wielbicielkom gatunku, bo to całkiem  fajna i przyjemna lektura na jeden czy dwa wieczory.