poniedziałek, 1 lutego 2021

"Żądanie miłości" Kristen Ashley

 Josie przybywa do Magdalene na pogrzeb ukochanej babci, po której dziedziczy


pokaźny majątek. Podczas odczytywania testamentu, zjawia się jeszcze jedna osoba, która została w nim ujęta – Jake.
Prócz pieniędzy mężczyzna otrzymuje w spadku również… Josie, co wywołuje niemałe zamieszanie. Co miała na myśli babcia kobiety, zapisując ją w spadku mężczyźnie?
Czy Josie zostanie w Magdalene by się o tym przekonać?
Twórczość Kristen Ashley pokochałam za sprawą jej zabawnych powieści z serii Rock Chick. Polubiłam jej barwnych bohaterów, poczucie humoru i często nieprawdopodobne sytuacje, które non stop przytrafiają się jej bohaterom. Byłam więc ciekawa, co zaserwuje mi autorka w książce niezwiązanej z tamtą serią.

Na wstępie zaznaczę, że oboje bohaterów „Żądanie miłości” to osoby dojrzałe, które w swoim życiu wiele już przeszły. I Jake i Josie są bowiem w wieku 40+. I to było coś, co bardzo mi się od początku spodobało. Każde z nich ma już swój bagaż życiowych doświadczeń, błędów i potknięć. Gdy się spotykają, nie są już patrzącymi z wiecznym optymizmem, dopiero wchodzącymi w dorosłość młodymi ludźmi, a raczej realistami, którzy wiedzą, że nie wszystko jest biało – czarne, a życie ma szeroką paletę odcieni szarości. Ale choć obojgu głównych bohaterów bliżej do półwiecza, to nie oznacza, że i ich nie może spotkać gorąca, namiętna i pełna pasji miłość.
Bo o tym jest ta powieść. O odnajdywaniu miłości, o rodzinie, o więzach silniejszych niż jakiekolwiek więzy krwi, o odkrywaniu swojego miejsca na świecie i tego, co w życiu najważniejsze. 

Sama historia nie jest może niczym odkrywczym i od początku wiadomo jaki będzie miała finał, ale fajnie jest się dowiedzieć, co się wydarzyło pomiędzy prologiem, a epilogiem. Wciągnęłam się niesamowicie w perypetie Josie i mężczyzny, któremu babcia zapisała ją w testamencie. Byłam ciekawa co się wydarzy, co pojawi się na drodze bohaterów, czy mimo, że oboje mieli burzliwą przeszłość, to dadzą sobie jeszcze jedną szansę na szczęśliwe życie. Prócz dwójki głównych bohaterów, mamy tu również sporo postaci drugoplanowych, które są nie mniej ciekawe jak ci co grają pierwsze skrzypce. Ich problemy nie są jedynie zapychaczami fabuły, ale mają na nią realny wpływ. 


Książka była dla mnie pewnym zaskoczeniem, bo nie ma aż tak wiele romansów, gdzie bohaterzy są dojrzali, tak samo jak ich uczucia i emocje. Ich problemy również zasadniczo różniły się od tych, jakie zazwyczaj mają w książkach bohaterowie 20+. Uważam, że to ogromna zaleta tej powieści. Do tego nie raz autorka pokazuje, że nie zapomina o poczuciu humoru i bywały momenty, gdy można się było pośmiać.

Czy „Żądanie miłości” ma jakieś wady?
Zasadniczo dla mnie nie.
Miałam jedynie początkowo pewien problem ze stylem w jakim została napisana powieść, ale nie wiem czy to kwestia autorki czy może tłumaczenia. Po prostu przyzwyczaiłam się do serii Rock Chick i z napisaną inaczej „Żądanie miłości” musiałam się po prostu oswoić.  

Czy polecam „Żądanie miłości”?
Oczywiście!
To bardzo dobra rozrywka i wciągająca opowieść. Jeśli lubicie twórczość Kristen Ashley, to jestem pewna, że i ta jej książka przypadnie Wam do gustu, tak samo jak mi.



czwartek, 21 stycznia 2021

"Pamięć Babel" trzeci tom serii Lustrzanna Christelle Dabos

 Rok 2020 rozpoczęłam od przeczytania książki, która dopiero pojawiła się w


sprzedaży i jeszcze mało kto o niej wspominał. Tak, tak…
Zaczęłam do czytania Zimowych zaręczyn, czyli pierwszego tomu serii Lustrzanna (link do opinii Zimowe zaręczyny).
Przyznaję, od pierwszych stron zostałam oczarowana wykreowanym przez autorkę światem i wciągającą fabułą.
I choć nie miałam pojęcia o planach wydawnictwa, co do daty wydań kolejnych tomów, to tak się złożyło, ze końcówka roku podarowała nam tom trzeci serii, czyli  „Pamięć Babel”. I tak oto rok 2020 zakończyłam tak jak rozpoczęłam, czyli powieścią Christelle Dabos. 

O fabule trzeciego tomu nie mogę nic napisać, żeby nikomu nie zaserwować spoilera, a uwierzcie, żal by było okrutnie gdybym to zrobiła. Mogę tylko wspomnieć, że akcja rozpoczyna się około 2 lata po wydarzeniach z Zaginionych z Księżycowa. Co do reszty – koniecznie przekonajcie się sami.
Akcja nabiera w tym tomie niesamowitego rozpędu, tajemnice aż się proszą o rozwikłanie, wydarzenia, które mają miejsce zaskakują, niekiedy zdumiewają, a czytelnik jest skutecznie wodzony za nos przez autorkę. Naprawdę ciężko jest odgadnąć co się może wydarzyć, i nawet gdy ma się solidne podejrzenia co do rozwoju fabuły i tak finalnie się okazuje, że się człowiek mylił i autorka po raz kolejny potrafiła mnie zaskoczyć.
Wszystko w tej powieści jest dopracowane, dopieszczone i idealnie ze sobą dobrane. 

Piękny język sprawia, że powieść czyta się niesamowicie dobrze. Oczywiście za to odpowiada również przekład, którego dokonał pan Paweł Łapiński. Mówiłam już o tym przy okazji pierwszego tomu i powtórzę jeszcze raz, pan Łapiński wykazał się niesamowitym talentem i potrafił wspaniale oddać ducha tych książek.
Jeśli chodzi o bohaterów, to jestem naprawdę pod wrażeniem. W tym tomie najbardziej spodobała mi się przemiana Ofelii, tzn. dziewczyna się nie zmienia, ale dojrzewa. Zaczyna dostrzegać pewne rzeczy i zdaje się zauważać coś więcej niż tylko jej odczucia, jej emocje i jej potrzeby. Otwiera się na innych, na świat i zaczyna nabierać charakteru, przy jednoczesnym pozostaniem sobą. Udało się autorce sprawnie tym pokierować, nie popaść w przesadę, jednocześnie dając Ofelii szansę na zmianę.
W powieści pojawiają się praktycznie wszyscy bohaterowie z poprzednich tomów, do tego dochodzi trochę nowych postaci. Wszyscy są świetnie ukazani i nakreśleni. Nikt nie zostaje pominięty, a jego rola w opowieści bagatelizowana.


Pojawia się kilka nowych wątków, które choć początkowo zaskoczą, to finalnie okażą się powiązane z wątkiem głównym. W tym tomie zadziało się kilka rzeczy, na które miałam nadzieję i kilka których się totalnie nie spodziewałam. Połączenie tego dało cudowny efekt i śmiało mogę napisać, że z dotychczas wydanych trzech tomów, to właśnie „Pamięć Babel” stała się moim ulubionym.
Czy tak zostanie? Okaże się po premierze Echa nad światem, czyli czwartej części serii.
Jeśli jeszcze nie znacie serii Lustrzanna, to gorąco zachęcam do sięgnięcia po nią. To niesamowicie dobrze wykreowany świat, ciekawi i nieszablonowi bohaterowie i oszałamiająca historia.
Czytajcie Lustrzannę – naprawdę warto.


sobota, 16 stycznia 2021

Czytelnicze podsumowanie 2020 roku - FANTASTYKA

 Dziś podsumowania 2020 roku ciąg dalszy. 
Na warsztat poszły książki z gatunku szeroko rozumianej fantastyki. To mój ukochany gatunek i wcale nie było łatwo wybrać tylko kilka książek, dlatego dopuściłam się małego oszustwa i podzieliłam tą grupę na dwie. 
Fantastyka zagraniczna i polska.
W książkach z tego gatunku najbardziej cenię to, że pozwalają udać się tam, gdzie udać w realu się nie da. Przeżyć przygody, jakich nigdy się nie doświadczy.
Dzięki takim książkom można spotkać w lesie Morozka, udać się z MBootem do gwiazd, czy zakochać się w pewnym magu o wyjątkowo sarkastycznym poczuciu humoru i uśmieszku jak Hana Solo...

Fantastyka zagraniczna.



Tu nie potrafiłam się zdecydować i wybrać jedną najlepszą powieść, więc na podium stanęły dwie:
"Zima czarownicy" Katherine Aredn
Ruchomy zamek Hauru Diana Wynne Jones

Obie powieści wprawiły mnie w stan bliski czytelniczemu uniesieniu z zachwytu i nie ma tu wątpliwości, to moje najlepsze książki przeczytane w 2020 roku.
Zaraz za nimi jest jeszcze "trochę" kolejnych, które mnie oczarowały, zachwyciły, jak choćby Do gwiazd i Wśród gwiazd Brandona Sandersona. Jakie to są genialne powieści, to ja nawet nie potrafię opisać. Czekam niecierpliwie na trzeci tom i wzdycham cicho jak patrzę na półkę z powieściami autora. 

Jest tam jeszcze np. Dziesięć tysięcy drzwi - cudowna powieść, napisana przepięknie i niesamowicie poruszająca. Jest finalny tom Znaku kruka, czy Zdradziecka Królowa, ale tu oba tomy podobały mi się tak samo, oba przeczytane w 2020. Jest też drugi tom Strażników Cytadeli, choć w  2020 przeczytałam oba tomy i oba są zachwycające. Jest kolejny tom mojej ulubionej Kate Daniels i najnowsza powieśc Leigh Bardugo.
Każdą z tych powieści doceniłam i za całokształt i za pojedyncze elementy, które tak mocno mnie zachwyciły.






Fantastyka polska.



Czy są tu niespodzianki? Jeśli zaglądacie na mojego bloga, to nie.
Finalny tom trylogii Krucze Serce i wspaniały Raiden, finalny tom serii Żniwiarz, z zakończeniem, które jest rewelacyjne, drugi tom Gdzie diabeł mówi dobranoc - o jak mi się spodobała ta seria, czekam na trzeci tom, który już zamówiłam.
I choć nie miało być dublowania książek, to no nie mogłam inaczej i na liście znalazła się powieść "Imię Boga". 
Była już w debiutach i musiała zawitać i tutaj, bo to tak dobra książka, tak świetnie wykreowany świat, tak wspaniale poprowadzona fabuła i tak cudowni bohaterowie, że no nie ma wyjścia i trzeba o tej książce dużo mówić i dużo polecać, bo na to zasługuje.


Opinię o każdej powieści ze zdjęcia znajdziecie na blogu, zachęcam do pobuszowania i poczytania. I oczywiści gorąco namawiam do sięgania po ksiażki z zestawienia - warto :)

wtorek, 12 stycznia 2021

Czytelnicze podsumowanie 2020 roku - DEBIUTY

 Nowy rok się już rozgościł, a na blogach, facebooku czy instagramie pojawiają się


książkowe podsumowania roku 2020.
Również zaczęłam się do tego zabierać, ale jak miałam pokazać wszystkie książki, które w ubiegłym roku najbardziej mi się spodobały, to zabrakłoby miejsca w kadrze.
Postanowiłam więc podzielić  to jedno duże podsumowanie, na kilka mniejszych.
I tak zacznę od debiutów.

Lubię czytać książki debiutantów, wszak każdy wielki pisarze, kiedyś nim był. Dlatego nie mam obaw przed sięganiem po debiutanckie powieści, niezależnie od gatunku. Dla mnie to jest przygoda, niewiadoma.
Poniżej te książki, które spodobały mi się najbardziej, które z różnych powodów wywarły na mnie największe wrażenie. Nie będę opisywać po kolei co w każdej z tych powieści mnie zachwyciło, pisałam o tym w ich opiniach na blogu (poniżej linki do każdej).

Największy zachwyt wzbudziła we mnie powieść Michała Dąbrowskiego "Imię Boga" (fantasy) oraz Dalii Owens "Gdzie śpiewają raki" (powieść obyczajowa).
Pozostałe książki ze zdjęcia oceniam tak samo dobrze.
W tym roku liczę na wiele udanych debiutów i oczywiście kolejne powieści autorów, którzy w tej kategorii tak mnie zachwycili. Oczywiście nie wszystkie debiuty się tu pojawiły, bo załapały się do innych kategorii, więc nie chciała dublować.
Imię Boga
Gdzie śpiewają raki
Melodia serc
Czas niepogody
Nas dwoje
Kukułka i Wrona

środa, 6 stycznia 2021

Flawia De Luce "Badyl na katowski wór" Alan Bradley

 „Badyl na katowski wór” – drugi tom przygód Flawii De Luce Alana Bradleya. 


Pierońsko inteligentna, sarkastyczna, spostrzegawcza i z poczuciem humoru jedenastoletnia bohaterka, która w dodatku jest chemicznym geniuszem. 
Brzmi nieprawdopodobnie?
Nic bardziej mylnego. Taka bohaterka jest i ma się dobrze, a czytanie o jej poczynaniach w dwóch sprawach kryminalnych, jednej z przeszłości i jednaj, która miała miejsce tuż pod nosem Flawii, to niesamowicie dobra rozrywka. 

To dopiero drugi tom serii o przygodach Flawii, ale śmiało mogę uznać, że zakochałam się w tej serii i tej bohaterce. Świetnie poprowadzona fabuła, zagmatwane tajemnice, bystra dziewczynka, która widzi więcej niż się innym wydaje. Do tego cudowne postacie drugoplanowe i wątki poboczne, nie mniej ważne niż ten główny. Oraz tło wydarzeń, które autor odmalował wyjątkowo realistycznie i barwnie. Przyznaję, że praktycznie do samego końca nie miałam pojęcia, jak się rozwikłają obie zagadki kryminalne, kto, co i dlaczego. Autor sprytnie wodził mnie za nos.
Do tego wciąż „zaczepia” mnie niby niewinnymi wzmiankami o matce Flawii, o przeszłości, o tym co faktycznie się wydarzyło. Podsyca tym tylko moją ciekawość i chęć sięgnięcia po kolejne tomy oraz snucia domysłów i tworzenia możliwych scenariuszy. 

Sama Flawia to ta sama władająca sarkazmem jak bronią dziewczynka, która mimo zewnętrznego opanowania w środku wciąż jest samotnym dzieckiem, które tęskni za matką, której nawet nie poznała, za miłością bliskich i poczuciem przynależności do rodziny. Gdy śledziłam jej śledztwo, gdy odkrywałam wraz z nią kolejne fakty i tajemnice, świat za oknem przestawał istnieć.
Ta książka jest tak wciągająca, tak dobrze napisana, tak celnie ukazuje wszystkie małe i duże grzeszki małego miasteczka i jego mieszkańców, że nie sposób się od niej oderwać. Jednocześnie jest wesoło i poruszająco, poważnie i z humorem.
I choć Flawia swoje śledztwo prowadzi zazwyczaj samotnie, to i tak mamy możliwość dowiedzenia się sporo o innych mieszkańcach miasteczka. Mimo, że książka napisana jest lekko i w zabawnej formie, to nie pozbawiona jest też elementów poważniejszych, budzących w czytelniku sporo emocji, od współczucia po smutek.

Dziwię się, że tak mało się o tej serii mówi. To bardzo mądre książki, świetnie skrojona bohaterka i piękne tło wydarzeń, oraz bardzo dobrzy bohaterowie drugoplanowi. To lektura mądra, wyważona, przesiąknięta inteligentnym humorem, ale niepozbawiona poważniejszych akcentów.  Czytając przygody Falwii dostaje się pełen wachlarz emocji, wspaniały obraz małego miasteczka u progu zmian, ciekawych i niełatwych do rozwikłania tajemnic i spora dawkę humoru. 
Flawia De Luce kupiła mnie już w pierwszym tomie, a w drugim tylko przyklepała swoje prawo własności do mojego uwielbienia.

Gorąco polecam tą serię. 



sobota, 2 stycznia 2021

"Dla jej dobra" Ellen Marie Wiseman

 "Dla jej dobra" to książka, którą czytałam już jakiś czas temu. Książka dość


często polecana na różnych grupach czytelniczych. 

To historia, która rozgrywa się w dwóch liniach czasowych, a dotyczy rodziny Blackwood. W latach 30 XX wieku poznajemy dramatyczną historię Lilly Blackwood, a współcześnie Julii Blackwood.
Rodzinne tajemnice, dramatyczne wydarzenia, niepojęta bezduszność i okrucieństwo. 
W tym wszystkie jednak pojawi się również wiara, miłość i nadzieja. I choć książka wg mnie jest mocno ciężka, to mimo wszystka czytałam ją z ogromnym zainteresowaniem.

Sama opowieść jest napisana bardzo sprawnie, dobrym i dopracowanym językiem, a autorka potrafiła oddać w sposób bardzo obrazowy realia lat 30 ubiegłego wieku. Odmalowała obraz trupy cyrkowej, ludzkiej natury i braku szacunku i tolerancji dla inności. Co niesamowicie mocno we mnie uderzyło, to obraz traktowanie zwierząt w cyrku. 
Jeśli ktoś z Was jest na krzywdę zwierząt wrażliwy (tak jak ja), może mieć problem z niektórymi wydarzeniami w tej książce. Ja na przykład nie potrafiłam długo dojść do siebie po niektórych wydarzeniach.

Sam sposób nakreślenia bohaterów i ich losów jest naprawdę dobry. Nie jest to oczywiście poziom ot choćby Przeminęło z wiatrem, ale uwierzcie, ta książka jest naprawdę na dobrym poziomie.
Wszystko co spotyka główną bohaterkę Lilly, wydaje się być mocno prawdopodobne. Losy tego dziecka, a potem kobiety, które opisuje Ellen Marie Wiseman sprawiają wrażenie opowieści o kimś, kto faktycznie kiedyś żył.

Żeby nie było, że tylko opowieść o Lilly jest wciągająca. Bynajmniej. Historia Julii, która rozgrywa się współcześnie jest tak samo pasjonująca i ciekawa. I choć nie przepełnia jej taki dramatyzm jak losów Lilly, to jednak to właśnie opowieść o Julii dała nadzieję na to, że każdą krzywdę da się naprawić, choć czasem bywa to niezmiernie bolesne.

Czy polecam "Dla jej dobra"?
Tak! Choć tak jak pisałam, książka pełna jest dramatyzmu i niekiedy wstrząsających wydarzeń. Były momenty, gdy nie potrafiłam opanować łez, albo rodziła się we mnie ogromna złość. 
Mimo to, jest to niesamowicie ciekawa opowieść i ciężko się od niej oderwać.

środa, 30 grudnia 2020

"Czas niepogody" Agnieszka Markowska

 Sarune jest akolitką w zakonie Pana Światła. Jest skromna, żyje wg nakazów


zakonu i wiernie przestrzega wszystkich reguł. Również przyjmuje Insomnium, specyfik blokujący sny. Jak wszystkie akolitki i większość mieszkańców wioski, robi to, aby oczyścić się z grzechu i zapewnić sobie ochronę przed sługami bogini ciemności – Tkaczami Nocy, istotami nikczemnymi i władającymi magią. Insomnium blokuje również magię, czyli coś, co przyciąga Tkaczy Nocy. Największym marzeniem Sarune jest dostanie się do sióstr Jutrzenki, świty samej najwyższej kapłanki. I gdy wydaje się, że to o czym marzy jest w zasięgu ręki, następuje po sobie ciąg wydarzeń, które całkowicie przemodelują świat Sarune. 

Przyznam, że „Czas niepogody” Agnieszki Markowskiej w pierwszej kolejności przyciągnął mnie piękną okładką autorstwa Agnieszki Zawadki.  Jak już zobaczyłam okładkę, zaciekawiłam się tym co w środku. A to skusiło mnie do zakupu. Akcja powieści rozpoczyna się dość energicznie i jest taka aż do dość spektakularnego finału, który muszę przyznać – bardzo mi się spodobał. Książka nie jest może zbyt obszerna, liczy sobie bowiem 297 stron, ale jest w niej wszystko co trzeba, aby świetnie spędzić czas. Jest ciekawa magia, są tajemnice, są spiski, jest i miłość i przyjaźń. Wszystkie jest ze sobą idealnie połączone i absolutnie nie ma się wrażenia, że czegoś jest mniej na rzecz tego, aby czegoś było więcej. Mamy tu idealnie dobrane proporcje, a dzięki temu lektura jest naprawdę udana. 

Jeśli chodzi o bohaterów, to bardzo podobał mi się sposób ukazania Sarune. To jak się zmienia, jak dojrzewa, ile będzie musiała znieść i przeżyć, aby odnaleźć siebie. Fajna bohaterka, która mimo początkowo pewnej naiwności, nie denerwowała ani nie irytowała. Naprawdę ją polubiłam i mocno jej kibicowałam. Pozostali bohaterowie niczym nie ustępują Sarune, nawet ci drugoplanowi są dobrze nakreśleni i uwierzcie,  nie ma tu papierowych „zapełniaczy” fabuły. Każdy ma w tej powieści swój czas i swoją rolę do odegrania.  


Jeśli chodzi o fabułę, to jest spójna i naprawdę wciągająca. Tak jak pisałam wcześniej, akcja jest wartka i wiele się w tej książce dzieje. Ale co ważne, wszystko jest dobrze opisane i choć książka nie jest obszerna, to autorka nie złapała zadyszki, wszystko jest tak jak należy. Jedyne zastrzeżenie (choć zastrzeżenie to może za mocne słowo) mogę mieć do stylu, czasami język wydawał mi się zbyt współczesny. Ale nie jest to wada, ot takie zwrócenie uwagi.

Ogólnie powieść bardzo mi się spodobała i na pewno sięgnę po kolejne powieści autorki. Mam nadzieję, że nadal będzie pisać fantastykę, bo uważam, że świetnie jej to wyszło w przypadku jej debiutu. 

I na końcu taki nie-do-końca SPOILER: 

Nie, w tej książce nie ma trójkąta miłosnego, wbrew temu co sugeruje opis na okładce. 

I jeszcze tylko jedno, czytajcie „Czas niepogody” bo naprawdę warto.


sobota, 26 grudnia 2020

"Dziewiąty Dom" Leigh Bardugo

 Książki Leigh Bardugo lubię bardzo. I bynajmniej nie za Szóstkę Wron, tylko za


trylogię Grisza i Króla z Bliznami. Za świetnych bohaterów, których potrafi nakreślić w sposób pełnokrwisty i niejednoznaczny. Za Darklinga, Alinę, Mikołaja, Apparata.  Za Zoyę i Mala, których marzę aby ktoś w końcu zamordował…

Gdy zobaczyłam zapowiedź Dziewiątego Domu, zapowiadanego jako powieść dla dorosłego czytelnika, byłam bardzo ciekawa, co tym razem zaprezentuje autorka. Akcja powieści rozgrywa się nie w fantastycznej krainie, ale współcześnie w Yale, a jej bohaterką jest Alex Stern, dziewczyna z wyjątkowymi zdolnościami, która ma za zadanie monitorować magiczne poczynania tajnych stowarzyszeń Yale. Na kampusie dochodzi do okropnej zbrodni i tylko Alex ma wątpliwości co do jej wyjaśnienia. Postanawia zbadać sprawę sama, a wtedy… 

Na początek zacznę od tego, że nie ma co porównywać Dziewiątego domu do innych powieści autorki. To całkiem inna historia ze świeżym pomysłem i świetnym wykonaniem. Nie ma tu również kopii Darklinga (gdzieś na fb już coś takiego czytałam), ani innych bohaterów z wcześniejszych powieści. Wszyscy bohaterowie tej powieści są sobą, nikogo nie udają, nie są kalką innych bohaterów z innych książek Bardugo. A gdy już to z siebie wyrzuciłam (strasznie mnie zdenerwowało to porównanie), to mogę napisać co sądzę o najnowszej powieści autorki. 

Przede wszystkim – świetnie napisana. Język dopasowany do fabuły i bohaterów. Faktycznie jest to książka dla dorosłego czytelnika, a nie tylko udająca taką. Próżno tu szukać sercowych rozterek, wątku miłosnego, wokół którego kręci się wszystko. Główna bohaterka jest postacią niejednoznaczną, ciekawą, doświadczoną przez życie. Bohaterowie drugoplanowi są naprawdę ciekawi i interesujący, a główny wątek kryminalny jest świetnie wpleciony w otoczkę tajnych towarzyszeń parających się magią, często brutalną, mroczną i krwawą. Powiem Wam, że nie spodziewałam się tego. Tzn. wiedziałam mniej więcej o czym będzie książka, ale pani Bardugo udało się mnie zaskoczyć, bo nie przewidziałam w najmniejszym stopniu jak rozwinie się fabuła, w jakim kierunku podąży akcja. 


Dziewiąty Dom czytało mi się wspaniale. Stopniowanie napięcia, kolejne elementy łamigłówki, których nie udało mi się dopasować do całości, żeby odgadnąć kto i dlaczego. Coś tam podejrzewałam, ale totalnie nie w tym kierunku, niż faktycznie wyszło. Dopracowany język, dopieszczona fabuła i bohaterka, którą polubiłam od samego początku. Od pierwszej strony, od pierwszego zdania. Rzadko można trafić na taką postać kobiecą (ciekawe dlaczego dużo rzadziej wkurzają postacie męskie niż żeńskie), która nie denerwuje, nie wkurza, która nie doprowadza do przewracania oczami z irytacji. A tu proszę – pojawia się Alex Stern i pokazuje, że się da i to pokazuje w wielkim stylu. 

Dziewiąty Dom to świetna powieść. I nie piszę tego tylko dlatego, że lubię twórczość pani Bardugo. To jest naprawdę tak dobra książka i niesamowita historia. Jest w niej wiele więcej niż tylko „jakaś tam magia” i wątek kryminalny.  To czego na pewno tu nie znajdziecie, to powielania schematów czy bohaterów, wtórności i pójścia na łatwiznę. Nic w tej powieści nie jest oczywiste, a granica pomiędzy dobrem a złem jest zatarta dość mocno.

Dziewiąty Dom jest świetnym przykładem na to, jak niektórzy pisarze się rozwijają, jak dopracowują swój warsztat i jak płodną mają wyobraźnię. Jeśli nie znacie twórczości Leigh Bardugo, to zachęcam do nadrobienia, tym bardziej, że w kwietniu 2021 Netflix wypuszcza serial na podstawie trylogii Grisza i elementów Szóstki Wron. Zapowiada się świetne widowisko, więc warto wcześniej zapoznać się z książkowym pierwowzorem.




niedziela, 20 grudnia 2020

"Kukułka i wrona"Magdalena Wolff

 „Kukułka i wrona” Magdaleny Wolff, to historia Wreny. Młodej kobiety, która


cudem uniknęła pogromu rodzinnej miejscowości. Ludzie, którym ufała okazali się wrogami, obcy wojowie mordowali jej bliskich. Dziewczyna uciekła do lasu, choć od zawsze była ostrzegana przed duchami, które go zamieszkiwały. Ale tylko tam pozostało jej szukać ratunku. Wrena ucieka więc, a las ją przyjmuje…  

Akcja powieści osadzona jest całkowicie w słowiańskich klimatach. Mamy tu słowiańskich bogów, wierzenia, kulturę. Prócz tego co widzimy na co dzień, mamy tu również magię. Piękną, ale i niebezpieczną magię. Są tu postacie ze słowiańskiej mitologii, o których pewnie nie raz czytaliście. Wszystko to misternie wplecione w tło walki o władzę, spiski, knucia i próby narzucenia nowej wiary w miejsce „starych wierzeń”. Bardzo podobało mi się takie ukazanie tego tematu, tego jak jedna wiara obficie wspierana przez pieniądze i władzę, siłą została narzucona ogółowi. 

Co również zasłużyło u mnie na uznanie, to sposób nakreślenia bohaterów. Bardzo fajnie zostali pokazani czytelnikowi. Nie jako idealni ludzi, ale tacy, którzy się mylą, popełniają błędy, mają normalne ludzkie odczucia jak zazdrość, strach, pożądanie czy zwykła złośliwość. Przez to sama historia była dużo ciekawsza i bardziej wciągająca, bo jej bohaterowie wydawali się tacy prawdziwi, że nie trudno było im kibicować, czy liczyć na ich porażkę. Co ważne, prócz postaci głównych, bardzo fajnie są nakreślone te drugoplanowe. Naprawdę wciągnęłam się w wątki poboczne i przyznam, że śledziłam je z takim samym zainteresowaniem jak ten główny. Ogólnie cała historia mnie oczarowała i jestem pozytywnie zaskoczona jakością tego debiutu. 


Jeśli chodzi o jedyną rzecz do której mam zastrzeżenia, to język. I nie to, że jest zły czy kiepski – bynajmniej. Chodzi o to, że trafiło się kilka momentów, gdy był, że tak to ujmę, za bardzo współczesny. Nie psuje to odbioru, ani nie ma wpływu na samą historię, ale ja to zauważyłam i gdzieś to było dla mnie łyżką dziegciu w całej wielkiej beczce miodu. Żeby było jasne, to nie tak, że cała powieść jest napisana językiem, który odbiega od czasów w jakich rozgrywa się akcja. Absolutnie nie. Ogólnie jest on dopasowany do fabuły. Po prostu pojawia się czasami kilka zwrotów, które są bardzo nam bliskie w sposobie, w jaki wyrażamy się obecnie. 

Jeśli chodzi o styl autorki, to bardzo mi się podobał. Pisze lekko, plastycznie i naprawdę potrafiła odmalować bardzo obrazowo magię i jej działanie. Wciągnęła mnie nie tylko historia Wreny ,ale i pozostałych bohaterów. Byłam zaciekawiona, zaintrygowana i chciała wiedzieć więcej. Z tym ostatnim jednak trochę poczekam, bo „Kukułka i wrona” to dopiero pierwszy tom serii, choć wyjątkowo się tym nie przejmuję, bo tą opowieść dobrze się czyta i chce się więcej tego świata i tych bohaterów. 

Czy polecam powieść? Oczywiście! 

Jeśli lubicie słowiańskie klimaty w fantastyce, to będzie to książka dla Was. A i romantyczne dusze znajdą tu coś dla siebie, ale więcej nic nie napiszę :) Czytajcie „Kukułkę i wronę” bo warto.




środa, 16 grudnia 2020

„Wszystko, co brzydkie i cudowne” Bryn Greenwood

„Wszystko, co brzydkie i cudowne” autorstwa Bryn Greenwood, to 
książka o

której od początku wiedziałam, że porusza temat tabu.  Jest to historia uczucia pomiędzy Wavy i Kellenem.  Ona jest córką ćpunki, alkoholiczki i producenta narkotyków, a przy okazji rozpustnego hulaki.  On jest jednym ze zbirów jej ojca.

Wavy nie ma normalnego dzieciństwa, ma za to lęk przed mówieniem, zaburzenia odżywiania, ciągły strach i konieczność opiekowania się młodszym bratem. Jej początkowa przyjaźń z Kellenem, to wytchnienie od tego co ją otacza. Dwudziestoparoletni mężczyzna pomaga jej, chroni ją, dba żeby jadła, chodziła do szkoły i była bezpieczna. 
Zapytacie, gdzie tu tabu? 
Otóż dlatego, że w momencie gdy Wavy i Kellen się poznają, on ma dwadzieścia parę lat, a ona osiem. 

Zacznę od tego, że książka napisana jest bardzo przystępnym językiem i wg mnie dobrze dobranym do tej historii. Autorka, sama będąc córką prawie całkiem zreformowanego dilera narkotyków (co można przeczytać na skrzydełku książki) potrafiła naprawdę przekonująco przedstawić obraz środowiska, w jakim żyła Wavy.  Powieść rozpoczyna się w latach siedemdziesiątych XX wieku, więc mamy tu środowisko hipisów, rozkwit narko-biznesu i wszelkich możliwych eksperymentów ze środkami odurzającymi.  W tym zdegenerowanym otoczeniu dziewczynka, przez wszystkich uważana za dziwaczkę, jest niezwykle samotna, aż do czasu gdy poznaje Kellena i zaprzyjaźnia się z nim. 
Bo trzeba to podkreślić, początkowe lata znajomości tych dwoje, było naprawdę relacją przyjacielską, a w trosce Kellena o Wavy nie było żadnych podtekstów. 
Wszystko się zmienia gdy dziewczynka ma trzynaście lat i wtedy następuje ta część powieści, która naprawdę może wzbudzić mieszane odczucia, przekonanie, że miłość pomiędzy tą dwójką to jednak coś, co nie powinno się wydarzyć.


Pierwsze skojarzenie to oczywiście Lolita Vladimira Nabokova, ale prócz motywu młodego wieku bohaterki i starszego od niej mężczyzny, są to całkiem inne książki.  Przede wszystkim „Wszystko, co brzydkie i cudowne” to historia wielkiej samotności i uczucia pomimo wszystko. Kellen nie jest również pedofilem, Wavy nie interesuje go tylko, gdy jest dzieckiem, wręcz przeciwnie. A jednak czytając o uczuciu i pożądaniu blisko trzydziestoletniego mężczyzny do prawie czternastolatki, można poczuć wewnętrzny sprzeciw.  I choć wiedziałam, że książka porusza tabu, to jednak ta historia nie jest opowieścią o pedofilu i jego ofierze z syndromem Sztokholmskim. To naprawdę jest opowieść o uczuciu prawdziwym, o miłości szczerej i mimo wszystko dobrej.  To historia samotności, pragnienia bezpieczeństwa i miłości. Wreszcie to historia walki o siebie i to co dla człowieka najważniejsze.

Nie jest łatwo przyjąć do wiadomości i w pełni zrozumieć fakt, że dwudziestoparoletni mężczyzna może szczerze i prawdziwie pokochać trzynastolatkę. Że przyjaźń tak szybko przerodzi się w uczucie, jakie łączy dorosłych ludzi. Że pojawi się również pożądanie i potrzeba fizycznego kontaktu. 
To wszystko sprawia, że coś się w człowieku sprzeciwia, ale jednocześnie sposób w jaki to wszystko opisuje autorka, z jakim szacunkiem dla Wavy, z jakim zrozumieniem dla uczucia pomiędzy bohaterami, sprawia, że naprawdę nie sposób nie kibicować tej parze, nie życzyć im aby życie przestało im dokopywać na każdym kroku. Chce się, aby wszystko poukładało się dobrze, tak jak powinno w normalnych warunkach i przy zdrowych relacjach. 
Co ważne, autorka nie ukrywa, że taki związek nie jest do końca normalną relacją, nie gloryfikuje go, nie ukazuje w sposób sugerujący, że to rzecz normalna. A jednak nie znajdziecie w tej książce jaskrawego potępienia ani Wavy ani Kellena. 
Może właśnie dlatego to powieść budzi sporo kontrowersji.  

Powiem szczerze, że przez całą powieść zastanawiałam się ile w tej historii jest własnych doświadczeń autorki, czy opisywana przez nią opowieść nawiązuje może do tego, co przytrafiło się jej samej. Zaczęłam szukać w internecie czegoś więcej o jej prywatnym życiu i znalazłam dyskusję czytelników z Bryn Greenwood na GD, która rozjaśniła moje domysły. 
Czy polecam „Wszystko, co brzydkie i cudowne”? 
Tak. 
Szczerze mogę tą powieść polecić, bo to naprawdę dobra i poruszająca historia, to opowieść, która burzy spokój, wywołuje masę sprzecznych emocji, by koniec końców pokazać, że nie zawsze wszystko jest tym, na co na pierwszy rzut oka wygląda.

To już kolejna książka od Papierowego Księżyca, która porusza temat tabu, temat kontrowersyjny i taki, który nie da się zaszufladkować, gdy już skończy się czytać.


sobota, 12 grudnia 2020

Co z tą Mercedes Thompson, czyli seria, którą czytam, a na którą się dąsam.

 Seria o Mercedes Thompson. Od początku budzi we mnie spore emocje, co


prawda tom pierwszy i drugi wzbudziły więcej negatywnych niż pozytywnych, ale że „czułam przyciąganie” to sięgnęłam po tom trzeci, który mi się już spodobał. A potem poszło już lawinowo. 

Dziś będzie o tomach 4-7. Po tym jak zakończył się trzeci tom, serio nabrałam chęci na więcej Mercy, więcej Adama i całej reszty. Jeśli chodzi o styl, to przyznaję, z tomu na tom jest zdecydowanie lepiej. I choć ciągłe pisanie o tym samym (np. o zasadach hierarchii wśród wilkołaków, w stadzie itd.) zostało przez autorkę trochę ograniczone, to widocznie nie mogła się powstrzymać i uznała, że skoro ktoś dotarł do siódmego tomu, to jednak trzeba mu choć raz w rozdziale przypomnieć, to co tłumaczyło się od pierwszego tomu non stop. Zastanawia mnie czy to brak wiary w używanie mózgu przez czytelnika, czy jakiś wewnętrzny przymus. Mnie osobiście to irytowało, bo ileż można czytać o tych samych informacjach. Straciłam nadzieję, że w kolejnych tomach będzie lepiej pod tym względem i pogodziłam się z tym. Zwyczajnie omijam już kolejne tłumaczenie tego samego i idę dalej. 

Same główne wątki w każdym tomie były fajnie, choć ten z siódmego jakoś tak mnie trochę rozczarował. Nie to, że był gorszy, tylko sama nie wiem, jakoś tak chaotycznie poprowadzony. Nie wiem czy to „zasługa” autorki, czy tłumaczenia, ale ten tom czytało mi się gorzej niż wcześniejsze. Na pewno jest zauważalna różnica w tłumaczeniu, bo tom 4 i 5 tłumaczył ktoś inny niż 6 i 7. I może to o to chodzi? Przyznaję, że zdecydowanie lepiej czytało mi się Mercy w tłumaczeniu pani Dominiki Schimscheiner. 

Tom 4 – Znak kości.

Podobał mi się ten tom mocno. Widać w nim pokłosie wydarzeń z trzeciego tomu i to, że rany Mercy są wciąż świeże i bolą. Podoba mi się rozwój jej relacji z Adamem i akcja z wampirami. Czytało mi się ten tom naprawdę dobrze, a dodatkowym plusem jest totalny zanik miłosnego trójkąta, co było dla mnie jak balsam na duszę. Po czwartym tomie od razu sięgnęłam po kolejny, wkręciłam się na maxa. 

Tom 5 –Zrodzony ze srebra

Świetna akcja, niesamowite wydarzenia, z humorem i ciekawą tajemnicą do rozwikłania. Do tego miłosne relacje Mercy nabierają rumieńców i stają się takie poważniejsze.  Bardzo podobał mi się ten tom i to chyba jak na razie mój ulubiony, choć oczywiście i on nie jest bez wad. Mimo wszystko po przeczytaniu tej części nabrałam jeszcze większej chęci na kolejne. 

Tom 6 – Piętno rzeki.

Po pierwsze, zmiana tłumacza i od razu coś mi zazgrzytało. Przyzwyczaiłam się do tłumaczeń poprzedniej tłumaczki i teraz coś mnie uwierało podczas czytania. Nie zrozumcie mnie źle, książka jest dobrze tłumaczona, wszystko jest jak trzeba. A jednak czuć trochę zmianę stylu. Mimo wszystko ta część naprawdę mi się podobała, wsiąkłam w tajemnicę, byłam niesamowicie ciekawa co tam się wydarzy, jaka jest zagdaka pochodzenia Mercy i… no właśnie. Nic więcej nie mogę napisać, bo poczęstuję Was spoilerem, a tego bardzo nie lubię. Powiem tylko, że tom szósty jest tak samo dobry jak piąty i tylko zaostrzał apetyt na kolejne części. 

Tom 7 – Żar mrozu

Po fajnych tomach 4-6, byłam pewna, że teraz może być już tylko lepiej… i się zawiodłam. Siódma część przygód Mercy niby jest tak samo zbudowana jak poprzednie, jest akcja, jest tajemnica, są wątki poboczne. Ale czegoś mi w tej części zabrakło. I najgorsze, że sama nie wiem czego. To nie tak, że książka mi się totalnie nie spodobała. Podobała mi się, ale jakoś tak bez emocji przeszła, bez ekscytacji, bez tego napięcia w stylu „o rany, co to będzie”. Początek mocno mnie wkręcił, ale gdzieś po 1/3 czułam jakby zeszło powietrze i czytało mi się już tylko poprawnie.


Czy w związku z tym mam zamiar porzucić serię?
Nie!
Mimo, że to nie jest najlepsze urban fantasy, które czytałam, to jednak spodobała mi się w jakiś sposób ta seria, mam chęć na kolejne tomy. Tylko chyba sobie na razie od niej odpocznę, zapomnę co mnie irytowało, co mogło być lepsze, a nie było i wtedy sięgnę po tom ósmy.  

Czy polecam ten cykl?

W sumie sama nie wiem. Uważam, że warto spróbować i ocenić samemu. Ja wciąż, pomimo dobrnięcia do siódmego tomu mam często mieszane uczucia względem tej serii, ale nie ma co kryć, dałam się jej wciągnąć i na pewno doczytam do końca.


środa, 2 grudnia 2020

"Zjadaczka grzechów" Megan Campisi

 Czy może być kara gorsza od śmierci?


Może.

Można zostać skazanym na pełnienie posługi Zjadaczki grzechów. Kobiety wyklętej, na którą nikt nie może patrzeć, nikt z nią nie może rozmawiać. Jest skazana na samotność, a ludzie mimo, że jej potrzebują, gardzą nią i się jej boją. Taki los spotkał 14 letnią May, dziewczynkę, która ukradła bochenek chleba. Skazana na zostanie zjadaczką grzechów, kobietę, która przyjmuje na siebie grzechy umierających, naznaczona piętnem, wplątana w spisek. 

„Zjadaczka grzechów” Megan Campisi, to książka, którą zapragnęłam przeczytać, gdy tylko zobaczyłam ją w zapowiedziach. Powieść niewątpliwie historyczna z ciekawym wątkiem zjadaczek grzechów, które podobno istniały naprawdę. Zabrałam się za czytanie niedługo po tym jak dotarła paczka i…utknęłam. Książka trafiła u mnie chyba na niesprzyjający czas. Miałam czytelniczą niemoc, wszystko co brałam do czytania, po kilku rozdziałach odkładałam. Nie potrafiłam się wciągną w żadną historię. I wtedy zaczęłam czytać opowieść o May. Jeśli sądzicie, że ta książka przełamała moją niemoc, to muszę Was rozczarować – wcale tak nie było. Męczyłam się z tą 332 stronicową powieścią ponad tydzień. I nie dlatego, że to zła książka, tylko dlatego, że to był kiepski czas. 

Czy w takim razie mogę ocenić powieść? Uważam, że tak. I postaram się być jak najbardziej obiektywna w mojej ocenie. Po pierwsze język. Autorka posługuje się naprawdę pięknym językiem, ma dopracowany styl, potrafi obrazowo opisywać otaczającą bohaterkę rzeczywistość. A ta jest wyjątkowo brudna, pełna przemocy, żeby nie powiedzieć parszywa i upadlająca. Megan Campisi potrafiła wspaniale odmalować realia życia w XVI wiecznej Anglii. 

Fabuła jest interesująca i potrafi wciągnąć. Zwłaszcza druga część powieści sprawiała, że chciałam się dowiedzieć co będzie dalej, jak to wszystko się zakończy. Mimo, że miałam trudności w skupieniu się na akcji, to nie umknął mi nawet najdrobniejszy szczegół, żaden wątek nie został pominięty. Wszystko w tej powieści układa się w logiczny ciąg przyczynowo – skutkowy, doprowadzając czytelnika do naprawdę dobrego finału. Tło polityczno-religijno-społeczne jest świetnie przedstawione. Również nakreśleniu bohaterów, oddaniu ich charakterów nie mogę nic zarzucić. Udało mi się dobrze poznać May i zrozumieć jej postępowanie i decyzje. To wszystko składa się na naprawdę intrygującą powieść i w dodatku dobrze napisaną.


I choć ciężko mi się czytało (ale to jak każdą powieść w tamtym czasie), to nie chciałam książki odkładać, parłam do przodu, ciekawa co będzie dalej. W końcu gdy skończyłam Zjadaczkę grzechów poczułam ulgę. I znów, nie dlatego, że uporałam się ze złą książką, tylko dlatego, że cieszyłam się, że nie odpuściłam. Bo to naprawdę dobra powieść, choć uważam, że częste określanie jej jako mrocznej nie jest zbyt trafione. Książka wg mnie nie jest mroczna, choć jej klimat jest ciężki i często brutalny, bywa również brudny, a opisywane w książce wydarzenia nierzadko urągały godności człowieka. Ale niewątpliwie to były takie czasy i autorka postarała się, aby dobrze oddać ich klimat. 

Czy polecam Zjadaczkę grzechów? 

Tak. Mimo trudności, jaką sprawiło mi jej czytanie, książkę oceniam pozytywnie. To naprawdę ciekawa lektura i niesztampowa fabuła okraszona świetnie odmalowanym tłem polityczno-religijno-społecznym. Nic w tej powieści nie jest oczywiste i jednoznaczne, a świat widziany oczami May potrafił wciągnąć i nie puszczać do ostatniej strony.