wtorek, 8 października 2019

"Kasztanowy ludzik" Soren Sveistrup

„Kasztanowy ludzik” to pierwsza powieść scenarzysty popularnego serialu The Killing.
Byłam ciekawa tej książki, opis sugerował wciągającą lekturę, której długo nie zapomnę.
Czy faktycznie tak było?

Sam początek powieści pokazuje czytelnikowi straszną zbrodnię z 1989 roku. Zaraz po jej opisie mamy skok do czasów teraźniejszych i dwa przeplatające się ze sobą wątki. Makabrycznych morderstw młodych kobiet i zaginięcia córki pani minister, której ciała od roku nie udało się odnaleźć.
Mimo, że początkowo nic nie łączy tych dwóch tragedii, śledczy, którzy zaczynają się zajmować morderstwami kobiet, spostrzegają pewne powiązania, które nie dają im spokoju.
Tak zaczyna się wyścig z czasem i gra z mordercą.

Akcja powieści od początku jest dość dynamiczna, choć przerywają ją dłuższe dygresje i opisy. Dwójka głównych bohaterów to młoda śledcza Thulin  i odesłany z Hagi  śledczy Hess, który czekając na decyzję swoich szefów odnośnie swojej przyszłości w Europolu pomaga jej  w śledztwie.
Mimo, że oboje są dość ciekawie nakreślonymi bohaterami, nie za wiele dowiadujemy się o ich życiu prywatnym i przeszłości. Są to szczątkowe informacje, które może i rzucają ciut światła na ich osobowość i charakter, ale autor tutaj nie zaszalał i nie dał ich poznać czytelnikowi zbyt dobrze.
Bynajmniej nie przeszkadzało mi to w lekturze. Książka okazała się dzięki temu trochę odmienna od typowego schematu, gdy pisarz zdradza czytelnikowi wszystkie tajemnice swoich bohaterów, zazwyczaj będące jakimiś demonami przeszłości.
Może Soren Sveistrup powinien zdradzić ciut więcej, na pewno wyszłoby to książce na dobre, ale taki sposób ukazania swoich bohaterów też jest ok.

Język jakim posługuje się autor jest dobrze dobrany do tematyki powieści, barwny, obfitujący w krwawe szczegóły i wystarczająco obrazowy, abym mogła sobie wszystko to co opisuje wyobrazić z detalami.
Przyjemny styl sprawia, że powieść dobrze się czyta, bez problemu można się wciągnąć w fabułę i dać porwać prowadzonemu śledztwu. Mimo, że autor sprawnie mną manipulował, to tak gdzieś za połową książki odgadłam kto jest mordercą, a jego motywacje były dla mnie oczywiste już od samego początku.
Oczywiście do samego końca pozostała we mnie nutka niepewności, bo autor potrafił mnie zmylić i zaskoczyć, ale koniec końców, okazało się, że jednak miałam rację.
Nie popsuło mi to jednak przyjemności z lektury. Książka mnie wciągnęła i byłam bardzo zaintrygowana rozwojem akcji i tym jak ją poprowadzi autor.

Zakończenie powieści przypadło mi do gustu. Motywacje mordercy były dla mnie przekonywujące. Wszystkie wątki się ze sobą sprawnie połączyły i dały ciekawe rozwiązanie tajemnic z przeszłości. Sam morderca okazał się „godnym” przeciwnikiem dla śledczych i rozgrywka jaką z nimi prowadził była naprawdę emocjonująca.
Wszystko to sprawiło, że „Kasztanowy ludzik” okazał się powieścią, która naprawdę przypadła mi do gustu.
Do tego autor dobrze pokazał tło społeczno-polityczne i wady systemu pomocy społecznej i opieki nad dziećmi, który z założenia miał je chronić, ale czasami zdecydowanie szkodził, zamiast pomagać.

Czy zatem „Kasztanowy ludzik” to powieść idealna?
Otóż dla mnie nie. Jedyną wadą jaka pojawia się w powieści, jest wg  mnie jej przegadanie. Są takie momenty, gdy autor zaczyna się rozgadywać, przez co wystopowuje akcję i wybija z rytmu. Początkowo mocno mi to przeszkadzało, gdy chciałam się wciągnąć w fabułę i poczuć jej klimat. Później ten dyskomfort minął i w sumie nie wiem, czy autor przestał się tak rozwodzić, czy coraz gęstszy klimat tak mnie wciągnął, że przestałam na to zwracać uwagę.
Mimo to, powieść oceniam zdecydowanie pozytywie i jestem zadowolona z lektury.
„Kasztanowy ludzik” okazał się bardzo wciągającym kryminałem i szczerze mogę go polecić.

piątek, 4 października 2019

"Dom nad jeziorem" Tasmina Perry

„Dom nad jeziorem” Tasminy Perry, to trzecia książka autorki, którą przeczytałam. Dwie poprzednie
bardzo mi się podobały, więc chętnie sięgnęłam po kolejną historię spod pióra pisarki.
Wzorem poprzednich książek akcja rozgrywa się dwutorowo, w przeszłości i współcześnie. Natomiast nie dotyczy różnych postaci, tylko tych samych bohaterów.
Jim i Jennifer poznają się podczas letnich wakacji i zakochują w sobie. Ona córka zamożnego właściciela plantacji, on syn uznanego pisarza.
Prawdziwa miłość wystawiona zostaje na ogromną próbę, której nie przechodzi zwycięsko i drogi młodych ludzi się rozchodzą.
Mija kilkanaście lat, a los spłata Jimowi i Jennifer psikusa i znów skrzyżuje ich życiowe ścieżki.
Czy o pierwszej miłości da się zapomnieć? Czy lata rozłąki na zawsze przekreśliły ich szansę na szczęście? Czy po takim czasie można spróbować jeszcze raz?

„Dom nad jeziorem” to typowy romans i powieść obyczajowa w jednym. Czemu typowy? Bo ma wszystko to, co taka powieść mieć powinna.
Jest miłość, jest fascynacja, są tajemnice i przeciwności losu. Są wydarzenia, które rozdzielają kochanków i jest przewrotny los, który daje im szansę na szczęście mimo upływu lat.
Ta powieść ma to wszystko i choć nie jest to nic odkrywczego, to jednak Tasmina Perry potrafi tak przyjemnie opisywać losy bohaterów, ich uczucia i przeciwności z którymi będą musieli się zmierzyć, że pomimo pewnej schematyczności książkę czytało mi się bardzo dobrze.
Do tego dochodzi jeszcze dobry styl i lekkie pióro oraz bardzo malownicze opisy miejsc, które są ważne dla bohaterów.

Akcja powieści jest całkiem wartka, w obydwu liniach czasowych wiele się dzieje, autorce udało się mnie nawet zmylić i zaskoczyć.
Byłam bardzo ciekawa co doprowadziło do rozstania Jima i Jennifer w młodości i jak to wpłynie na ich relacje w czasie teraźniejszym.
Dałam się wciągnąć opowiadanej przez autorkę historii, podobało mi się w niej to, że pomimo pewnej schematyczności, autorka potrafiła zmienić kierunek w jakim rozwijała się fabuła, zaskoczyć mnie i pokazać, że nie wszystko jest takie, jak się na pierwszy rzut oka wydaje.

Wątek rozgrywający się w przeszłości podobał mi się w 100%. Wszystko w nim było logiczne, spójne i ciekawe.
Podobały mi się zawirowania, które stały się udziałem bohaterów, ich relacje i emocje jakie nimi targały, nie tylko te wywołane uczuciem, ale i skomplikowanymi relacjami rodzinnymi, które nie ominęły ani Jima ani Jennifer.
Autorka bardzo fajnie je ukazuje, dzięki czemu wiemy co skłoniło bohaterów do takich, a nie innych decyzji i działań.

Wątek, który rozgrywa się współcześnie do pewnego momentu był dla mnie szalenie wciągający. Ale gdy jego akcja zbliżała się do finału, autorka tak się wg mnie zaplątała w powodach, które popchnęły Jennifer do podjęcia takich a nie innych decyzji w przeszłości, że w pewnej chwili zastanawiałam się o co jej tak naprawdę chodzi. Jakoś tak zarzuciła mnie tyloma tajemnicami z przeszłości, które wreszcie ujrzały światło dzienne, że przestały one być dla mnie wiarygodne.
Ich kumulacja odebrała im wiarygodności, no bo ile nieszczęście może spotkać jedną osobę.
Trochę byłam rozczarowana, przyznaje. Zwłaszcza, że przez całą książkę autorka trzymała dobry poziom i fajnie prowadziła swoją opowieść.

Mimo tego rozczarowania, książkę jednak nie oceniam jako całości źle.
Podobała mi się wiarygodność losów bohaterów, podobało mi się, że nie są przejaskrawieni, że mają swoje wady i słabości. Byłam zadowolona z tego, że autorka ich nie idealizuje, tylko pokazuje bez lukru.
Szkoda, że to zakończenie jest takie przeładowane, bo gdyby nie to, to „Dom nad jeziorem” były świetną powieścią, a tak jest jedynie dobrą.
Mimo wszystko nie zniechęcam się. Tasmina Perry ma talent do snucia pięknych i zaskakujących historii miłosnych z ciekawymi wątkami obyczajowymi, dlatego po kolejną jej powieść również sięgnę.
Czy polecam tą książkę?
Mimo wszystko tak. Jeśli chodzi o całość, podobała mi się.

środa, 25 września 2019

"Przekraczając granice" Oksana Pankiejewa

Na cykl Kroniki dziwnego Królestwa skusiłam się z powodu pochodzenia autorki, uwielbiam fantastykę zza
wschodniej granicy. Opis fabuły również kusił i nęcił.
Dlatego kupiłam wszystkie dostępne tomu i zachłannie rzuciłam się na pierwszy.
Byłam pewna, że to książki idealnie dla mnie.
Czy tak było? O tym poniżej.

Olga, dwudziestoletnia studentka wprost z XXI wieku trafia do królestwa Ortanu, miejsca, które żywo przypomina  czasy średniowiecza.
Nie jest jedyna, są i inni przesiedleńcy, a król Ortanu zleca wprowadzenie dziewczynę do świata, w którym się znalazła królewskiemu błaznowi Żakowi.
Oldze ciężko się odnaleźć nie tylko w innym miejscu, ale i czasie. Do tego jak to na królewskim dworze – pełno tam plotek, intryg i knowań.
Jak sobie poradzi w tym nowym świecie Olga?

Gdy zaczynałam czytać „Przekraczając granice” byłam bardzo zadowolona.
Wartka akcja, rosyjska dusza, odrobina melancholii i spora garść humoru.
Podobało mi się wszystko, aż… utknęłam.
I nie było to gdzieś na początku, ale tak w połowie. No utknęłam i nie mogłam ruszyć dalej.
Autorka pisze bardzo lekko, z typową dla autorów zza wschodniej granicy manierą. Mi taki styl niesamowicie pasuje i łaknę go w książkach bardzo.
I tutaj dało się go wyczuć, ten fajny klimat i sposób patrzenia na świat.
Do tego bohaterowie, których kreuje Oksana Pankiejewa wyjątkowo przypadli mi do gustu. Od razu polubiłam nie tylko głównych bohaterów, ale i tych drugoplanowych.
Byłam ciekawa jakąż to tajemnicę zaserwuje mi autorka, jakie intrygi, jakie zwroty akcji.
Ale czytałam i czytałam, a wydawało mi się, że fabuła kręci się tylko wokół miłostek dworskich, nieodwzajemnionych uczuć i sercowych rozterek.

Wystopowało mnie to totalnie, wybiło z rytmu i zastanawiałam się nawet (tak, ja, która tak kocha fantastykę rosyjskojęzycznych autorów!) czy książki nie cisnąć w kąt i zapomnieć o niej na wieki…
Na szczęście nie poddałam się tak łatwo, czytałam (choć trochę się męcząc) dalej i nagle – pyk! a ja się nie mogę od książki oderwać, akcja się rozkręca, fabuła robi się intrygująca, pojawiają się ciekawe i tajemnicze wątki, a główni bohaterowie są zmuszeni zmierzyć się nie tylko z podłymi damami dworu.
Czytałam dalej i okazuje się, że pod przykrywką bzdurowatości, autorka sprytnie przemyciła bardzo intrygujące tajemnice, sprytnie powiązała ze sobą wątki i tak poprowadziła fabułę, że kompletnie się dałam zaskoczyć.

Połykałam więc stronę za stroną i zżerała mnie ciekawość, co tam  jeszcze się wydarzy, czy moje podejrzenia są słuszne i czy przewidziałam jak rozwinie się fabuła.
Nagle książka totalnie wciągnęła mnie w swój świat, a ta tęsknota w duszach bohaterów, ta odrobina melancholii sprawiła, że przepadłam z kretesem.
I choć styl Oksany Pankiejewny jest wyjątkowo lekki i prosty, to akurat nie przeszkadzało mi to wcale.
Autorka bardzo plastycznie opisała świat, w którym znalazła się główna bohaterka i prawa nim rządzące.
Zarysowała również zależności geopolityczne i zasygnalizowała czego będzie można się spodziewać w kolejnym tomie.
Zaciekawiła mnie na tyle skutecznie, że na pewno sięgnę po kontynuację.

Mam w sumie problem z oceną tej powieści.
Z jednej strony mnie wymęczyła i przez chwilę rozczarowała. Z drugiej jak już się wciągnęłam, to nie mogłam się oderwać.
Książka jest wg mnie nierówna i bardzo długo jest „o niczym”. To chyba przez to tak się do niej zniechęciłam w pewnej chwili.
Ale jeśli tak jak ja przeczekacie ten „trudny” moment w fabule, to potem jest już naprawdę ciekawie i interesująco.
I choć nie jest to powieść na miarę mojej ukochanej serii o Rudej Wiedźmie Olgi Gromyko, to jednak finalnie bawiłam się całkiem dobrze i chętnie przeczytam o dalszych losach Olgi, Króla Ortanu i reszcie bohaterów.




sobota, 21 września 2019

„Szczęście dla zuchwałych” Petra Hulsmann

„Szczęście dla zuchwałych” autorstwa Petry Hulsmann to powieść obyczajowa z elementami
romansu i bardzo trudnym tematem jakim jest radzenie sobie z ciężką chorobą.
Marie jest młoda, żyje pełnią życia, nie plącze się w żadne zobowiązania, a do rodzinnej stoczni przychodzi raz do roku, na festyn.
Jej relacje z ojcem są ciężkie, generalnie jest uznawana przez niego za nieodpowiedzialnego lekkoducha.
Całe jej beztroskie życie zmienia się w momencie , gdy jej starsza siostra oznajmia, że jest chora na raka i prosi Marie o pomoc.
Chce aby dziewczyna zamieszkała z nią i jej dwójką dzieci i pomogła jej w opiece nad nimi oraz aby zastąpiła ją w pracy w rodzinnej stoczni.
Mimo, ze w Marie wszystko się buntuje na myśl o takich zmianach, to miłość do siostry sprawia,  że decyduje się na wszystko, o co została poproszona.

Autorka książki rozpoczyna swoja opowieść od przedstawienia nam głównej bohaterki. I przyznaję od razu, po początkowym zapoznaniu się z nią, nie polubiłam Marie ani odrobiny.
Dziewczyna była buńczuczna, kapryśna, rozwydrzona i lekkomyślna. Do tego bywała również złośliwa, co mnie osobiście mocno denerwowało.
Mimo to, czytałam dalej o tym co się dzieje w jej życiu, bo czułam, że to nie może być tego typu bohaterka, nie w sytuacji, gdzie jednym z głównych wątków jest radzenie sobie z tym, że najbliższa osoba walczy z chorobą nowotworową.
Bo od razu zaznaczę, że ten wątek jest niezmiernie ważny i rozbudowany.
Autorka pokazuje zmaganie się z chorobą od strony osoby chorej, ale też od strony Marie, która pełna strachu i chęci wsparcia siostry, musiała patrzeć na jej wyniszczającą walkę z rakiem.

Marie i Christine mimo, że siostry, są absolutnie inne, jak ogień i woda. Autorka dobrze ukazuje ich charaktery, życiowe priorytety, plan na życie i marzenia.
Akcja koncentruje się na Marie, ale żaden z bohaterów drugoplanowych nie jest traktowany po macoszemu, a przeciwności losu, z którymi muszą się zmagać są wiarygodne.
Mimo, że książka porusza ciężki temat, jakim jest walka z rakiem, to jednak fabuła nie przytłacza, a autorka żeby czytelnika wzruszyć, nie musi stosować emocjonalnego szantażu i zrzucania na niego absolutnie wszystkich nieszczęść tego świata.

Prócz wątku choroby i prób odnalezienia się w rodzinnej firmie, autorka pokazuje jak trudno jest otworzyć się na ludzi i miłość, gdy zostało się boleśnie zranionym, jak ciężko komuś zaufać i dać sobie szansę na szczęście. Udowadnia czytelnikowi, że nigdy nie jest za późno aby zacząć realizować swoje marzenia i że nie wolno się poddawać w walce o siebie i o to na czym człowiekowi najbardziej zależy.

Książka napisana jest lekko, a autorka ma bardzo przyjemny i plastyczny styl.
Potrafi pięknie pisać o pasjach jakie mają w sobie bohaterowie, o ich miłości do żeglarstwa, o ich marzeniach.
Bardzo fajnie nakreśliła postać Marie, bo mimo jej początkowego odpychającego zachowania, jej przemiana następowała stopniowo i była pokazana bardzo wiarygodnie. Kobieta nie zmieniła się ot tak, w jednej sekundzie, ale następowało to małymi kroczkami, prawie niezauważalnie.
Jednocześnie zachowała w sobie gorące i pełne pasji serce, wiec nie można jej zarzucić zmianę o 180 stopni, raczej pozwolenie sobie na dorośnięcie.

Wątek miłosny jest bardzo fajnie napisany. Nie jest nachalny, nie jest wulgarny ani skoncentrowany tylko na fizycznej stronie związku.
To pięknie rozwijająca się relacja pomiędzy dwojgiem początkowo niechętnych sobie ludzi, którzy zakochiwali się w sobie stopniowo, odkrywając w sobie coraz więcej cech, które ich oczarowywały.
„Szczęście dla zuchwałych” potrafi mocno wzruszyć, wywołać masę emocji, nie raz zaskoczyć. Pokazuje trudny temat jakim jest choroba nowotworowa nie tylko z punktu widzenia osoby chorej, ale i  bliskich, którzy są zdrowi i muszą patrzeć na walkę o życie najbliższych, wiedząc, że nie mogą zrobić nic, aby im w tej walce pomóc.
Pomimo trudnych tematów, nie zabrakło w tej powieści również akcentów humorystycznych, tak zwyczajnie zabawnych.
Były idealnie wplecione w fabułę i przyznaje, nie raz głośno się śmiałam.

Powieść Petry Hulsmann pozytywnie mnie zaskoczyła, wciągnęła i poruszyła wiele czułych strun w sercu.
To dobrze napisana powieść obyczajowa, nie bojąca się poruszania trudnych tematów, okraszona odrobiną humoru.
Chętnie sięgnę po kolejne powieści autorki.
Polecam.

poniedziałek, 16 września 2019

"Jezioro Ciszy" Anne Bishop

Cykl INNI Anne Bishop zawładnął moim sercem od pierwszego tomu.  Niebezpieczni terra indigena
i ludzie, którzy aby przeżyć, muszą się dostosować do ich praw. A te są bardzo restrykcyjne. Ich złamanie zazwyczaj kończy się śmiercią – ludzi rzecz jasna.
Nie inaczej jest w Sprężynowie i ośrodku wypoczynkowym nad Jeziorem Ciszy – Kłębowisku. Miejscu, którym opiekuje się i o nie dba Vicky DeVine. Kobieta po przejściach, która w ramach ugody rozwodowej otrzymała prawa do Kłębowiska.
Wszystko idzie całkiem dobrze do czasu gdy Aggie Wronia Straż – lokatorka Vicky, znajduje ciało martwego człowieka.
To zarzenie będzie początkiem wydarzeń, które wstrząsną nie tylko Kłębowiskiem, ale i całą społecznością zamieszkującą Sprężynowo i dzikie tereny należące do Innych.

Gdy zobaczyłam zapowiedź nowej powieści ze świata INNYCH, nie mogłam się przestać cieszyć od ucha do ucha.
Pokochałam świat zmiennokształtnych istot, ich ludzkich przyjaciół i wrogów.
Akcja powieści rozgrywa się bezpośrednio po wydarzeniach z głównego cyklu i skupia się na Sprężynowie i Kłębowisku.
Poznajemy nowych bohaterów, nowych Innych, nowe czarne charaktery.
Jedyne co jest niezmienne w Jeziorze Ciszy, to świetny klimat i wciągająca fabuła.

Autorka znów zabiera czytelnika do świata terra indigena i wg mnie jest to wizyta wysoce udana.
Lekki i przyjemny styl, dopracowana fabuła, wciągająca akcja i świetni, nieidealni bohaterowie. Do tego szczypta niebezpieczeństwa, odrobina brutalności i odpowiednio dobrana dawka humoru.
Wszystkie wydarzenia w książce mają swoje uzasadnienie, fabuła jest spójna, a rozpoczęte wątki doczekują się klarownego zakończenia.
Książka nie jest również romansem, choć emocje grają w niej dużą rolę. Ale tak jak w głównym cyklu, tak i tutaj to nie relacje damsko-męskie są osią fabuły. To relacje terra indigena – ludzie odgrywają w powieści pierwsze skrzypce.

Powieść poświęcona jest totalnie nowym bohaterom, a mieszkańcy Dziedzińca w Likesade są tylko kilka razy wspomniani.
Uważam, że w najmniejszym stopniu nie zaszkodziło to nowej powieści autorki i mimo, że sama tęskniłam za Meg, Vladem czy Samem, to cieszę się, że ich historia jest niejako zamknięta, a Anne Bishop oddała głos nowym postaciom.

Akcja jest bardzo wartka, tajemnica wciągająca, a finał zaskakujący. Nowych bohaterów nie sposób nie polubić, a terra indigena, którzy wiodą prym w tym tomie od razu rozgościli się z moim czytelniczym sercu.
Jest w tej powieści wszystko to, za co pokochałam cykl INNI, jest magia, którą czułam czytając wszystkie poprzednie tomy, jest ta nostalgiczna nuta, intrygująca historia i nienachalne wątki miłosne.
Jest również niebezpieczeństwo, bywa z przyczyn oczywistych brutalnie i bez litości, ale tacy są Inni i nie ma co udawać, że jest inaczej.

Mimo, że trochę się obawiałam, że ta część cyklu będzie odstawać od poprzednich tomów, to moje obawy okazały się na szczęście nieuzasadnione.
„Jezioro Ciszy” trzyma poziom swoich poprzedniczek i pokazuje, że Anne Bishop ma niesamowity talent do kreowania wyjątkowych historii.
Niecierpliwie czekam na kolejne książki pisarki, jestem przekonana, że mogą być tylko lepsze.
Czekam z utęsknieniem na opowieść o  kolejnych terra indigena i ludziach, którzy weszli z nimi w interakcje.
Polecam

czwartek, 5 września 2019

"Gordian. Kara" Melissa Darwood

Jest grzech, musi być kara.

„Gordian. Kara” to bezpośrednia kontynuacja poprzedniego tomu, która rozpoczyna się w tym
miejscu, w którym zakończył się tom pierwszy.
Nasi bohaterowie są w Grecji na wakacjach, a tam dzieją się rzeczy dziwne, przejmujące i pełne namiętności.
Relacje pomiędzy Gordianem i Kirą nabierają nowego znaczenia, są bardziej intymne, odważniejsze, ale i więcej w nich zaufania.
Mimo wszystko, nawet rajska wyspa rajem nie jest i niestety i tam dopadają bohaterów problemy, z którymi będą musieli się zmierzyć – tak samo jak z demonami przeszłości.

Już od kilku dni zbieram się do napisania opinii o tej książce i nijak nie potrafiłam dobrać takich słów, które oddałyby moje odczucia względem niej.
Czytałam wszystkie książki autorki i wiem, że potrafi zaskoczyć, zmylić i sprowadzić czytelnika na manowce jeśli chodzi o przewidzenie zakończenia.
W drugim tomie Gordiana wiele miałam swoich podejrzeń, podejrzewałam między innymi to, jak się powieść zakończyła. Ale patrząc na delikatne wskazówki, które podsuwała mi autorka, odrzuciłam ten pomysł.
Jak się okazało niesłusznie i należą się pani Darwood ukłony za tak skuteczne zmylenie mnie.

W tym tomie autorka bardzo duży nacisk kładzie na  rozwój relacji pomiędzy bohaterami. Kreacja Gordiana jest bardzo konsekwentna, nie zmienia się on nagle w chodzącego anioła, a jego złe cechy charakteru nie znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Mimo to widać w nim pewne refleksje nad swoim zachowaniem i pewną dozę pokory, jaką w sobie odnajduje.
To złożony i ciekawy bohater. Nie wiem czy byłabym w stanie go polubić tak szczerze, ale intrygował mnie, ciekawił, współczułam mu i kibicowałam. Byłam ciekawa jak potoczą się jego losy i co wydarzy się w jego życiu.
Kirę polubiłam od samego początku. To świetna bohaterka. Zdeterminowana, skrzywdzona, walcząca o siebie i swoje marzenia.
Miała w sobie i wrażliwość i siłę, czyli połączenie jaki lubię.
Cenię sobie sposób w jaki autorka kreuje swoich bohaterów, ja bym go opisała jako całościowy. Są to postacie złożone, niejednoznaczne, intrygujące i nie inaczej jest w przypadku Gordiana i Kiry.

Akcja jest bardzo dynamiczna i bardzo dużo się w tym tomie dzieje. Są niespodziewane zwroty akcji, są tajemnice, są dramatyczne wydarzenia. Jest też wiele pożądania i miłości.
Mimo, że książka jest niewątpliwie erotykiem, to autorka porusza kilka bardzo trudnych tematów, jak poczucie winy, samooskarżenie i nałożona na siebie pokuta.
Pokazuje jak ważne jest wybaczenie samemu sobie i innym oraz, że do swoich potknięć i błędów należy się przyznać, aby móc wyciągnąć z nich wnioski i naprawić to co się da.

Co dla mnie było ważne, to fakt, że mimo gatunku, to nie seks był głównym elementem powieści.
Oczywiście on jest i to w sporych dawkach, a jednak Gordian nie jest sztampową erotyczną historią, w której problemy są z czapy i pojawiają się tylko po to, aby zapchać dziury pomiędzy kolejnymi scenami seksu.
W książce pani Darwood mamy coś więcej i to właśnie to coś więcej bardzo przypadło mi do gustu.
Mimo pewnych mylących wskazówek zakończenie przypadło mi do gustu i uznałam, że pasuje do tej powieści.

Gordiana czytało mi się dobrze, byłam ciekawa co się wydarzy, jak potoczą się losy jego i Kiry i czy uda się im pokonać demony przeszłości i poradzić sobie z niełatwą przez to teraźniejszością.
Autorka miała bardzo ciekawy pomysł i uważam, że dobrze go wykorzystała.
Jest w jej książkach coś takiego, co sprawia, że chce się sięgać po każdą kolejną i znów dać się zaskoczyć i wciągnąć do opowiadanej przez Melissę Darwood opowieści.



sobota, 31 sierpnia 2019

"Zbrodnia po irlandzku" Aleksandra Rumin

Objazdowa wycieczka po Irlandii, ośmioro obcych sobie ludzi, ledwo zipiący bus i pilot alkoholik.
Co może pójść źle na takiej dziesięciodniowej wycieczce z polskimi turystami na pokładzie?
„Zbrodnia po irlandzku” Aleksandry Rumin pokazuje, że wszystko.

Jakiś czas temu czytałam pierwszą powieść autorki „Zbrodnia i Karaś”, w której nie zostawiła suchej nitki na środowisku akademickim.
Śmiałam się przez większą część lektury, wciągnęłam i za nic nie mogłam odgadnąć, kto zamordował Karasia.
Dlatego byłam ogromnie ciekawa, co też autorka zaprezentuje w swojej nowej powieści.

„Zbrodnia po irlandzku” to ukazane w krzywym zwierciadle wycieczki objazdowe, ogromna kpina z polskich (i nie tylko ) turystów i naszych rodaków mentalności.
Autorka lekkim, ale przyjemnym stylem pokazuje mocno wyjaskrawione zachowania turystów w obcych krajach, podczas wojaży i wycieczek.
Drwi nie tylko z biednych turystów, ale i hoteli, punktów gastronomicznych, biur podróży, wytyka ściemy, które są serwowane rozentuzjazmowanym podróżnikom.
Robi to bez litości, nikogo nie oszczędza, ale jednocześnie jest to tak zabawne, z przymrużeniem oka, że nie można się na nią gniewać.

Głównych bohaterów jest dziesięcioro, ośmioro turystów, pilot Tomasz oraz kierowca busa Alan.
Każde z nich to totalnie inny charakter, a Hrabina Raszpla – co tu dużo mówić, jest najbarwniejsza z nich.
Są fajni nakreśleni, niektórzy ciut przerysowani, choć jak się okazało, był to celowy zabieg.
Prócz obrazu rodaka na wycieczce, jak na komedie kryminalną przystało, mamy zbrodnię, kilka trupów i zagwozdkę „kto jest tym złym”.
Przyznaję, że za nic nie mogłam się domyśleć, kto był tym kilerem, który siał postrach wśród uczestników wycieczki.
Choćbym nie wiem jak typowała, nijak mi się nie składało.
I na końcu się okazało, że autorka miała pomysł tak przewrotny, tak fajny, że mogłam się głowić nie wiem ile, a i tak bym nie odgadła.

Akcja jest wartka, wciągająca, fabuła ciekawa, zabawna, wywołująca wiele wybuchów śmiechu.
Polubiłam większość bohaterów, choć nie ukrywam, że o mordercze instynkty podejrzewałam praktycznie każdego.
Bawiłam się świetnie podczas czytania, to był prawdziwy relaks i fajne spędzenie czasu.
Byłam mocno zaciekawiona i zaintrygowana przez autorkę, a na koniec dałam się jej tak zaskoczyć, że musiałam jeszcze raz wrócić do początku przeczytanych przed chwilą stron, bo nie mogłam uwierzyć w taki zwrot akcji.
Oj należą się pani Rumin ukłony za to jak bardzo mnie zaskoczyła, a w pewnej chwili nawet wzruszyła.

„Zbrodnia po irlandzku” to bardzo dobra rozrywka, lekka, zabawna, a mimo wszystko potrafiła mnie zaskoczyć, wpędzić w zadumę i chwilkę refleksji.
Jestem zadowolona z lektury i muszę przyznać, że pani Rumin idzie w dobrym kierunku, widać, że się rozwija, szlifuje swój warsztat, a jeśli trend się utrzyma, to jej kolejne książki będą jeszcze lepsze.
Chętnie sięgnę po kolejne powieści autorki, mam nadzieję, że nie każde mi długo czekać.

wtorek, 27 sierpnia 2019

"Rytmatysta" Brandon Sanderson

Co takiego przerażającego może być w kredowych rysunkach? Dlaczego zwykłe linie i okręgi
narysowane kredą mają moc ? Kim są Rytmatyści i dlaczego po szkoleniu udają się wprost do Nebrasku aby bronić Amerykańskie Wyspy?
Co z tym wspólnego mają tajemnicze zniknięcia młodych uczniów, którzy mają zostać Rytmatystami?
Joel uczy się w szkole, w której uczą się również Rytmatyści. Chłopiec od zawsze marzył o zostaniu jednym z nich, ale nie posiada ich mocy. Jego rysunki są tylko kredowymi rysunkami. Splot pewnych wydarzeń sprawia, że zostaje on pomocnikiem profesora, którego zadaniem jest rozwiązanie zagadki tajemniczych zniknięć młodych uczniów. Wraz z Melody, która trafia na zajęcia wyrównawcze do tego samego profesora, trafiają na ślad niebezpiecznych i zaskakujących odkryć.

„Rytmatysta” to jedna z najnowszych książek Brandona Sandersona, autora, którego darzę ogromnym uwielbieniem. Objętościowo niepozorna jak na autora książka, bo licząca zaledwie 307 stron skrywa w sobie niesamowitą i zaskakującą historie.
Głównym bohaterem jest Joel, ale w sumie każdy kto się pojawia na kartach powieści jest ważny i odgrywa w niej ważną rolę.
Melody, profesor Fitch, dyrektor York, profesor Nazlizar – każde z nich to tryb tej opowieści, który idealnie współgra z innymi trybikami.
Autor po raz kolejny zaskoczył mnie swoją pomysłowością i umiejętnością stworzenia niesztampowej opowieści.
Próżno tu szukać typowych rozwiązań z literatury młodzieżowej, próżno wypatrywać kalek czy zapożyczeń.
Rytmatysta to powieść odrobinę przekorna, zaskakująca, a główny bohater nie jest typowym zabiedzonym chłopaczkiem z ukrytą mocą, który akurat przypadkiem tak się składa, że musi uratować cały świat.

Akcja powieści jest wartka i ciekawa. Wyjątkowo zaskakujący system magiczny połączony z zegarami, sprężynami, mechanicznymi urządzeniami jest strzałem w dziesiątkę. A magia oparta na rysunkach kredą? Dla mnie genialne i tchnące świeżością.
Panie Sanderson, skąd u Pana takie niesamowite pomysły ja pytam? I dodaję od razu – proszę się nie zatrzymywać, tylko wymyślać i pisać dalej!

Zaczynając czytać Rytmatystę byłam pewna, że to taki pojedynczy strzał, jednotomówka napisana przez autora – jak sam to napisał – niejako na boku, przez przypadek.
A jednak nawet książka „nieplanowana” została przez autora dopracowana i napisana lekkim i dobrym stylem.
Fabuła jest spójna, nieoczywista, poszukiwania tego złego są intrygujące, a autorowi udało się mnie sprowadzić na manowce niejeden raz.
Oczywiście byłam przekonana, że przejrzałam niecne plany złoczyńcy i wiem kto to, ale tutaj dostałam od pana Sandersona pstryczka w nos i to co wydawało mi się pewnikiem, nim nie było.

Zakończenie jest pięknym zaskoczeniem bo okazuje się, że zwiastuje tom drugi. Wbrew moim założeniom, Rytmatysta wcale nie jest jednotomówką, tylko pierwszym tomem czegoś dłuższego, ale kiedy autor podejmie się pisania drugiego tomu jeszcze nie wiadomo.
Mocno liczę na to, że nie będzie długo zwlekał, bo to cudowna przygoda w niezwykłym świecie magii, maszyn, geometrii i kredowych rysunków.
Skończyłam czytać zauroczona i zachwycona.
Autor po raz kolejny udowodnił, że ma nieograniczoną wyobraźnię.
Gorąco polecam.

środa, 21 sierpnia 2019

"Nim stałyśmy się wasze" Lisa Wingate

Lata trzydzieste XX wieku,  Stowarzyszenie Dom dla Dzieci Tennessee pod rządami Georgii Tann
ratuje sieroty i szuka im dobrych, często zamożnych domów.
Dzieci rozpoczynają nowe życie w kochających rodzinach…
Czy aby na pewno?
Georgia Tann i jej działalność okazują się nie początkiem nowego wspaniałego życia sierot, ale koszmarem, który właśnie je spotkał. Porywane w drodze do szkoły, ze szpitali po uprzednim wmówienie rodzicom, że dziecko zmarło, podczas zabaw na podwórkach…
Umieszczane w placówkach, w których nierzadko są głodzone, maltretowane, molestowane, bite, karane fizycznie i psychicznie, zastraszane.
Brzmi strasznie?
Oczywiście, zwłaszcza, że to nie fikcja niestety.

„Nim stałyśmy się wasze” to powieść, która opisuje prawdziwe wydarzenia dotyczące Stowarzyszenia Dom dla Dzieci Tennessee. I choć główni bohaterowie, czyli rodzeństwo Foss, to postacie fikcyjne, to jednak autorka ich historię stworzyła w oparciu o historie prawdziwych uczestników tych strasznych wydarzeń.

Akcja powieści biegnie się dwutorowo, w latach  30 XX wieku, gdy Georgia Tann porywa rodzeństwo Foss oraz  współcześnie. Młoda córka senatora , podczas jednego z wydarzeń, w którym bierze udział jej ojciec, spotyka tajemniczą May, a spotkanie to zburzy spokój i poukładane życie Avery i da początek poszukiwaniom, które wstrząsną całym życiem kobiety.
Narracja trzecioosobowa daje czytelnikowi wgląd we wszystkie wydarzenia, które opisuje autorka. Lekki, ale bardzo dobry styl sprawia, że książkę czyta się dobrze i z przyjemnością.
Mimo, że wiadomo co jest tajemnicą i można się domyślić jak cały współczesny wątek się zakończy, to droga do jego rozwiązania jest niesamowicie ciekawa i wciągająca.
Wątek z przeszłości jest ogromnie poruszający i zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Nie sposób było przewidzieć w jakim kierunku się potoczy. Historia rodzeństwa Foss jest wstrząsająca, a wiedząc, że to nie tylko fantazja autorki, ale takie sytuacje miały miejsce, to serce boli i ciężko się pogodzić z tym, że ktoś taki jak Georgia Tann mogła działać bez żadnej kontroli i wyrządzać tyle zła.

Postacie są nakreślony bardzo dobrze i bez trudu mogłam uwierzyć, że ktoś taki istniał w rzeczywistości. Autorka bardzo plastycznie opisuje wszystkie wydarzenia, jednocześnie dużo czasu poświęca na ukazanie, co czuła główna bohaterka – Rill Foss - z jakimi emocjami się zmagała, ile w niej było strachu i przerażenia o los swojego rodzeństwa, ile rozpaczy i determinacji.
Obraz tego co działo się w placówkach Stowarzyszenia Dom dla Dzieci Tennessee jest wstrząsający i przerażający.
Trudno było mi pojąć, że coś takiego mogło mieć miejsce, w dodatku z przyzwoleniem społeczeństwa i władz.
Czytałam i nie byłam w stanie oderwać się od powieści, nawet pomimo tego, że wydarzenia opisywane przez Lisę Wingate potrafiły wywołać smutek w duszy i bezsilną złość na to, co spotykało tysiące dzieci.
Również bohaterowie współcześni są ciekawi, pełni sprzeczności, mają swoje rozterki, dylematy, marzenia. Zwłaszcza Avery, która próbuje ustalić swoje miejsce w świecie i sprostać oczekiwaniom rodziny, jednocześnie nie zatracając w tym siebie.

„Nim stałyśmy się wasze” Lisy Wingate to książka wstrząsająca i głęboko poruszająca. Oddaje klimat tamtych lat, opisuje przerażające wydarzenia  rozgrywające się w Stowarzyszeniu Dom dla Dzieci Tennessee bardzo realistycznie, przez co historia ogromnie zapada w serce i ciężko przestać o niej myśleć, nawet po zakończeniu lektury.
Setki tysięcy dzieci odebranych rodzicom, z pozmienianymi danymi, tak aby biologiczni krewni nie mogli ich odszukać i sprzedane do adopcji. Setki dzieci, po których zaginął ślad.
Tak właśnie wyglądała ta „sielanka” pod wodzą Georgii Tann.
Intratny biznes, który przyniósł kobiecie majątek (wysokie koszty opłacane przez nowych rodziców za „adopcję”), a za który kobieta nigdy nie poniosła kary.
Ta powieść, to jedna z tych książek, o których nigdy się nie zapomina, które pozostawiają w duszy czytelnika swój ślad już na zawsze.
Jestem pod jej ogromnym wrażeniem.
Polecam.

niedziela, 18 sierpnia 2019

„Syn Wiedźmy” Kelly Barnhill

Dwoje dzieci naznaczonych tragicznymi wydarzeniami, przepowiednia, która niepokoi, magia, która
potrafi uzdrawiać nie tylko ciało, ale i duszę.
I to czym niestety naznaczony jest świat, zawiść, zazdrość, rządza władzy i bogactwa. Czy w tym wszystkim jest miejsce na przyjaźń, miłość i lojalność?
Kogo wybierze młoda Aine, córka króla złodziei? Czy Ned da radę uratować swoją wioskę i swoją duszę? Czy w końcu stanie się tym właściwym chłopcem i odnajdzie swoje miejsce na ziemi?

„Syn Wiedźmy” to przepiękna klasyczna baśń, która pokazuje walkę dobra ze złem, ale i ma głębszy podtekst, którym jest szacunek dla odmienności, walka z rozpaczą i złamanym sercem, dążenie do realizacji marzeń i szukanie swojego miejsca na świecie.
I choć głownymi bohaterami są dzieci, to jednak czytelnik w każdym wieku pokocha tą historię.
Autorka posługuje się pięknym językiem, idealnie dopasowanym do klimatu powieści. Obrazowe opisy, lekki styl i niesamowity klimat – to wszystko czyni lekturę tej powieści wyjątkową.
Mimo, że Kelly Barnhill wyraźnie zarysowała granicę pomiędzy dobrem i złem, to nie wszystko jest tak jednoznacznie białe lub czarne. Pojawia się w tej powieści sporo odcieni szarości, które sprawiają, że nie ma się poczucia, że to wszystko już było, ktoś już w taki sposób napisał inną powieść.

Akcja jest dynamiczna, wiele się dzieje, wydarzenie goni wydarzenie. A mimo to odnosi się wrażenie, że autorka nigdzie się nie spieszy, że opowieść snuje się leniwie, jednocześnie wciągając czytelnika do baśniowego świata. Powieść naszpikowana jest ogromnym ładunkiem emocji, rozpaczą, melancholią, tęsknotą, ale i wiarą, nadzieją, radością i miłością.
Z jednej strony autorka pokazuje, że każdy jest kowalem własnego losu i może zrobić wszystko, jeśli jest wystarczająco zdeterminowany, z drugiej zaznacza, że przeznaczenia nie sposób uniknąć, ale to od nas zależy w jakiej formie się ono zrealizuje.
Wszystko to daje niesamowicie dobry i piękny efekt, a książkę czyta się z pełnym fascynacji zauroczeniem.

Ciekawie są nakreśleni bohaterowie powieści. Każde z nich to postać prawdziwa, pełna różnych uczuć, lęków, nadziei, wewnętrznej siły, którą jedni odkrywają w sobie wcześniej, a inni później.
Autorka pokazuje jak poprzez swoje wybory bohaterowie kroczą taką, a nie inną drogą, jak ich to definiuje, popycha do czynów chwalebnym lub haniebnych.
Obraz niektórych postaci jest odrobinę przejaskrawiony, aby ukazać zło czające się w duszy człowieka, które byłoby łatwe do zauważenia przez młodszego czytelnika.
Nie jest to bynajmniej wada, a dla mnie była to nawet zaleta. Niektóre rzeczy trzeba wyjaskrawić, aby odbiorca zrozumiał, że ludzie są różni, a bycie bogatym, posiadającym władzę arystokratą nie czyni z człowieka z automatu kogoś wartościowego.
To nasze czyny nas określają, to jakim człowiekiem jesteśmy. I właśnie to jest głównym przesłaniem tej powieści.
Magia, przepowiednia – to tylko droga do tego, aby ukazać czytelnikowi, że o naszej wartości decyduje to co robimy, a nie kim się urodziliśmy.

„Syn Wiedźmy” to druga powieść autorki, którą dane mi było przeczytać i jestem po raz kolejny oczarowana i zachwycona.
Piękny baśniowy klimat i wciągająca fabuła sprawiły, że nie mogłam się od powieści oderwać. A cudowna okładka oddająca niesamowity klimat książki, tylko przyciągała wzrok i kusiła, aby jak najszybciej zabrać się za czytanie.
Szczerze polecam.


środa, 7 sierpnia 2019

"Diabeł wcielony" Donald Ray Pollock

„Diabeł wcielony”.
Książka, po którą sięgnęłam, bo… właśnie. W sumie sama nie wiem dlaczego i co mnie skusiło, żeby
ją przeczytać.
Opis oczywiście brzmiał zachęcająco, sugerował krwawy thriller osadzony w małym miasteczku w latach powojennych.
W sumie nie spodziewałam się niczego odkrywczego, ot brutalna historia, która raz czy dwa zaskoczy i zapewni trochę rozrywki.
Jak nie trudno się domyśleć – nic bardziej mylnego.
Ta powieść dosłownie wbiła mnie w fotel i chwyciła w swoje brutalne szpony, nie wypuszczając aż do ostatniego słowa.

Akcja powieści rozgrywa się na prowincji Ohio i Zachodniej Wirginii. Mamy kilkoro głównych bohaterów, Willard Russell i jego syn Arvin, małżeństwo Sandy i Carl Henderson, szeryf i kaznodzieja i jego pomocnik.
Narracja w powieści jest trzecioosobowa, czyli taka jaką lubię najbardziej, a autor  naprzemiennie w kolejnych rozdziałach opowiada historie poszczególnych bohaterów. Mimo częstych przeskoków, nie miałam problemu z nadążeniem za fabułą, wątki mi się nie mieszały, a bohaterowie nie zlewali w jedno.
Tego ostatniego zresztą nie ma szans doświadczyć, bo to plejada wyrazistych i pełnokrwistych postaci.

Książka przesiąknięta jest mrokiem, który wylewa się z bohaterów, który zalega im w duszach i sercach.
Ich czyny są makabryczne, haniebne, brutalne i chwilami niewyobrażalne.
Ich postrzeganie świata i rzeczywistości jest spaczone.
Zbrodnie są w tej powieści popełniane ot tak, bo można, bo nikt sprawców nie złapał, bo są przekonani, że unikną kary.
Moralność w świecie ukazanym przez autora jest wypaczona, niektórzy jego bohaterzy nie mają jej wcale, inni uważają, że ich działania są w gruncie rzeczy w porządku, jeszcze inny bohater zdaje sobie sprawę z tego, że to co robi jest złe, a mimo to uważa, że tak trzeba, aby zatrzymać inne zło.
Czy to dobra droga, czy może zło rodzi tylko zło? Czy dobry człowiek robiący złe rzeczy w dobrej intencji to nadal dobry człowiek?
Nie da się na te pytania odpowiedzieć jednoznacznie w tej powieści i przyznaję, że nie potrafiłam zdecydowanie ocenić niektórych bohaterów.
Bo tak naprawdę nikt, nawet ci, którzy wydawali się pozytywni, mieli nadwerężone sumienie.

Autor bardzo obrazowo pokazuje drogę większości bohaterów do miejsca, w którym się właśnie znaleźli. To przygnębiający, ciężki i „brudny” obraz życia i wydarzeń, które ich ukształtowały.
Zresztą cała powieść jest w bardzo ciężkim klimacie, i uważam, że nie jest to powieść dla każdego, kto lubi kryminały czy nawet thrillery. Bo tu nie o same zbrodnie chodzi, a raczej o ludzi je popełniający, o ich motywacje i o to co ich do tych strasznych czynów popycha.
Jednak gdzieś przez ten brutalny i krwawy obraz zbrodni i deprawacji, przebija się odrobina nostalgii i tęsknoty za innym życiem, innym światem poza małomiasteczkowym marazmem i powolnym staczaniem się.
Jest to impuls, przebłysk, a jednak się pojawia i wywołuje w człowieku odrobinę współczucia dla niektórych bohaterów.

Autor bardzo sprawnie łączy ze sobą wszystkie wątki i splata losy bohaterów. Zostawia czytelnikowi pewne znaki, które naprowadzają go na możliwe zakończenie i mimo,  że zostałam pewnymi rozwiązaniami zaskoczona, a niektóre przewidziałam, to czuję się nim niezwykle usatysfakcjonowana.
Potwierdziło ono również moje przemyślenia, że zło napędza jeszcze większe zło, i że czasem jeden dobry gest może zmienić losy wielu ludzi.
Bardzo polecam tą książkę. To nie jest łatwa lektura, ale mimo ciężkiego klimatu, uważam, że zdecydowanie warto ją przeczytać.
Jestem pod wrażeniem „Diabła wcielonego” i po kolejne powieści autora sięgam już w ciemno.



niedziela, 4 sierpnia 2019

"33 razy, mój kochany" Nicolas Barreau

Julien to pisarz mieszkający w Paryżu. Niedawno z powodu nowotworu stracił żonę, którą kochał
nad życie. Helene miała trzydzieści trzy lata i przed śmiercią wymogła na mężu obietnicę, że gdy umrze, ten napisze do niej 33 listy, każdy za rok jej życia.
Julien pogrążony w żałobie i starający się zapewnić opiekę swojemu synowi Arturowi, początkowo nie chce pisać listów.
Ale przyjdzie taki dzień, że mężczyzna zacznie je pisać i umieszczać w skrytce w nagrobku.
Aż pewnego dnia, gdy będzie chciał schować kolejny list, odkryje, że wszystkie zniknęły, a w ich miejscu pojawiło się kamienne serce…

Czytając opis powieści, od razu byłam pewna, że to książka dla mnie. Miałam swoje oczekiwania i byłam przekonana, że wiem jak wszystko będzie na kartach powieści rozwiązane.
I gdy zaczęłam już książkę czytać, okazało się, że ogromnie się myliłam.
Książka nijak się miała do moich oczekiwań, za to okazała się…zdecydowanie lepsza!
Pierwszy plus, to historia gdzie głównym bohaterem jest mężczyzna i z jego punktu widzenia prowadzona jest narracja.
Julien dzieli się czytelnikami swoimi myślami, swoją żałobą i tym jak ją przeżywa. To piękny, choć przepełniony głębokim smutkiem obraz człowieka, który stracił miłość swojego życia.
Śledzimy jego poczynania, wizyty na cmentarzu Montmartre, jego codzienność wypełnioną żałobą i tęsknotą. 

Kolejnym plusem jest piękny język jakim powieść jest napisana. Jest taki aksamitny, płynny, melancholijny. Czytanie tej powieści to była czysta przyjemność i już za sam język należą się autorowi ukłony.
Oczywiście to nie jedyne plusy tej powieści. Opisy Paryża, jego ulic, kafejek, miejsc – autor zrobił to niezwykle plastycznie, potrafił oddać klimat miasta, ale nie ten folderowy dla turystów. Pokazał czytelnikowi Paryż oczami jego mieszkańca, który to miasto kocha. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie, byłam zachwycona i oczarowana.

Sama historia, pomimo, że przepełniona smutkiem, ma w sobie oczywiście odrobinę optymizmu i wiary w przyszłość.
Znikające listy, a w ich miejsce pojawiające się różne przedmioty, to początek intrygującej drogi Juliena do uleczenia duszy i pogodzenia się ze śmiercią ukochanej żony.
Ale mimo, że brzmi to prosto, wcale takie nie jest. To powolny i bolesny proces, któremu mimo wszystko, dzięki listom nasz bohaterem się poddaje.
Autor w piękny i poruszający sposób ukazał radzenie sobie z żałobą i utratą najbliższych. Nie epatuje ciągłym dramatyzmem, serce bohatera nie rozpada się co trzecie zdanie na milion kawałków,  a jednak potrafił mnie niesamowicie wzruszyć i doprowadzić do łez.
Nie ma w tej książce ani odrobiny sztampowości i działania na wyświechtanych schematach. Jest tu za to morze emocji, piękny język i poruszająca opowieść.
Opowieść o człowieku, jego stracie, jego mieście i odzyskiwaniu nadziei.

Jestem zachwycona tą książką. Właśnie takiej powieści mi od dawna brakowało i czekałam aż się pojawi.
I oto jest. „33 razy, mój kochany” autorstwa Nicolasa Barreau.
I choć od początku czuć, że książka zapewne skończy się dobrze, to jednak nie jest to taki typowy happy end, gdzie nagle znikają troski, a przeszłość odchodzi w zapomnienie.
Zakończenie jest prawdziwe, życiowe i wzruszające. Słowem – cudowne.

Jeśli lubicie pięknie napisane powieści obyczajowe, w których rozpacz miesza się z nadzieją, gdzie autor pisze pięknym i plastycznym językiem i potrafi wzruszyć bez zbytecznej ckliwości – to polecam „33 razy, mój kochany”.
Ja jestem oczarowana tą powieścią i chętnie sięgnę po kolejne książki autora.