sobota, 29 lutego 2020

„Kotka i Generał” Nino Haratischwili

„Kotka i Generał” Nino Haratischwili to moje pierwsze spotkanie z twórczością autorki pochodzącej
z Gruzji.
Jest to niełatwa historia podzielona na dwa przedziały czasowe, których łącznikiem jest jeden bohater – Aleksander Orłow, zwany później Generałem.
O czym jest ta powieść?
Przede wszystkim o próbie rozliczenia się z przeszłością i zadośćuczynienia za wyrządzone krzywdy.
Fabuła skupia się na wojnie w Afganistanie w latach dziewięćdziesiątych i na współczesnej próbie odpokutowania za popełnione wtedy winy.

Głównych bohaterów w powieści jest dwoje, tytułowa Kotka – aktorka, gruzinka, oraz Generał, oligarcha, który brał udział w wojnie w Afganistanie. Ale niech was to nie zmyli. Mimo, że autorka wyraźne pokazała, kto jest głównym bohaterem, to jest sporo postaci drugoplanowych, które wcale nie są mniej ważne niż tytułowa dwójka.
Sama kreacja bohaterów jest wspaniała. Każda z tych postaci ma w sobie pewną dozę tragizmu, rozpaczy, tęsknoty i poczucia winy. Są ludźmi, którzy całe życie szukają, czy to rozgrzeszenia, czy zadośćuczynienia, swojego miejsca na ziemi, miłości, spełniania pragnień.
Szukają w różny sposób, z rożnym efektem. Targają nimi ogromne emocje, niektórzy się gubią i nigdy już nie odnajdują. Niektórzy pragną naprawić to co niegdyś zostało zepsute, ale czy w ogóle da się to zrobić?

Książka nie jest łatwa. Ba, powiedziałabym, że jest wyjątkowo trudną lekturą. Bywa brutalna, potrafi złamać serce i sponiewierać duszę.
To nie jest ugrzeczniona historia ludzi na tle wojny. To jest historia wojny, która w swoje tryby wciąga ludzi, zmienia ich, popycha do strasznych czynów, niszczy, łamie.
Na tle działań zbrojnych śledzimy losy postaci, które w innych okolicznościach, innym miejscu i innym czasie, nigdy nie dopuściłyby się czynów, które zmieniają człowieka na zawsze.

Język powieści jest bogaty, plastyczny, ale nie jest lekki. Dłuższą chwilę musiałam się przyzwyczaić do stylu pisania autorki.
Ale gdy już wsiąkłam w jej sposób opisywania rzeczywistości, to nie potrafiłam tej powieści odłożyć.
Mimo, że książka totalnie mnie pochłonęła, to uważam, że były momenty, gdy była ciut przegadana, aż nazbyt rozwleczona przez co akcja mocno zwalniała. Wybijało mnie to z rytmu i nie ukrywam, musiałam na powrót wciągać się w fabułę.
Ale mimo takich przerywników, książka zapadła mi głęboko w serce. Długo nie potrafiłam o niej zapomnieć, pogodzić się z losem jej bohaterów, wybaczyć niektórych czynów, przestać myśleć o tym co się tam wydarzyło.
Ta książka potrafiła mną wstrząsną, doprowadzić do łez, do bezsilnej złości i gniewu.
Tak – gniewu.
Na tych co siedzą przy stołach i z bezpiecznej odległości decydują o życiu i śmierci zwykłych ludzi. Na tych, którzy bez mrugnięcia okiem skazują ludzi na wojenny horror w imię czego?


Nino Haratischwili napisała powieść trudną, opisała historię, która miała miejsce. Historię okrutną, bolesną, łamiącą serce.
Pokazała czytelnikowi, że w niektórych przypadkach winy się nie przedawniają, a odpokutowanie za nie jest zwyczajnie niemożliwe.
Polecam tą powieść.
Polecam, choć złamała mi serce i zostawiła w duszy ślad, który już nie zniknie.
Na pewno sięgnę po inne powieści autorki. Wierzę, że ktoś kto potrafi pisać w tak przejmujący sposób, nie może napisać słabej książki.


piątek, 21 lutego 2020

"Zima czarownicy" Katherine Arden

"Zima czarownicy", to ostatni tom Trylogii Zimowej Nocy Katherine Arden. Akcja tej
z wytęsknieniem wyczekiwanej przeze mnie powieści rozpoczyna się tam, gdzie zakończył się tom drugi, czyli w momencie spalenia Moskwy przez Żar-Ptaka.
Wasia pozbawiona pomocy Morozki sama będzie musiała stawić czoło złu, które atakuje znienacka, sprytne i przebiegłe.
Przed dziewczyną będzie długa droga, usiana zagrożeniami nie tylko ze strony czartów, ale i ludzi.

Jeśli chodzi o fabułę, to nic więcej napisać nie można, żeby przypadkiem nie zdradzić choć słowa za dużo. Bo fabuła tej książki jest tak cudowna, akcja tak świetnie poprowadzona, wątki tak misternie posplatane, że każdy spoiler to wg mnie byłby grzech ciężki.
Poprzednie dwa tomy trylogii zachwyciły mnie totalnie, wciągnęły w tak wspaniale odmalowany świat i dały poznać tak wyjątkowych i niepowtarzalnych bohaterów, że bałam się okropnie, czy „Zima czarownicy” podoła tak wywindowanym oczekiwaniom.
I wiecie co?
Nie tylko podołała, ale olśniła mnie i zachwyciła jeszcze bardziej niż poprzednie tomy.

Katherine Arden posiadła niesamowity dar pisania w sposób, który do tej pory spotkałam tylko u rosyjskojęzycznych pisarzy. Potrafiła ukazać wszystko to, co rozgrywało się w duszach bohaterów, potrafiła pokazać tęsknotę Wasi za wolnością, akceptacją i Morozką. Za byciem sobą.
Potrafiła opisać w wyjątkowo barwny sposób obraz tamtych czasów, panujących wtedy na Rusi obyczajów, tradycji, wymagań i oczekiwań względem kobiet i ich miejsca na świecie.
Do tego ta niepowtarzalna melancholia, czar, urok i posługiwanie się wyjątkowo pięknym językiem. To mieszanie się ze sobą czartów i kościelnych dzwonów, to ukazanie, że to co „stare” wcale nie oznacza, że z automatu jest złe.
Że na świecie jest miejsce dla wszystkich i wszystkiego, wystarczy tylko chcieć współpracować, dzielić się przestrzenią i tym co nas otacza.

Bohaterowie, których kreśli autorka są wyjątkowo barwni, pełnokrwiści, nie da się ich wtłoczyć w ramy czy schematy. Nikt nie jest tylko dobry lub tylko zły. A gdy już ciężko się w którymś z bohaterów dopatrzeć choć odrobiny dobra, wtedy okazuje się, że jest to w sumie postać tragiczna, wewnętrznie złamana, skłócona sama ze sobą.
Bohaterowie i niesamowity klimat surowej Rusi to ogromne zalety tej powieści, choć jeśli mam być szczera, to i w Zimie czarownicy i całej trylogii nie znalazłam choćby jednego elementu, który podobałby mi się mniej czy uznałabym go za słabszy.
Ta książka to dla mnie ideał, genialna, piękna, wzruszająca, zachwycająca, czasem też wywołująca uśmiech na twarzy.
Jest tu mroczny klimat, namiętności, tęsknoty i obawy. Są dwa istniejące obok siebie światy, każdy z nich ma swoje jasne i ciemne strony.
To czego tu na pewno nie znajdziecie, to schematy,  sztampowość i  wtórność.

„Zima czarownicy” to idealne zwieńczenie opowieści o Wasilisie, Morozku, Niedźwiedziu, Rusi i czartach.
Przepełniła mnie emocjami jakich dawno nie wywołała we mnie przeczytana książka.
Piękna, niesamowita i mroczna
Taka jest Zima czarownicy i taka jest cała trylogia Zimowej Nocy Katherine Arden.
Jeśli ktoś jeszcze waha się czy przeczytać tą trylogię, to namawiam gorąco – czytać! Czytać i jeszcze raz czytać.


wtorek, 18 lutego 2020

"Świt legend" Mariusz Walczak

Przeklęty bard, który próbuje pozbyć się swojego szaleństwa i opowiedzieć komuś swoją opowieść.
W końcu trafia na trójkę złodziei, ale zamiast przerzucić na nich swoją klątwę, bard zaczyna snuć opowieść… Opowieść o trójce przyjaciół, dzielnym rycerzu, który chce uratować świat i nierównej walce z ogromnym złem.
Czy śmiałkom uda się pokonać Bahal? Czy przeżyją drogę do wykonania zadanie jakie ich czeka?
Zło nie śpi, jest czujne i potężne. A trójka śmiałków właśnie stanęła mu na drodze.

Już od kilku dni się zbierałam, aby napisać swoją opinię o tej książce. I nie bardzo potrafiłam napisać coś, co by w pełni wyrażało moje odczucia.
Bo widzicie, mam z tą książką ogromny zgryz.
Zacznę od tego, że fabuła i pomysł na historię bardzo mi się spodobał. Czuć tu klimat dawnych legend i baśni, snutych przy ognisku.
Historia śmiałków, którzy nie zawahają się przed niczym, aby powstrzymać panoszące się pod postacią Bahal zło naprawdę mnie zaintrygowała.
Byłam ciekawa dokąd zmierza to historia, co się wydarzy i jak potoczą się losy bohaterów.
No właśnie – bohaterowie.
Polubiłam ich, głównych jest troje i każde z nich jest postacią, która wzbudza sympatię i której się kibicuje. Trzyma się kciuki za powodzenie ich misji, chce się, aby jak z pięknej baśni „żyli długo i szczęśliwie” po wykonaniu swojego zadania.
Ciekawie zapowiadał się również wykreowany przez autora świat, a raczej jego zarys.
Dlaczego zarys?
Ponieważ świat jest przedstawiony skąpo i pobieżnie. Ogromnie tego żałuję, bo wydaje mi się, że to naprawdę fascynujące miejsce.

I mimo, że byłam ciekawa rozwoju fabuły i tego w jakim kierunku potoczy się akcja, to niestety, ale „Świt legend” Mariusza Walczaka niepozbawiona jest według mnie wad. I to takich, które dość mocno mnie uwierały.
Po pierwsze styl.
Bardzo nierówny. Chwilami piękny, obrazowy i bardzo przyjemny, chwilami jakby ciosany siekierą, bardzo prosty i (nie wiem jak inaczej to nazwać) zgrzytliwy.
Kolejna sprawa to przedstawienie otaczającego bohaterów świata. Było mi przykro, że autor nie poświęcił temu więcej czasu i uwagi, bo to było ciekawe miejsce z potencjałem, który nie został wykorzystany.
Tak samo jak przedstawienie rozgrywających się na karatach powieści wydarzeń. Niektóre dostały odpowiednią porcję uwagi autora, ale sporo potraktował po macoszemu.
Również główni bohaterowie nie dostali od autora równych szans na to, aby dać się poznać czytelnikowi. Niektórzy pokazani zostali dość ciekawie, z uwzględnieniem ich przeszłości i przeżyć, o niektórych dowiedziałam się jedynie, że są (mówiąc oczywiście w sporym uproszczeniu) w porządku i stoją po dobrej stornie.
Najwięcej stracił na tym Hector, jego wątek aż się prosił o porządne rozwinięcie. Niestety go nie otrzymał, czym byłam niesamowicie rozczarowana.

Historia stworzona przez Mariusza Walczaka miała naprawdę ogromny potencjał. Jest w niej wszystko to, co sprawia, że człowiek daje się wciągnąć w czytaną opowieść. A jednak czegoś mi tu zabrakło, głębi, rozwinięcia ważnych wątków, lepszego ukazania bohaterów i toczących się wydarzeń.
I mimo, że spodziewałam się czegoś więcej, to jednak nie mogę napisać - i nie napiszę -  że „Świt legend” to książka zła.
To poprawna powieść, która miała szanse być świetną lekturą, a która tej szansy nie wykorzystała.

Na koniec chcę pochwalić wydawnictwo za ładną i klimatyczna okładkę, która od razu przykuła mój wzrok. Skojarzyła mi się z tajemnicą i legendą, którą od wielu dekad bardowie wyśpiewują przy ognisku na szlaku.



wtorek, 11 lutego 2020

"Diabły z Saints" Marcin Rusnak

Alan i Zack mają szczęście żyć w rybackiej wiosce Saints, gdzie czas upływa im na prostych
obowiązkach i zabawach z rówieśnikami. Niestety splot dramatycznych wypadków sprawia, że braciom przyjdzie zmierzyć się z nieznanym i niebezpiecznym światem, a wydarzenia w których wezmą udział na zawsze zmienią ich życie.
Czy Alan i Zack poradzą sobie z tajemnicami, które wiążą się z ich rodzicami i nimi samymi? Czym są moce, które budzą się w chłopcach? Aby znaleźć odpowiedź na te pytania, bracia wyruszą w drogę, z której nie będzie już powrotu.

„Diabły z Saints” to moje pierwsze spotkanie z twórczością Marcina Rusnaka.
Zaciekawił mnie opis fabuły i to na tyle, że wpisałam książkę na listę „przeczytać jak najszybciej”.
Akcja powieści jest bardzo wartka i rozpoczyna się z przytupem już od pierwszej strony.
Od samego początku również autor tworzy wyjątkowo klimatyczny obraz braci i otaczającego ich świata.
Ciekawie są również pokazani głowni bohaterowie, to jak się zmieniają, jak od siebie różnia mimo, że są bliźniakami. Jak inne mają spojrzenie na świat i jak duży wpływ mają na nich wydarzenia, w których byli uczestnikami.

Język powieści jest gładki, płynny, książkę naprawdę dobrze się czyta. Autor dość obrazowo przedstawia czytelnikowi otaczający bohaterów świat, choć ja nie do końca potrafiłam go sobie zwizualizować. Tzn. bez problemu wyobrażałam sobie opisywane przez autora miejsca, ich wygląda, otaczającą je przyrodę. Ale nie bardzo potrafiłam sobie umiejscowić czasy, w których rozgrywa się akcja. Przez to czułam lekkie zdezorientowanie i jakiś taki wewnętrzny dyskomfort. Miałam wrażenie, że mam pomieszane coś na kształt XVII wieku z XX. Czym dłużej jednak czytałam, tym bardziej wciągałam się w fabułę, a sposób ukazania świata przestał mnie uwierać i dałam się zauroczyć opowiadanej przez autora historii.

„Diabły z Saints” to fantasy pełną gębą. Przemyślane, dobrze skonstruowane i poprowadzone. Jest tu wszystko to, co lubię w powieściach z tego gatunku. Jest magia, są potwory, tajemnice, przepowiednie i bohaterowie, których nie sposób nie polubić.
Do tego lekki i dopracowany styl, dobre pióro i spójna fabuła, która wciąga od początku do końca.
To co początkowo wydaje się nie mieć związku ze sobą, okazuje się być kluczowe dla fabuły, dlatego czym dłużej czytałam, tym więcej „puzzli” wskakiwało na swoje miejsce , a ja byłam pod wrażeniem przemyślanego prowadzenia fabuły.

„Diabły z Saints” to naprawdę udana lektura, wciągająca, intrygująca, z ciekawym wątkiem głównym i fajnymi pobocznymi. To barwna i ciut mroczna przygoda, której bohaterowie chyba jeszcze nie do końca zdają sobie sprawę w co się wplątali i z czym tak naprawdę przyjdzie im się zmierzyć.
Mam nadzieję, że kolejne przygody Alana i Zaca już niedługo, bo jestem ogromnie ciekawa co też się wydarzy w ich życiu.
A na koniec chcę jeszcze pochwalić autora okładki – robi wrażenie i przyciąga wzrok.
Książkę szczerze polecam, czas spędzony na jej czytaniu to była przjemność.



poniedziałek, 3 lutego 2020

"Stacja miłość" Zoë Folbigg

„Stacja miłość” to oparta na prawdziwych wydarzeniach historia Mayi, która zakochuje się w
nieznajomym, z którym jeździ tym samym pociągiem.
Maya ma pracę, którą kocha, bliskich i przyjaciół i wielkie marzenie, aby Mężczyzna z Pociągu zwrócił na nią uwagę.
Ale zanim do tego dojdzie, minie trochę czasu i wiele się wydarzy.

Powieść Zoë Folbigg zaintrygowała mnie opisem i informacją, że to prawdziwa historia. Z ogromną ciekawością zabrałam się więc do czytania.
Akcja powieści rozwija się dość powoli, poznajemy naprzemiennie głównych bohaterów, śledzimy ich losy i to jak raz po raz przeplatają się ich ścieżki, choć często oni sami nie mają o tym pojęcia.
Dość szybko dałam się zaciekawić tej opowieści i wciągnąć w opowiadaną historię.
Wydawała mi się ona bardzo prawdopodobna, nie za wiele podkoloryzowana, jakby opowiadała mi ją koleżanka z sąsiedztwa.
Autorka bardzo się starała pisać obrazowo i plastycznie, pokazując czytelnikowi wszystko co dzieje się w życiu bohaterów.
Chwilami ciut za bardzo rozwlekała się przez to akcja, rozwój fabuły zmieniał kierunek, aby za jakiś czas znów skoncentrować się na głównym wątku, jakim była miłość Mayi do nieznajomego.

Prócz miłości do  Mężczyzny z Pociągu, w życiu Mayi dzieje się wiele innych ważnych wydarzeń. Autorka opisuje jej wzloty i upadki w pracy zawodowej, poszukiwania swojego miejsca na ziemi, nieudane próby poznania kogoś i stworzenia związku.
A jednak w tym wszystkim niezmiennie to miłość do nieznajomego z pociągu jest najważniejsza.
Zoë Folbigg jest dziennikarką i redaktorką, pisuje do różnych czasopism. Stacja miłość  to jej pierwsza powieść i to czuć.
Tzn. książka napisana jest poprawnie, dość płynnie, ale dla mnie sposób narracji bywał czasem męczący. Chwilami przemyślenia Mayi były dość rozwlekłe i potrafiły znudzić. Mimo to sama historia była dla mnie ciekawa i wciągająca. Chciałam się dowiedzieć jak rozwinie się historia Mayi i Jamesa, którego ta pokochała, choć nie zamieniła z nim ani jednego zdania, więc czytałam dalej i nie żałuję.
„Stacja miłość” pokazuje, że nie warto się poddawać, że trzeba brać sprawy we własne ręce i dążyć do realizacji marzeń.
Że strach potrafi sprawić, że przegapi się swoja szansę i życiową drogę, którą podsuwa nam pod nos los.
Czasem dość przewrotnie, czasem w sposób nieoczywisty, ale gdy już dostajemy szansę na zmianę, warto się nie bać i ją wykorzystać.

„Stacja miłość” to fajna historia, która może i mogłaby być lepiej napisana, ale mnie zaciekawiła na tyle, że dałam się wciągnąć w opowieść Mayi i przestałam zwracać uwagę na styl, który nie bardzo mi przypasował.
Ta opowieść tchnie optymizmem i wiarą, że jeśli czegoś bardzo się chce, to zawsze można to osiągnąć, pod warunkiem, że człowiek się nie podda i nie zniechęci.
Dla kogo „Stacja miłość”?
Chyba dla każdej kobiety, w której jest choć odrobina romantyczki i osoby, która lubi dobre zakończenia.


niedziela, 26 stycznia 2020

"Za głosem serca" Joanne MacGregor

On – młody, bogaty, przystojny i uwielbiany przez miliony dziewcząt aktor.
Ona – wkraczająca w dorosłość młoda idealistka, która chce robić w życiu coś ważnego i iść przez nie swoją drogą.
Ona go kocha, jak fanka swojego idola.
On postanawia uciec z przyjęcia na jachcie i prawie się topi.
Ona go ratuje.
I tak zaczyna się ich wspólna przygoda.
Brzmi jak typowy romans dla nastolatek? No brzmi i generalnie jest to prawda, bo „Za głosem serca” to jest romans YA. Ale mimo klasycznych schematów i mało odkrywczych zwrotów akcji,  jest naprawdę dobrze napisany, z fajnymi bohaterami i próbą pokazania, że w życiu liczy się coś więcej niż pieniądze.

Wzięłam się za czytanie tej powieści, bo miałam ochotę na jakieś romantyczne perturbacje bohaterów z gwarancją szczęśliwego zakończenia. Akurat to ostatnie, mimo że wielce prawdopodobne, wcale nie było tak do końca oczywiste.
O przygodach i uczuciu pomiędzy Romy a Loganem czytało mi się bardzo dobrze.
To fajnie i ciekawie nakreśleni bohaterowie, którzy wbrew pozorom, wcale nie są tacy oczywiści w swoich wyborach i decyzjach.
Mają swoje życie i  dążenia, obawy, lęki, są niepewni tego, jak pokierować swoimi życiowymi wyborami.
I mimo, że w tym gatunku takie wątki to nic odkrywczego, to jednak autorka tak kierowała rozwojem wydarzeń, że nie czuło się, że „to już gdzieś było”. Tak zwyczajnie można się było dać wciągnąć w świat bohaterów i pozwolić mu oczarować.

Książka nie stawia seksu jako głównego elementu w relacjach pomiędzy parą głównych bohaterów, co uważam za duży plus tej powieści.
Ważniejsze tu są uczucia, emocje i to jak sobie oboje radzą z sytuacją, w której się znaleźli.
Świat showbiznesu to nie tylko blask sławy i uwielbienie fanów, ma on swoje drugie oblicze i jest to oblicze okrutne i bezwzględne. I właśnie to drugie oblicze próbowała pokazać czytelnikom Joanne MacGregor, wg mnie z dobrym skutkiem.
Wszystko to co dzieje się podczas kręcenia filmu, wszystkie te starannie zaplanowane strategie i działania PRowe śledzimy oczami Romy, która nigdy wcześniej nie miała z tym styczności.
Razem z nią zachwycamy się tą bajeczną otoczką i zaczynamy dostrzegać jej zepsucie i fałsz.
Uważam, że to dobrze poprowadzony wątek, nie ma tu przesady ani przejaskrawiania pewnych wydarzeń. Jest za to ocena i wnioski do jakich dochodzi Romy.

Jeśli chodzi o wątek romantyczny, to i na tym polu autorka wykazała się wyczuciem. Jest pięknie, jest romantycznie, bywa seksownie i niecierpliwie jak to pomiędzy dwójką młodych ludzi, którzy właśnie się w sobie zakochali.
Rodzące się pomiędzy Romy a Loganem uczucie jest fajnie ukazane, a mimo, że to główny wątek w powieści, to nie spycha on innych ważnych elementów na dalszy plan.
„Za głosem serca” czytało mi się bardzo dobrze. Lekki i dopracowany styl, dobre pióro i plastyczny język. Do tego fajni bohaterowie, których zwyczajnie nie sposób nie polubić, zwłaszcza babcię głównej bohaterki, która okazała się nad wyraz barwną postacią.
I choć fabuła powieści nie tchnie może świeżością, to jednak jest lepsza niż wiele innych książek z tego gatunku, które dane mi było przeczytać.
Jest wciągająca, a historia w niej opowiadana jest całkiem wiarygodna.
Czytając „Za głosem serca” miałam takie luźne skojarzenia z baśnią o Kopciuszku i wariacją na jej temat.
Czy słusznie i taki był zamysł autorki? Nie wiem. Mi jednak przypadła do gustu historia Romy i Logana i gdy znów będę miała chęć na odrobinę romansu, w pierwszej kolejności sięgnę po inne książki autorki.
Polecam.

niedziela, 19 stycznia 2020

Podsumowanie roku 2019, czyli co mi w serce czytelnika zapadło

Czytelniczo rok 2019 był dla mnie ciężkim rokiem. Wiele spraw prywatnych wpłynęło na to, że nie miałam serce do czytania, szło mi jak po grudzie, mimo iż książki były bardzo dobre.
Ale w końcu przełamałam kryzys (gdzieś po wakacjach) i moja największa pasja znów dawała mi wiele radości.

Ten rok, jesli chodzi o najlepsze przeczytane w nim książki wygrywa bezapelacyjnie powieść wydana przez Wydawnictwo Papierowy Księżyc "Corla lasu" Juliet Marillier

Najlepsza książka przeczytana w 2019 roku
Ta powieść to czyste złoto. Genialna, cudowna, klimatyczna, przepięknie napisana, poprowadzona, z genialnie nakreslonymi bohaterami i ich historią. Niby baśń na postawie, ktorej została napsiana wszyscy znają, ale to jak ubogadziła ją autora zasługuje na wszelkie nagrody.
Mój absolutnu nr 1 w ubiegłym roku i jedna z najlepszych ogólnie.

W ubiegłym roku wiele było fantastyki. Pojawiły sie kontynuacje rozpoczętych serii (Żniwiarz, Inni, Książę ciemności, Kroniki Belorskie, Molly Blackwater, Trylogia zimowej nocy, Krucze serce) ale i sporo nowych przygód napisanych przez zagranicznych i polskich autorów).
Kolejność tych książek jest dowolna, nie ma tu podium. Podobały mi się wszystki, każda za coś innego, ale miały też wspólny mianownik - potrafił wciągnąć mnie do swojego świata i zachwycić, nawet pomimo niedoskonałości.
fantastyka
W drugiej kategorii wrzuciłam taki miks gatunkowy, powieści obyczajowe, dramaty, powieści grozy, przygodowe. Tu również nie mam swojego numeru jeden. Każda z powieści na zdjeciu podobała mi się bardzo, każda zachwyciła na swój sposób i zrobiła na mnie wrażenie, niektóre mocno nastraszyły.
gatunkowy miszmasz



Mimo, że ubiegły rok był dla mnie ogromnie ciężki, to znalazły się w nim i pozytywne wydarzenia. Byłam po raz drugi na Targach książki w Krakowie, gdzie spędziłam cudowne dwa dni, poznałam wiele wyjątkowych osób,  napisałam pierwszą wspólną recenzję z Lidią z  Booklore, zwiedziłam kilka fajnych miejsc, które miałam "pod nosem".
Mam nadzieję, że ten rok będzie dla mnie lepszy, nei tylko pod względem osobistym ale i czytelniczym.


środa, 15 stycznia 2020

"Twoje fotografie" Tammy Robinson

W dniu swoich dwudziestych ósmych urodzin Ava dowiaduje się, że rak, którego pokonała kilka lat
wcześniej wrócił i nie daje jej żadnych szans.
Kobieta nie zamierza jednak leżeć i czekać na śmierć, chce sama zdecydować o tym jak przeżyje pozostały jej czas, a jednym z jej marzeń od zawsze było aby stanąć na ślubnym kobiercu, w całej tej ślubnej otoczce.
Problem jest tylko jeden: brak pana młodego.
Gdy najbliżsi mobilizują siły aby pomóc jej spełnić to marzenie, niespodziewanie w sprawę zaczynają się angażować najpierw socialmedia, potem prasa. Wieść rozchodzi się lotem błyskawicy, ale są rzeczy, na które nie ma się wpływu – takie jak na przykład miłość…

Czytałam poprzednią wydaną u nas książkę autorki i byłam naprawdę pod jej wrażeniem. Po „Twoje fotografie” sięgnęłam więc z przekonaniem, że to musi być dobra lektura.
I wiecie co?
Nie pomyliłam się.
Ta powieść jest nie dość, że napisana pięknym językiem, nie dość, że dopracowana, to jeszcze tak szalenie trudny temat jak odchodzenie jest, mimo nierzadkich scen  humorystycznych, potraktowany z niezwykłą subtelnością i wyczuciem.
Nie ma tu epatowania cierpieniem ponad miarę, ale nie ma też udawania, że ono nie istnieje. Wszystko jest dobrane w idealnych proporcjach, śmiech, łzy, radość, smutek.
Ta powieść przypomina mi swoim klimatem inną książkę o odchodzeniu, o której pisałam dawno temu na blogu – Ostatnie dni Królika.
Obie powieści łączy ogromny ładunek emocjonalny i piękna historia.

„Twoje fotografie” czyta się z ogromną przyjemnością, autorka ma wspaniały styl i wyjątkowo dobre pióro. Potrafi pisać niezwykle obrazowo, malować przed czytelnikiem nie tylko obraz otaczającego bohaterów świata, ale także ich uczuć. To ogromny plus tej książki.
Drugim są bohaterowie.
Są bardzo wiarygodni i prawdziwi  w swoim postępowaniu, decyzjach i rozterkach. Dodatkowo naprawdę nie sposób ich nie polubić. Nie ma tu postaci, która nie byłaby ważna, czy to pierwszo czy drugoplanowa. Każdy ma tu znaczenie, o każdym chce się czytać.
I główna bohaterka – Ava.
To autentyczna, wyrazista i zwyczajnie piękna postać. Piękna zewnętrznie i wewnętrznie. Ciężko było mi się pogodzić z tym, że od początku wiem, jaki spotyka ją los. Polubiłam ta dzielną i cudowna kobietę i płakałam ogromnie nad tym co ją spotkało.
Tammy Robinson potrafi tworzyć wspaniałych bohaterów i nic co bym napisała nie odda w pełni tego co czułam czytając tą powieść.

„Twoje fotografie” to przepiękna książka, które porusza niesamowicie trudny temat. Robi to pięknie, subtelnie, z wyczuciem. Pokazuje ogrom emocji, ale bez niepotrzebnego epatowania cierpieniem, choć autorka nie unika pisania o nim.
Ta powieść złamała mi serce, zmusiła do zatrzymania się na chwilę i docenienia tego co mam  najcenniejszego – życia.
Wylałam wiele łez, wiele razy szczerze się śmiałam. Ava swoim życiem i umieraniem wprawiła mnie w stan zadumania, melancholii, ale i tchnęła nadzieję w moje umęczone jej odejściem serce.
To przepiękna, choć ogromnie smutna historia.
Historia, o której się nie zapomina nigdy.


Polecam całym sercem.





czwartek, 9 stycznia 2020

"Nibynoc" Jay Kristoff

„Nibynoc”.
Książka, którą kupiłam dawno temu, potem dokupiłam drugi tom… i postanowiłam nie czytać, bo się
naczytałam negatywnych opinii.
Nie bardzo wiedziałam, czy dać te książki komuś, czy może sprzedać, więc nie robiłam z nimi nic. I tak sobie stały zapomniane na najniższej półce regału, aż mnie Lidia z Booklore namówiła, żebym spróbowała przeczytać pierwszy tom.
I spróbowałam.

Mia ledwie uchodzi z życiem po nieudanej rebelii swojego ojca, który jako zdrajca zostaje powieszony.
Dziewczyna, pozbawiona rodziny i przyjaciół postanawia zemścić się na winnych rozpadowi jej bliskich. Prócz determinacji posiada również dar rozmawiania z cieniami. Przy pomocy emerytowanego zabójcy, dziewczyna uczy się, aby wstąpić do Czerwonego Kościoła, gdzie szkoli się najgroźniejszych zabójców w całej Republice.
Ma to być jej klucz do zemsty, ale nauka w Kościele sama w sobie będzie jedną wielką próbą.
Czy Mia jej podoła?

Wiecie, gdy czytałam opis książki byłam ciekawa, jak autor ugryzie ten temat, bo sam opis nie sugerował niczego świeżego i zaskakującego.
Powiedziałabym nawet, że opis fabuły to taki miszmasz wszystkiego co już kiedyś było, w dodatku z nastoletnią twardzielką w roli głównej bohaterki.
Ale gdy zaczęłam czytać, początkowo dość pomału, krok po kroku zagłębiałam się w świat wykreowany przez  autora i nawet nie wiem kiedy, a wsiąkłam na amen.

Podoba mi się sposób prowadzenia narracji i te niezliczone ilości przypisów, które były dla mnie źródłem wiedzy o świecie, w którym żyje Mia.
Lekki i dobry styl, do tego bardzo plastyczne opisy, spora porcja humoru i wartka akcja. Czego można chcieć więcej? Ano spójnej fabuły, bez lukrowanego wątku miłosnego podczas którego bohaterka już przy pierwszych motylach w brzuchu traci zdolność racjonalnego myślenia. Tego ostatniego na szczęście w Nibynocy nie ma, choć przyznam się w sekrecie, że liczyłam na choć krótki romans pomiędzy Mią a jednym z bohaterów.
Niestety nie dane mi było o nim przeczytać, ale nie przeszkodziły mi te moje zawiedzione nadzieje w cieszeniu się lekturą.

Fabuła jest spójna i autor konsekwentnie dąży w wyznaczonym kierunku. Gdy myślałam, że wiem jak to wszystko się potoczy, że mimo obiecującej pierwszej połowy, druga część powieści powieli schemat setek innych historii w tym stylu, autor zrobił mi kilka psikusów i totalnie zaskoczył.
Naprawdę byłam ogromnie zaskoczona jak poprowadził akcję, jak rozwinął niektóre wątki i jak pokierował życiem Mii.
Bardzo mi się to spodobało, bo to daje nadzieję, że kolejny tom będzie lepszy.

Sposób ukazanie swoich bohaterów autorowi wyjątkowo się udał. Nie było w tej książce postaci, które by mnie denerwowały czy irytowały. Sama Mia jest bardzo fajną bohaterką, nieprzerysowaną, potrafiącą racjonalnie myśleć i podejmować sensowne decyzje. Nie ma w niej nic  ani z rozszczebiotanej nastolatki, ani superhiper twardzielki, która nikogo i niczego się nie boi.
Jest twarda, jest harda, ale i wrażliwa i ma serce tam gdzie trzeba. Co patrząc na profesję jaką postanowiła się zajmować jest dość wyjątkowe.
Nie znajdziecie w Nibynocygłownej bohaterki wulgarnej, pyskatej i aroganckiej tylko doświadczoną przez życie twardą i zdeterminowaną młodą dziewczynę, która mimo wszystko zachowała w sobie pewną dozę wrażliwości.

„Nibynoc” to książka w swoim gatunku bardzo dobra. Ciekawa, wciągająca, dobrze napisana, z wyrazistymi bohaterami.
Spójna fabuła, zaskakujące zwroty akcji i bohaterowie, których zwyczajnie się lubi.
Pomimo tych wszystkich negatywnych opinii, ja jestem bardzo na tak i zachęcam do sięgnięcia po tą powieść, zwłaszcza, że tom drugi od dawna już jest dostępny, a trzeci (finalny) ma się ukazać już w marcu.
Polecam.


poniedziałek, 6 stycznia 2020

„Zimowe zaręczyny” Christelle Dabos. Tom pierwszy serii Lustrzanna

„Zimowe zaręczyny” autorstwa Christelle Dabos to pierwszy tom serii Lustrzanna. To steampunkowy
świat, który zabiera czytelnika do niesamowitych miejsc, ciekawych wydarzeń i wyjątkowych bohaterów.
Główną bohaterką jest Ofelia, mieszkająca na arce Animie, która zostaje zaręczona z tajemniczym Thornem, mieszkającym na odległej arce zwanej Biegunem.
Mimo, że dziewczyna nie chce wychodzić za mąż, nie ma wyjścia i wraz z narzeczonym udaje się na jego rodzinną arkę. A tam już nic nie jest takie jak się wydawało.

Akcja powieści jest bardzo dynamiczna i wartka. Autorka nie daje czytelnikowi za dużo czasu na złapanie oddechu, bo tu wydarzenie goni wydarzenie.
Mimo to, jest czas na przedstawienie czytelnikowi wykreowanego świata, choć ja miałam mocny niedosyt informacji na temat otaczającej bohaterów rzeczywistości i tego jakimi prawami rządzi się ich świat. Ciekawiło mnie wszystko co z tym związane, ale autorka dawkowała mi informacje małymi porcjami zaostrzając moją chęć dowiedzenia się więcej.
Natomiast szybko dowiadujemy się najważniejszych rzeczy, że ludzie posiadają różne moce, np. Ofelia potrafi czytać przeszłość przedmiotów praktycznie do czasu ich powstania i przechodzić przez lustra, co jest dość wyjątkową umiejętnością, że każda arka ma swojego opiekuna, kogoś na kształt boskiej istoty, ale będącej całkiem materialnym mieszkańcem arki. Jest tego więcej, bo świat stworzony przez autorkę jest bogaty i ciekawy.

Jeśli chodzi o bohaterów, to są bardzo fajnie nakreśleni, choć najwięcej dowiadujemy się o Ofelii. Narracja jest trzecioosobowa dzięki czemu śledzimy wydarzenia z szerszej perspektywy, choć wszystko co jest tajemnicą dla Ofelii, jest też tajemnicą dla czytelnika.
Ofelia jako główna bohaterka posiada w sobie cechy, które mnie osobiście czasami irytowały, ale są one uzasadnione, wynikają z tego co dziewczynę spotkało w przeszłości. Jest to dla mnie zrozumiałe, więc zaakceptowałam bohaterkę taką jaka jest i czytanie o tym co ją spotyka szło mi bardzo dobrze i bez denerwowania się.

Bohaterowie drugoplanowi również są dobrze wykreowani, każdy odgrywa w powieści ważną rolę, nie jest tylko statysta w fabule, ma swoje zadanie, ukryte cele, dążenia, które czytelnik odkrywa kawałek po kawałku razem z bohaterką. W tym tomie mało dowiadujemy się o drugim głównym bohaterze, czy Thornie, ale czuję, że to celowy zabieg i czekam na drugą część, aby odkryć tajemnice tego młodego mężczyzny.
Oczywiście nie wszystko jest tym czym się na pierwszy rzut oka wydaje, Ofelia nie wie komu może ufać, czym kierował się jej narzeczony wybierając ją na żonę i do czego on dąży.
Fabuła jest spójna, ale nie jest łatwo przewidzieć kto, co, jak i dlaczego. Gubi się w tym bohaterka, gubi się i czytelnik, a gdy już oboje odkrywają niektóre tajemnice, zaskoczenie jest niesamowite.

Książka napisana jest pięknym językiem, pełnym, plastycznym, obrazowym. Czytanie Zimowych zaręczyn to czysta przyjemność, za co również ponosi odpowiedzialność tłumacz, pan Paweł Łapiński.
I mimo, że to powieść młodzieżowa, a bohaterka ma siedemnaście lat w momencie, gdy ją poznajemy, to śmiało po powieść mogą sięgnąć również starsi czytelnicy.
Dla mnie lektura tej powieści była czystą przyjemnością i mimo, że czasy gdy byłam nastolatką minęły bardzo dawno temu, fabuła mnie wciągnęła, bohaterowie ciekawili, a tajemnice otaczające Ofelię intrygowały.
Dałam się pochłonąć temu ciekawie wykreowanemu światu i z chęcią dowiem się o nim więcej w kolejnych tomach serii.
Jestem bardzo ciekawa jak potoczą się losy głównej bohaterki i jej niechcianego narzeczonego, co się wydarzy, gdy Ofelia odkryje cel Thorna i jak poukłada się ich wspólne życie (jeśli do niego dojdzie, bo ślubu jeszcze nie było).

Autorka zabrała mnie w Zimowych zaręczynach w niesamowitą podróż i już nie mogę się doczekać jej kontynuacji.
Co mnie zaskakuje to fakt, że o tej powieści jest tak cicho, mało opinii czy recenzji, na Instagramie nie ma zdjęć… Zaskakujące i niepojęte, bo książka jest świetna i zasługuje na to by o niej mówić, polecać, pokazywać.




wtorek, 31 grudnia 2019

„Boginie z Žítkovej” Kateřina Tučková

Ostatnia opinia na blogu w tym roku będzie o książce wyjątkowej.

„Boginie z Žítkovej” Kateřina Tučková

Wysoko w Białych Karpatach, na pograniczu Moraw i Słowacji, w odciętej od świata wsi Žítková żyły wyjątkowe kobiety. Potrafiły leczyć ziołami, przepowiadać przyszłość, poskramiać żywioły. Nazywano je boginiami, a ich tajemniczą sztukę bogowaniem.

Dora Idesová należy do ostatnich z rodu bogiń, nie chce jednak praktykować magii. Opuszcza rodzinne strony, kończy etnografię i postanawia zgłębiać fenomen bogiń od strony naukowej. Pewnego dnia odkrywa, że wśród materiałów tajnych służb StB znajduje się teczka jej ciotki, bogini Surmeny*.
*opis wydawcy

Fakt, że Dora odkryje materiały służb specjalnych na temat jej ciotki, popchnie ją na drogę poszukiwań prawdy i grzebania w przeszłości, sięgającej II WŚ, ale i dalej, za losami kolejnych bogiń.
Gdy zaczynałam czytać tą powieść, nie wiedziałam czego się po niej spodziewać. Oczywiście skojarzyłam sobie boginie z naszymi szeptuchami i jest to skojarzenie słuszne, o czym autorka wspomina w powieści.
Jednak nie jest to tylko opowieść o Karpackich boginiach jako takich, bo autorka opisuje losy prawdziwych postaci, choć nie o wszystkich pisze wprost, zmienia dane, z kilku osób tworzy jedną postać dodaje również postacie fikcyjne.
Prócz opowieści jaką snuje współcześnie Dora podczas swoich poszukiwań, autorka cofa się w przeszłość i ukazuje krok po kroku losy innych bogiń, nie tylko Surmeny. Mamy również możliwość poznać niektóre informacje o boginiach w formie dokumentów ze śledztw jakie prowadzili agenci służb StB.
Początkowo nie mogłam się do tego przekonać, ale czym bardziej zagłębiałam się w tą opowieść, tym mniej mi to przeszkadzało, aż złapałam się na tym, że zaczyna mi się podobać taka forma prowadzenia narracji.

Dwie linie czasowe, tzn. współczesna dotycząca Dory i ta z przeszłości jej rodziny i innych bogiń idealnie się uzupełniają.
Obraz bogiń, ich pracy i życia jest niezwykle przejmujący i poruszający. Autorka nie bawi się w sentymenty, pokazuje wszystko czego dowiaduje się Dora z brutalną szczerością i bez owijania w bawełnę.
Z jej opowieści wyłania się obraz ciężkiego życia w prawie odciętej od świata wiosce kobiet, które posiadają przekazywaną z matki na córkę wiedzę dzięki, której mogą pomagać innym. Ale ten świat nie jest wolny od zawiści, zazdrości i lęku, który potrafi popchnąć do haniebnych czynów.
Również obraz życia Dory, niepotrafiącej wyzwolić się ze strachu przed tym jaka jest, niepotrafiącej odnaleźć swojego miejsca na ziemi jest ogromnie smutny i przejmujący.

Opowieść Kateřiny Tučkovej jest gorzka, pełna bólu, smutku, tęsknoty i niespełnienia. To obraz walki kobiet o siebie i swoje życie, o swoich najbliższych, ale i o przetrwanie w bezwzględnym świecie.
Ta opowieść robi ogromne wrażenie, ale to nie jest lekka lektura. To ciężki temat i trudna historia, której finał potrafi człowiek mocno wstrząsnąć.
Nie znajdziecie tu lekkich i zabawnych historyjek o pracy bogiń, anegdot czy wizji kobiet posiadających szacunek tych, którym pomagały.
Ale bezsprzecznie książka warta jest każdej minuty, jaką się poświęca na jej czytanie. To ciężka i poruszająca historia, ale niesamowita i pochłaniająca człowieka na wiele godzin.

„Boginie z Žítkovej” to książka niebanalna, dobrze napisana, poruszająca, wymykająca się wszelkim schematom.
Chwilami miałam wrażenie, że czytam pięknie opowiedzianą baśń (wątki z przeszłości bogiń), chwilami, że powieść historyczną, chwilami, że reportaż. Wszystko to łączy ze sobą sprytnie autorka, co daje zaskakująco dobry efekt i zachwyca.
Ta z pozoru prosta opowieść o zwykłych ludziach jest w rzeczywistości bardzo niezwykła.
To chyba moja pierwsza styczność z literaturą czeską i jestem pewna, że to dopiero początek mojej z nią przygody.
„Boginie z Žítkovej” to naprawdę jedna z lepszych książek jakie dane mi było przeczytać.
Szczerze polecam i zachęcam Was do sięgnięcie po tą niebanalną powieść.







poniedziałek, 30 grudnia 2019

"Kłamca. Cyngiel niebios" Jakub Ćwiek

Dawno, dawno temu… Ok nie aż TAK dawno, ale jednak ładny szmat czasu minęło, gdy
przeczytałam po raz pierwszy „Kłamcę” Jakuba Ćwieka.
Książka mi się spodobała, więc czekałam na kolejny tom, ale w tym czekaniu jakoś mi umknął fakt, że kolejne tomy już są.
Aż jakiś czas temu Wydawnictwo SQN wznowiło serię i to z pięknymi okładkami. Nie pozostało mi nic innego, jak przypomnieć sobie jak to z tym Lokim było i jak potoczył się losy tego drania.


Pierwszy tom przygód Lokiego to zbiór opowiadań, ale w jakiś przemyślany sposób idealnie do siebie pasujących. Można przestać czytać w każdym momencie bez szkody dla całości, a jednak połyka się kolejne opowiadania i czuje się pewien rodzaj ciągłości.
Wiele w tej książce smaczków, wiele nawiązań, sprawne buszowanie po mitologii nordyckiej, chrześcijańskiej i kilku innych na dokładkę. Akcja dzieje się w miejscach mitologicznych, ale i w naszym współczesnym świecie. I wiecie co, mi się wszędzie podobało, chętnie czytałam o kolejnych przygodach Lokiego i jego działaniach niezależnie gdzie rozgrywała się akcja.
W książce sporo jest humoru, sarkazmu, a słowne utarczki Lokiego i jego anielskich zwierzchników nie raz doprowadzały mnie do głośnego śmiechu.

I tak czytając Kłamcę wydawać by się mogło, że to jedynie lekka i zabawna zbieranina historyjek o jednym z barwniejszych mieszkańców Walhalli.
A jednak tak nie jest.
Pamiętacie gumę do żucia SHOCK?
Wrzucało się taką do buzi, a ona aż wykrzywiała twarz gorzko-kwaśnym smakiem. Jak ktoś był cienias, to od razu ja rozgryzał, żeby dostać się do słodyczy umieszczonej w środku. Jak ktoś był twardziel, to ssał aż się przebił do słodkiego i wreszcie przestawało się robić miny jak psychopatyczny morderca z dobrego horroru.

Podobnie ma się sprawa z Kłamcą Jakuba Ćwieka. Tylko u niego ta goryczy, ten gorzki smak, ukryte są w środku każdej opowieści. Pod przykrywką „słodyczy”, humoru czai się coś więcej, pewne smutne prawdy o przemijaniu, lojalności, odchodzeniu w niepamięć tego, co jeszcze niedawno było jednym z najważniejszych elementów świata. Mimo lekkiej formy, gdy człowiek się nad tym zastanowi, jak wszystko co kiedyś było dla nas ważne, teraz już jest zapomniane, to potrafi ogarnąć smutek i melancholia.

Czytając Kłamcę ileśtam lat temu, pewnie nie zwracałam aż takiej uwagi na styl czy lekkość pióra jak teraz, więc i nie mam porównania, czy nowe wydanie jest poprawione, przeredagowane i zmienione. Doceniam sposób pisania autora, bo jest on wg mnie bardzo dobry i sprawia, że lektura książki to była czysta przyjemność.
Do tego nowe okładki naprawdę przykuwają wzrok, wydawnictwo mocno się przyłożyło.

Książkę pochłania się naprawdę w ekspresowym tempie, bo ciężko ją odłożyć, tak wciąga. Po latach, gdy w pamięci pozostały tylko ogólne wrażenia, miałam wrażenie, jakbym czytała ją po raz pierwszy.
Bawiłam się przednio, bo nie ma co ukrywać, że to literatura rozrywkowa, ale tak jak pisałam – ja odnalazłam w niej coś więcej, coś co mnie smuciło i wprawiło w zadumę.
Czy „Kłamca. Cyngiel niebios” ma jakieś wady?
Wg mnie jedną zasadniczą – za szybko się kończy. Pocieszające jest jednak to, że kolejne tomy już czekają na półce, wiec na dalsze przygody boga kłamstwa nie muszę czekać.

A sam Loki? Powinien być bohaterem negatywnym, w końcu to przez niego dokonał się Ragnarok, a ten łotr wywinął niejeden brzydki numer.
A jednak ciężko jest znielubić drania, nie sposób nie obdarzyć go sympatią, choć taką podszytą odrobiną braku zaufania.
No jest ten Loki wyjątkowym bohaterem i co tu dużo mówić – gdy przeczyta się jeden tom, zdecydowanie chce się więcej.
Polecam.