czwartek, 27 czerwca 2019

"Cedyno" trzeci tom serii Wysłannicy Melissy Darwood

„Cedyno” to trzeci tom serii Wysłannicy Melissy Darwood. Czytałam poprzednie części,  pierwszy
tom mi się podobał, drugi mnie zachwycił, a więc odnośnie trzeciego miałam wysokie wymagania.
Akcja dzieje się po tym jak Zuzka wraca z Guerry. Dziewczyna nie potrafi zapomnieć o ludziach, którzy tam niewyobrażalnie cierpią, stopniowo więc w jej głowie rodzi się plan wyswobodzenia więźniów. Zdaje sobie sprawę, że sama tego nie zrobi, a jej poszukiwania sprzymierzeńców owocują poznaniem Ludzi Cedyno, tajemniczych i obdarzonych niesamowitymi zdolnościami, którym przewodzi charyzmatyczny Jordan.
Spotkanie Guardianów z Ludźmi Cedyno da niesamowite efekty i doprowadzi do wydarzeń, których nikt się nie spodziewał.

Sięgając po trzeci tom serii, kompletnie nie wiedziałam czego się po tej książce spodziewać. Autorka w tej serii już nie raz mnie zaskakiwała i również teraz byłam przygotowana na to, że dam się zaskoczyć.
Wśród znanych nam już bohaterów – prócz tytułowych Ludzi Cedyno – pojawia się nowa postać,  Lea. Młoda dziewczyna, która była wolontariuszką w lokalnym schronisku, a teraz, odkąd wykupił je Gabriel, jest jego etatowym pracownikiem.
I to właśnie Lea i tajemniczy Jordan są „parą”, wokół której w tym tomie toczy się akcja.
Oczywiście nie zabrakło tak dobrze znanych już czytelnikom bohaterów, pojawiają się wszyscy, których autorka stworzyła w poprzednich tomach.

Jeśli chodzi o kreację postaci, to są one zawsze dopracowane, ciekawie ukazane, nietuzinkowe. Doskonale ich poznajemy, bo Melissa Darwood na to pozwala czytelnikowi, dzięki czemu można się do nich przywiązać, polubić ich, zrozumieć ich motywacje i przyczyny takich a nie innych wyborów.
Mimo sporej ilości nowych bohaterów, autorka nie zapomniała również o tych, których dobrze już znamy i potrafiła w zaskakujący sposób kierować ich losem.
Są tak samo ważni dla fabuły, jak bohaterowie pierwszoplanowi i często pojawiają się na kartach powieści. Nie stoją w miejscu, rozwijają się, zmieniają. To postacie z krwi i kości, mają swoje słabości, wady, marzenia.

Lekki styl i plastyczny język sprawiają, że książkę czyta się bardzo dobrze. Nie trudno wyobrazić sobie wszystko o czym opowiada autorka. Do tego Melissa Darwood ma talent do pisania o uczuciach, emocjach. Przychodzi jej to bardzo naturalnie, nie ma w tym sztuczności i egzaltacji. Czytając o uczuciowych problemach i perypetiach bohaterów ma się wrażenie, że to osoby, które moglibyśmy spotkać na swojej drodze, w swoim otoczeniu.
Tak jak pisałam wcześniej, kreacja bohaterów to zdecydowanie talent pisarki.

„Cedyno” zaskoczyła mnie nie raz. To książka, która wciąga, zamyka w kokonie przyjemności z czytania i nie wypuszcza aż do ostatniego słowa.
Jedyny minus to taki, że szybko się kończy i człowiek czuje niedosyt i chęć dłuższego pozostania w świecie bohaterów.
Mam nadzieję, że to nie jest ostatnie spotkanie z Guardianami i Ludźmi Cedyno. Zresztą zakończenie jest takie, że bez problemu mogę sobie wyobrazić o czym mógłby opowiadać kolejny tom.

Cała seria Wysłannicy, to opowieść o miłości, walce dobra ze złem, walce ze swoimi słabościami i kroczeniu dobrą drogą.
Każda z książek Melissy Darwood jest niejednoznaczna, każda ma w sobie drugie dno i przesłanie. Cedyno nie różni się w tym zakresie od innych powieści autorki.
Byłam zaskoczona pewnymi wydarzeniami i tym w jakim kierunku rozwinęła się fabuła, ale nie ukrywam, że przypadło mi to do gustu. I mimo, że każdy z trzech tomów serii, to niewątpliwie opowieść o miłości, to odnajdziecie w nich dużo więcej, niż romans.
Mam nadzieję, że kolejny tom serii powstanie. Polubiłam ten świat i tych bohaterów, ciężko by mi było rozstać się z nimi już tak definitywnie.

niedziela, 23 czerwca 2019

"Łowca Tygrysów" Paullina Simons

Julian wiedzie udane życie w Los Angeles. Ma pracę, wiernego przyjaciela, dziewczynę. Wszystko to
zmienia się gdy na scenie teatru w Nowym Jorku, zamiast Nicole Kidman występuje jej dublerka – Josephine.
Kobieta przykuwa uwagę Juliana, a gdy spotyka ją w LA, całe życie mężczyzny ulega zmianie.
Namiętny związek z Josephine nabiera intensywności, Julian się oświadcza, ale los bywa przewrotny i tuż przed ślubem dochodzi do tragedii.
Załamany Julian decyduje się na przeprowadzkę do Londynu, gdzie szuka powracającej do niego we śnie ukochanej, aż w końcu dostanie szansę na podróż, której nie tyczą się ograniczenia czasu i miejsca.

Gdy na stronie autorki zobaczyłam, że napisała nową trylogię, aż mi serce zatrzepotało z radości. Jestem wielką fanką twórczości Paulliny Simons, nie tylko jej (uwielbianego przeze mnie) Jeźdźca Miedzianego, ale i innych powieści.
Byłam ogromnie ciekawa co tym razem mi zaoferuje pochodząca z Rosji pisarka, spodziewałam się chyba wszystkiego, ale na pewno nie tego co dostałam.

Akcja powieści rozwija się powoli. Poznajemy głównego bohatera, dostajemy strzępy informacji o jego przeszłości, poznajemy również jego przyjaciół, którzy pomimo, że są bohaterami drugoplanowymi, odegrają ważną rolę w tej opowieści.
Najmniej dowiadujemy się o Josephine. I to nie tylko my, ale i Julian, który zakochany absolutnie, praktycznie niczego nie wie o swojej ukochanej.
Sposób kreowanie bohaterów jest dla mnie wyjątkowo udany, jakbym słuchała opowieści o ludziach, którzy żyją gdzieś obok mnie. Są w moim odczuciu tak prawdziwi, że ciężko chwilami było mi uwierzyć, że to tylko fikcja.

Jeśli chodzi o styl pisania, to niezmiennie jest on przesiąknięty tą typową dla pisarzy zza naszej wschodniej granicy melancholią.
I mimo elementów fantastycznych (podróż w czasie), to książka zachwycała mnie opowieścią o człowieku, wielkiej miłości, szczęściu i tak samo wielkiej rozpaczy, która potrafi popchnąć na skraj szaleństwa.
Pani Simons pisze w bardzo plastyczny sposób, nietrudno sobie wyobrazić wszystko o czym opowiada. W taki sam sposób opowiada o uczuciach, są niezwykle obrazowo opisane, przekonywujące, poruszające.
Mimo, że akcja nie gna na złamanie karku, to tak bardzo wciągnęłam się w lekturę, że ciężko mi było odłożyć powieść mimo późnej pory.

Jeśli ktoś spodziewa się powieści takiej samej jak Jeździec Miedziany, to może się rozczarować.
To całkowicie inna powieść, i nie chodzi tylko o to, że w „Łowcy tygrysów” mamy elementy fantastyki.
Po prostu to zupełnie inne opowieści, w których co innego jest na pierwszym planie, a elementem wspólnym jest miłość tak wielka, że człowiek zakochany nie cofnie się przed niczym, aby odzyskać ukochaną osobę.

Tak jak już wspominałam, akcje nie jest szalenie dynamiczna, choć są pewne momenty, że mocno przyspiesza. A sama historia, to jakby dwie opowieści o miłości w jednym.
Dodatkowo sporo w niej nawiązań do sztuki (Josephine jest aktorką teatralną), a z racji podróży w czasie sporo ciekawostek historycznych.
Jak sama autorka pisze na końcu, nie wszystko jest zgodne z historycznymi faktami, ale dla mnie nie miało to znaczenia. Opowiadana przez nią historia miłości jest urzekająca i totalnie mnie oczarowała.

Sam motyw podróży w czasie jest bardzo fajnie opisany. Nie odczuwałam żadnego dysonansu poznawczego, wydarzenia rozgrywające się w naszym świecie i czasie nie kłóciły się z elementami fantastyki. To połączenie wyszło autorce bardzo naturalnie, samą mnie to w sumie zaskoczyło.
Książka przesiąknięta jest melancholią i nostalgią. Pełno w niej emocji, nie tylko tych pozytywnych.
Polubiłam ogromnie Juliana i jego przyjaciela Ashtona, za to nie przypadła mi do gustu postać Josephine. Sama nie wiem dlaczego, może chodziło o to, że postrzegałam ją jako totalną egoistkę?
Mimo wszystko byłam ogromnie ciekawa, jak autorka pokieruje wydarzeniami i przyznam, że mocno mnie zaskoczyła.
„Łowca Tygrysów” to wg mnie książka wyjątkowa, melancholijna, chwilami smutna, pełna uczuć i emocji.
To historia wyjątkowej miłości i mężczyzny, który nie cofnie się przed niczym, aby odzyskać swoją ukochaną.


niedziela, 16 czerwca 2019

"Księżyc jest pierwszym umarłym" Karina Bonowicz

„Według legendy, wiele stuleci temu czwórka przyjaciół została wygnana z rodzinnej wioski, gdyż ludzie lękali się ich czarów. Rozeszli się w cztery strony świata, ale zadziwiającym zbiegiem okoliczności i tak wszyscy dotarli w to samo miejsce – do czarciego kamienia. Tam wywołali diabła i dobili z nim targu... Ich potomkowie przez wieki odczuwali skutki tego paktu i bezskutecznie próbowali się z niego wywikłać.”

Tak brzmi część opisu książki. Nigdy nie zamieszczam oficjalnych opisów, ale tym razem musiałam
to zrobić, bo jako fanka Sagi o Ludziach Lodu Margit Sandemo, moja pierwsza  myśl po przeczytaniu powyższego była „o kurczę, czyżby polska SoLL”?
Jak łatwo się domyślić, zachłannie rzuciłam się na książkę, gdy tylko trafiła w moje ręce, a tam… cóż za zaskoczenie, bo mimo jednego zbieżnego motywu z SoLL, to jednak „Księżyc jest pierwszym umarłym” Kariny Bonowicz jest absolutnie niepowtarzalną historią, w dodatku niesamowicie wciągającą.

Główną bohaterką jest Alicja, siedemnastolatka, która właśnie straciła rodziców i jedzie z Warszawy do zapomnianego przez boga i ludzi Czarcisława pod opiekę ciotki Tatiany.
Czarcisław to miasto gdzie obok zdobyczy techniki, ludzie wierzą również w zabobony, ludowe legendy i podania, a na pólkach obok antybiotyku znajdują się również leki robione wg starych ludowych receptur.
Nastolatce z Warszawy ciężko to wszystko zaakceptować, a gdy się dowiaduje, że jest jednym z „tych” potomków, jej życie jeszcze bardziej wywraca się do góry nogami.
Autorka bardzo fajnie kreśli swoich bohaterów, nie tylko Alicję, ale i pozostałą resztę obdarzonych „przekleństwem”, Nikodema, Olgę i Borysa, Nataszę oraz jej ciotkę Tatianę. O jednych już w tym tomie dowiadujemy się więcej, niektórzy wciąż otoczeni są aurą tajemniczości. Niemniej jednak, każde z nich jest czytelnikowi przedstawione na tyle, na ile wymaga tego fabuła.
A ta jest niezwykle ciekawa, wciągająca i trzymająca w napięciu.

Wśród Czarcisławskich lasów poznajemy pełną plejadę słowiańskich istot (strzygonie, nocnice, guślnice), mamy możliwość poznać trochę słowiańskiej mitologii i dać się jej oczarować.
Autorka pisze lekko, z humorem i pazurem, naprawdę książkę czyta się wybornie i nie sposób się przy tym nudzić.
Mimo, że akcja nie zawsze rwie z kopyta, to każdą kolejną stronę wręcz połykałam. Są tu bowiem tajemnice, stara klątwa, którą niektórzy chcą złamać, a inni wręcz przeciwnie.
Nikt tu nie jest tym kim się wydaje, a już w kwestii zaufania, to najlepiej nie ufać nikomu.

Lekkie pióro i przyjemny styl to dodatkowe atuty tej powieści, bo głównym wg mnie jest sama historia. Ciekawa, wciągająca, intrygująca, nieprzewidywalna, pełna zaskakujących zwrotów akcji.
I choć są pewne rozwiązania, do których mogłabym się przyczepić (ale się nie przyczepię, bo całościowo nie wpłynęły negatywnie na mój odbiór powieści), to książka okazała się świetną lekturą i jestem pod jej dużym wrażeniem.

I mimo, że powieść jest typową młodzieżówką, a ja o tym okresie życia zapomniałam już dawno, to przy pierwszym tomie cyklu „Gdzie diabeł mówi dobranoc” bawiłam się znakomicie i dałam się porwać opowieści, którą zaserwowała mi Karina Bonowicz. Ta książka wg mnie jest dla każdego, kto lubi nieszablonowe historie okraszone humorem i tajemnicą, zaskakujące,  napisane lekko i dopracowane. Bez znaczenia jest wiek, zabawa przy czytaniu jest świetna, bohaterów da się lubić i nawet lekko oszołomiona (a przy tym czasem zachowująca się głupio) Alicja wzbudziła we mnie sympatię.
Czytając „Księżyc jest pierwszym umarłym” nie sposób oprzeć się wrażeniu, że to dopiero wprowadzenie do cyklu i w kolejnych tomach akcja jeszcze bardziej się rozkręci.
Jestem o tym przekonana i już zaczynam oczekiwanie na kolejny tom.
Spodziewałam się, czy raczej miałam nadzieję na dobrą książkę, a tu okazało się, że w swoje ręce dostałam książkę świetną.
Szczerze polecam „Księżyc jest pierwszym umarłym”. Jeśli tylko lubicie słowiańskie klimaty, tajemnice, klątwy i niespodziewane zwroty akcji, to ta książka jest dla was.

czwartek, 13 czerwca 2019

"Jezioro Cieni" Maria Zdybska

Dawno temu w moje ręce wpadła książka „Wyspa mgieł” Marii Zdybskiej. Tematyka i opis mocno
zachęcały, więc jak już nadszedł jej czas, chętnie dałam się porwać opowieści.
I wiecie, okazało się, że to jedna  z TYCH książek, wobec których człowiek okazuje się niezwykle surowy w ocenie, i mimo, że nie wszystkie jej elementy się podobają, to książka ma cholernie duży potencjał i czuje się w kościach, że kolejny tom zwyczajnie musi być lepszy.
Tak właśnie było podczas mojego pierwszego spotkania z autorką. Byłam surowa, czepiałam się, wymagałam więcej, bo wiedziałam, że Maria Zdybska ma talent.
Gdy niedawno ukazał się drugi tom trylogii Krucze Serce, czyli „Jezioro cieni” byłam już mocno zniecierpliwiona czekaniem na premierę i ciekawa losów Lirr i Raidena.
Więc gdy książka wreszcie do mnie trafiła, moje oczekiwania poszybowały do góry jak Adam Bielecki na ośmiotysięcznik.
Krótko mówiąc – wygłodniała jak harpia rzuciłam się na Jezioro cieni, a co z tego wynikło, o tym poniżej.

Akcja powieści rozpoczyna się tam, gdzie się mniej więcej zakończyła w pierwszym tomie. Lirr i Raiden skazani na siebie szukają sposobu, aby pozbyć się łączącej ich więzi.  Spotyka ich przy tym wiele niesamowitych przygód i wydarzeń, które na zawsze zmienią ich relacje.
Wiele się w tej książce dzieje, pojawia się sporo nowych postaci, ale nie ma co ukrywać,  akcja kręci się dookoła Lirr i Raidena. Najbardziej cieszy zdecydowanie większa obecność tego ostatniego, a smuci nieobecność Mildy, którą szczerze pokochałam w poprzednim tomie.
Tutaj należą się autorce srogie baty za to, że tak haniebnie ukryła postać Mildy.
Brak tej cudownej postaci Maria Zdybska zrekompensowała mi trochę obecnością nowego bohatera – czyli barwnego i rubasznego Mikko.
Och bogowie, jaka to cudowna postać! Czytając o nim oczywiście miałam swoje skojarzenia i porównania Mikko do pewnego bohatera z filmu, ale nie ma tu żadnej kalki czy kopiowania. Mikko jest świetnym powiewem świeżości w świecie, który stworzyła autorka, dodał mu barw i humoru.

Jeśli chodzi o głównych bohaterów, to na wielki ukłon zasługuje pani Zdybska za rozwój postaci Lirr, który nie trudno zauważyć.
Z bohaterki, które denerwowała mnie swoim motaniem się i niemożnością podjęcia jakiejkolwiek sensownej decyzji, Lirr zmieniła się w osobę  dojrzałą, nabrała doświadczenia i sporo zdrowego rozsądku.
Maria wycelowała złoty środek pomiędzy buńczucznością Lirr a jej nowo nabyta dojrzałością. Nie ma w niej przegięcia w żadną stronę, przestała irytować i nie pozostało mi nic innego, jak szczerze ją polubić.
Bez obawy jednak, Lirr to nadal przybrana córka pirata, która przeklina w wymyślny sposób, którą targają emocje (zwłaszcza przez pewnego maga) i która ma w sobie huragan sprzecznych uczuć. A jednak znać w niej zmianę, która zaszła pod wpływem wydarzeń, jakie stały się jej udziałem.
Jeśli chodzi o Raidena, to poznajemy go ciut lepiej. Autorka zdradza nam kilka tajemnic, ale nie liczcie na to, że rozgryziecie tego skrytego bohatera tak od razu.
Niezmiennie sarkastyczny, trzeźwo myślący i tajemniczy mag z uśmiechem Hana Solo to zdecydowanie jedna z moich ulubionych postaci męskich i co to dużo mówić, uwielbiam łotra.
Tak na marginesie dodam, że za pewne fabularne rozwiązania mogłabym panią Marię Zdybską ukatrupić, gdyby nie fakt, że chcę żeby tom trzeci się jednak ukazał.
Bo ostrzegam wszystkich lojalnie – zakończenie wbija w fotel (czy tam łóżko, krzesło, podłogę – zależy gdzie czytacie książki) i pozostawia z otwartą buzią i myślą kołatającą się w głowie „ALE JAK TO?!?”.

Kolejną zmianą na plus jest styl autorki. Już w Wyspie mgieł był bardzo przyjemny, tym bardziej jak na debiut. W drugim tomie widać ogromny progres jeśli chodzi o szlifowanie stylu i sposobu pisania.
Powieść napisana jest lekko, niezwykle obrazowo, przez co cudownie przemawia do wyobraźni.
Czytanie Jeziora cieni to była dla mnie ogromna przyjemność i nie nudziłam się ani przez chwilę.
Bardzo dobrze jest również ukazana relacja pomiędzy Lirr a Raidenem, ich więź, wzajemna fascynacja i emocje, które obojgiem targają.
Wszystko to opisane jest bez zbędnej ckliwości i lukrowatości. Jest pomiędzy tą dwójką niesamowita więź i chemia, która bardzo mi się podobała i mimo, że liczyłam na inne rozwiązania, to jednak to co zaserwowała mi autorka przypadło mi do gustu.

Czy warto było czekać na kontynuację książki, którą człowiek krytykował?
Tak!
Bo byłam pewna, że drugi tom może być tylko lepszy. Bo czułam w kościach, że ta historia ma niesamowity potencjał, a Marię Zdybską los obdarzył talentem, którego nie zawaha się użyć jak Thanos kamieni nieskończoności.
Uczciwie mogę teraz przyznać, że moje oczekiwania i podejrzenia okazały się w 100% trafne i „Jezioro cieni” okazało się powieścią bardzo dobrą, dopracowaną i niesamowicie wciągającą.
Gratuluje autorce talentu i rozwoju i cieszę się, że w jej głowie zalęgła się ta historia, którą postanowiła się z czytelnikami podzielić.

niedziela, 9 czerwca 2019

"Przebudzenie zmarłego czasu" Powrót. Stefan Darda


"Szczęśliwi umarli, którzy odeszli. Niech bóg zmiłuje się nad tymi, którzy odejść nie mogą"

Kuba wychodzi z więzienia, w którym spędził, niesłusznie skazany, trzy lata. Spod więzienia ma go
odebrać wujek Olgierd Lang, mieszkający w  Przemyślu.
Ale Olgierd się nie zjawa, a niedługo potem Kuba dostaje informację, że popełnił on samobójstwo.
Mężczyźnie ciężko uwierzyć w to co się stało, więc jedzie do Przemyśla, gdzie nie tylko zajmuje się organizacją pogrzebu wujka, ale zostają wciągnięty w wir wydarzeń związanych z wyjątkowo tajemniczym przedmiotem – gemmą przemyską (dla zainteresowanych link do wiki: Gemma przemyska).
List pożegnalny Olgierda zasiewa w Kubie trochę niepewności, a kolejne wydarzenia sugerują, że jest w tej tragicznej śmierci więcej niejasności, niż mogło mu się wydawać.

Przyznaję, że „Przebudzenie zmarłego czasu” to moje pierwsze spotkanie z autorem. Od dawna czytałam wiele pozytywnych wypowiedzi na temat jego twórczości i tak się złożyło, że w końcu trafiłam na jego książkę.
Akcja powieści wciągnęła mnie od razu. Mimo, że jest niespieszna i rozwija się powoli, to jednak autor sprawnie kluczył wokół wątku samobójstwa Olgierda i jego powiązania z gemmą, co powodowało, że szybko zaczęłam szukać w powieści powiazań pomiędzy wydarzeniami  z pozoru z nią niezwiązanymi.
Dałam się wciągnąć w opowiadaną przez autora opowieść, zaciekawić, zaintrygować i sprawić, że chwilami czułam lekki powiew grozy.
Podobał mi się styl i sposób prowadzenia narracji. Powieść napisana jest lekko, a autor bardzo plastycznie opisuje obraz przemyśla i jego historię.
Było kilka momentów, gdy autor mocno rozpisał się na temat wydarzeń, które wydają się mało ważne dla opowiadanej historii, ale mimo to nie nudziłam się podczas czytania ani przez chwilę.

Jeśli chodzi o bohaterów, to zabrakło mi możliwości lepszego ich poznania. Autor skupia się na głównym bohaterze i rozpoczęciu kilku wątków, które mogą mieć spore znaczenie dla fabuły. Mimo wszystko, patrząc na to, że „Przebudzenie zmarłego czasu” to dopiero pierwsza część tej historii, nie jest to dla mnie wadą, bo podejrzewam, że będziemy ich lepiej poznawać wraz z kolejnymi tomami. A jest kogo, bo prócz Kuby Domaradzkiego, pojawia się jeszcze jego licealna miłość Justyna, pan Ludwik, który pracował z Olgierdem, interesujący January, tajemnicza pani Róża. Czuję, że każde z nich odegra ważną rolę w tej historii, a zapewne jeszcze autor mnie czymś zaskoczy, tak jak to miało miejsce podczas zakończenia tego tomu.

Sama tajemnica jest dopiero na początku swojej drogi. Autor niewiele zdradza czytelnikowi, a że powieść jest objętościowo dość skromna (ma zaledwie317 stron), to dla mnie jest to wprowadzenie do tej opowieści i spodziewam się, że kolejny tom wrzuci mnie już w sam środek wydarzeń.
Jeśli chodzi natomiast o klimat, to do mnie on przemówił wyjątkowo mocno.
Bo wiecie, niby nic się nie dzieje,  niby wszystko jest w normie, ale już czuć, że coś się zbiera dookoła Kuby, że coś nadciąga i nie będzie to nic przyjemnego.
Mam swoje podejrzenia jak rozwinie się ta historia, ale patrząc na „Przebudzenie zmarłego czasu” jest spora szansa, że autor znów mnie zmyli.
W powieści mamy mieszankę kryminału, horroru i powieści obyczajowej. Ja odnosiłam wrażenie, że najmniej jest w tym tomie horroru, choć zakończenie sugeruje, że tak „lekko” w kolejnym  już nie będzie i nie jeden raz poczuję dreszcz lęku i chęć obejrzenia się przez ramię.

Czy „Przebudzenie zmarłego czasu” podobała mi się?
Tak.
I to nawet bardziej niż się spodziewałam. Unikam powieści (poza fantastyką) pisanych przez naszych rodzimych autorów, a pan Darda swoją powieścią udowodnił mi, że postępuję niesłusznie.
Tak więc liczę, że kolejny tom przygód Jakuba Domaradzkiego  ukaże się niedługo, bo jestem ogromnie ciekawa jak rozwinie się ta opowieść i czy choć część moich podejrzeń okaże się trafiona.

środa, 5 czerwca 2019

"Oko pustyni" Richard Schwartz

Seria Tajemnica Askiru Richarda Schwartza spodobała mi się od pierwszego tomu. Właśnie ukazał
się trzeci, czyli „Oko pustyni” który gdy tylko wpadł w moje ręce, został przeze mnie wręcz pochłonięty.
Akcja rozpoczyna się tam, gdzie zakończyła się w tomie drugim, a jeśli ktoś nie pamięta co się w nim działo, to książka rozpoczyna się krótkim podsumowaniem wcześniejszych wydarzeń.
Uważam, że to świetny pomysł, mimo, że pamiętałam większość fabuły z poprzednich tomów.

Wydarzenia w tym tomie nadal rozgrywają się wśród piasków pustyni, czyli Besarajnie. Nasi bohaterowie będą musieli zmierzyć się z pewną tajemnicą, zostaną również wplątani w polityczne rozgrywki, w które bardzo nie chcieli być wplątani.
Na ich drodze pojawi się również bezlitosny i potężny nekromanta, pewien gryf i bogowie, którzy postanowią zamanifestować swoją obecność.
Wszystko to sprawia, że książka wciąga niesamowicie i nie sposób się od niej oderwać. W dodatku widać, że autor ma plan na swoją serię, który konsekwentnie realizuje, w fabule nie ma niespójności ani dziur, akcja pomimo tego, że bardzo wartka, nie gubi żadnych wątków.
Lekkie pióro i dobry styl sprawiają, że czytanie to przyjemność i łatwo zatracić się w wykreowanym przez autora świecie.

Bohaterowie, których powołał do życia w swojej powieści pisarz niezmiennie dają się lubić i przyznaję, że bardzo się do nich przywiązałam.
Wciąż najbardziej lubię Zakorę i Havalda, ale moje serce skradł również Armin, który jak chyba każdy skrywa swoje tajemnice.
Był taki moment, gdy obawiała się, że walkę z wrogiem, tajemnicę Askiru i misję drużyny Havalda przysłoni całkowicie lukrowaty wątek miłosny, ale o bogowie – myliłam się!
Autor bardzo umiejętnie wplótł go w fabułę i choć uczucia damsko-męskie odgrywają ważną rolę w życiu bohaterów, wątki te nie przysłaniają pozostałych elementów fabuły, które krok po kroku są rozwijane.

Mimo, że bardzo dużo się dzieje w Oku pustyni, to odnosiłam wrażenie, że ten tom to taka cisza przed burzą. Ale i tutaj dałam się zaskoczyć, zmylić i sprowadzić na manowce.
To co wydawało mi się pewnikiem, oczywiście się nie wydarzyło, autor za to skutecznie mnie zaskoczył rozwojem wydarzeń.
Wszystkie wątki się ze sobą splatają i łączą, choć wiadomo, że do końca tej przygody zostało jeszcze wiele stron do przeczytania. Stron, na które czekam niecierpliwie, bo strasznie jestem ciekawa co w kolejnych tomach wymyśli autor.
Dodatkowo pisarz pokazuje czytelnikowi jak funkcjonuje Besarajn, jego kulturę i zależności geopolityczne.

Poziom Oka pustyni jest taki sam jak poprzednich tomów, książka niczym nie ustępuje swoim poprzedniczkom.
Wartka akcja, spójna fabuła, intrygujące tajemnice do odkrycia, świetni bohaterowie i niespodziewane zwroty akcji – wszystko to znajdzie czytelnik w Oku pustyni.
Wszystkie trzy tomy, to klasyczne fantasy, pełne przygód, magii i przepowiedni. Czytanie tego i poprzednich tomów sprawiło mi dużo przyjemności i pozwoliło na zanurzenie się w świecie wykreowanym przez Richarda Schwartza.


środa, 29 maja 2019

"Wynajmij sobie chłopaka" Steve Bloom

Brooks Rattigan właśnie rozpoczął ostatni rok liceum i zaciętą batalię o dostanie się na wymarzone studia na Columbii, gdzie dostać się graniczy z cudem, a i konto bankowe musi być zasobne.
Chłopak poświęca temu prawie cały swój czas. Prawie, bo przez przypadek zaczyna się „wynajmować” jako osoba towarzysząca dla nastolatek z okazji różnego rodzaju szkolnych bali imprez.
Zdesperowani rodzice swoich ukochanych pociech zapłacą słono, aby ich córka poszła na bal i przeżyła swój wymarzony wieczór (albo jego wizję wg rodziców).
To co początkowo miało być tylko jednorazową akcją, staje się dla Brooksa sposobem na zarobienie pieniędzy na studia. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie Celia Lieberman i Shelby Pace…

Książka rozpoczyna się jak typowa powieść z gatunku YA. Poznajemy młodego, głownego bohatera, dowiadujemy się wszystkiego o jego życiu, marzeniach, sytuacji rodzinnej i codzienności.
Wszystko to śledzimy z perspektywy Brooksa, i choć nie lubię narracji pierwszoosobowej, to tym razem sprawdza się ona idealnie.
Dlaczego?
Otóż dlatego, że chłopak ma wyjątkowo sarkastyczne poczucie humoru , a jego obserwacje otoczenia i przemyślenia na temat tego co widzi, przyprawiały mnie o nagłe ataki śmiechu.
Nieprawdopodobne i zabawne (ale możliwe) sytuacje są opisane tak obrazowo, że miałam wrażenie, jakbym wszystko to oglądała na ekranie kina. Przez to czasami śmiałam się w głos, a i zdarzyło mi się, że oczy mi raz czy dwa zawilgły.
Styl autora jest lekki i przyjemny, co sprawia, że powieść czyta się naprawdę dobrze i bardzo szybko człowiek wsiąka w fabułę.
A ta jest fajna, ciekawa i choć ma przewidywalne zakończenie, to jednak to co dzieje się po drodze jest tak wciągająca i chwilami zaskakujące, że nawet fakt, że od początku wiadomo jak ta cała awantura się zakończy, nie umniejsza przyjemności z czytania.

Gdy byłam pewna, że nic mnie w tej książce nie zaskoczy, okazało się, że autor prócz zabawnej wierzchniej warstwy, poruszył w swojej powieści kilka ważnych tematów.
Pokazał jak trudno nastolatkom zachować poczucie własnej wartości, gdy pochodzi się z biednej rodziny, a o przyjęciu na wymarzoną uczelnię decydują wpływy i pieniądze.
Jak obciążająca może być potrzeba wybicia się, jak bardzo można się wstydzić (niesłusznie) tego, skąd się pochodzi, z jakiej rodziny i swojego statusu materialnego.
Jak łatwo młody człowiek, na progu dorosłości może się zagubić i wpleść w spirale kłamstw i pozorów.
To wszystko jest lekko wplecione w fabułę, nie przytłacza dramatyzmem, bo i nie taki jest zamysł tej powieści, ale odciska swoje piętno na fabule i głównym bohaterze.
Brooks jest wnikliwym obserwatorem, a jego spostrzeżenia są trafne, choć nie zawsze wesołe.
W gruncie rzeczy „Wynajmij sobie chłopaka” to słodko – gorzka opowieść o pierwszych dorosłych decyzjach, ponoszeniu odpowiedzialności za własne czyny i zrozumieniu, że nie zawsze wszystko idzie zgodnie z naszym planem, który gdzieś tam tworzymy w swojej głowie, gdy mamy osiemnaście lat.

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona tą powieścią. Autor potrafił mnie rozbawić do łez, zaskoczyć, wzruszyć i sprawić, że lektura jego książki była dla mnie czystą przyjemnością.
Nie spodziewałam się po powieści z gatunku YA aż tak dobrze napisanej powieści, która pod przykrywką humoru i sarkazmu, potrafi poruszyć kilka naprawdę ważnych tematów i robi to w sposób, który z pewnością trafi również do młodego czytelnika.
Gorąco polecam powieść i mam nadzieję, że jeszcze niejedna książka autora trafi w moje ręce.


środa, 22 maja 2019

"Warcross" Marie Lu

Emika Chen jest hakerką, łowczynią nagród i samotną nastolatką.
Tak jak miliony innych ludzi na świecie, z lubością gra w grę Warcross i użytkuje wirtualną rzeczywistość.
W jej życiu nadszedł krytyczny moment, potrzebuje szybkiego zarobku aby spłacić długi, więc decyduje się na brawurowy krok, który zaprowadzi ją wprost do turnieju Warcrossa i jego twórcy,  miliardera Hideo Tanaka.
Życie Emiki wywróci się do góry nogami, a to z czym będzie musiała się zmierzyć, zaskoczy nie tylko czytelnika, ale i samą bohaterkę.

Lubię książki o takiej tematyce, do tego Warcross zaintrygowała mnie opisem. Przyznaję, spodziewałam się młodzieżówki z mocnym wątkiem romantycznym, wirtualną rzeczywistością i kłodami pod nogami głównych bohaterów.
A tu proszę, autorka dość mocno mnie zaskoczyła.
Na plus.

Akcja powieści jest bardzo dynamiczna i od samego początku galopuje do przodu. Marie Lu dość szczegółowo wprowadza czytelnika do swojego świata i jego realiów. Tak samo dokładnie opisuje samą grę Warcross i to jak ludzie korzystają z wirtualnej rzeczywistości. Pokazuje również, jak łatwo można grzebiąc w internecie doszukać się wielu informacji na temat ludzi.
Język jakim operuje jest lekki, plastyczny i obrazowy. Jednocześnie nie zanudza czytelnika rozwlekłymi opisami, bo wszystko o czym opowiada jest ciekawe i pasjonujące.
Byłam pod wrażeniem tego, jak dobrze potrafiła opisać wirtualną rzeczywistość i świat, który się w niej zatracił.

Również bohaterowie dobrze autorce wyszli. Emika nie jest z gatunku ani tych irytujących mega-twardzielek, ani skoncentrowanych na ładnej buźce faceta idiotek. To zdeterminowana młodziutka kobieta, która wiele w swoim życiu przeszła, potrafi walczyć, bywa uparta, ale i przyjacielska i empatyczna.
Ma w sobie idealne połączenie wszystkich cech fajnej bohaterki, którą się lubi od samego początku. A co ważniejsze, nie denerwuje głupim i bezsensownym zachowaniem ani podejmowaniem nielogicznych decyzji.
Bywa twarda, ale bez przesady.
Również Hideo Tanaka jest taki w sam raz. Mimo, że autorka kreuje go na bardzo tajemniczą postać, to nie przesadza i uważam, że wyszedł spod jej pióra całkiem fajny bohater.
Również plejada bohaterów drugoplanowych robi pozytywne wrażenie.
Niektórych polubiłam, niektórzy sprawili, że zapałałam do nich antypatią, ale żadne nie przemknęło przez książkę bez echa.

Jeśli chodzi o fabułę, to jest spójna, ciekawa i intrygująca. Co prawda dość szybko (gdy autorka zdradziła jedną tajemnicę z przeszłości jednej postaci) domyśliłam się, kim jest główny antagonista, ale nie popsuło mi to radości z czytania.
Szybko połykałam kolejne strony, bo chciałam się przekonać czy mam rację i czym jeszcze zaskoczy mnie autorka.
Książkę czytało mi się bardzo dobrze. Fajny i przyjemny styl autorki jest dodatkowym atutem powieści i pozwalał zanurzyć się w świecie gier, hakerów i wirtualnej rzeczywistości.
Kolejnym plusem jest nienachalny wątek romantyczny.
Jest on delikatnie zarysowany, nie stanowi osi fabuły, jest dodatkiem, który idealnie uzupełnia główny wątek.

Książka zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie.
W sumie to sama jestem tym faktem zaskoczona, bo nie spodziewałam się po młodzieżówce aż tak fajnej lektury.
Cieszę się, że Wydawnictwo Młodzieżówka zdecydowało się wydać tą powieść i mam nadzieję, że kolejne tomy również niedługo się ukażą.
Polecam.


poniedziałek, 20 maja 2019

"Kroniki Belorskie" tom VI serii Olgi Gromyko

Kroniki Belorskie tom VI serii Olgi Gromyko…
Jak ja na tą książkę okrutnie czekałam. Jak ja się niecierpliwiłam, jak narzekałam w myślach na wydawnictwo, że tyle czasu muszę czekać.
I oto jest.
W moich rękach, przed moimi oczami.
Świat stworzony przez Olgę Gromyko znów mnie pochłonął i sprawił, że na dwa dni wyłączyłam się z rzeczywistości.
Ale od początku.

Każdy kto dotarł do szóstego tomu serii Olgi Gromyko, doskonale wie czego się po autorce można spodziewać.
Kroniki Belorskie, to zbiór opowiadań, w tym jedno na 225 stron ("Proroctwa i inne takie") jest w prawie powieścią.
Dzięki zbiorowi opowiadań, autorka pokazała nam całą masę fajnych bohaterów, miała możliwość na chwilę powrócić do tych dobrze już znanych z poprzednich tomów, nie tylko tych głównych, ale i tych pozostających w ich cieniu.
A że niewątpliwie potrafi ona tworzyć wyjątkowo fajne postacie i sprawić, że bez trudu i od pierwszej chwili człowiek pała do nich sympatią, Kroniki Belorskie okazały się cudowną lekturą.

Styl i pióro Olgi Gromyko nic się nie zmieniły. Barwne opisy, świetne dialogi, skrzący się na każdej stronie humor i odrobina typowej dla pisarzy zza wschodniej granicy melancholii sprawiła, że czytanie tej książki było absolutną przyjemnością.
Bawiłam się podczas lektury wspaniale, a moje oczekiwania zostały spełnione prawie w 100%.
Dlaczego prawie?
Otóż dlatego, że zabrakło mi w tym tomie niektórych bohaterów. Och, pojawili się, ale jakby z daleka, na odległym planie.
Autorka dała dojść do głosu innym postaciom, a ja tęskniłam za wszystkimi.
Ot czytelnikowi się nigdy nie dogodzi.

„Kroniki Belorskie” to wspaniały świat wykreowany przez autorkę i z ogromną przyjemnością jeszcze raz dałam się do niego wciągnąć.
Uważam, że każdy wielbiciel pióra pani Gromyko koniecznie musi je przeczytać, bo to nie lada gratka, a i starych znajomych miło spotkać i nowych bohaterów polubić.
Czytałam z wypiekami na twarzy, zachłannie połykając kolejne strony, a ciekawość nie pozwalała mi odłożyć książki.
Jestem zauroczona tą serią od pierwszego tomu i zastanawiam się, jak to możliwe, że tak późno odkryłam Belorię i jej mieszkańców.

Nie chcę opisywać poszczególnych opowiadań, więc napiszę tylko, że każde mi się podobało.
Każde bez wyjątku.
Bawiłam się cudownie, spędziłam z książką pani Gromyko wspaniale czas i jedyne czego żałuję, to tego, że jej lektura już za mną.
Po cichu liczę na to, że jednak Olga Gromyko nie zrezygnuje z tego wspaniałego świata i jeszcze do niego powróci. Może z innymi bohaterami jak w przypadku Wiernych wrogów, ale jednak.
Mocno w to wierzę, bo nie wyobrażam sobie, aby to już było koniec.
Nie zgadzam się na taki stan rzeczy.
Belorio wróć!

Polecam.

sobota, 18 maja 2019

"Ty" Caroline Kepnes

Joe pracuje w księgarni. Nie ukończył studiów i chyba trochę mu to doskwiera. Ludzi ocenia po tym,
jakie książki kupują, bywa ironiczny, a w myślach nie przebiera w słowach.
Pewnego dnia do księgarni wchodzi Beck – dziewczyna, która jest zwieńczeniem jego marzeń i z którą postanawia się związać.
Odnajduje ją w mediach społecznościowych, gdzie Beck pisze dużo i na każdy temat. Właśnie z twittera dowiaduje się, że danego wieczoru dziewczyna będzie w knajpie, do której Joe postanawia się wybrać.
Krok po kroku Joe zmienia się w mężczyznę, który  ma szansę zawrócić w głowie Beck, zdobywa o niej całą masę informacji, wkrada się w jej życie i osacza ją.
Czy kobieta zauważy na czas niebezpieczeństwo?

Przyznaję, że opis książki mocno mnie zaintrygował. Nie oglądałam serialu na Netflixie nakręconego na podstawie książki, wiec nie wiedziałam czego się spodziewać.
A gdy już zaczęłam czytać, dałam się wciągnąć do świata zaburzonego stalkera, który nie zawaha się przed niczym, aby osiągnąć swój cel.

Narracja w powieści jest dość specyficzna, bo jest to rozmowa Joego z Beck, którą nieustannie prowadzi w myślach. Oczywiście powieść to nie jeden wielki monolog głównego bohatera, są w niej normalne dialogi i akcja. Mimo to zabieg, w którym czytelnik niejako znajduje się w głowie głównego bohatera ( i to jakiego!) uważam za bardzo udany i pozwalający śledzić rozwój wydarzeń z niejakim wyprzedzeniem, bo Joe lubi planować swoje działania i je analizować.
Mimo, że jest szansa, że czytelnik będzie mógł przewidzieć w jakim kierunku rozwinie się fabuła, to jednak z pewną niepewnością śledziłam poczynania bohatera i czułam niepokój za każdym razem gdy w powieści dokonywał się kolejny zwrot akcji. A tych, muszę przyznać, było dość sporo, niektóre bardzo zaskakujące.

Gdy przyzwyczaiłam się do tej specyficznej narracji, szybko dałam się wciągnąć w opowiadaną przez autorkę historię, poznałam mroczne zakamarki umysłu bohatera i z zapartym tchem czekałam na finał tej historii.
I tutaj muszę przyznać, że to jak się ta książka skończy, przewidziałam gdzieś w połowie.
No po prostu wiedziałam, że tak się stanie, wg mnie nie mogło być inaczej. Właśnie takie zakończenie idealnie pasowało mi do tej opowieści i tych wydarzeń.

Autorka pisze lekko, styl ma przyjemny, a akcja jest bardzo wartka. Książkę naprawdę bardzo dobrze mi się czytało i sama nie wiem kiedy dotarłam do finału.
Atmosfera ciągłego śledzenie, manipulacji, chorej fascynacji, aż wreszcie szalonej obsesji jest fajnie nakreślona.
„Ty” to debiut Caroline Kepnes, co wprawiło mnie w niejakie zdumienie, bo to dobrze napisana książka z ciekawą fabułą i intrygującym, mrocznym klimatem.

Niewątpliwie to Joe jest głównym bohaterem i osią fabuły, ale gdy człowiek myśli, że Beck to niewinna ofiara jego obsesji, okazuje się, że nie wszystko jest tym na co na pierwszy rzut oka wygląda.
Sposób w jaki autorka nakreśliła swoich bohaterów również zasługuje na pochwałę.
Joego poznajemy bardzo dobrze, w końcu siedzimy w jego głowie, ale krok po kroku z kolejnych rozdziałów wyłania się obraz Beck, a to co z niego się ukazuje, może zaskoczyć.

Lekturę „Ty” uważam za udaną. To wciągająca historia, osaczająca czytelnika, tak jak Joe osacza Beck.
Jest klimatycznie, intrygująco i nawet szybkie przewidzenie finału nie zadziałało negatywnie na mój odbiór powieści, bo to co działo się podczas drogi do tego finału potrafiło nie jeden raz mnie zaskoczyć.
Ciekawa jestem serialu Netflixa, ale pewnie minie wiele czasu zanim się do niego zabiorę. Póki co książka mi całkowicie wystarczy.
Po przeczytaniu książki naszła mnie również taka refleksja, a co gdyby taki psychopata znalazł mój telefon? Ile dowiedziałby się o mnie?
Trochę przerażające.



środa, 15 maja 2019

"Zapisane w bliznach" Adriana Locke

„Zapisane w bliznach” autorstwa Adrianny Locke, to kolejna już książka w jej dorobku. Ale dla mnie
to pierwsza styczność z pisarką, więc byłam bardzo ciekawa czym zostanę zaskoczona.
Powieść opowiada historię Elin i Tylera, małżeństwa, które w pewnym momencie wspólnego życia trafiło na drogę, z której ciężko zawrócić by naprawić to co zepsute.
Oboje są poranieni na sercu i duszy, obojgu pozostaną na zawsze blizny.
Ale Tyler jest zdeterminowany, aby odzyskać Elin i choć życie nie zawsze jest łatwe, a miłość nie zawsze daje tylko szczęście, oboje dostanę jeszcze jedną szansę.
Czy ją wykorzystają?

Powieść pani Locke zaczyna się, że tak powiem z przytupem, bo czytelnik od pierwszej strony wpada w sam środek wydarzeń i nie mija dużo czasu, a już wiemy co i jak się wydarzyło w życiu głównych bohaterów i z czym przyjdzie im się mierzyć.
Dobrze poznajemy również głównych bohaterów, bo narracja jest pierwszoosobowa, a każdy z rozdziałów jest pisany naprzemiennie z perspektywy Elin lub Tylora.
Takie sposób prowadzenia narracji pozwolił mi dobrze poznać bohaterów i wczuć się w ich sytuację, problemy, nadzieje i lęki.

Dzięki całkiem dobremu stylowi i lekkości pióra, powieść czytało mi się bardzo przyjemnie, choć jak na mój gust, autorka przesadziła odrobinę z ckliwością i były momenty, które były aż za bardzo nią okraszone. Nie wpływa to jednak negatywnie na całościowy odbiór powieści, bo Adriana Locke porusza w swojej powieści wiele ważnych tematów, niektóre trudne i potrafiące przygnieść do samej ziemi.
Gdy czytałam o niektórych problemach głównych bohaterów, to przewracałam oczami z irytacją i  zastanawiałam się „serio? To są te wasze wielkie problemy przez które rozpadł się wasz związek?” I pewnie by na tym stanęło, gdyby nie dobre nakreślenie tła dla problemów Tylora i Elin i pokazanie mi, że to co początkowo wydawało mi się błahe i mało ważne, w kontekście jeszcze innych wydarzeń potrafiło urosnąć do rangi prawdziwego dramatu i faktycznie zniszczyć życie.
Jestem pozytywnie zaskoczona takim poprowadzeniem fabuły i należą się tu ukłony dla pani Locke, że potrafiła zagłębić się w myśli, odczucia i psychikę bohaterów i pokazać, że to co dla jednych jest przejściowym problemem, dla innych może być wręcz matnią, z której nie potrafią się wyrwać.

Akcja powieści jest bardzo wartka i wiele się w tej książce dzieje, Prócz pary głównych bohaterów jest też sporo fajnych i ciekawych postaci drugoplanowych, z których każda jest na swój sposób wyjątkowa, zwłaszcza Cord, który skradł moje serce.
Mimo, że nietrudno się domyśleć ogólnego zamysłu autorki co do rozwoju fabuły, to pojawiają się wydarzenia, które nawet mnie zaskakują i uważam, że to kolejny plus tej powieści.
Jak to w romansach bywa, mamy tutaj miłość, która jest motorem wszystkiego, mamy odpowiednią porcję erotyzmu, ale wszystko to doprawione jest wydarzeniami, które mogą spotkać każdego z nas, przez co nie trudno zrozumieć bohaterów i wczuć się w ich sytuację.

„Zapisane w bliznach” pomimo, że nie opowiada o czymś, czego w innych powieściach jeszcze nie było, to czyta się całkiem dobrze i bardzo miło spędziłam z nią czas. Było wesoło, było smutno, był moment gdy zwyczajnie się popłakałam.
Autorka pokazała, że czasem sama miłość nie wystarczy, że potrzebne jest jeszcze coś więcej.
Ukazała, że nawet najbardziej zakochane w sobie pary mogą nie udźwignąć ciężaru problemów, gdy nie będą się starali razem stawić im czoła.

Adriana Locke napisała powieść, która zasmuca, ale i daje nadzieję. Powieść, którą czytało mi się bardzo dobrze i mimo pewnych słabszych stron uważam, że to była dobra lektura w swoim gatunku.
Chętnie sięgnę po kolejne jej powieści.
Polecam.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwo Szósty Zmysł




niedziela, 12 maja 2019

„Mądra Wasylisa i inne baśnie o odważnych młodych kobietach” opowiedziała na nowo Kate Forsyth

„Mądra Wasylisa i inne baśnie o odważnych młodych kobietach” to zbiór baśni, która na nowo
opowiedziała Kate Forsyth z przepięknymi ilustracjami Loreny Carrington.
Siedem historii z różnych zakątków świata, m.in. Rosji, Szkocji, Norwegii.
Byłam ciekawa jak pisarka przedstawi te historie, czy mocno je zmieni.
Gdy zaczęłam je czytać totalnie przepadłam w baśniowym świecie mądrych i odważnych kobiet.

Kate Forsyth postanowiła pokazać czytelnikowi te baśnie, które posiadają silne i mądre bohaterki kobiece. Nie czekające na wybawienie z kłopotów pięknego księcia, ale biorące sprawy w swoje ręce.
Niektóre znałam, niektóre były mi totalnie obce. Każda jest piękna i utrzymana w klimacie klasycznych baśni, z morałem i przesłaniem.
Przed każdą autorka pisze krótką notkę z informacją o pochodzeniu danej baśni, a na koniec i autorka i ilustratorka piszą kilka słów od siebie o każdej z opowieści.

Książka jest cudownie wydana, a bardzo klimatyczne ilustracje dopełniają dzieła. Idealnie oddają treść opowiadanej historii, jej klimat i przesłanie.
Uważam, że te opowieści powinien przeczytać każdy, nie tylko młody czytelnik.
Potrafią zauroczyć, przenieść do magicznych krain i niesamowitych wydarzeń.
Są mądre i jasno pokazują podział na dobro i zło. Mimo wszystko zostawiają też malutką przestrzeń na odrobinę szarości.

O tej książce zapewne bym nigdy się nie dowiedziała, gdyby nie przypadkowe zawędrowanie na bloga (nie pamiętam niestety jego nazwy, której nie zapisałam), a skusiła mnie tytułowa baśń rosyjska o Wasylisie.
Uwielbiam rosyjską literaturę, niezależnie czy współczesną, klasykę, fantastykę, historyczną. Dlatego również rosyjska baśń w tytule sprawiła, że książkę musiałam zakupić.
Uważam, że to był bardzo dobry wybór, bo na chwilę przeniosłam się do świata, gdzie dobro zwycięża (choć często za wysoką cenę), a kobiece bohaterki sama walczą o swoje szczęście, nie czekając aż im ono samo spadnie z nieba za pomocą wspaniałego księcia.

Jeśli lubicie klasyczne baśnie, świat magii, nutkę nostalgii i cudowny język, to ta książka jest zdecydowanie dla Was. Czytelnik w każdym wieku będzie zachwycony, wystarczy, że w głębi serca nadal łaknie szczęśliwego zakończenia.

Szczerze polecam.