wtorek, 31 marca 2020

"Księga Axlin" Laura Gallego

Świat, w którym przyszło żyć Axlin to niebezpieczne miejsce, nękane przez potwory. Potwory,
których jest niezliczona ilość, które zakradają się do osad i zabijają ludzi.
W jednej z takich osad, żyje bohaterka, którą w dzieciństwie zaatakował potwór i dziewczyna od tej pory kuleje. Nie nadaje się więc na wojowniczkę, ale może rodzić dzieci, których tak potrzeba w tym wyniszczonym świecie.
Jednak Axlin ma inne marzenia. Chce podróżować od osady do osady i opisać w księdze wszystkie potwory i sposób na walkę z nimi.
A przede wszystkim dotrzeć do Cytadeli, miejsca gdzie ludzie żyją nie nękani przez potwory, bo bronią go Strażnicy.
Jednak zanim do tego dojdzie, dziewczyna będzie musiała wiele przeżyć.

Autorkę książki, Laurę Gallego poznałam dawno temu za sprawą jej baśniowej historii „Tam, gdzie śpiewają drzewa” dlatego bez wahania sięgnęłam po Księgę Axlin. Byłam bardzo ciekawa co tym razem zaprezentuje autorka i powiem tak, nie zawiodłam się.
Mimo, że Księga Axlin to z założenia literatura młodzieżowa, to nie odczuwałam aby książka faktycznie była skierowana tylko do młodych czytelników. Młody wiek bohaterów nie determinuje ich zachowania. To młodzi ludzie, którym przyszło żyć w bardzo niebezpiecznym świecie, przez co musieli szybko dorosnąć i wziąć odpowiedzialność za innych. Duże oczekiwania nakładane były na młode dziewczęta i kobiety, które były już zdolne do rodzenia dzieci. To wszystko jest bardzo dobrze ukazane, wyjaskrawione. Autorka pokazuje, że indywidualne pragnienia nie miały za wiele szans w zderzeniu z koniecznością opieki nad młodszymi  i słabszymi i obrony ludzi przed potworami.

Fabuła jest bardzo dobrze skonstruowana i wciągająca. Akcja jest wartka, a niektóre wydarzenia stanowią tylko wstęp do właściwej historii. Autorka pokazuje, że świat nie jest biało-czarny, ale niestety ma wiele odcieni szarości. Uwypukla również, że to co na pierwszy rzut oka wydaje się czymś pozytywnym, wcale takim nie musi być, często niestety nie jest.
Świat, który został wykreowany w tej powieści, wyjątkowo przypadł mi do gustu.
Niby nie jest niczym odkrywczym, świeżym. A jednak ma w sobie to coś, co sprawia, że książkę czyta się z zapartym tchem i nie sposób jest przewidzieć, jak potoczy się akcja.
I choć są pewne elementy, które można było wcześniej przewidzieć, to jednak autorka potrafiła mnie nie raz i nie dwa zaskoczyć.

Jeśli chodzi o samych bohaterów, to naprawdę autorka pokazała ich w ciekawy sposób. Czytając o Axlin czy Xeinie (tak, w każdym imieniu jest X i jakoś tak mi się to plątało trochę) bez trudu mogłam poczuć to co oni. Są przedstawieni bardzo realistycznie, to bohaterowie z krwi i kości. To co ich spotyka wpływa na nich, na ich działania, na decyzje, ale i na ich charakter. Wszystko co się dookoła nich dzieje, co ich spotyka, ma nich ogromny wpływ i ich zmienia. To dla mnie ogromna zaleta w ich kreowaniu.
Patrząc na to, jak rozwija się fabuła i co się dzieje z głównymi bohaterami, jestem ogromnie ciekawa co się wydarzy w kolejnym tomie (oby nie trzeba było na niego długo czekać),bo to jak się kończy Księga Axlin pokazuje, że jeszcze wiele ciekawych wydarzeń przed czytelnikami.

Powieść napisana jest lekkim, ale bardzo przyjemnym językiem. Do stylu autorki nie mam nic do zarzucenia. Pisze bardzo obrazowo i plastycznie, ma talent do pięknego opisywania uczuć i emocji. Jestem zachwycona tym, jak pięknie można pisać o miłości, bez zbytecznej ckliwości.
Księga Axlin to pierwszy tom trylogii Strażnicy Cytadeli i ogromnie się cieszę, że wpadła ona w moje ręce. Uważam, że należy ją polecać, bo to świetna książka i nie sposób się przy niej nudzić. Polecam i tym młodszym czytelnikom i starszym. Nie powinno się szufladkować tej powieści, to książka dla czytelników w każdym wieku.
Polecam.

środa, 25 marca 2020

"Iskra" Alicja Wlazło

„Iskra” to drugi tom cyklu Zaprzysiężeni autorstwa Alicji Wlazło. Historia Laureen, która odkrywa
kim naprawdę jest i próbuje uratować swoją rodzinę oraz Sigarra, z którym łączą ją skomplikowane relacje.
Nie da się za wiele napisać o fabule, żeby nie zdradzić czytelnikom wydarzeń z pierwszego tomu.
Dość będzie jak dodam, że w tym tomie będzie naprawdę wiele się działo, a intrygi wśród Zaprzysiężonych będą zataczać coraz szersze kręgi i doprowadzą naszych bohaterów  do wydarzeń, które zaważą na całym ich życiu.

Długo przyszło mi czekać na premierę (papierową, bo audiobook był wcześniej)  kontynuacji Mroku. Byłam ciekawa w jakim kierunku rozwinie się akcja i co wydarzy się w i tak skomplikowanym życiu Laureen.
Akcja powieści jest niesamowicie dynamiczna i tak wiele się tu dzieje, że ciężko złapać oddech.
Nie wiadomo kto jest wrogiem, a kto sprzymierzeńcem. Laureen nie wie komu może zaufać, jednocześnie próbując znaleźć sposób na uratowanie bliskich.
Spotykamy dobrze znanych nam z poprzedniego tomu bohaterów, ale pojawia się też kilka nowych postaci, które wg mnie są wyjątkowo ciekawe. Zwłaszcza ich motywy, które póki co nie są jasne wydawały mi się mocno intrygujące.
W powieści jest jeden wątek główny, ale i sporo wątków pobocznych, które jednak – jak można się łatwo domyślić – odgrywają swoją rolę w fabule, nie są tylko „zapychaczem”.
Jest wiele ciekawych zwrotów akcji, są też takie, które mnie mocno zaskoczyły, bo serio się nie spodziewałam takiego rozwiązania.

Jeśli chodzi o bohaterów, to podoba mi się rozwój Laureen, to jak się zmienia pod wpływem tego co się dookoła niej dzieje. Widać, że nie jest jej lekko, a obojętność Sigarra nie wpływa na nią zbyt dobrze.
Ciekawą postacią jest również Ladysław. Jego działania nie są do końca klarowne, jego motywy nie są jasne, uważam że ta postać jeszcze wiele namiesza w kolejnym tomie.
Sigarr wydawał mi się w tym tomie jakby mniej widoczny, choć w fabule wcale nie jest go jakoś mało. Oddał trochę uwagi dla Silimira, co wprowadziło sporo ożywienia w jego relacje z Laureen. Czy to dla mnie plus? Ciężko mi powiedzieć, mam nadzieję, że nie wyklaruje się tu żaden trójkąt miłosny, bo jest to dla mnie motyw, którego nienawidzę z mocą tysiąca słońc.
Więc kochana Autorko – bardzo proszę, tylko bez takich…

Podobały mi się opisy walk, podobały mi się opisy miejsc, w których znajdowała się Laureen. Razem z nią odkrywałam Daenion, z pozostałymi Zaprzysiężonymi miałam szansę poznać inne miejsca. Autorka opisywała je bardzo plastycznie i obrazowo.
Zresztą widać, że Alicja Wlazło się rozwija, szkoli swój warsztat i styl. Książka jest dobrze napisana, czytało mi się ją z przyjemnością.
Wszystkie wydarzenia się ze sobą płynnie łączą. Fabuła jest spójna, akcja wartka i zaskakująca.
„Iskra” to naprawdę dobra kontynuacja Mroku i jestem niezwykle ciekawa, co się wydarzy w kolejnym tomie. Mam nadzieję, że na jego premierę nie będę musiała czekać kolejnych dwóch lat (tak, to przytyk wobec wydawnictwa, nie czekajcie tak długo z premierami kolejnych tomów!), bo tom drugi zakończył się w takim momencie, że ho ho!

Cieszę się, że dawno temu Mrok wpadła w moje ręce. Alicja Wlazło ma niewątpliwy talent i potrafi pisać fascynujące historie. Potrafi zaskoczyć, zaintrygować, wciągnąć do ciekawie wykreowanego przez siebie świata.
Jeśli nie znacie jeszcze cyklu Zaprzysiężeni, to zachęcam do nadrobienia zaległości. To naprawdę dobra lektura.
Polecam.


niedziela, 22 marca 2020

"(Nie)zdobyta" Melissa Darwood

Julka i Jeremi.
Ona pełna pasji dziennikarka, która wcale nie ma w życiu tylko z górki.
On pełen pasji himalaista – samotnik, który żyje wg własnych reguł.
Ona chce przeprowadzić z nim wywiad.
On nie chce jej go udzielić.
W końcu sytuacja się zmienia i Julka jedzie na spotkanie z JJ, a co z tego wyniknie…
Julka będzie musiała wziąć udział w wyprawie, którą Jeremi przygotowuje, ona która nie ma pojęcia o alpinizmie, a jej kondycja popłakuje cicho w kąciku.

Po kolejną powieść Melissy Darwood sięgnęłam z przekonaniem, że to będzie dobra lektura. Od dawna czytam książki autorki i jeszcze nigdy się nie zawiodłam.
Autorka w każdej swojej powieści potrafi przemycić jakieś przesłanie, często fabuła ma drugie dno.
Czy tak samo było w pełnej humoru i sercowych perypetii (Nie)dobytej?
Oczywiście!
Autorka chyba nie byłaby sobą, gdyby czegoś ważnego w swojej książce nie przemyciła i miedzy innymi za to właśnie tak cenię jej twórczość.

Akcja powieści jest wartka, ciekawa i pełna humoru. Czytałam tą książkę z ogromną przyjemnością, tym bardziej, że bohaterowie, których stworzyła pisarka są naprawdę świetni.
Nie przerysowani, sympatyczni, intrygujący. Chemia między nimi jest wyczuwalna, ale nie nachalna. Julka jest wspaniała, pełna dystansu do siebie, energiczna i no taka, że chciałoby się mieć taką przyjaciółkę.
Jeremi to idealnie nakreślona postać. Nie jest super-hero-macho-twardziel-i-co-to-nie-ja, tylko facetem pewnym siebie, z dystansem, pasją, determinacją, marzeniami. Potrafi niestrudzenie dążyć do tego, czego pragnie, w przy tym jest uroczo pociągający i oczywiście seksowny.
Relacje pomiędzy Julką i JJ są pokazane w wyjątkowo fajny sposób, bez słodko-mdlących tęczy i jednorożców, ale za to z chemią, uczuciami i pasją.
Powiem Wam, że to jeden z lepszych książkowych duetów w romansach, o jakich czytałam i już nie mogę się doczekać drugiego tomu, żeby zobaczyć co też się wydarzy u naszej pary.

Książka napisana jest bardzo dobrze, widać, że autorka włożyła wiele wysiłku w research na temat wypraw w góry wysokie i ogólnie polskiego (i nie tylko) himalaizmu. Jestem pod wrażeniem jej przygotowania do tematu.
Dodatkowo styl jest dopracowany, a język dobry. Czytanie tej książki, to czysta przyjemność i naprawdę ciężko było mi ją odłożyć pomimo późnej pory.

Jeśli jeszcze nie znacie książek Melissy Darwood, to gorąco zachęcam do nadrobienia. A jeśli lubicie niebanalne romanse, świetnych bohaterów i wciągające historie, to (Nie)zdobyta to lektura obowiązkowa!
Na koniec powtórzę raz jeszcze, łapcie tą powieść i czytajcie, nie zawiedziecie się!
Polecam.


czwartek, 19 marca 2020

"Światło ukryte w mroku" Sharon Cameron

Przemyśl, 1943 rok. Stefania Podgórska pracuje u rodziny Diamantów. Ona jest katoliczką, polką, oni
żydami.
Gdy naziści organizują w mieście getto, cała rodzina zostaje tam zesłana, a jakiś czas później rozdzielona. Część zostaje zabrana pociągiem do obozu, część zesłana na roboty. Matka Stefanii wraz z bratem trafia do Niemiec na przymusowe prace, zostawiając w kraju młodszą siostrę Stefanii, Helenę.
Dziewczynie udaje się zabrać małą do siebie, do Przemyśla i jakoś radzi sobie w tych ekstremalnie trudnych czasach.
Aż pewnego dnia do jej drzwi puka Maks, syn państwa Diamantów, który wyskoczył z pociągu jadącego do obozu śmierci.
Ma zostać tylko na jedną noc… Ale siostry postanawiają go ukryć, niedługo dołączają do niego inni żydzi.
Od tej pory od Stefanii będzie zależało życie tych ludzi, a każde pukanie w drzwi może zwiastować śmierć.

Gdy wypatrzyłam tą książkę w zapowiedziach, wiedziałam, że ją przeczytam. Opowieść w niej przedstawiona to prawdziwa historia sióstr Podgórskich i ich heroicznej walki o życie ukrywanych żydów.
Trochę się obawiałam, że w książce będzie więcej fikcji niż faktów, a głównym motywem będzie popularna teraz „miłość w obozie/getcie”, ale uwierzcie, tak nie jest.
Autorka na samym początku pisze, że są momenty, które dodała od siebie, ale na końcu książki je wymienia i jest ich bodajże trzy. Natomiast jej badania są bardzo skrupulatne. Przeprowadziła wywiady z rodziną Stefanii Podgórskiej, uzyskała również dostęp do jej pamiętników.
Uważam, że to naprawdę solidnie pokazane fakty i wydarzenia, bez koloryzowania i niedomówień.

Język jakim napisana jest powieść jest bardzo przyjemny, ale autorka nie stroni od opisów brutalności nazistów. Opisy niektórych wydarzeń bywają wstrząsające i poruszające. Życie w tamtym czasie jest pokazane jako walka o przetrwanie, a tym przecież w istocie było.
Zagrożenie ze strony nazistów było ogromne, z czego główna bohaterka zdawała sobie sprawę, czego się bała, czego się spodziewała.
Narracja jest pierwszoosobowa, co akurat w przypadku tej książki zupełnie mi nie przeszkadzało. Było wręcz zaletą, bo miałam szansę poznać myśli i uczucia Stefanii, to co przezywała i jak się to na niej odbijało. Sama zresztą doświadczyła ze strony okupanta wiele zła. Co jest wg mnie ogromną zaletą tej powieści – autorka pokazała, że bohaterka nie szeregowała ludzi wg narodowości, ale wg tego jakim byli człowiekiem i jakich się czynów dopuścili. Spotkała na swej drodze ludzi dobrych i złych, po każdej stronie i polskiej i żydowskiej.
Jest to temat trudny, ale w tej książce pokazany z wyczuciem, bez piętnowania i wrzucania do jednego worka wszystkich razem z jednostkami, z których wojna wydobyła wszystko co najgorsze.

„Światło ukryte w mroku” to naprawdę dobra lektura. Napisana z wyczuciem, ale bez koloryzowanie. Syn Stefanii Podgórskiej tak o niej napisał:

„Książka jest wierna prawdziwej historii dzięki gruntownym badaniom, jakie dokonała autorka, przygotowując się do jej napisania. Sharon stworzyła porywającą opowieść, która łączy w sobie poczucie wszechogarniającego strachu z pewną niefrasobliwością oraz ukazuje niezwykłą wewnętrzną siłę młodej kobiety, mojej Mamy. Światło ukryte w mroku przekroczyła moje najśmielsze oczekiwania”

Patrząc na jego słowa, mogę się tylko pod nimi podpisać, bo ta książka jest naprawdę tak dobra. Piękna, choć niepozbawiona drugiej strony, tej okrutnej i przerażającej.
Byłam ogromnie poruszona czytając tą historię, drżałam z lęku o bohaterów, nie wiedziałam przecież jak się ta historia skończy.
Jest to bardzo dobra lektura i z czystym sumieniem mogę ją polecić.
Na końcu jest też posłowie od autorki, w którym opowiada o powojennych losach sióstr Podgórskich, o tym z jakich materiałów korzystała, jak udało jej się porozmawiać z rodziną Stefanii.
Polecam.


poniedziałek, 2 marca 2020

„Władcy czasu” Eva García Sáenz de Urturi

„Władcy czasu” Evy García Sáenz de Urturi to finalny tom trylogii Białego miasta. Znów spotykamy
znanych nam już z poprzednich tomów bohaterów, czyli profilera Unai, jego partnerkę Esti i szefową a jednocześnie życiową partnerkę Albę.
Oczywiście pojawiają się w powieści nowi bohaterowie, jakże by inaczej, ale to ta trójka od pierwszego tomu odgrywa pierwsze skrzypce i nie inaczej jest tym razem.
W mieście dzieją się złe rzeczy, dochodzi do paskudnych zbrodni wzorowanych na tych z powieści Władcy czasu.


Akcja powieści toczy się dwutorowo, w  2019 roku oraz w 1192. Wydarzenia z teraźniejszości i przeszłości zaczynają się ze sobą łączyć, przeplatać, dawać wskazówki, a jednocześnie sprowadzać śledczych na manowce.
Autorka tka sieć zależności, wskazówek, sugestii, choć nie każda okazuje się prowadzić w kierunku rozwiązania zagadki i znalezienia winnego.
Oczywiście nie samą zbrodnią stoi ta powieść, więc mamy sporo wydarzeń z życia prywatnego bohaterów. Ale jak dla mnie autora zachowała idealną równowagę pomiędzy wątkami obyczajowymi, a kryminalnymi.
Wszystko się ze sobą dobrze łączy, splata i przenika, aby w spektakularnym finale zaskoczyć totalnie czytelnika.

Jeśli chodzi o styl, to niezmiennie jestem pod wrażeniem. Lekki, bardzo plastyczny, obrazowy. Nie trudno oczami wyobraźni zobaczyć wszystko co opisuje autorka. Cudowne hiszpańskie miasto, jego historia, teraźniejszość i przeszłość tego wyjątkowego miejsca. Vitoria okazuje się być kolejnym bohaterem tej powieści i zachwyca tak jak reszta postaci.

Sama intryga jest wyjątkowo ciekawa, a połączenie ze sobą wydarzeń z XII wieku z tymi z XXI dodaje powieści smaczku. Jest tu wszystko to, co zachwyciło mnie w poprzednich dwóch tomach. Jest tajemnica, są nieuchwytni sprawcy, są wątki z prywatnego życia bohaterów, które chcąc nie chcąc muszą splatać się z wykonywaną przez nich pracą.
Eva García Sáenz de Urturi rzetelnie przyłożyła się do swojej pracy i książka jest dopracowana, dopieszczona, autorka dba o szczegóły i sprawnie zamyka wszystkie wątki.
Z jednej strony cieszę się, że finalny tom już za mną, ale z drugiej żal mi, że to już koniec, że przygoda z tymi bohaterami dobiegła końca i nie mam już na co czekać.
Choć nie, liczę na to, że kolejna książka autorki już się pisze i nie trzeba będzie długo oczekiwać na jej premierę.

Każda z książek tej trylogii trzyma równy poziom, choć po przeczytaniu całości mogę przyznać, że „Władcy czasu” zachwyciła mnie najbardziej.
Może to przez przepięknie rozbudowane tło historyczne, a może bohaterowie z XII wieku tak bardzo mnie oczarowali. A może to wydarzenia, które nakreśliła autorka w XXI wieku tak mnie zaskoczyły i to w jakim kierunku potoczyła się fabuła?
Wg mnie wszystko po trochu sprawiło, że tom trzeci stał się moim ulubionym z całej trylogii.
Eva García Sáenz de Urturi ma niesamowity talent i zdolność do snucia wciągających historii.
Jej bohaterowie są prawdziwi, pełnokrwiści, odnosiłam wrażenie, jakby autorka pisała o ludziach, których zna.
A jeśli chodzi o mordercę, którego szukał Unai? Przyznaję, że do samego końca nie wiedziałam kto nim jest.
Kłaniam się autorce nisko, bo w większości kryminałów, które czytałam już gdzieś w połowie odgadywałam kto jest tym „złym”.

Na koniec chcę wspomnieć o filmie na podstawie „Ciszy białego miasta”, który niedługo będzie miał premierę na Netflixie.
Czekam ogromnie i jestem niesamowicie podekscytowana tym, że przygody Krakena zostały przeniesione na mały ekran.

sobota, 29 lutego 2020

„Kotka i Generał” Nino Haratischwili

„Kotka i Generał” Nino Haratischwili to moje pierwsze spotkanie z twórczością autorki pochodzącej
z Gruzji.
Jest to niełatwa historia podzielona na dwa przedziały czasowe, których łącznikiem jest jeden bohater – Aleksander Orłow, zwany później Generałem.
O czym jest ta powieść?
Przede wszystkim o próbie rozliczenia się z przeszłością i zadośćuczynienia za wyrządzone krzywdy.
Fabuła skupia się na wojnie w Afganistanie w latach dziewięćdziesiątych i na współczesnej próbie odpokutowania za popełnione wtedy winy.

Głównych bohaterów w powieści jest dwoje, tytułowa Kotka – aktorka, gruzinka, oraz Generał, oligarcha, który brał udział w wojnie w Afganistanie. Ale niech was to nie zmyli. Mimo, że autorka wyraźne pokazała, kto jest głównym bohaterem, to jest sporo postaci drugoplanowych, które wcale nie są mniej ważne niż tytułowa dwójka.
Sama kreacja bohaterów jest wspaniała. Każda z tych postaci ma w sobie pewną dozę tragizmu, rozpaczy, tęsknoty i poczucia winy. Są ludźmi, którzy całe życie szukają, czy to rozgrzeszenia, czy zadośćuczynienia, swojego miejsca na ziemi, miłości, spełniania pragnień.
Szukają w różny sposób, z rożnym efektem. Targają nimi ogromne emocje, niektórzy się gubią i nigdy już nie odnajdują. Niektórzy pragną naprawić to co niegdyś zostało zepsute, ale czy w ogóle da się to zrobić?

Książka nie jest łatwa. Ba, powiedziałabym, że jest wyjątkowo trudną lekturą. Bywa brutalna, potrafi złamać serce i sponiewierać duszę.
To nie jest ugrzeczniona historia ludzi na tle wojny. To jest historia wojny, która w swoje tryby wciąga ludzi, zmienia ich, popycha do strasznych czynów, niszczy, łamie.
Na tle działań zbrojnych śledzimy losy postaci, które w innych okolicznościach, innym miejscu i innym czasie, nigdy nie dopuściłyby się czynów, które zmieniają człowieka na zawsze.

Język powieści jest bogaty, plastyczny, ale nie jest lekki. Dłuższą chwilę musiałam się przyzwyczaić do stylu pisania autorki.
Ale gdy już wsiąkłam w jej sposób opisywania rzeczywistości, to nie potrafiłam tej powieści odłożyć.
Mimo, że książka totalnie mnie pochłonęła, to uważam, że były momenty, gdy była ciut przegadana, aż nazbyt rozwleczona przez co akcja mocno zwalniała. Wybijało mnie to z rytmu i nie ukrywam, musiałam na powrót wciągać się w fabułę.
Ale mimo takich przerywników, książka zapadła mi głęboko w serce. Długo nie potrafiłam o niej zapomnieć, pogodzić się z losem jej bohaterów, wybaczyć niektórych czynów, przestać myśleć o tym co się tam wydarzyło.
Ta książka potrafiła mną wstrząsną, doprowadzić do łez, do bezsilnej złości i gniewu.
Tak – gniewu.
Na tych co siedzą przy stołach i z bezpiecznej odległości decydują o życiu i śmierci zwykłych ludzi. Na tych, którzy bez mrugnięcia okiem skazują ludzi na wojenny horror w imię czego?


Nino Haratischwili napisała powieść trudną, opisała historię, która miała miejsce. Historię okrutną, bolesną, łamiącą serce.
Pokazała czytelnikowi, że w niektórych przypadkach winy się nie przedawniają, a odpokutowanie za nie jest zwyczajnie niemożliwe.
Polecam tą powieść.
Polecam, choć złamała mi serce i zostawiła w duszy ślad, który już nie zniknie.
Na pewno sięgnę po inne powieści autorki. Wierzę, że ktoś kto potrafi pisać w tak przejmujący sposób, nie może napisać słabej książki.


piątek, 21 lutego 2020

"Zima czarownicy" Katherine Arden

"Zima czarownicy", to ostatni tom Trylogii Zimowej Nocy Katherine Arden. Akcja tej
z wytęsknieniem wyczekiwanej przeze mnie powieści rozpoczyna się tam, gdzie zakończył się tom drugi, czyli w momencie spalenia Moskwy przez Żar-Ptaka.
Wasia pozbawiona pomocy Morozki sama będzie musiała stawić czoło złu, które atakuje znienacka, sprytne i przebiegłe.
Przed dziewczyną będzie długa droga, usiana zagrożeniami nie tylko ze strony czartów, ale i ludzi.

Jeśli chodzi o fabułę, to nic więcej napisać nie można, żeby przypadkiem nie zdradzić choć słowa za dużo. Bo fabuła tej książki jest tak cudowna, akcja tak świetnie poprowadzona, wątki tak misternie posplatane, że każdy spoiler to wg mnie byłby grzech ciężki.
Poprzednie dwa tomy trylogii zachwyciły mnie totalnie, wciągnęły w tak wspaniale odmalowany świat i dały poznać tak wyjątkowych i niepowtarzalnych bohaterów, że bałam się okropnie, czy „Zima czarownicy” podoła tak wywindowanym oczekiwaniom.
I wiecie co?
Nie tylko podołała, ale olśniła mnie i zachwyciła jeszcze bardziej niż poprzednie tomy.

Katherine Arden posiadła niesamowity dar pisania w sposób, który do tej pory spotkałam tylko u rosyjskojęzycznych pisarzy. Potrafiła ukazać wszystko to, co rozgrywało się w duszach bohaterów, potrafiła pokazać tęsknotę Wasi za wolnością, akceptacją i Morozką. Za byciem sobą.
Potrafiła opisać w wyjątkowo barwny sposób obraz tamtych czasów, panujących wtedy na Rusi obyczajów, tradycji, wymagań i oczekiwań względem kobiet i ich miejsca na świecie.
Do tego ta niepowtarzalna melancholia, czar, urok i posługiwanie się wyjątkowo pięknym językiem. To mieszanie się ze sobą czartów i kościelnych dzwonów, to ukazanie, że to co „stare” wcale nie oznacza, że z automatu jest złe.
Że na świecie jest miejsce dla wszystkich i wszystkiego, wystarczy tylko chcieć współpracować, dzielić się przestrzenią i tym co nas otacza.

Bohaterowie, których kreśli autorka są wyjątkowo barwni, pełnokrwiści, nie da się ich wtłoczyć w ramy czy schematy. Nikt nie jest tylko dobry lub tylko zły. A gdy już ciężko się w którymś z bohaterów dopatrzeć choć odrobiny dobra, wtedy okazuje się, że jest to w sumie postać tragiczna, wewnętrznie złamana, skłócona sama ze sobą.
Bohaterowie i niesamowity klimat surowej Rusi to ogromne zalety tej powieści, choć jeśli mam być szczera, to i w Zimie czarownicy i całej trylogii nie znalazłam choćby jednego elementu, który podobałby mi się mniej czy uznałabym go za słabszy.
Ta książka to dla mnie ideał, genialna, piękna, wzruszająca, zachwycająca, czasem też wywołująca uśmiech na twarzy.
Jest tu mroczny klimat, namiętności, tęsknoty i obawy. Są dwa istniejące obok siebie światy, każdy z nich ma swoje jasne i ciemne strony.
To czego tu na pewno nie znajdziecie, to schematy,  sztampowość i  wtórność.

„Zima czarownicy” to idealne zwieńczenie opowieści o Wasilisie, Morozku, Niedźwiedziu, Rusi i czartach.
Przepełniła mnie emocjami jakich dawno nie wywołała we mnie przeczytana książka.
Piękna, niesamowita i mroczna
Taka jest Zima czarownicy i taka jest cała trylogia Zimowej Nocy Katherine Arden.
Jeśli ktoś jeszcze waha się czy przeczytać tą trylogię, to namawiam gorąco – czytać! Czytać i jeszcze raz czytać.


wtorek, 18 lutego 2020

"Świt legend" Mariusz Walczak

Przeklęty bard, który próbuje pozbyć się swojego szaleństwa i opowiedzieć komuś swoją opowieść.
W końcu trafia na trójkę złodziei, ale zamiast przerzucić na nich swoją klątwę, bard zaczyna snuć opowieść… Opowieść o trójce przyjaciół, dzielnym rycerzu, który chce uratować świat i nierównej walce z ogromnym złem.
Czy śmiałkom uda się pokonać Bahal? Czy przeżyją drogę do wykonania zadanie jakie ich czeka?
Zło nie śpi, jest czujne i potężne. A trójka śmiałków właśnie stanęła mu na drodze.

Już od kilku dni się zbierałam, aby napisać swoją opinię o tej książce. I nie bardzo potrafiłam napisać coś, co by w pełni wyrażało moje odczucia.
Bo widzicie, mam z tą książką ogromny zgryz.
Zacznę od tego, że fabuła i pomysł na historię bardzo mi się spodobał. Czuć tu klimat dawnych legend i baśni, snutych przy ognisku.
Historia śmiałków, którzy nie zawahają się przed niczym, aby powstrzymać panoszące się pod postacią Bahal zło naprawdę mnie zaintrygowała.
Byłam ciekawa dokąd zmierza to historia, co się wydarzy i jak potoczą się losy bohaterów.
No właśnie – bohaterowie.
Polubiłam ich, głównych jest troje i każde z nich jest postacią, która wzbudza sympatię i której się kibicuje. Trzyma się kciuki za powodzenie ich misji, chce się, aby jak z pięknej baśni „żyli długo i szczęśliwie” po wykonaniu swojego zadania.
Ciekawie zapowiadał się również wykreowany przez autora świat, a raczej jego zarys.
Dlaczego zarys?
Ponieważ świat jest przedstawiony skąpo i pobieżnie. Ogromnie tego żałuję, bo wydaje mi się, że to naprawdę fascynujące miejsce.

I mimo, że byłam ciekawa rozwoju fabuły i tego w jakim kierunku potoczy się akcja, to niestety, ale „Świt legend” Mariusza Walczaka niepozbawiona jest według mnie wad. I to takich, które dość mocno mnie uwierały.
Po pierwsze styl.
Bardzo nierówny. Chwilami piękny, obrazowy i bardzo przyjemny, chwilami jakby ciosany siekierą, bardzo prosty i (nie wiem jak inaczej to nazwać) zgrzytliwy.
Kolejna sprawa to przedstawienie otaczającego bohaterów świata. Było mi przykro, że autor nie poświęcił temu więcej czasu i uwagi, bo to było ciekawe miejsce z potencjałem, który nie został wykorzystany.
Tak samo jak przedstawienie rozgrywających się na karatach powieści wydarzeń. Niektóre dostały odpowiednią porcję uwagi autora, ale sporo potraktował po macoszemu.
Również główni bohaterowie nie dostali od autora równych szans na to, aby dać się poznać czytelnikowi. Niektórzy pokazani zostali dość ciekawie, z uwzględnieniem ich przeszłości i przeżyć, o niektórych dowiedziałam się jedynie, że są (mówiąc oczywiście w sporym uproszczeniu) w porządku i stoją po dobrej stornie.
Najwięcej stracił na tym Hector, jego wątek aż się prosił o porządne rozwinięcie. Niestety go nie otrzymał, czym byłam niesamowicie rozczarowana.

Historia stworzona przez Mariusza Walczaka miała naprawdę ogromny potencjał. Jest w niej wszystko to, co sprawia, że człowiek daje się wciągnąć w czytaną opowieść. A jednak czegoś mi tu zabrakło, głębi, rozwinięcia ważnych wątków, lepszego ukazania bohaterów i toczących się wydarzeń.
I mimo, że spodziewałam się czegoś więcej, to jednak nie mogę napisać - i nie napiszę -  że „Świt legend” to książka zła.
To poprawna powieść, która miała szanse być świetną lekturą, a która tej szansy nie wykorzystała.

Na koniec chcę pochwalić wydawnictwo za ładną i klimatyczna okładkę, która od razu przykuła mój wzrok. Skojarzyła mi się z tajemnicą i legendą, którą od wielu dekad bardowie wyśpiewują przy ognisku na szlaku.



wtorek, 11 lutego 2020

"Diabły z Saints" Marcin Rusnak

Alan i Zack mają szczęście żyć w rybackiej wiosce Saints, gdzie czas upływa im na prostych
obowiązkach i zabawach z rówieśnikami. Niestety splot dramatycznych wypadków sprawia, że braciom przyjdzie zmierzyć się z nieznanym i niebezpiecznym światem, a wydarzenia w których wezmą udział na zawsze zmienią ich życie.
Czy Alan i Zack poradzą sobie z tajemnicami, które wiążą się z ich rodzicami i nimi samymi? Czym są moce, które budzą się w chłopcach? Aby znaleźć odpowiedź na te pytania, bracia wyruszą w drogę, z której nie będzie już powrotu.

„Diabły z Saints” to moje pierwsze spotkanie z twórczością Marcina Rusnaka.
Zaciekawił mnie opis fabuły i to na tyle, że wpisałam książkę na listę „przeczytać jak najszybciej”.
Akcja powieści jest bardzo wartka i rozpoczyna się z przytupem już od pierwszej strony.
Od samego początku również autor tworzy wyjątkowo klimatyczny obraz braci i otaczającego ich świata.
Ciekawie są również pokazani głowni bohaterowie, to jak się zmieniają, jak od siebie różnia mimo, że są bliźniakami. Jak inne mają spojrzenie na świat i jak duży wpływ mają na nich wydarzenia, w których byli uczestnikami.

Język powieści jest gładki, płynny, książkę naprawdę dobrze się czyta. Autor dość obrazowo przedstawia czytelnikowi otaczający bohaterów świat, choć ja nie do końca potrafiłam go sobie zwizualizować. Tzn. bez problemu wyobrażałam sobie opisywane przez autora miejsca, ich wygląda, otaczającą je przyrodę. Ale nie bardzo potrafiłam sobie umiejscowić czasy, w których rozgrywa się akcja. Przez to czułam lekkie zdezorientowanie i jakiś taki wewnętrzny dyskomfort. Miałam wrażenie, że mam pomieszane coś na kształt XVII wieku z XX. Czym dłużej jednak czytałam, tym bardziej wciągałam się w fabułę, a sposób ukazania świata przestał mnie uwierać i dałam się zauroczyć opowiadanej przez autora historii.

„Diabły z Saints” to fantasy pełną gębą. Przemyślane, dobrze skonstruowane i poprowadzone. Jest tu wszystko to, co lubię w powieściach z tego gatunku. Jest magia, są potwory, tajemnice, przepowiednie i bohaterowie, których nie sposób nie polubić.
Do tego lekki i dopracowany styl, dobre pióro i spójna fabuła, która wciąga od początku do końca.
To co początkowo wydaje się nie mieć związku ze sobą, okazuje się być kluczowe dla fabuły, dlatego czym dłużej czytałam, tym więcej „puzzli” wskakiwało na swoje miejsce , a ja byłam pod wrażeniem przemyślanego prowadzenia fabuły.

„Diabły z Saints” to naprawdę udana lektura, wciągająca, intrygująca, z ciekawym wątkiem głównym i fajnymi pobocznymi. To barwna i ciut mroczna przygoda, której bohaterowie chyba jeszcze nie do końca zdają sobie sprawę w co się wplątali i z czym tak naprawdę przyjdzie im się zmierzyć.
Mam nadzieję, że kolejne przygody Alana i Zaca już niedługo, bo jestem ogromnie ciekawa co też się wydarzy w ich życiu.
A na koniec chcę jeszcze pochwalić autora okładki – robi wrażenie i przyciąga wzrok.
Książkę szczerze polecam, czas spędzony na jej czytaniu to była przjemność.



poniedziałek, 3 lutego 2020

"Stacja miłość" Zoë Folbigg

„Stacja miłość” to oparta na prawdziwych wydarzeniach historia Mayi, która zakochuje się w
nieznajomym, z którym jeździ tym samym pociągiem.
Maya ma pracę, którą kocha, bliskich i przyjaciół i wielkie marzenie, aby Mężczyzna z Pociągu zwrócił na nią uwagę.
Ale zanim do tego dojdzie, minie trochę czasu i wiele się wydarzy.

Powieść Zoë Folbigg zaintrygowała mnie opisem i informacją, że to prawdziwa historia. Z ogromną ciekawością zabrałam się więc do czytania.
Akcja powieści rozwija się dość powoli, poznajemy naprzemiennie głównych bohaterów, śledzimy ich losy i to jak raz po raz przeplatają się ich ścieżki, choć często oni sami nie mają o tym pojęcia.
Dość szybko dałam się zaciekawić tej opowieści i wciągnąć w opowiadaną historię.
Wydawała mi się ona bardzo prawdopodobna, nie za wiele podkoloryzowana, jakby opowiadała mi ją koleżanka z sąsiedztwa.
Autorka bardzo się starała pisać obrazowo i plastycznie, pokazując czytelnikowi wszystko co dzieje się w życiu bohaterów.
Chwilami ciut za bardzo rozwlekała się przez to akcja, rozwój fabuły zmieniał kierunek, aby za jakiś czas znów skoncentrować się na głównym wątku, jakim była miłość Mayi do nieznajomego.

Prócz miłości do  Mężczyzny z Pociągu, w życiu Mayi dzieje się wiele innych ważnych wydarzeń. Autorka opisuje jej wzloty i upadki w pracy zawodowej, poszukiwania swojego miejsca na ziemi, nieudane próby poznania kogoś i stworzenia związku.
A jednak w tym wszystkim niezmiennie to miłość do nieznajomego z pociągu jest najważniejsza.
Zoë Folbigg jest dziennikarką i redaktorką, pisuje do różnych czasopism. Stacja miłość  to jej pierwsza powieść i to czuć.
Tzn. książka napisana jest poprawnie, dość płynnie, ale dla mnie sposób narracji bywał czasem męczący. Chwilami przemyślenia Mayi były dość rozwlekłe i potrafiły znudzić. Mimo to sama historia była dla mnie ciekawa i wciągająca. Chciałam się dowiedzieć jak rozwinie się historia Mayi i Jamesa, którego ta pokochała, choć nie zamieniła z nim ani jednego zdania, więc czytałam dalej i nie żałuję.
„Stacja miłość” pokazuje, że nie warto się poddawać, że trzeba brać sprawy we własne ręce i dążyć do realizacji marzeń.
Że strach potrafi sprawić, że przegapi się swoja szansę i życiową drogę, którą podsuwa nam pod nos los.
Czasem dość przewrotnie, czasem w sposób nieoczywisty, ale gdy już dostajemy szansę na zmianę, warto się nie bać i ją wykorzystać.

„Stacja miłość” to fajna historia, która może i mogłaby być lepiej napisana, ale mnie zaciekawiła na tyle, że dałam się wciągnąć w opowieść Mayi i przestałam zwracać uwagę na styl, który nie bardzo mi przypasował.
Ta opowieść tchnie optymizmem i wiarą, że jeśli czegoś bardzo się chce, to zawsze można to osiągnąć, pod warunkiem, że człowiek się nie podda i nie zniechęci.
Dla kogo „Stacja miłość”?
Chyba dla każdej kobiety, w której jest choć odrobina romantyczki i osoby, która lubi dobre zakończenia.


niedziela, 26 stycznia 2020

"Za głosem serca" Joanne MacGregor

On – młody, bogaty, przystojny i uwielbiany przez miliony dziewcząt aktor.
Ona – wkraczająca w dorosłość młoda idealistka, która chce robić w życiu coś ważnego i iść przez nie swoją drogą.
Ona go kocha, jak fanka swojego idola.
On postanawia uciec z przyjęcia na jachcie i prawie się topi.
Ona go ratuje.
I tak zaczyna się ich wspólna przygoda.
Brzmi jak typowy romans dla nastolatek? No brzmi i generalnie jest to prawda, bo „Za głosem serca” to jest romans YA. Ale mimo klasycznych schematów i mało odkrywczych zwrotów akcji,  jest naprawdę dobrze napisany, z fajnymi bohaterami i próbą pokazania, że w życiu liczy się coś więcej niż pieniądze.

Wzięłam się za czytanie tej powieści, bo miałam ochotę na jakieś romantyczne perturbacje bohaterów z gwarancją szczęśliwego zakończenia. Akurat to ostatnie, mimo że wielce prawdopodobne, wcale nie było tak do końca oczywiste.
O przygodach i uczuciu pomiędzy Romy a Loganem czytało mi się bardzo dobrze.
To fajnie i ciekawie nakreśleni bohaterowie, którzy wbrew pozorom, wcale nie są tacy oczywiści w swoich wyborach i decyzjach.
Mają swoje życie i  dążenia, obawy, lęki, są niepewni tego, jak pokierować swoimi życiowymi wyborami.
I mimo, że w tym gatunku takie wątki to nic odkrywczego, to jednak autorka tak kierowała rozwojem wydarzeń, że nie czuło się, że „to już gdzieś było”. Tak zwyczajnie można się było dać wciągnąć w świat bohaterów i pozwolić mu oczarować.

Książka nie stawia seksu jako głównego elementu w relacjach pomiędzy parą głównych bohaterów, co uważam za duży plus tej powieści.
Ważniejsze tu są uczucia, emocje i to jak sobie oboje radzą z sytuacją, w której się znaleźli.
Świat showbiznesu to nie tylko blask sławy i uwielbienie fanów, ma on swoje drugie oblicze i jest to oblicze okrutne i bezwzględne. I właśnie to drugie oblicze próbowała pokazać czytelnikom Joanne MacGregor, wg mnie z dobrym skutkiem.
Wszystko to co dzieje się podczas kręcenia filmu, wszystkie te starannie zaplanowane strategie i działania PRowe śledzimy oczami Romy, która nigdy wcześniej nie miała z tym styczności.
Razem z nią zachwycamy się tą bajeczną otoczką i zaczynamy dostrzegać jej zepsucie i fałsz.
Uważam, że to dobrze poprowadzony wątek, nie ma tu przesady ani przejaskrawiania pewnych wydarzeń. Jest za to ocena i wnioski do jakich dochodzi Romy.

Jeśli chodzi o wątek romantyczny, to i na tym polu autorka wykazała się wyczuciem. Jest pięknie, jest romantycznie, bywa seksownie i niecierpliwie jak to pomiędzy dwójką młodych ludzi, którzy właśnie się w sobie zakochali.
Rodzące się pomiędzy Romy a Loganem uczucie jest fajnie ukazane, a mimo, że to główny wątek w powieści, to nie spycha on innych ważnych elementów na dalszy plan.
„Za głosem serca” czytało mi się bardzo dobrze. Lekki i dopracowany styl, dobre pióro i plastyczny język. Do tego fajni bohaterowie, których zwyczajnie nie sposób nie polubić, zwłaszcza babcię głównej bohaterki, która okazała się nad wyraz barwną postacią.
I choć fabuła powieści nie tchnie może świeżością, to jednak jest lepsza niż wiele innych książek z tego gatunku, które dane mi było przeczytać.
Jest wciągająca, a historia w niej opowiadana jest całkiem wiarygodna.
Czytając „Za głosem serca” miałam takie luźne skojarzenia z baśnią o Kopciuszku i wariacją na jej temat.
Czy słusznie i taki był zamysł autorki? Nie wiem. Mi jednak przypadła do gustu historia Romy i Logana i gdy znów będę miała chęć na odrobinę romansu, w pierwszej kolejności sięgnę po inne książki autorki.
Polecam.

niedziela, 19 stycznia 2020

Podsumowanie roku 2019, czyli co mi w serce czytelnika zapadło

Czytelniczo rok 2019 był dla mnie ciężkim rokiem. Wiele spraw prywatnych wpłynęło na to, że nie miałam serce do czytania, szło mi jak po grudzie, mimo iż książki były bardzo dobre.
Ale w końcu przełamałam kryzys (gdzieś po wakacjach) i moja największa pasja znów dawała mi wiele radości.

Ten rok, jesli chodzi o najlepsze przeczytane w nim książki wygrywa bezapelacyjnie powieść wydana przez Wydawnictwo Papierowy Księżyc "Corla lasu" Juliet Marillier

Najlepsza książka przeczytana w 2019 roku
Ta powieść to czyste złoto. Genialna, cudowna, klimatyczna, przepięknie napisana, poprowadzona, z genialnie nakreslonymi bohaterami i ich historią. Niby baśń na postawie, ktorej została napsiana wszyscy znają, ale to jak ubogadziła ją autora zasługuje na wszelkie nagrody.
Mój absolutnu nr 1 w ubiegłym roku i jedna z najlepszych ogólnie.

W ubiegłym roku wiele było fantastyki. Pojawiły sie kontynuacje rozpoczętych serii (Żniwiarz, Inni, Książę ciemności, Kroniki Belorskie, Molly Blackwater, Trylogia zimowej nocy, Krucze serce) ale i sporo nowych przygód napisanych przez zagranicznych i polskich autorów).
Kolejność tych książek jest dowolna, nie ma tu podium. Podobały mi się wszystki, każda za coś innego, ale miały też wspólny mianownik - potrafił wciągnąć mnie do swojego świata i zachwycić, nawet pomimo niedoskonałości.
fantastyka
W drugiej kategorii wrzuciłam taki miks gatunkowy, powieści obyczajowe, dramaty, powieści grozy, przygodowe. Tu również nie mam swojego numeru jeden. Każda z powieści na zdjeciu podobała mi się bardzo, każda zachwyciła na swój sposób i zrobiła na mnie wrażenie, niektóre mocno nastraszyły.
gatunkowy miszmasz



Mimo, że ubiegły rok był dla mnie ogromnie ciężki, to znalazły się w nim i pozytywne wydarzenia. Byłam po raz drugi na Targach książki w Krakowie, gdzie spędziłam cudowne dwa dni, poznałam wiele wyjątkowych osób,  napisałam pierwszą wspólną recenzję z Lidią z  Booklore, zwiedziłam kilka fajnych miejsc, które miałam "pod nosem".
Mam nadzieję, że ten rok będzie dla mnie lepszy, nei tylko pod względem osobistym ale i czytelniczym.