czwartek, 5 sierpnia 2021

"Teraz twój ruch" Kristen Callihan

 „Teraz twój ruch” to trzeci tom serii Game on autorstwa Kristen Callihan.


Poprzednie dwa tomy podobały mi się choć, drugi mniej niż pierwszy. Ciekawa zatem byłam, jak przyjmę opowieść o Ethanie i Fionie. Już w poprzednich częściach Dex mnie intrygował, małomówny, opanowany, skryty. I gdy tylko zaczęłam czytać jego historię „Teraz twój ruch” szybko stała się moją ulubioną częścią serii. 

Nie wiem co takiego jest w Ethanie, ale od pierwszej strony skradł moje serce. Może to jego stoicki spokój, a może poważne podejście do życia. Dość tego, że pokochałam go od pierwszych stron i do końca powieści nic się nie zmieniło. Co do Fiony, to różnie z tym bywało, chyba nadal moją ulubioną postacią żeńską jest Anna, choć koniec końców i z Fioną się polubiłam. Jak zwykle pojawiają się tutaj bohaterowie poprzednich tomów i jest to serio, bardzo fajny zabieg, bo mogłam się dowiedzieć, co się u nich dzieje. Autorka bardzo dobrze nakreśliła charaktery i osobowość głównej pary, do tego postacie drugoplanowe, które już znamy i te nowe, również dostają prawo głosu. Są świetnym uzupełnieniem historii Ethana i Fiony, pokazują również, że niektóre więzi potrafią przetrwać nawet odległość i czas. 

Akcja jest bardzo dynamiczna i gna do przodu nie pozostawiając czasu na nudę. Wszystko kręci się wokół wątku miłosnego, ale autorka wplata również elementy poważniejsze, jak odnalezienie swojego miejsca na ziemi, pogodzenie się ze swoimi słabościami i zdobycie się na odwagę, aby zmienić swoje życie i pozwolić sobie podążać za marzeniami. Jest tu również wpleciony wątek o tym, jak w dzisiejszych czasach social media potrafią zniszczyć człowiekowi życie, zaszczuć go i doprowadzić na skraj wytrzymałości psychicznej. Wszystko to wplecione jest w opowieść o miłości i idealnie się z nią komponuje. Oczywiście jak na serię Game on przystało, książka pełna jest scen erotycznych. Jest namiętnie, mocno pikantnie i obrazowo. Ale co ważne, nie jest wulgarnie i seks nie jest opisywany dla seksu, ale jest konsekwencją uczuć, jakie się rodzą pomiędzy bohaterami. 


Całość utrzymana jest w klimacie poprzednich części, choć muszę przyznać, że trzecia część jest moją ulubioną. Zapewne to za sprawą Ethana, choć podczas czytania odniosłam wrażenie, że ten tom jest ciut poważniejszy. Nie sprawdzałam, czy ta część jest ostatnią, czy może będą jeszcze kolejne, ale jeśli tak to na pewno po nie sięgnę. Mimo słabszego wg mnie drugiego tomu, autorka trzecim pokazała, że ma talent i nie zawaha się go użyć. Historia Dexa i Fiony naprawdę mi się podobała, napisana jest w lekkim stylu, obrazowo i w sposób, który porusza wyobraźnię. 

Jestem wierną fanką twórczości Kristen Callihan, uważam, że do „Zwykłego” romansu zawsze potrafi wpleść i poruszyć wartościowe i ważne wątki i robi to naprawdę dobrze.

Polecam.


wtorek, 3 sierpnia 2021

"Scholomance. Mroczna wiedza" Naomi Novik

 „Scholomance. Mroczna wiedza” to pierwsza część nowej serii Naomi Novik.


Opowiada o szkole magii, ale niech was nie zwiedzie wyobrażenie narzucone przez Hogwart. W szkole pani Novik nie ma nauczycieli, wakacji ani przyjaźni. Jest za to wysokie ryzyko, że nie wyjdziecie z niej żywi, bo najważniejsze jest tu przetrwanie do jej końca i w dniu zakończenie opuszczenie ją na własnych nogach, z tętnem i bijącym sercem.
Dlaczego? Bo w tej szkole roi się od potworów, które czyhają na każdego ucznia, który zapuści się w jej korytarze czy sale samotnie, wejdzie nie tam gdzie powinien czy niedokładnie zabezpieczy swój pokój.
Galadriel Higgins, zwana El jest samotniczką, posiadającą ogromną moc. Mogłaby bez trudu pozbyć się potworów, problem jest jednak taki, że razem z nimi zapewne pozbyłaby się również wszystkich innych uczniów. W szkole nie ma przyjaźni, a El to pasuje. 
Do czasu…

Jeśli myślicie, że Scholomance to taki drugi Harry Potter, to zapomnijcie o tych bzdurnych porównaniach. Ta książka jak i szkoła magii są zupełnie inne i wkurza mnie takie przypinanie łatek, które w dodatku nijak się mają o rzeczywistości. Bo oczywiście, szkoła jest tu bardzo ważna, w końcu to w niej rozgrywa się cała akcja, ale to nie jest najważniejszy element powieści.
Są nim bohaterowie, to co przeżywają, co się z nimi dzieje. Najważniejsza jest tu historia ich odwagi, strachu, poszukiwania akceptacji i wbrew wszystkiemu – przyjaźni. To historia o poświeceniu dla innych w miejscu gdzie największe szanse na przeżycie mają egoiści.
Jest to przecudowna opowieść o młodych ludziach, zostawionych samym sobie w miejscu, gdzie na każdym kroku coś im zagraża i choć posiadają różne magiczne zdolności, ich przeżycie nie będzie od nich zależało, ale od ich determinacji, odwadze i jak się okaże wspólnemu działaniu. 

Swoich bohaterów pani Novik wykreowała wspaniale. Zresztą od czasu gdy kilka lat temu przeczytałam jej pierwszą powieść, jestem zdania, że tworzenie postaci to wyjątkowo mocny atut autorki. Potrafi stworzyć ich tak naturalnie i wiarygodnie, oddać ich charakter, wszelkie rządzące nimi emocje, motywacje i pragnienia i lęki, że ma się wrażenie, że to nie są postaci fikcyjne.
Nasza bohaterka mimo, że wyszczekana i sarkastyczna, nie jest arogancką dziewoją, które tak mnie irytowały w licznych młodzieżówkach. To ciekawa postać, twarda, odważna, ale i samotna. Nie sposób jej nie lubić, tak samo zresztą jak pozostałych bohaterów. 

Również umiejętność tworzenie wyjątkowo barwnego świata, to u pani Novik coś, co zasługuje na uznanie. Czy to będzie baśniowy Bór, czy szkoła mrocznej magii – jest to jednakowo pełen detali świat, w którym człowiek przepada od pierwszej strony.


Akcja jest tu niesamowicie dynamiczna, ale nie martwcie się, nie dostaniecie zadyszki, nie ma tu pourywanych za wcześnie wątków, wszystko się płynnie ze sobą łączy i zazębia. Mimo, że jest szybko, nie jest wcale po łebkach. Naomi Novik potrafi pisać niesamowicie plastycznie, oddać klimat kreowanej rzeczywistości i nadać mu wyraźny rys.
Wszystko w tej powieści jest ważne, każda postać ma prawo głosu i swoja historię. Nie znajdziecie tu postaci służących jedynie do wypełnienia luki, bez znaczenia dla fabuły. Wszystko jest ważne.

Sama fabuła jest zaskakująca, nieprzewidywalna i wciągająca od pierwszego zdania. Czytając tą książkę, czułam mrok zalegający na szkolnych korytarzach, obawy przed tym, co może mnie tam spotkać i nadzieję, że jednak wyjdę z tego wszystkiego żywa. Tak pisać, aby czytelnik tak mocno wczuł się w opowiadaną przez autora historię, to nie każdy potrafi, ale pani Novik zdecydowanie tak.
Książka ma tylko jedną wadę – jest krótka i za szybko się kończy. A ja nie mogę się doczekać drugiego tomu, tym bardziej patrząc na to, jak kończy się pierwszy. 

Jeśli jeszcze nie znacie tej powieści, gorąco zachęcam do sięgnięcia po nią. To niesamowita opowieść.


sobota, 31 lipca 2021

„W rytmie miłości” E. Nawara, J. Leśniewicz otrzymana z Taniejksiazki.pl

„W rytmie miłości” to trzeci tom serii Kings of Sin autorstwa Eweliny Nawary i


Justyny Leśniewicz.

Po Liamie i Jo oraz Jamesie i Celii przyszedł czas na poznanie historii Adriana i Gwen. Byłam ciekawa jak autorki poprowadzą ich opowieść, zwłaszcza, że wiadomo było, że Adrian dla swojej ukochanej w Polsce poświęcił zespół i swoje życie w Nottingham.
Ale czy da się zapomnieć o miejscu i ludziach, których się pokochało? O swojej pasji  i miłości do muzyki? I czy żądając aż takiego poświęcenia od ukochanego, związek z nim ma szansę przetrwać?
Otóż nie.
Adrian wraca do Nottingham i odkrywa, że tam dom twój, gdzie twoje serce. A jego niespodziewanie zapłonęło dla Gwen. 

Poprzednie dwie części serii Kings od Sin autorek, przypadły mi do gustu. Polubiłam ich lekki styl i kolejne historie pełne uczuć i namiętności, przyjaźni i wspólnoty. A wszystko to w rytmie muzyki. Byłam ciekawa jak potoczy się życie Adriana, który poświęcił wszystko, tylko po to, żeby zobaczyć, że zrobił to na próżno.
Akcja powieści jest niesamowicie dynamiczna, pędzi do przodu bardzo szybko, co dla mnie akurat było trochę męczące, bo chwilami ciężko mi było się wczuć w opowiadaną historię.
Czy jest to wada?
Wg mnie nie, ja po prostu lubię trochę wolniej rozwijające się opowieści, tak abym miała wystarczająco dużo czasu na zżycie się z bohaterami.
A ci w tej powieści są naprawdę fajni.
Bo i Adriana nie sposób nie polubić, a w Gwen odnalazłam też coś z siebie, więc dziewczyna szybko stała się moją ulubioną żeńską postacią tej serii.

Oczywiście prócz głównej pary, pojawiają się wszyscy pozostali bohaterowie i było to dla mnie niesamowicie fajne, bo przywiązałam się do nich i bez problemu czułam łączące ich więzi, przyjaźń, troskę jaką sobie okazywali i opiekę, jaką wszyscy nad sobą wzajemnie roztaczali. To pięknie ukazana przyjaźń i fakt, że rodzinę można posiadać nie tylko poprzez urodzenie, ale – co cenniejsze – z powodu więzi i miłości jaka się wytwarza pomiędzy ludźmi. 


Jeśli chodzi o sam rozwój historii Adriana i Gwen, to przyznaję, że zostałam kilka razy zaskoczona i całość oceniam bardzo pozytywnie.
Było romantycznie, było namiętnie, było czule i chwilami zabawnie. Wszystko co połączyło tą dwójkę, zostało ukazane dość obrazowo i naturalnie, co sprawiło, że czytanie o rozwijaniu się uczuć pomiędzy Adrianem i Gwen było przyjemnością.

Ważną role w fabule odegrali oczywiście przyjaciele głównej pary i również ten aspekt tej opowieści był pokazany w bardzo fajnej formie.
Lekki styl i przyjemne pióro autorek sprawiały, że nie miałam żadnych problemów, żeby wciągnąć się w czytana historię, i tylko szybkie tempo chwilami sprawiało, że dostawałam czytelniczej zadyszki. 

Powieść oceniam pozytywnie. 
Dobrze się przy niej bawiłam i chętnie dowiem się, co się wydarzy w czwartej części serii E. Nawary i J. Leśniewicz.
Kings of Sin to naprawdę udana seria pełna uczuć i niespodziewanych wydarzeń, okraszona wyważonym poczuciem humoru.
Dla każdej romantycznej duszy gorąco polecam.
Książki dla kobiet





czwartek, 29 lipca 2021

"Rządy Wilków" Leigh Bardugo

 Opinia spoilerowa do wszystkich książek ze świata Grisza, w szczególności Króla z bliznami i Rządów wilków. Jeśli nie czytaliście tych książek, nie czytajcie dalej. Ostrzegam, będzie dość długo, ale i tak zachęcam do czytania.



Znacie to uczucie, gdy czekacie na jakąś książkę tak bardzo, że nie możecie myśleć o czytaniu innej już z kilka tygodni przed premierą? Tak miałam w przypadku Rządów Wilków Leigh Bardugo. Po tym jak zakończył się KzB, czyli powrotem do życia Darklinga i Nikołajem dzielącym ciało i umysł z demonem, czekałam na tą powieść bardziej niż na wygraną w totka.
Fakt, miałam ogromne oczekiwania. Zwłaszcza wobec wątku Darklinga i miałam swoje wizje jak potoczy się jego droga. Ale jednocześnie rozumiałam, że to historia pani Bardugo i może być różnie, niekoniecznie tak, jakbym chciała. 

Zacznę najpierw od ogólników. Otóż RzW napisana jest niewątpliwie w stylu L. Bardugo. Książkę czyta się płynnie, choć ma kilka „słabszych” momentów. Mimo to język jakim operuje pisarka, to jak potrafi opisywać emocje, jest dla mnie czymś nie do podrobienia. To plastyczny, obrazowy język, oddający złożoność świata i mocy Griszów, potrafiący oddać wewnętrzne rozterki bohaterów, ich lęki, obawy i nadzieje.
I choć trylogia o Alinie i Darklingu niezmiennie jest u mnie na szczycie listy książek pani Bardugo, to i pierwszy tom dylogii o Nikołaju miała ten niepowtarzalny klimat.
Czytając RzW początkowo nie czułam tego samego. Miałam wrażenie, że autorka rozmieniła się na drobne, chcąc uszczknąć czas na kartach powieści dla zbyt wielu postaci.  Ale gdy pojawiały się rozdziały z punktu widzenia Darklinga, a chwilami i te z punktu widzenia Nikołaja, to poczułam ten niepowtarzalny nastrój i melancholię.
Ogólnie RzW czytało mi się naprawdę dobrze, bez potknięć, zastojów czy trudności. Szybko wciągnęłam się w świat Griszów. Czekałam również na więcej Nikołaja, więcej Darklinga, pojawienie się Aliny, na które mocno liczyłam.


I chyba zacznę od zarzutów, bo mam ich trochę. Mimo, że kocham twórczość L. Bardugo całym sercem, to są rzeczy, które nie pozwalają mi napisać tylko pozytywów. 

Po pierwsze i najważniejsze:

Dlaczego w książkach o Nikołaju, właśnie jego jest NAJMNIEJ? Już w KzB uważałam, że za mało jest tej postaci w jego własnej dylogii. A w RzW to już w ogóle miałam odczucie, że nawet postacie trzecioplanowe dostały więcej głosu w tej książce, niż jej główny bohater! 
Jak to możliwe, że nawet postać która nie odgrywała praktycznie większej roli w tej opowieści, dostała swoje rozdziały, a Nikołaj nawet w swoich miał odebrane prawo głosu, bo zazwyczaj zawłaszczała je Zoya. 

Po drugie:

Postać Zoyi. 
W sumie to książki mogłyby się z powodzeniem nazywać dylogia o Zoyi, bo to ona gra tu pierwsze skrzypce i to o niej czytamy najwięcej.
Nie lubiłam jej w trylogii Aliny, nie polubiłam jej i tutaj. Dla mnie była zwyczajnie osobą o paskudnym charakterze, bez głębszych motywacji. Pragnęła mocy, pragnęła być na kształt Darklinga potężna, nie szło za tym nic więcej. W KzB i RzW jest pokazana jako osoba, która się zmienia i walczy o Ravkę. Mimo to, dla mnie Zoya i tak pozostała postacią, którą nie lubiłam na równi z Malem. 

Po trzecie: 
Wątek Niny. Uważam, że został trochę przekombinowany, a chwilami niestety ciut mnie nudził, bo niewiele z niego wynikało. I gdy zaczynało się już robić ciekawie, nagle się urywał. Uważam, że gdyby było go mniej, zyskałby na atrakcyjności , bo niestety był strasznie rozwleczony. Jego finał również był dla mnie taki jakby urwany, niedokończony, bo w sumie niewiele wynikło z tego, co otrzymałam. 

Po czwarte:

Spotkanie Darklinga i Aliny.
Doszło do niego, o tak. Czekałam ogromnie na to spotkanie i byłam tak bardzo rozczarowana. Nie tym, że nie dostałam tego, na co liczyłam. Ale tym, że przecież powrócił najpotężniejszy człowiek w świecie Griszów, z mocą jakiej nie miał nikt inny. Człowiek, którego Alina zabiła. A całość odbyła się w klimacie herbatki z ciastkami.
Nie było żadnych emocji i interakcji pomiędzy Aliną i Darklingiem, prócz jednego momentu, gdzie widać było przez ulotną chwilkę, to co ich łączyło (co zauważył sam Mal, który również się na tym spotkaniu pojawił).
A już reakcja Aliny po ucieczce Darklinga wydała mi się zgoła absurdalna. Oto ucieka osoba tak ogromnej mocy, teoretycznie wróg ich wszystkich, a Alina stwierdza jakby nigdy nic „ukrył się i jeśli nie będzie chciał, to go nie znajdziemy. Wracam do domu”.
Czytałam to kilka razy i nie potrafiłam ukryć zdziwienia i rozczarowania. 

Jeśli chodzi o zalety, bo to nie jest tak, że książka jest zła i koniec. 


Przed wszystkim gdy już Nikołaj dostawał prawo głosu i nie rozpływał się w miłości do Zoyi, to był sobą, dawnym Nikołajem, który uczył się istnieć wraz z demonem. Podobało mi się to, podobał mi się sarkazm i wygadanie Nikołaja, jego poczucie humoru i walka o Ravkę. Tron, Ravka, to było coś, co stanowiło serce jego dążeń i wszystkich działań. Może dlatego tak mocno zabolał mnie jego finalna decyzja i oddanie wszystkiego w ręce Zoyi. Rozumiem zamysł L. Bardugo, chciała pokazać, że Nikołaj w przeciwieństwie do Darklinga, dla dobra Ravki potrafił oddać władzę w inne ręce. Ale dla mnie było to zaprzeczeniem wszystkiego, co czyniło Nikołaja tym, kim był. Mimo to, uwielbiałam te momenty, gdy Nikołaj się pojawiał i brylował w swojej historii. 

Tym co wg mnie wyszło autorce najlepiej, to Darkling. Początkowo nie rozumiałam jego postępowania, nie było w tej postacie tego Darklinga, którego znałam z poprzednich książek. Byłam skołowana i zawiedziona. Ale czym więcej dostawałam rozdziałów z jego punktu widzenia, tym lepiej rozumiałam drogę jaką mu wyznaczyła autorka i jego postępowanie.
W tym „nowym” Darklingu widziałam tego, którego tak pokochałam w trylogii Aliny oraz tego, którego zobaczyłam w Demonie z lasu, ale również tego, którego zobaczyłam w 7 odcinku serialu Netflixa. Ta mieszanka bardzo do mnie przemówiła, i każdy moment, gdy pojawiał się on w książce, był dla mnie jak uczta.
A już sam finał, to dla mnie majstersztyk, bo i Darkling pokazał w nim całkowicie siebie i Nikołaj był tym Nikołajem, którego pokochałam. Wszystko na tych kilku stronach finału przy drzewie było dla mnie najwspanialszym momentem w całej książce. 
Pani Bardugo pokazała w tym finale ogrom samotności Darklinga i w sumie też Nikołaja, refleksje tego drugiego, że to nie Darklng stał się tym kim się stał, ale Ravka go takim uczyniła. Jest w tym finale moc niesamowitych emocji, jest melancholia, jest ta dojmująca samotność, która łączyła Darklinga i Alinę i sprawiała, że tak byli ze sobą związani. Jest też ten Nikołaj, którego poznaliśmy w trylogii  Grisza.  Płakałam, gdy czytałam. Nie potrafiłam opanować łez. Mimo, że ten finał daje autorce szeroko otwartą furtkę do napisania nowej historii o Darklingu i do trzeciego tomu Wron, to ja uznaję go jako zakończoną opowieść. 

Czy sięgnę po kolejne książki o Darklingu jeśli się pojawią?
Tak. Nie będę potrafiła się oprzeć.
Czy sięgnę po trzeci to  Wron? Może, bo będą powiązane z Darklingiem, co jest oczywiste patrząc na zakończenie RzW. 

Czy odradzam czytanie Rządów Wilków?
Nie.
Sama wiem, że pewnie jeszcze kiedyś wrócę do tej książki. Są w niej też takie momenty, które zapadły w mi w serce, a sam Darkling jest w niej poprowadzony odważnie i wspaniale.
Ale mam ogromny żal do pani Bardugo za odebranie Nikołajowi głosu w jego własnych książkach, za zmarnowanie potencjału, jaki miała ta postać. Mimo to, Leigh Bardugo jest dla mnie jedną z najbardziej ukochanych autorek, i nie ma takiej siły, która sprawiłaby, że odrzuciłabym jej twórczość.




wtorek, 20 lipca 2021

" Miasteczko Rotherweird" Andrew Caldecott

 Miasteczko Rotherweird. Odcięte od świata, rządzące się swoimi prawami. 


Dwanaścioro wyjątkowych dzieci, niesamowite moce, dwoje „obcych” którzy doprowadzą do niesamowitych wydarzeń. 
Pragnienie mocy tworzenia równej boskiej.
To się nie może dobrze skończyć. 

Zacznę od tego, że już dawno „wyleczyłam” się z kupowania książek, bo na okładce jest porównanie do innych powieści. Zazwyczaj nie ma to żadnego związku i jest zwyczajnie szkodliwe. Więc jak przeczytałam, że Miasteczko Rotherweird to Harry Potter dla dorosłych, zignorowałam to totalnie, co jak się okazało wyszło mi na dobre. Bo ta powieść z Harrym Potterem nie ma NIC wspólnego. 

Akcja powieści rozgrywa się w tytułowym Miasteczku Rotherweird, miejscu gdzie w  1558 roku dwanaścioro dzieci o talentach niewiarygodnych jak na ich wiek zostaje wygnanych przez angielską królową. Tam się uczą, rozwijają i… dokonują niesamowitych odkryć, które mogą zmienić świat dookoła. Mijają lata, do miasteczka przyjeżdża nowy nauczyciel z zewnątrz i milioner, który kupuje i postanawia odrestaurować pałac. To co początkowo wydaje się być zbiegiem okoliczności, szybko przestaje nim być. Zagadka rodzi kolejną zagadkę, akcja się zagęszcza, klimat robi coraz bardziej mroczny. I zanim się człowiek obejrzy, już totalnie dał się pochłonąć wyjątkowemu klimatowi powieści. 


Książka rozwija się powoli, ale dla mnie nie jest to wada. Jest w niej sporo bohaterów, wiec doceniłam dłuższy wstęp, który pozwolił mi zapamiętać kto jest kim w tej historii. A ta jest wyjątkowo ciekawa, intrygująca i wciągająca. Nic tu nie jest oczywiste, a kilka wątków, które wydają się nie mieć ze sobą związku, zaczyna się łączyć z zaskakującym skutkiem. Jest tu sporo ciekawych elementów, ale najważniejszym chyba jest dążenie do zdobycia mocy równej bogu, do pragnienia nieograniczonej władzy i potęgi. Był to fascynujący obraz deprawacji i dążenia do celu wszelkimi sposobami, nie patrząc na koszty i krzywdy wyrządzone innym. 

Książka to taki mix gatunkowy, bowiem mamy tu mieszankę powieści historycznej, przygodowej, wątki kryminalne i elementy fantastyczne. Wszystko to jednak łączy się ze sobą zaskakująco płynnie i pozwala na zanurzenie się w niesamowitym klimacie Miasteczka Rotherweird i wkręcić w losy jego bohaterów. A tych jest w powieści sporo, a każdy odgrywa ważną rolę.
Swoich bohaterów autor kreśli w bardzo dobry sposób, pozwala poznać ich motywacje i dążenia, mamy możliwość polubić ich, bądź wręcz przeciwnie, ale co ważne, każda z postaci potrafiła wywołać we mnie różnorakie emocje. Jednym kibicowałam, innym życzyłam rychłego upadku. Ale wobec żadnej z postaci nie pozostałam obojętna. 

Czym dalej, tym bardziej zagęszczała się atmosfera, tym mroczniejszy robił się klimat i ciężko było wyczuć jak definitywnie zakończy się ta przygoda, kto będzie górą, a kto dozna porażki. Byłam zaskoczona niektórymi rozwiązaniami, ale było to zaskoczenie pozytywne, doceniałam pomysłowość autora i kierunek w jakim poprowadził fabułę. Również styl pana Caldecott przypadł mi do gustu, a książkę czytało mi się wyjątkowo płynie, bez znudzenia czy przestojów. 

Jak oceniam Miasteczko Rotherweird?
Dla mnie to świetna powieść, nieszablonowa, wciągająca, intrygująca.
Podobały mi się wszystkie jej elementy, wszystkie wątki, dałam się wciągnąć w tą zaskakująco mroczną opowieść i spędziłam z nią świetnie czas.


wtorek, 13 lipca 2021

"Willa, dziewczyna z lasu" Robert Beatty

 Willa  była jednym z jutów, czyli małoletnich złodziei. Nocami okradała domy


białych osadników zwanych światłolubami. Robiła to żeby jej klan mógł przetrwać. Dodatkowo była przekonana, że to oni zabili jej rodziców i siostrę bliźniaczkę. Biali osadnicy niszczyli przyrodę, wycinali drzewa.  Pewnej nocy Willa znów udaje się na misję do domu osadnika i daje się zaskoczyć. Tylko dzięki odziedziczonym i już prawie zatraconym w jej klanie zdolnościom rozmowy z roślinami oraz zwierzętami i wykorzystywaniu magicznych mocy przyrody, dziewczynce udaje się uciec. 
Gdy wraca do klanu i Głuchej Jamy, gdzie żyją, zaczyna zauważać więcej niż wcześniej, pojawiają się wydarzenia i sytuacje, które budzą w niej niepewność i pytania.
Pytania, które niebezpiecznie jest zadawać. 

Nie miałam styczności z wcześniejszymi książkami autora, w tej powieści zafascynował mnie jej opis. Nie wiedziałam więc czego się spodziewać, ale podeszłam do powieści z pozytywnym nastawieniem.
Już od pierwszych stron, dałam się pochłonąć opowiadanej przez autora opowieści. Najpierw poznałam Willę, a potem otaczający ją świat. Nie tylko jej klan, czy białych osadników, ale przede wszystkim świat przyrody, który autor opisuje we wspaniały sposób.
Krok po kroku poznajemy przeszłość nie tylko Willi, ale również jej rodziny i klanu. A gdy Willa poznaje osadnika i pozwala sobie na to, żeby go naprawdę poznać, dostajemy również i jego historię. 

Autor pisze niesamowicie barwnie, w sposób pełen emocji i empatii.  Czaruje słowem, czaruje opisami, czaruje kreowaniem postaci. Stawia na drodze swojej bohaterki wiele trudnych wydarzeń, zmusza ją do podejmowania niekiedy ciężkich decyzji, ale daje też szansę i pozwala podejmować te decyzje samodzielnie. Willa jest cudowną postacią,  oczarowała mnie od samego początku. Mądra, odważna, śmiała i pełna empatii. Świetnie ukazana i przedstawiona czytelnikom. Nie gorzej ma się sprawa z pozostałymi postaciami w powieści, autor postarał się, aby każda była wiarygodna i pełnokrwista. 


Ogólnie książka ma wiele ważnych wątków, ale ochrona przyrody jest chyba najważniejszym. Choć to chyba nie tak, w tej książce wszystko się ze sobą łączy, splata, tworząc spójną historię z wieloma ważnymi i mądrymi elementami. Ta książka niesamowicie wzrusza, porusza w człowieku wiele emocji, sprawia, że bardziej krytycznie patrzy się na to, co nas otacza i choć przekaz tej powieści nie jest niczym nowym, to jednak otwiera nam oczy na kwestie niszczenia środowiska naturalnego. 

Ta opowieść nie dość, że wyzwala ogrom emocji, to jeszcze trzyma w napięciu i tak naprawdę nie wiadomo do końca jaki będzie jej finał. I choć jest to teoretycznie książka dla dzieci (ja uważam, że jednak dla każdego, niezależnie od wieku), to do ostatnich chwil nie byłam pewna, jak to wszystko się zakończy. 

Jeśli jeszcze nie znacie tej powieści, to ogromnie zachęcam do sięgnięcia po nią. To przepięknie napisana, niezwykle mądra i poruszająca opowieść.
Jestem pewna, że się nie rozczarujecie

Polecam.


niedziela, 11 lipca 2021

"Niewidzialne życie Addie LaRue" V.E. Schwab

 „Nigdy nie módl się do bogów, którzy odpowiadają po zmroku”


Francja, rok 1714. Uciekająca przed niechcianym ślubem Addie popełnia straszny


błąd, zaczyna prosić o pomoc bogów, mimo, że zapadł zmrok. 
I jeden odpowiada.
Addie pchana desperacją zawiera Faustowski pakt, który sprawi, że dostanie możliwość wiecznego życia, ale w zamian nigdy nie zostanie zapamiętana przez kogokolwiek. 
Addie się zgadza, a potem już nic nie jest takie jak jej się wydawało.


V.E. Schwab i jej twórczość znam od dawna. Wysoko cenię jej książki. Zawsze są dopieszczone, pięknie napisane i zawierają w sobie o wiele więcej niż się może wydawać. „Niewidzialne życie Addie LaRue” była książką, na która długo czekałam. Faustowski pakt, wieczne życie, totalna anonimowość – wyczuwałam w tym coś dla mnie. I się nie pomyliłam. 

Książka, jak każda autorki, jest napisane przepięknie. Cudowny język, soczysty, obrazowy, wyrazisty. Schwab opisuje uczucia i emocje tak wspaniale i wielobarwnie, że naprawdę nie da się nie zachwycać. 
Przez jej książkę się płynie będąc kołysanym magią słów. Wszystko w tej powieści jest idealnie dopasowane do siebie, nie ma tu potknięć, każdy niuans, każdy wątek jest ważny i ma swoje miejsce w tej oczarowującej opowieści. 

Jeśli chodzi o bohaterów, to niewiele ponad „genialnie wykreowani” mogę dodać. Sama Addie jest niesamowita. Luc to postać tajemnicza, nieoczywista, pełna mroku i odcieni szarości. Nie będziecie potrafili go sklasyfikować, nie da się go zamknąć w żadnej szufladce z podpisem. Ale jeśli sądzicie, że mamy tu do czynienia z stereotypowym romansem czy kwestią „ten zły jest w sumie dobry” to od razu piszę, że tak nie jest. Relacja Addie i Luca jest skomplikowana, niejednoznaczna i naznaczona wieloma uczuciami, ale próżno tu szukać sztampy i wyświechtanych motywów.
Bardzo podobało mi się to, jak V.E. Schwab pokazała dwie strony tego samego medalu w postaci motywacji Addie i Henryego. Jak bardzo może się różnić to , co popycha ludzi do podejmowania takich samych decyzji. Jak dla jednych będzie to niejako ratunkiem, dla drugich potrzebą zaspokojenia swoich pragnień.
Jeśli chodzi o postać Henryego, to przyznaję, nie polubiłam się z nim tak na prawdę, ale uważam, że jest wspaniale napisany.


Każdy z bohaterów jest tak pełnokrwisty i namacalny, że czytając tą powieść miałam wrażenie, że czytam o kimś kogo kiedyś znałam. To było jak powrót do wspomnień z przeszłości, które mimo, że przykryte  upływem czasu, to jednak w człowieku siedzą i czekają aż się po nie sięgnie.
Książka jest niesamowicie melancholijna, smutna, pełna przemyśleń, które zapadają w serce. Nie sposób nie porównywać pewnych wydarzeń i emocji, które są udziałem bohaterów książki, do tego czego ludzie doświadczają obecnie, wyobcowania, samotności, poczucia niezrozumienia.
Naprawdę czytając tą powieść wiele w niej można odnaleźć z otaczającego nas świata i tego, jak teraz on wygląda. 

„Niewidzialne życie Addie LaRue” to jedna z piękniejszych książek jakie czytałam. Pani Schwab udowodniła, że ma niesamowity talent i wiele do opowiedzenia. Ta książka jest inna niż jej pozostałe powieści, a jednak jest w nich jeden pierwiastek wspólny – to pewnego rodzaju melancholia i ogrom emocji, które towarzyszą jej bohaterom.

Polecam.


wtorek, 6 lipca 2021

"Więcej niż przyjaciel" Kristen Callihan

 „Więcej niż przyjaciel”, to drugi tom serii Game on Kristen Callihan.  W tej części


poznajemy historię Graya i Ivy, których różowe auto połączyło i sprawiło, że zaprzyjaźnili się ze sobą choć przebywali w dwóch różnych krajach. Gray jest gwiazdą futbolu, a Ivy córką jego agenta, który udostępnia mu auto córki przebywającej za granicą. Gray i Ivy kontaktują się ze sobą i tak rozpoczyna się ich przygoda. A gdy już spotkają się twarzą w twarz, ich życie wywróci się do góry nogami. 

Pierwsza część tej serii autorki naprawdę mi się podobała, dlatego w ciemno sięgnęłam po część drugą. Poza tym byłam ciekawa jaką drogę dla Graya przewidziała pani Callihan i jak pokaże jego związek z Ivy.
Akcja jest bardzo wartka, szybko pędzi do przodu i jest dość przewidywalna do pewnego momentu. Nie jest to jakaś wielka wada, zwłaszcza, że w romansach naprawdę ciężko o coś świeżego. W drugiej części pojawia się kilka zwrotów akcji, które jednak mogą zaskoczyć, więc ogólnie oceniam fabułę na plus.

Jeśli chodzi o styl i język, to do niczego się nie przyczepię, bo zwyczajnie nie ma do czego. Pani Callihan ma talent i potrafi pisać bardzo obrazowo. O uczuciach pisze w sposób pełen emocji i bardzo plastycznie. Nie przesadza z dramatami, nie zsyła na naszych bohaterów wszystkich plag egipskich. Oczywiście życie da im w kość, ale nie ma tu epatowania nieszczęściami. Z racji tego, że książka jest romansem, to wokół miłości kręci się tu wszystko. Autorka fajnie pokazuje rozwój uczucia pomiędzy Grayem a Ivi, tego jak ich przyjaźń przekształca się w płomienną miłość.
I wszystko byłoby świetnie, gdyby nie seks.

Nie zrozumcie mnie źle, pikanteria w romansie jest jak najbardziej wskazana, ale w tej książce miałam wrażenie, że seks i sceny łóżkowe – mimo, że dobrze napisane – totalnie przytłoczyły resztę fabuły.
W pewnej chwili miałam wrażenie, że nasi bohaterowie tylko o tym myślą, mówią i tylko to robią.
Oczywiście tak nie jest, a jednak to co przytrafiało się Grayowi i Ivy gdzieś mi się rozmywało w natłoku scen łóżkowych.
Ogólnie nie jest to wielka wada, w końcu to romans, jednak mi zaczęło przeszkadzać i moja ocena książki przez to spadła. 


W porównaniu do wcześniej wydanych u nas książkach autorki, „Więcej niż przyjaciel” wypada niestety dużo słabiej. I trochę mi szkoda, bo pani Callihan porusza w niej sporo ważnych i niełatwych tematów i robi to w dobrym stylu.
W każdej jej powieści jest „coś więcej” niż tylko historia miłosna i nie inaczej jest i tutaj, a jednak nadmiar scen łóżkowych zepchnął te wątki daleko na drugi plan. 

Czy w związku z tym odradzam tą powieść?
Nie.
Mimo, że widocznie słabsza od innych powieści autorki, jest jednak nadal jedną z lepiej napisanych powieści dla kobiet jakie czytałam.
Książka jest może i niewymagająca i mocno skoncentrowana na seksie, ale jednocześnie to lekka rozrywka, która jest tak samo potrzebna jak ambitniejsze powieści.


sobota, 3 lipca 2021

"Na jedną noc" Kristen Callihan

 „Na jedną noc” to najnowsza powieść Kristen Callihan z jej nowej serii Game On.


Opowiada historię Drew, gwiazdy futbolowej drużyny uniwersyteckiej oraz Anny, dziewczyny, która z ludźmi takimi jak Drew (na  „świeczniku”, z rzeszami fanek i fanów” ) nie chce mieć nic wspólnego. Zresztą, wszyscy przecież wiedzą, że sportowcy to góra mięśni i nic ponadto.
Ale czy na pewno?
O tym przekona się Anna, a urok, inteligencja i seksowny wygląd Drew nie ułatwią jej wytrwania w postanowieniu, aby trzymać się od chłopaka z daleka. 

Lubię książki pani Callihan. Jej romanse do tej pory zawsze były wciągające i poruszały ważne tematy. I choć tematyka gwiazd sportu nie jest moją ulubioną w romansach, postanowiłam dać autorce kredyt zaufania, bo do tej pory się na niej nie zawiodłam.
I wiecie co? Cieszę się, że to zrobiłam, bo jej najnowsza książka jest naprawdę dobra. 

Historia miłości Anny i Drew jest bardzo barwna i ciekawa. Nie trudno im kibicować, łatwo za to ich polubić, tak samo jak postacie drugoplanowe, których w tej powieści jest sporo i są naprawdę ciekawie pokazane.  Akcja mimo iż z przyczyn oczywistych kręci się dookoła wątku miłosnego, to nie ogranicza się tylko do sercowych rozterek bohaterów. Autorka porusza w swojej książce dość ważne tematy, jak walka ze stereotypami, samotność, strata bliskich, walka ze złymi doświadczeniami w dzieciństwie. Pokazuje jak łatwo kogoś zaszufladkować, ocenić nawet go nie znając, czym można wyrządzić komuś krzywdę. Pokazuje również jak trudno poradzić sobie ze strachem i podnieść się po bardzo dotkliwym, życiowym upadku. 

Jeśli chodzi o wątek miłośny, to jestem przekonana, że każda miłośniczka romansów będzie zadowolona. Jest tu sporo emocji, są skomplikowane relacje i naprawdę sporo scen łóżkowych, które jednak nie przytłaczają fabuły. Wszystko jest tu dobrane w dobrych proporcjach i ma się wrażenie doskonałej równowagi. Jeśli chodzi o kreację bohaterów, to przede wszystkim podobało mi się, że Kristen Callihan nie zrobiła z Drew mega twardziela, co to gołymi rękami zabije niedźwiedzie i bez ubrania wbiega na Mount Everest bez zadyszki w trzy godziny.


Drew ma mocny charakter, ale i serce tam gdzie trzeba, empatię i nie ukrywa swoich emocji, żeby przypadkiem nie wyjść na mięczaka. To taka mieszanka, która sprawia, że postać wydaje się bardzo prawdziwa i ogromnie mi się to podobała. Sposób ukazania Anny jest równie realistyczny i to jest bardzo dobrze nakreślona postać. I choć czasem dziewczyna potrafiła mnie zirytować, to w ogólnym rozrachunku mocno ja polubiłam. 

Sama fabuła była dla mnie wciągająca i ciekawa. A pomimo tego, że w książce jest sporo scen łóżkowych, to – co dla mnie jest mega pozytywem – nie jest ona wulgarna. Żeby była jasność, lubię jak książka ma w sobie trochę pikanterii, ale nie lubię wulgarności w opisach seksu czy uczuć, więc „Na jedną noc” ma u mnie dodatkowego, ogromnego plusa. 
Całościowo powieść ogromnie mi się podobała. To świetna rozrywka i spędziłam z tą powieścią dobrze czas.

Polecam.


niedziela, 27 czerwca 2021

PRZEDPREMIEROWO "Narzeczona nazisty" Barbara Wysoczańska

 Hania jest polką, studentką ostatniego roku germanistyki. Aby zarobić na studia,


w wakacje pracuje jako dama do towarzystwa niemieckiej hrabiny Von Richter. Jest tak również latem 1938 roku, gdy niespodziewanie poznaje wnuka hrabiny Johanna. Młodzi zakochują się w sobie i zaręczają. Tym samy Hania trafia w środowisko arystokratów i wysokich rangą przywódców III Rzeszy.
W Monachium, gdzie mieszka Johann, Hania z coraz większym przerażeniem ogląda rosnący fanatyzm nazistów. Gdy sytuacja staje się coraz bardziej napięta, do dziewczyny zgłaszają się polskie władze, werbując ją do wyłapywania i przekazywania  tajnych planów Hitlera dotyczących Polski.
Hania się zgadza, a wtedy wszyscy, których kocha, wszystko co jej drogie, zmierzy się z niewyobrażalnym zagrożeniem. 

Zacznę od tego, że lubię książki o tematyce II Wojny Światowej, które zawierają wątki obyczajowe, jak np. Słowik czy Szmaragdowa Tablica. Niestety w pewnym momencie trafiłam na kilka, które w moim odczuciu szły na łatwiznę, bez szacunku do tego, co wtedy się działo.
Dlatego do „Narzeczonej nazisty” podeszłam z odrobiną dystansu i ostrożności, nie chcąc się rozczarować.
Gdy zaczęłam czytać, okazało się, że moje obawy były zdecydowanie niepotrzebne.
Książka bowiem okazała się wspaniała. 

Już od pierwszych zdań było widać, z jak wielkim szacunkiem do tych strasznych wydarzeń pisze autorka, z jak wielką dbałością o fakty. Nie ma tu ubarwiania, nie ma przekoloryzowania, autorka nie epatuje zbędną brutalnością, ale i nie łagodzi tego, co naziści robili ludziom, jakich krzywd się dopuszczali, jak wielkie zło dostało szansę na zaistnienie przez ich działania.  Akcja powieści rozpoczyna się latem 38 roku i potem mamy możliwość jej śledzenia, aż do pierwszych lat po wojnie. Sylwetki swoich bohaterów autorka kreśli bardzo realistycznie, mamy możliwość poznania ich myśli, uczuć, wątpliwości, strachu, nadziei i pragnień. Widzimy z czym muszą się zmagać, jaki ciężar dźwigać.
Śledzimy to co ten straszny czas z nimi robi, jakie piętno na nich odciska, jakie wydarzenia stają się ich udziałem.
Widzimy z jak okrutnymi decyzjami muszę się zmierzyć, jakich wyborów dokonać, a jakie dokonuje za nich życie i czasy w jakich przyszło im żyć.
I powiem Wam, że wszystko to jest napisane niezwykle obrazowo, realistycznie, z wyczuciem i szacunkiem do ofiar tej strasznej wojny.
Stojący po przeciwnych stronach barykady Hania i Johann będą musieli stoczyć walkę o swoje uczucie, o życie i własne człowieczeństwo w tych strasznych czasach. I autorce tą walkę udało się pokazać czytelnikowi w niezwykle dobry i poruszający sposób. 


Styl Pani Wysoczańskiej jest niezwykle dobry, pisze barwnie, lekko i potrafi bardzo przekonujący operować słowem, aby przykuć uwagę czytelnika do opowiadanej przez siebie historii. Uwierzcie mi, ta opowieść jest poruszająca, ale to dzięki temu jak jest opowiadana. I choć nie brakuje tu wydarzeń dramatycznych, strasznych, to ukazane są one z wyczuciem i taktem, bez niepotrzebnego szantażu emocjonalnego, z którym niestety już spotkałam się w kilku powieściach z tego gatunku.
Tutaj poruszy Was sama historia, a nie zbędnie przejaskrawione krzywdy, jakie stają się udziałem jej bohaterów. 

„Narzeczona nazisty” to książka prawdziwie piękna, mimo, że opowiada o czasach i wydarzeniach, w których piękno zostało zdeptane, zabite i unicestwione na długi czas. To książka porywająca, poruszająca i wspaniale napisane. 
Jeśli tylko lubicie taką tematykę, to gorąco zachęcam do sięgnięcia po powieść Barbary Wysoczańskiej, bo to niesamowicie dobra lektura.


sobota, 12 czerwca 2021

"Marzyciel" / "Muza Koszmarów" Laini Taylor

 Są książki, które nam się podobają, które robią na nas duże wrażenie i takie, które


szturmem zdobywają nasze czytelnicze serca i już wiemy, że to było to. Są tez takie, które niepostrzeżenie zdobywają nas całych. Są jak gotowanie na wolnym ogniu, niby nic się nie dzieje, niby nic się nie zmienia, aż nagle okazuje się, że jesteśmy emocjami rozpaleni do czerwoności, że płonie w nas ogień czytelniczej miłości i nic już nie jest takie samo.
Takimi książkami stały się dla mnie właśnie Marzycie i Muza Koszmarów Laini Taylor. 

Dawno temu czytałam wcześniejsze książki autorki, więc wiedziałam, że ma świetny warsztat i ogromną wyobraźnię. Dlatego gdy pojawił się Marzyciel I kontynuacja, od razu kupiłam obie zaraz po premierze. A potem odstawiłam na półkę i pozwoliłam aby stały w zapomnieniu.
Za to będę się smażyć w czytelniczym piekle, jestem tego pewna i przekonana, że na to zasłużyłam. 

Oba tomy to historia Lazlo Strange’a, sieroty, który od dziecka marzył aby poznać tajemnicę zaginionego miasta Szloch. Gdy dorósł, został bibliotekarzem, który wciąż miał głowę pełną marzeń, ale który bał się podjąć trud ich realizacji. Aż okazało się, że wszystko jest możliwe, ale jego marzenie zrealizuje ktoś inny. Ale te książki to nie tylko opowieść o wyprawie Lazlo do Szlochu, ale przede wszystkim o tym co tam zobaczył, kogo poznał i co stało się jego (i nie tylko) udziałem. Bo uwierzcie mi, niewiele mogło zaskoczyć kogoś o tak bujnej wyobraźni jaką miał Lazlo, jak to co ujrzał w zaginionym mieście. 

Marzyciel, czyli tom pierwszy, rozpoczyna się niespiesznym rytmem, ale jest niesamowicie wciągający od pierwszego zdania. Krok po kroku poznajemy głównego bohatera, ale nie tylko. Uczymy się jednocześnie sposobu w jaki swoją opowieść snuje Laini Taylor, jak roztacza nam przed oczami wykreowanym przez siebie świat. Od pierwszych stron dajemy się wciągnąć w wykreowany przez autorkę świat, pozwalamy aby otuliła nas jej opowieść, aby pochłonęła nas w całości, pozbawiła łączności z rzeczywistością i tak do ostatniego zdania, ostatniej kropki, nie tylko Marzyciela, ale i Muzy Koszmarów.  

Sposób pisania przez panią Taylor jest wspaniały, pisze niezwykle obrazowo i plastycznie. Z niczym się nie spieszy, a ja mimo to czułam, że kolejne strony uciekają mi coraz szybciej. Jej styl jest mocno melancholijny i refleksyjny. Pełno w nim buzujących emocji, a o wszystkich autorka pisze tak pięknie, że wiele razy miałam łzy w oczach, tak wielki wrażenie robiło na mnie to, w jaki sposób opisywała dane wydarzenie.
To co robiło na mnie największe wrażenie, to subtelność i wyczucie z jakim opisywała emocje, od tych pięknych i pozytywnych, po te brzydkie, złe i negatywne. Każde uczucie, każdą emocją, potrafiła ubrać w tak piękne słowa, nadać im takiej głębi, że jeszcze długo po skończeniu obu tomów, nie potrafiłam o nich zapomnieć. Naprawdę, niewiele jest autorów, o których mogłabym napisać te słowa i którzy potrafili wywołać we mnie tak wielki zachwyt i miłość do książki.


Sama historia jest niesamowita i wciągająca. Nie znajdziecie tu schematyczności czy powielania oklepanych tematów czy wątków. Nie raz dacie się również zaskoczyć i okaże się, że nie wszystko jest tym, czym się na pierwszy rzut oka wydawało. Ta opowieść mimo swojej pozornej lekkości ma również swoją mroczną stronę, tak samo jak ma ją większość ludzi. Nic tu nie jest tylko białe, albo tylko czarne. Tak jak w duszy człowieka, ściera się tu wiele odcieni szarości, dając nam niejednoznaczny obraz wydarzeń i bohaterów, którzy w nich uczestniczą.
A tych jest dość sporo, bo prócz pary głównych postaci, mamy tu również sporo bohaterów drugoplanowych, którzy są tak samo wyraziści, jak ci pierwszoplanowi, którzy mają swoją własną historię do opowiedzenia, którzy nie są jedynie tłem dla opowieści Lazla. 

„Marzycie” i „Muza Koszmarów” to najpiękniejsze książki jakie w tym roku dane mi było przeczytać i stawiam je na półce najlepszych w całym moim życiu. Laini Taylor udowodniła, że jest jedyna w swoim rodzaju, a jaj opowieść jest czymś, co na zawsze zapadło mi w serce. Wiem już, że będę do tych książek wracać tak samo jak do Wiedźmina, Griszy czy trylogii Magistrów. 
I jestem pewna, że za każdym razem odkryję w nich coś nowego, tak jak ma to miejsce przy kolejnym czytaniu np. Mistrza i Małgorzaty.
Mam nadzieję, że już niedługo dostaniemy kolejna powieść od Laini Taylor i będę mogła przeżyć po raz kolejny te szalone emocje podczas czytania.

Polecam z całego czytelniczego serca.


sobota, 5 czerwca 2021

"On jest dla mnie" Corinne Michaels

 „On jest dla mnie” Corinne Michaels, to trzecia odsłona serii o braciach


Arrowood. W tym tomie poznajemy losy Seana, gwiazdy sportu na stałe żyjącego w Kalifornii. Gdy nadchodzi jego kolej na spędzenie sześciu miesięcy w rodzinnym domu, będzie musiał zmierzyć się nie tylko z demonami przeszłości, ale i miłością do swojej przyjaciółki Devney, która sama zmaga się z przeszłością i próbami opanowania uczucia do Seana. 

Jeśli czytaliście poprzednie tomy tej serii, to już macie przedsmak tego, jak będzie wyglądać kolejna odsłona historii braci Arrowood. Jeśli chodzi o fabułę, to nie ma co pisać, bo można zdradzić za wiele z poprzednich dwóch tomów, ale jedno mogę powiedzieć – jest ciekawie, jest emocjonująco i bywa tez zaskakująco. Pojawia się kilka ciekawych zwrotów akcji, których się nie spodziewałam i byłam na prawdę pozytywnie zaskoczona. Autorka pisze w sposób ogromnie naładowany emocjami, trochę ckliwie, ale w znośnych granicach, gdy ta ckliwość nie jest wadą.
Podoba mi styl i lekkie pióro pani Michaels, jej książki mimo, że przewidywalne (jak to romanse ogólnie) mają w sobie pewną delikatność i uzmysławiają czytelnikowi, że nie tylko seks i pożądanie się liczą w związku, ale intymność, przyjaźń, zaufanie. 

Historia Seana i Devney jest dość zagmatwana, ich relacje komplikują się pod wpływem wydarzeń z przeszłości, ale nie ma tu na szczęście zbytniego epatowania wszystkimi dramatami tego świata, nie czułam się przytłoczona ilością tragedii. Owszem, są trudne i wywołujące ból wydarzenia, ale wszystko jest idealnie dobrane i dawkowane, aby nie przygniatać, tylko zmusić do refleksji. 

Dwójka głównych bohaterów naprawdę mi się spodobała, a ich historię czytało mi się jak do tej pory najlepiej z całej serii. Byłam zaciekawiona, zaintrygowana, kibicowałam ich związkowi i autentycznie trzymałam kciuki za ich miłość. Podobało mi się również, że w tym tomie dość często pojawiali się pozostali bracia Seana, że nie znikli z tej opowieści wraz z zakończeniem tomu o ich historii. Dzięki temu miałam uczucie, że to coś więcej niż sztampowy romans. Bo w tych historiach więzi rodzinne są niemniej ważne niż miłość i namiętność. 


„On jest dla mnie” oceniam najwyżej z trzech wydanych już tomów i niecierpliwie czekam na czwarty, który będzie opowiadał historię ostatniego z braci Arrowood.  Te książki są naprawdę ciekawie i dobrze napisane, bohaterowie są pełnowymiarowi a ich historie wciągające. Nie brakuje tu ciekawych zwrotów akcji, pełnych emocji wydarzeń i gorącej miłości.

Jeśli jeszcze nie znacie tej serii Corinne Michaels, to zachęcam do sięgnięcia po nią. To idealna lektura na odstresowanie i przyjemne spędzenie czasu.
Polecam.